Maria Perkowska-Rusek

Wydawnictwo "Ksiązka i Wiedza" w styczniu 1976 r. wydało Wyd.I nakład 10000 + 350 egzemplarzy książkę pt. "Byli wówczas dziećmi". Wybór i opracowanie Marian Turski.

Książka licząca 683 strony zamieściła 72 autorów nagrodzonych w konkursie po hasłem "Byli wówczas dziećmi".

Brałam udział w tym Konkursie. Wysłane przeze mnie wspomnienia dotyczyły okresu powojennego (ponieważ urodziłam się 1.08.1940 r.). Nie byłam więc na spotkaniu z laureatami Konkursu.

Opracowując wspomnienia zwróciłam się do Zarządu Oddziału Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Zamościu pismem z dnia 19.06.1971 r. Pismo pozostało bez odpowiedzi. W lipcu tegoż roku pojechałam osobiście do Zamościa w tej sprawie. Odpowiedziano mi, że nikt o niczym nie wie i o niczym nie słyszał, a Dzieci Zamojszczyzny nie żyją. Wówczas zaczęłam pisać do różnych gazet. Był to okres kiedy wznoszono CZD w Warszawie. Mówiono tylko o zamordowanych, zgermanizowanych polskich dzieciach, pomijając nas, ocalałych z pożogi wojennej. Prawdę o nas Polskich dzieciach Wojny chciano przemilczeć tak jak przemilczano "Golgotę Wschodu".

Wówczas Katyń i wywózki na Sybir były tematem zakazanym. W dalszym ciągu pisałam do różnych gazet informacje o Polskich Dzieciach Wojny ze szczególnym zwróceniem uwagi na los ocalałych Dzieci Zamojszczyzny.

W tym czasie byłam nauczycielką i instruktorem Związku Harcerstwa Polskiego. Naczelnikiem ZHP był Wiktor Kincki Bogdanowicz [...] ZHP roztoczył patronat nad budową Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Miałam więc możliwość mówienia i pisania o żyjących dzieciach Wojny. Dotarłam do mgr Józefa Wnuka autora książki "Dzieci polskie oskarżają" (Wyd. lubelskie 1975 r.).

Moje artykuły do gazet, władz zawsze zaczynałam mottem "Polacy Rodacy zwyczaj macie niewesoły wznosząc pomnik umarłym, kopiecie pod żywymi doły" "w imieniu ocalałych Polskich Dzieci Wojny" Nie wiem kto i dlaczego był inicjatorem pierwszego w historii Polski zjazdu byłych Dzieci Zamojszczyzny. Mimo że nazwisko moje było znane z bardzo licznych wystąpień oficjalnego zaproszenia nie dostałam. Zaproszenie to otrzymałam od drukarzy z drukarni zamojskiej. Zjazd odbył się 5 i 6 X 74 roku (sobota, niedziela). Nie było łatwo otrzymać wolną sobotę. Byłam wówczas Komendantem Ośrodka Miejskiego ZHP w Puławach z tym że 6 godz. Pracy pedagogicznej tygodniowo musiałam odpracować w Puławskim Domu Kultury. Ówczesnym dyr. był p. Stefan Krzewiński. Pracowałam u niego od 12 godziny do godziny 18 w soboty. O żadnym urlopie nie chciał słyszeć. Uzyskałam urlop drogą służbową od inspektora oświaty.

Na zjazd pojechałam z moim synem Leszkiem (ur. w Lublinie 16.09.1961 roku). Do zjazdu nie byłam kompletnie przygotowana. Zaproszenie, które otrzymałam zawierało mały punkcik "dyskusja". Zastanawiałam się o czym byłe Dzieci Zamojszczyzny zechcą mówić. Zjazd rozpoczął się o godzinie [...]

W dużej sali za stołem prezydialnym siedzieli dygnitarze. Tyłem do nich a twarzami zwróceni ku 4 rzędom nas siedzących stali z malutkimi 3- 4- letnimi dziećmi na rękach. My siedzieliśmy za stołami pokrytymi zielonym suknem. Na oko było nas ok. 150 osób. Na dane hasło dzieci rozeszły się pomiędzy stołami i kładły przed niektórymi osobami (co 2 osoba) czerwony goździk. Przede mną stanęła dziewczynka mówiąc "nie mam już kwiatka". Wtedy wzięłam ją za rączkę i powiedziałam: "Ja ten dzień zapamiętam na całe życie. Chciałabym żebyś i ty zapamiętała. Dzisiaj przy tak wielkiej uroczystości zabrakło dla nas po jednym maleńkim kwiatku. Chcę ci powiedzieć, że całe życie brakowało nam chleba, ubrania i domu". Wtedy dziewczynka oderwała od swego munduru odznakę harcerską i dała mi ją. Był to biały kwiat za drutami na zielonym tle (odznakę tą przechowuje do dnia dzisiejszego). Dzieci po powitaniu opuściły salę. Zaczęły się zgodnie z programem wystąpienia ważnych osobistości. Po wystąpieniu wszystkich ogłoszono przerwę na obiad. W czasie przerwy i obiadu mieliśmy bezpośredni kontakt ze sobą. Rozmawialiśmy o tym jaki sens i cel ma to nasze spotkanie. Zawieraliśmy znajomości. Poznałam z Puław wcześniej znane mi osoby, których nigdy nie podejrzewałam, że są Dziećmi zamojszczyzny. Były to siostry Janina Kurek, Maria Góra i ich siostra Jadwiga z Lubartowa. Był również Marian i Ryszard Mulawa. Po przerwie wróciliśmy na salę. Za stołem prezydialnym siedział jakiś pan (jeden!), który nas poinformował, że teraz będzie dyskusja "proszę zabrać głos, co kto ma do powiedzenia, bo za drzwiami stoją dzieci przygotowane do występów artystycznych dla nas i bardzo się niecierpliwią". Na mównice ktoś podprowadził ociemniałego człowieka, który opowiadał o swojej bardzo trudnej sytuacji i o niestosownym zachowaniu urzędników wobec jego problemów. Potem weszła druga kobieta i też płacząc opowiadała o swojej trudnej sytuacji. Po niej kolejna w podobnym stylu. Wtedy weszłam na mównicę i powiedziałam, że dosyć już w życiu napłakaliśmy się i że dzisiaj po raz pierwszy mamy okazję by powiedzieć o naszym życiu "nie wyjdziemy z tej sali dopóki nie wrócą tu Ci wielcy panowie zza stołu prezydialnego i powiedzmy wszystko to, co powiedzieć należy z podaniem swoich danych. Jeżeli będziemy organizacją społeczną będzie nam łatwiej sobie pomagać". Wtedy pan zza stołu krzyknął na mnie "koniec dyskusji, dzieci się niecierpliwią, teraz kolejny punkt - występy artystyczne". Poprosiłam pana, by na nas nie krzyczał z dwóch powodów. Po pierwsze jesteśmy gośćmi zaproszonymi przez ZBOWiD; po drugie bardzo nie lubimy jak się na nas krzyczy (mając smutne doświadczenia z dzieciństwa). Proszę pana o poproszenie wszystkich tych, którzy siedzieli za stołem prezydialnym. My grzecznie wysłuchaliśmy, co do nas mówiono, Teraz prosimy, by zechciano wysłuchać tego, co my mamy do powiedzenia, zaś czekające dzieci prosimy odesłać do domu, ponieważ my nie wyjdziemy z tej sali dopóki nie załatwimy swoich spraw. Zebrani zaczęli popędzać pana popierając to co powiedziałam, mówiąc, że nie wyjdziemy z sali. W niedługim czasie weszli wszyscy, którzy siedzieli za stołem prezydialnym. Istotnie dzieci odprawiono. Na mównicę weszła p. Janina Buczek Różańska z Biłgoraja mówiąc, że istotnie Dzieci Zamojszczyzny należy objąć opieką, ponieważ przeżyliśmy wojenną tragedię a i teraz po 30 latach życie wielu z nas jest bardzo ciężkie. Zwracamy się także z prośbą do najwyższych władz, by przez szacunek dla męczeństwa dzieci polskich w czasie wojny przynajmniej do czasu kiedy my żyjemy nie używać polskich dzieci do witania dygnitarzy niemieckich na naszej ziemi. Wystąpienie p. Janiny przerywały burzliwe oklaski. Potem przemawiał p. Marian Bronikowski z Warszawy (Syn Pułku). Popierał mój wniosek o zorganizowanie się na wzór Organizacji Synów Półków. Nie pamiętam już kto z osób zabierających głos zapytał: "Po coście zorganizowali takie spotkanie? Czy może chodzi o uzyskanie naszych adresów, by nas wybić, żeby nie było świadków co z nami wyprawiali Niemcy? Bo teraz rząd brata się ze szwabami i nasza pamięć jest niewygodna?"

Znowu kolejna osoba zabierająca głos płacząc opowiadała o pacyfikacji rodzinnej wsi i o obecnym bardzo trudnym życiu. Mówiła że prosząc w urzędzie (po wojnie, o umorzenie podatków) o jakąkolwiek pomoc odpowiadano - "jedźcie na Ziemie Odzyskane tan dostaniecie wszystko". Nie pamiętam imienia i nazwiska tej pani. Pamiętam tylko, że mówiła bardzo wzruszająco i cała sala płakała. Tylko panowie za stołem prezydialnym głupawo się uśmiechali.

Wtedy wyszłam na mównicę i zwracając się do sali poprosiłam, byśmy nie płakali przed tymi ludźmi, którzy nie są i nie chcą w stanie ani nam współczuć i pomóc. Zorganizujmy się, stwórzmy organizację, wybierzmy swoich przedstawicieli do rozmów w sprawach dla nas bardzo ważnych. Ponieważ mównica była ustawiona w ten sposób, że mówiąc do mikrofonu, stało się tyłem do stołu prezydialnego usłyszałam z tyłu głos "Kto to jest? Skąd ona?". Wtedy odwróciłam się twarzą i powiedziałam; "któryś z panów pytał o mnie. Nazywam się Maria Anastazja Perkowskja, mieszkam w Puławach ul. Sienkiewicza 13/35, tel. 39-50 i jestem nauczycielką. Moich rodziców Annę i Józefa Czochrów żywcem spalili Niemcy za udział w bitwie pod Wojdą 30.XII.1940 r. Czy to wystarczy?" - zapytałam i znowu odwróciłam się do prezydium tyłem. Dalej mówiłam do zebranych. Proponowałam byśmy napisali apel i skierowali go do najwyższych władz Polski. Jako sierotom i więźniom obozów należą się nam stosowne uprawnienia. Odwołajmy się do społeczeństwa. Nie liczmy na pomoc tych panów zza stołu prezydialnego. Popatrzmy na ich tłuste oblicza. Przyjrzyjmy się im i porównajmy z naszym wyglądem. Popatrzmy na nasze spracowane ręce, umęczone twarze.

(17kB)
Fot. 1. Rok 1974, Zamość. Zjazd byłych Dzieci Zamojszczyzny (na pierwszym planie M. Perkowska-Rusek).

Wtedy podszedł do mnie p. Wroński (poseł Ziemi Zamojskiej) i powiedział do mikrofonu "My Was rozumiemy. Co to żeście w dzieciństwie przeżyli, uczyniło was osoby okaleczone psychicznie. Stąd wasza reakcja. Zabierając głos uważajcie, bo wszystko to co mówicie jest nagrywane na taśmy i będzie starannie przesłuchane przez specjalne służby".

Wtedy wpadłam we wściekłość i powiedziałam: "Proszę nas nie straszyć, ponieważ w dzieciństwie wystarczająco wystraszyli nas Niemcy i Rosjanie. Załóżmy dzisiaj tu Stowarzyszenie. Nie wyjdziemy z tej sali dopóki nie wybierzemy swoich przedstawicieli (Zarządu Stowarzyszenia) czy Rodziny Dzieci Zamojszczyzny i sformułujemy apelu do najwyższych władz administracyjnych i partyjnych Polskich". I dalej zachowałam się jak głupia baba która powiedziała co wiedziała. Mówiłam o Hance Ordonównej która pod pseudonimem Weroniki Hort wydała w Bejrucie książkę pt. "Tułacze dzieci", opowiadałam o rusyfikowanych, germanizowanych dzieciach i chyba tak jak pisałam w wierszu jadąc na Zjazd "pękło nasze milczenie, pękło moje straszne milczenie".

Wtedy podeszła do mnie p. Apolonia z Zamościa i powiedziała mi że zbierają się ludzie, bo dzieci i nauczyciele przekazali w domu, to co się tutaj dzieje. Kilka osób zaprosiła do swojego domu, żeby dokończyć apel, bo tu nie ma możliwości. Cała sala poruszona płakała, ja rzygałam potokiem słów na mównicy. Podeszła do mnie p. Janina Buczek - Różańska. Przeprowadziliśmy głosowanie. Założyliśmy Stowarzyszenie Rodzina Dzieci Zamojszczyzny i wybraliśmy 3-osobowy Zarząd: Maria Perkowska, J. Różańska, i M. Bronikowski (Warszawa). Wychodząc napotkaliśmy bardzo dużo zebranych ludzi.

Wtedy podeszła do mnie starsza kobieta mówiąc mi, że mam na imię Maria i jestem jej córką, którą Niemcy odebrali jej w obozie. Byłam bardzo zmęczona. Niechętnie chciałam pozbyć się kobiety, jednak ona nie ustępowała. Płacząc, coś mi zawile tłumaczyła, co zupełnie nie miało związku z moją osobą. W pewnej chwili zdjęła z szyi medalion i dała mi.

Grupkami rozchodziliśmy się. Janina Różańska, M. Bronikowski i ja w otoczeniu jeszcze kilku osób szliśmy do hotelu. Wtedy podeszła do mnie pani, przedstawiła się, podała mi kartkę ze swoim adresem (Krystyna Wnuk, dziennikarz - Warszawa) prosząc o kontakt z nią. Wtedy podałam jej swój adres i mały zbiorek wierszy związanych z Zamojszczyzną.

Wieczorem i w nocy usiłowaliśmy napisać apel. Była nas spora grupa. Jeden z panów - Józef Borowiec podał mi swój album, który podałam na salę z prośbą o wpisywanie swoich adresów, wniosków. Była to forma pamiętnika. Zamieściłam tam dwa ocalałe zdjęcia matki i ojca oraz swoje z dzieciństwa. Pan Józef wpisał się do tego pamiętnika: "Niech pani odwaga [...]

Pamiętnik ten do dnia dzisiejszego jest w moim posiadaniu z adresami i wyrazami pamięci. Pracowicie całą noc pisaliśmy, opracowywaliśmy apel, który własnoręcznie napisałam. Ustaliliśmy, że apel zostanie odczytany przy pomniku w Zwierzyńcu, złożony na ręce przewodniczącego ZBOWiD-u, do wiadomości a skierowany do najwyższych władz partyjnych i państwowych.

Nie pamiętam już dokładnie liczby pisanych apeli. Wiem że wysłaliśmy do I sekretarza E. Gierka i innych dygnitarzy. Adresy podawał p. Bronikowski i p. Wnuk.

Dzisiaj po 28 latach od tego momentu zastanawiam się dlaczego nikt nie pomógł mi pisać apelu. Wszyscy doradzali tylko jedna p. mgr Julia Rodzik powiedziała wtedy wprost: "Jestem nauczycielką j.polskiego, nie mogę się w to mieszać, sercem jestem z Wami, chcę WAM pomóc". (Brudnopis, w którym p. Julia pisała zachowałam do dziś.). Pisałam dalej więc własnoręcznie (brak maszyny) opowiadają, że jestem woźną w szkole i mogę pisać spokojnie. Ustalaliśmy kto odczyta tekst apelu. Oczywiście znów nikt nie mógł - padło na mnie. Z humorem podkreśliłam funkcję woźnej i zgodziłam się na odczytanie. W dniu 6.X.74 (niedziela) wsiadając w Zamościu do samochodu wiozącego nas do Zwierzyńca wtoczył się pijany, garbaty człowiek. Znałam go, wiedziałam, że to tragiczny Bronek Pekosiński. Złapał mnie za szyję krzycząc "siostro kochana". Wtedy ktoś z tyłu krzyknął "to zamojski pijak, on pije denaturat, niech pani go zepchnie!". Odwróciłam się i warknęłam "A pan pije koniak, co? Jaka to różnica?" Przytuliłam garbatego Bronka, ale nic to nie pomogło. Nie pozwolono mu wsiąść do autobusu. Wszędzie nas członków zjazdu otaczało b. Dużo ludzi. Byli bądź starzy bądź w naszym wieku. Myślę że byli to rodzice bądź krewni Dzieci Zamojszczyzny bądź same dzieci, których niestać było na opłacenie uczestnictwa w Zjeździe.

Powiększ Powiększ
strona 1 strona 2
Fot. 2. Apel Dzieci Zamojszczyzny (kliknij na fotografie aby powiększyć).

Cena była wysoka. Pojechaliśmy do Zwierzyńca. Po złożeniu wieńców wyciągnęłam apel i odczytałam. W połowie apelu podszedł do mnie prezes zamojskiego ZBOWiD-u p. Roman Kulik. Zaczął na mnie krzyczeć przez "Wy" i "Jak Wy się zachowujecie, kto wam pozwolił!" "Myśmy Wam zrobili Zjazd, znaczki" (w pierwszym dniu Zjazdu rozdano nam jarmarczne znaczki - na błękitnawym niebie czerwone słońce, druty kolczaste a za nimi dzieci (oryginalny znaczek posiada p. Krystyna Wieczerza ul. Towarowa). "Chcecie Stowarzyszenie? To Wam załorzymy przy ZBOWiDzie". Pan Kulik złapał moją kartkę, jedna została w jego ręku, na której były podpisy Zjazdu Dzieci Zamojszczyzny. Do ZBOWiD-ców podeszli nasi mężczyźni, wyrwałam kartkę i dokończyłam pisanie apelu. Po odczytaniu apelu zostawiłam wszystkich i taksówką wróciłam do Zamościa.

Przyjechałam do domu przy ul. Lwowskiej do mego stryja Władysława Czochry, u którego przebywał mój syn Leszek. Leszek został z moim bratem stryjecznym Tadeuszem Czochrą st. Psychologii, który stwierdził, że nie mam prawa obciążać go swoimi przeżyciami, które i tak zaważą na jego losie. Do domu do Puław przyjechaliśmy ok. godz. 19. Po wejściu do domu bardzo przestraszony mąż wskazując na dwóch panów siedzących w pokoju powiedział "Panowie przyszli do Ciebie". Wtedy zrozumiałam, że pogróżki panów z prezydium nie były bezpodstawne. Zapytałam czy mogę wejść do łazienki, weszłam z torbą, wyjęłam apel Dzieci Zamojszczyzny i schowałam do pawlacza do pudełka proszku. Był to jedyny egzemplarz, który miałam, zaś na nim było ok. 80 podpisów uczestników Zjazdu. W kartce do męża napisałam żeby po moim wyjściu zawiadomił natychmiast komendantkę Hufca Puławy Danutę Zalewską i żeby zabezpieczył apel, a w nim owinięte dwie srebrne obrączki po moich rodzicach. Bardzo się bałam i chociaż starałam się ukryć swój strach czułam jak uginają się nogi. Myślałam o chorym mężu i o synu jak sobie dadzą radę, ponieważ nie mieliśmy żadnej rodziny. Wyszłam i powiedziałam: "Jestem gotowa, możemy iść". Panowie siedzieli w pokoju na fotelach i ani się poruszyli. Spojrzeli po sobie i jeden powiedział: "Proszę się nami nie przejmować, my posiedzimy". Na moje pytanie czy mam coś wyjaśnić, odpowiedzieć, ten sam odpowiedział, żebym zajęła się swoimi sprawami, a na nich nie zwracała uwagi. W tym czasie zadzwonił telefon. Jeden z nich powiedział tonem rozkazującym "proszę rozmawiać!". Mimo pozornego opanowania pamiętam swój paniczny strach i wściekłość. Podniosłam słuchawkę. Była to moja dobra koleżanka Kazia Maruszakowa. Ucieszyła się, że nareszcie jestem, pytała o wrażenia. Powiedziałam, że jestem b. Zmęczona i jutro do niej zadzwonię, odkładając słuchawkę. Mąż też był bardzo zdenerwowany. Zrobiłam kolację, poprosiłam męża i syna do kuchni, sama siedziałam w pokoju. Przeprosiłam panów, by się przesiedli, bo chciałam pościelić wersalkę i położyć się spać. Widziałam ich zaskoczenie. Nie mniej jednak zapaliłam mała lampkę, poszłam do łazienki, umyłam się i położyłam się. Po kolacji przyszedł mąż i usiadł w fotelu i drzemał, ponieważ od kilku lat ze względu na chorobę Birgera spał w fotelu na siedząco. Była ok. 9. Punktualnie o godz. 10 panowie powiedzieli dobranoc i bez słowa wyjaśnienia wyszli. Byłam sztywna ze strachu. Nie chciałam denerwować syna i męża nie mniej jednak byłam zmuszona opowiedzieć im to wszystko co zaszło w Zamościu i opracować jakąś strategię zachowania. Pamiętam swoją chęć ukrycia tekstu apelu. Była to jedna strona papieru kancelaryjnego. Żadne miejsce nie wydawało mi się wystarczająco bezpieczne dla tej kartki (xero wtedy nie znaliśmy).

Wizyty panów powtarzały się 4-5 razy w tygodniu. Siedzieli od godz. 3, 4, 5 do godz. 10. Zachowywali się milcząco, o nic pytali, czasami przeglądali korespondencję czy książki. Korzystali z łazienki. Wtedy ostentacyjnie szłam i szorowałam łazienkę, co chwila spuszczając wodę. Koleżanka Zosia Irlik przepisała mi na maszynie tekst apelu i wysłałam go do p. Bronikowskiego do Warszawy, do p. Krystyny Wnuk pisząc do nich listy, nie wspomniałam nic o mojej sytuacji z panami.

Przypuszczam, że listy moje do nich nie doszły, ponieważ 22.XII.74 otrzymałam z W-wy od p. M. Bronikowskiego list, w którym pisał: "Jeśli posiada pani naszą rezolucję bardzo proszę o odpis. Co się z nią stało?".

Wysłałam do Warszawy przepisany na maszynie apel w 3 egzemplarzach prosząc o kontakt z p. red. K. Wnuk. Jednocześnie wysłałam do niej list, tekst apelu i życzenia świąteczne. Od p. K. Wnuk otrzymałam odpowiedź "sprawy zamknęłam, odezwę się w stosownym czasie". Pani Krystyna do chwili obecnej nie odezwała się już nigdy. Wysłałam jej zaproszenie na Zjazd Stowarzyszenia Dzieci Wojny w Suścu 1981 r., ale nie odezwała się słowem.

W tym czasie (1974-1975) otrzymałam list od p. Józefa Sapkowskiego, zaczynający się od słów: "O nieznajoma i piękna pani". W liście tym p. Sapkowski przedstawia mi swoje prośby organizowania Stowarzyszenia Dzieci Wojny w Polsce. Mijały miesiące. Syn kończył 7 klasę, mąż jak zwykle ciężko chorował, ja obciążona pracą zawodową i obowiązkami domowymi próbowałam na własną rękę szukać Dzieci Zamojszczyzny. Pisałam artykuły do gazet, gromadziłam książki dotyczące Polskich Dzieci Wojny i Dzieci Zamojszczyzny. Organizowałam w Puławach spotkania autorskie (przez stowarzyszenie PAX) z p. Józefem Wnukiem, autorem książki "Polskie dzieci oskarżają". Pamiętam, że na jednym spotkaniu w kwietniu 1975 r. wstał jeden z pracowników naukowych puławskiego instytutu i zapytał dlaczego autor pisząc o zbrodniach niemieckich popełnionych na dzieciach polskich nie poruszył ani słowem sprawy martyrologii dziecka polskiego na wschodzie. I tu opowiedział o tych straszliwych zbrodniach, które dzisiaj są już nam powszechnie znane. Wrażenie było ogromne. Sala zamarła. A p. Wnuk odpowiedział spokojnie: "Jeśli są te sprawy panu wiadome, proszę o nich pisać, ja pisałem o tym co było moim udziałem i to ja mogę pana zapytać, dlaczego pan o tym nie pisze". Chciałam zapytać pana mecenasa Wnuka o wiele spraw dotyczących tematu. Jednak byłam przerażona, ludzie zaczęli opuszczać salę. Wyszłam również i ja z moim synem Leszkiem. W domu już byli smutni panowie. Wtedy zadzwoniłam do mojej koleżanki Gieni Chmielewskiej informując ją o zebraniu, dzieliłam się wrażeniami ze spotkania (mąż Gieni inż. J. Chmielewski pochodzi z Zamojszczyzny i bliskie są mu te sprawy).

W połowie kwietnia (chyba) 1975 w puławskim SITPChemie było spotkanie z panią Danutą Brzosko-Mędryk autorką głośnego wówczas pamiętnika z Majdanka pt. "Niebo bez ptaków". Kierowniczką tego klubu była p. Barbara Kuryłło, nauczycielka ze Szkoły Podst. nr 5. Zebrałam grupę harcerzy (ok. 10 osób) i w pełnej gali wyruszyliśmy na spotkanie (był to wówczas bardzo elitarny klub puławski).

Wszyscy byli zachwyceni tym spotkaniem. Ja również byłam zauroczona osobowością autorki. Po spotkaniu p. Brzosko-Mędryk była oblegana przez uczestników i ja też podeszłam prosząc o autograf na książce; przedstawiłam siebie i sprawę Dzieci Zamojszczyzny. Wtedy pani Brzosko zaproponowała, że idzie piechotą do dworca i może porozmawiać przez drogę. Do stacji PKP było ok. 1 km. Idąc rozmawiałyśmy, do odejścia pociągu miałyśmy ok. 1 godz. Potem okazało się, że pociąg opóźniony był 45 minut. Miałam więc czas by przekazać dużo informacji. Opowiedziałam również o wizytach smutnych panów w moim domu. Pani Danuta słuchała z niedowierzaniem. Podała mi swój adres, bym napisała, przesłała apel Dzieci Zamojszczyzny. Od tej pory nawiązała się między nami prawdziwa przyjaźń. Dziwna, bo światy nasze tak bardzo dalekie, a koleje losu zupełnie inne. Przyjaźń i korenspondencja trwa do dnia dzisiejszego. Nie wiem, czy to interwencja p. Danuty, czy historia którą opiszę zdecydowały o tym, że wizyty smutnych panów, trwające ponad 7 miesięcy zakończyły się raptownie.

Było to któregoś dnia, kiedy wróciłam z pracy b. zdenerwowana. Zbliżała się Akcja Obozowa i Nieobozowa. Praca w mieście i powiecie, obejmująca całą sieć szkół podstawowych i ponadpodstawowych przy 4-osobowej etatowej obsadzie Hufca wymagała dosłownie końskich sił. Była też z wizytą matka mego męża Michalina Perkowska. Grał telewizor, panowie siedzieli, mąż drzemał w fotelu, Leszek odrabiał lekcje u siebie w pokoju, przerażona teściowa przyjęła mnie okrzykiem "o, dobrze że nareszcie jesteś!". Powiedziałam "dobry wieczór", podeszłam do telewizora, wyłączyłam go i krzycząc napadłam na smutnych panów. Wrzeszczałam "mam tego dosyć, jakiej cholery ode mnie chcecie, najpierw męczyli mnie Niemcy, teraz wy, etc.".

Panowie siedzieli nieporuszeni zaś teściowa rzuciła się do nich z przeprosinami, twierdząc, że ja z tego wszystkiego zwariowałam, bo jestem przepracowana, mąż jest ciężko chory, ciągłe szpitale i żeby oni na mnie nie zwracali uwagi a ona im zrobi herbatę.

Mnie zaś zaczęła błagać bym się uspokoiła, bo mnie zabiorą, a co będzie z jej synem i wnukiem.

Dzisiaj wspominając to, sama się dziwię skąd miałam siłę do tego wszystkiego. Krzyknęłam na matkę, że nie ma ani wstydu ani godności. Wyprowadziłam ją do kuchni, zaś sama wróciłam rozprawiając się do końca ze smutnymi panami. Wtedy jeden z nich o szczupłej biało-sinej twarzy bez wyrazu o pustych blado-niebieskich oczach powiedział: "Dobrze pani radzę niech pani przestanie się w to wszystko bawić. To się dla pani źle skończy. Znajdą panią przejechaną przez samochód albo pijana, uduszoną w jakimś rowie." Powiedział to jakoś zwyczajnie po ludzku. Wprawiło to mnie jeszcze w większą furię i odpowiedziałam hardo, że mimo wojennego życiorysu pochlebiam sobie, że jestem przyzwoitym, prawym człowiekiem, a zresztą co pan o tym wiedzieć służąc tak podłej sprawie. Wódki nie piję, przez jezdnię umiem przechodzić, a śmierci i was zwyczajnie się nie boję. Mam tylko was dość i wynoście się. W przeciwnym razie zawołam wszystkich moich harcerzy i ludzi z całego bloku nich was stąd wyprowadzą. Po tej uprzejmej wymianie zdań panowie istotnie więcej nie przyszli. Nie miałam żadnej rewizji. Niczego mi nie ukradziono, ani nie podrzucono. Właściwie nie rozumiem sensu tych wizyt. Czyżby chodziło o psychiczne wykończenie człowieka? Po latach, chyba był to rok 1996, prowadząc sprawę o alimenty (jestem ławnikiem sądu rejonowego w Puławach), kiedy spojrzałam na pozwanego poczułam nieokreślony lęk, zupełnie nieprzypominając sobie twarzy. Dopiero przy pytaniu sądu o zawód i miejsce pracy pozwany odpowiedział - "wykszt. wyższe prawnicze, bezrobotny". Wtedy sędzia Wiesława Pawlak zapytała - "Prawnik? Bez pracy?". Pozwany odparł - "Pracowałem w służbach specjalnych". Wtedy go rozpoznałam. Nie wiem dlaczego, przecież mogłam poznać jego nazwisko, adres, dane. Teraz ja mogłam go oskarżyć o znęcanie psychiczne. To nie był lęk, strach, raczej bezbrzeżna pogarda dla małego nikczemnego człowieczka (a przecież stworzenia bożego, od którego matka jego dzieci sądownie chciała wydrzeć parę groszy na ich utrzymanie). Wrażenie jednak było bardzo duże. Poprosiłam sędzię o zarządzenie przerwy i opowiedziałam w skrócie całą tę naszą historię.

Choć nie chcę teraz tego pamiętać, wiem że wówczas był mieszkańcem wsi Karczmiska.

Mijają lata. W dalszym ciągu gromadzę wszystkie materiały dotyczące losu Dzieci Wojny i losu Dzieci Zamojszczyzny. Prowadzę szeroką korespondencję z różnymi ludźmi dotyczącą w/w tematów. Mieszkam wraz z mężem i synem w małym mieszkanku - 40 m2. [...].

Nie mam zupełnie czasu na uporządkowanie zbiorów, a jest ich coraz więcej.

Ze służbami SB miałam jeszcze jedno spotkanie. Był rok [...]. Byłam wtedy instruktorem powiatowym Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Moim bezpośrednim przełożonym był dyr. Zarządu TPD w Lublinie Kazimierz Stopa. Wieczorem, ok. godz. 20 zadzwoniła do mnie koleżanka nauczycielka twierdząc, że nie wyłączyłam grzejnika w biurze TPD. Byłą to Jola Bara nauczycielka Szkoły Muzycznej wracająca z rady pedagogicznej. Uważałam, że było to niemożliwe, ponieważ zawsze wychodząc z biura sznur od maszynki czy od piecyka kładłam do szuflady biurka Ponieważ biuro TPD mieściło się w budynku MDK klucze od biura miał również dyr. domu kultury Stefan Krzewiński. Zastanawiałam się czy zadzwonić do niego i poprosić o sprawdzenie, ale wstydziłam się i pojechałam sama. Otwierając biuro uderzył mnie potworny smród papierosów. Zapaliłam światło i w głębi, w drugim pokoju zobaczyłam kilkunastu mężczyzn i palący się po środku piecyk. Oniemiała krzyknęłam "co wy tu robicie, wynoście się!".

Usłyszałam twardy, rozkazujący głos - "proszę zgasić światło i wyjść" i wrzask "natychmiast". Przybiegłam do domu przerażona. Zadzwoniłam do J. Barówny. Rozmawiałam z nią i z jej ojcem, dyr. szkoły nr 3. Obydwoje byli przerażeni i co mi poradzić. W tej sytuacji zadzwoniłam do Stefana Krzewińskiego. Przyjął to ze stoickim spokojem, mówiąc: "radzę pani o tym zapomnieć, nie było takiego zdarzenia, sprawa pani nie dotyczy". Wtedy powiedziałam, że zadzwonię do Lublina do dyr. K. Stopy. "Tego pani nie radzę" odpowiedział Krzewiński. Nigdy nie lubiłam tego człowieka. Od tej chwili zaczęłam się go bać. Istotnie do tej pory milczałam.

Upływał czas między pracą, chorobą męża, szpitalami, kłopotami z synem, chorobami jego (na lekcji WF złamałam wyrostek kręgowy), było mi b. ciężko.

Syn po ukończeniu 8 klasy był uczniem Technikum Leśniczego w Biłgoraju. Potem Technikum w Dęblinie, a następnie Technikum Samochodowego w Puławach.

Mąż ociemniał. Nogi trzeba było amputować. Bez pomocy rodziny, zdana tylko na siebie i dobrych ludzi pracowałam już w przedszkolu nr 7 ul. 22 Lipca. Kierowniczką przedszkola była p. Teresa Wrzesińska. Nie dodałam, że cały czas pracując podnosiłam kwalifikacje zawodowe. Ukończyłam Wyższe Studia Pedagogiczne.

1 grudnia 1979 roku zmarł mój mąż Piotr Perkowski, [...]. Syn z żoną mieszkał u mnie. Chodził do szkoły, nie miał żadnych świadczeń po zmarłym ojcu i nie pracował.

Jego żona była fizykoterapeutką i zarabiała niewiele.

Tak też cały ciężar utrzymania domu spadł na mnie. Było mi bardzo trudno. Moje wojenne dzieciństwo, obozowa przeszłość nie ułatwiały mi życia w PRL-u czyli w obozie państw socjalistycznych. Obciążona długami, zaciągniętymi na leki i leczenie męża, zmuszona dorabiać byłam wprost wrakiem człowieka. Mój sposób dorabiania polegał na sobotnio - niedzielnym prowadzeniu zabaw choinkowych dla dzieci oraz wykonywaniu dekoracji na zabawy noworoczne choinkowe. W tym czasie dużo mi pomagali dobrzy ludzie dając mi tę pracę.

W lutym 1980 r. zadzwoniła do mnie p. dr Danuta Brzosko-Mędryk z propozycją bym wystąpiła w Warszawie w Centrum Zdrowia Dziecka na uroczystości wręczenia sztandaru ufundowanego "Przez Dzieci Wojny Dzieciom Pokoju" (wcześniej była przeprowadzana akcja zbierania pieniędzy na ten cel). Opowiedziałam p. Danucie o swej trudnej sytuacji a co za tym idzie niemożliwości przyjęcia propozycji. P. Danuta nieustępowała. Twierdziła, że jest to jedyna i niepowtarzalna okazja stwarzająca jej możliwości nagłośnienia sprawy Dzieci Zamojszczyzny. Mówiła, że rozmowy te muszą się toczyć na bardzo wysokim szczeblu i moje udane (!) wystąpienie stworzy szansę do prowadzenia rozmów. Wtedy zaproponowałam p. Danucie, że spróbuję napisać, ale tekst w Warszawie odczyta ktoś inny. Uroczystość miała odbyć się w CZD 29 marca 1980 r.

Zaczęłam pisać tekst: "Styczniowa noc skrzy się tysiącami śnieżnych płatków, padających na lubelskie pola. Gdzieś daleko rozlega się gwizd lokomotywy. To nadchodzą transporty Dzieci Zamojszczyzny. Majdanek. I w tym piekle znalazły się Dzieci Zamojskie. Bosymi nóżkami, cierpliwie deptały twardą ziemię obozu. W deszcz mokły razem z nami, bo wątłe ramiona matek nie chroniły od dżdżu i wiatru, jakże okrutnego lubelskiego wiatru, zimą ostrego, przenikliwego, latem przynoszącego tumany czerwonego piasku zasypującego łzawe oczy. Zabrano im wieś, dom, najbliższych. W zamian dano łzy, wszy, głód, śmierć." Tak o nas pisała autorka "Nieba bez ptaków", "Matyldy" p. Danuta Brzosko-Mędryk.

Tekst miał być przygotowany a 8-10 minut z uwagą - im krótszy tym lepiej. Płacząc pisałam tekst. Zmieściłam się w siedmiu minutach. Napisałam jak umiałam najlepiej nie miałam jednak pewności czy spełnię oczekiwania p. Danuty. Postanowiłam wykorzystać moją koleżankę p. mgr Stanisławę Bąkałę, jedną z lepszych polonistek w Puławach. Zadzwoniłam do niej prosząc o spotkanie, mówiąc, że mam sprawę bardzo osobistą, nie na telefon. Stasię pamiętałam jeszcze z Liceum Pedagogicznego. Był to rok 1954. Już wtedy zwracała uwagę wrażliwością na słowo i piękną interpretację tekstu. Stasia przyjęła mnie jak zwykle serdecznie i ze zdziwienia, po wyjaśnieniu jej celu mojej wizyty, usiadła i przerażona zapytała - "Co ty tu mi opowiadasz? Wielki Świat, Warszawa, znana pisarka i ty?" Swoją przemowę uroczyście zakończyła - "Przeżegnaj się, żeś sobie tego wszystkiego nie wymyśliła". Kiedy się uroczyści przeżegnałam, że to wszystko prawda, Stasia mruknęła - "No to czytaj". Przeczytałam pierwsze słowa płacząc. Wtedy Stasia warknęła - "Słuchaj mała, to nie ty masz płakać, a słuchacze". "To nie ty masz się wzruszać, ale ci co powinni. Zaczynaj jeszcze raz." Wynoś się powiedziała Stasia i dotąd czytaj aż nauczysz się czytać bez płaczu. Wyniosłam się i pracowicie ćwiczyłam tekst. Bez skutku.

Nawet dzisiaj, będąc starą kobietą, czytając ten tekst płaczę. Po kilku dniach zadzwoniłam do Stasi i przez telefon próbowałam przeczytać wystąpienie. "Trudno" - powiedziała Stasia - "Przychodź do mnie, przećwiczymy razem".

Przyszłam. Stasia przeczytała tekst i wtedy zrozumiałam, że to ona powinna być w Warszawie. Czytała pięknie a ja płakałam. Wtedy podała mi tekst mówiąc - "Teraz ty czytaj ten tekst, tak żebym ja płakała".

Zaczęłam czytać. Nie udało się. Wtedy krzyknęłam z rozpaczą - "Będę płakała do śmierci, czytając ten tekst". Stasia zawyrokowała - "Trudno, trzeba zmienić tekst. Nie ma innego wyjścia. Już widzę jak wyglądasz śmiesznie. Stara płacząca sierotka Marysia. Masz wystąpić godnie i osiągnąć swój cel, o którym cały czas musisz myśleć."

Wróciłam do domu i zaczęłam pisać od nowa. Nie widziałam żadnej możliwości oddania wiernie tragedii Dzieci Zamojszczyzny bez tych cudownych słów. I wcale nie chodziło mi o to, że autorka "Nieba bez ptaków" była wówczas b. popularną pisarką. Jej książki były zatwierdzone jako literatura szkolna. Chodziło mi o to, że zwyczajnie nie znałam lepszego tekstu (mimo niezłej znajomości tematu).

Zbliżał się termin wystąpienia. Zadzwoniła p. Danuta prosząc, bym przez telefon przeczytała tekst. Przeczytałam. Nie płakałam, ale tekst był już zmieniony tak, bym mogła w miarę spokojnie go przeczytać. P. Danuta poprosiła bym przysłała jej tekst przepisany w 7 egz. na maszynie do końca tygodnia. Tekst wysłałam.

Po otrzymaniu listu p. Danuta zadzwoniła do mnie z delikatnym zapytaniem hak będę ubrana (pamiętając chyba moją wytartą spódniczkę i sprany do nieprzyzwoitości sweterek z pierwszego spotkania). Wtedy powiedziałam, że mam czarne spodnie, czarny sweterek i brązową kraciastą kurtkę. P. Danuta westchnęła: "Niedobrze. Pan minister Wieczorek nie znosi kobiet w spodniach". Zapadło milczenie. "No to może mundur instruktorski" - pomyślałam głośno. "Bardzo dobrze" - powiedziała p. Danuta. Mówiąc to, przypomniałam sobie, że odchodząc z pracy z Komendy Hufca oddałam swój galowy mundur, by służył innym. Miałam co prawda kilka starych szmatek instruktorskich, ale one zupełnie nie nadawały się na wyjazd do Warszawy.

Znowu zadzwoniłam do Stasi, która była w tym czasie szczepową w szkole nr 6 i miała pięknu mundur. Stasia odpowiedziała, że chętnie by mi pożyczyła, ale jej mundur nie będzie na mnie pasował. Obiecała jednak, że pożyczy mi jakiś stosowny mundur od koleżanek.

Nie pamiętam dokładnie, ale wystroiłam się chyba przy pomocy Stasi w mundur Zosi Gutkiewicz. Postanowiłam pozbyć się swej niepewności i odczytać swój tekst też koleżance z pedagogium Wandzie Niewczas.

Przyszłam do niej wystrojona w pożyczony mundur, który leżał na mnie znakomicie stadrachaną [?] kurteczkę w brązową kratę i kalosze. Wanda wysłuchała wszystkiego, pochwaliła tekst, a na koniec powiedziała, prosząc bym się nie obraziła, że pożyczy mi swój płaszcz i buty, no bo do Warszawy należy się wystroić.

Tak wystrojona poszłam do Marysi Kotelby, którą też zaprosiłam do W-wy, ponieważ p. Danuta prosiła mnie o podanie 5, 6 nazwisk dzieci zamojszczyzny, które też zechce zaprosić do Warszawy. Wtedy podałam jej nazwiska Janiny Buczek-Różańskiej z Biłgoraja, Ireny Reder z Zamościa, Marii Kotelby z Puław, Julii Rodzik z Zamościa [....] ze wsi Zamek, Krystyny Wieczerzy z Lublina i Janiny Kurek z Puław. P. Danuta przysłała zaproszenia Marysi, Irenie i [...]

Marysia Kotelba zdecydowała, że pojedziemy taksówką, ponieważ wówczas jej mąż Henryk był taksówkarzem.

Nadszedł 29 marzec 1980 r. Pogoda była piękna, słoneczna, a my z Marysią jak damy jechałyśmy do Warszawy. Miałyśmy zakwaterowanie i wyżywienie w Hotelu Urzędu Rady Ministrów. Jednak p. Danuta zaprosiła nas do siebie do swojego domu (W-wa, ul. Melsztyńska 4/10 m. 57). Przyjęła nas wspaniale. Było już u niej kilka osób, w tym Henryk Szymański - dziecko Majdanka. Widocznie przypadłam p. Danucie do serca ponieważ mającego u niej Henryka Szymańskiego wysłała do Hotelu Rady Ministrów, a mnie zaproponowała nocleg u siebie.

Rano, w sobotę przyjechała Marysia z mężem z hotelu Rady Ministrów i pojechałyśmy do Centrum Zdrowia Dziecka.

Ogromna sala, tłum ludzi, bardzo wytworny, panie w najróżniejszych futrach z pięknymi fryzurami, onieśmielały mnie. Mój harcerski mundur i pożyczony od Wandy płaszcz tak pięknie prezentujące się w Puławach, straciły swoją czarodziejską moc w Warszawie. Podobnie i puławska taksówka Marysi przy wspaniałych limuzynach wyglądała jak dyniowa karoca zaprzężona w dwie szare myszy. Kiedy zostałam zaproszona do pocztu sztandarowego, który miał wręczyć sztandar ministrowi Wieczorkowi z przerażeniem stwierdziłam, że moje eleganckie buty pożyczone od Wandy są u Marysi w torbie. Jak dziwnym jest człowiek, w tak podniosłym momencie mając przed sobą wystąpienie swego życia, myślałam o czymś tak prozaicznym jak eleganckie buciki, o których zupełnie zapomniałam. Po przemówieniach, całej uroczystości, wręczeniu sztandaru, po podjęciu uchwały o powstaniu filii CZD w Zamościu przyszedł na samym końcu czas na moje wystąpienie. Wyszłam na mównicę i zupełnie straciłam głos. Zebrani cierpliwie czekali, a ja bezgłośnymi wargami, ze ściśniętej krtani nie mogłam wydobyć głosu.

(48kB)
Fot. 3. Rok 1980. Przed Centrum Zdrowia Dziecka po przekazaniu sztandru "dzieci wojny dzieciom pokoju".

Popatrzyłam na salę jakby szukając ratunku i zobaczyłam piękną twarz Danuty. Zamachała ona do mnie ręką. Czarny, ogromny tłum przede mną milczał. Wtedy, jak echo gdzieś zza grobu, usłyszałam swój własny głos. Nogi dosłownie ugięły się pode mną. Te króciutkie 7 min. mego życia wydało mi się wiecznością.

Kiedy zakończyłam moje wystąpienie myślą wyrażającą nadzieję, że uda się nam rozproszonym po całym świecie przez wojnę, połączyć w najdziwniejszą Rodzinę Ocalałych Dzieci Zamojszczyzny, zerwał się huragan braw. Podszedł do mnie p. minister Wieczorek dziękując za wystąpienie.


Maria Perkowska-Rusek, Klementowice 2004