Biurokracja warszawska i berlińska

 

 

Czy bank dba o swojego klienta? Pytanie należy do retorycznych, jak zapewniają gromkim chórem wydziały „publicznych relacji”, czyli inaczej mówiąc - wynajęte do przedstawiania wyłącznie korzystnego wizerunku, przyuczone do pisania i wypowiadania się, osoby. 

 

Człowiek ze zdroworozsądkowym podejściem do życia jednak spodziewa się jeszcze, że oprócz tych zapewnień, bank dba również o własne interesy - a ściślej mówiąc - o interesy jego właścicieli. Jeżeli właścicielem jest osoba fizyczna lub ich grupa - to takie postawienie sprawy nie może właściwie budzić niczyjego zaciekawienia. Trochę inaczej jest, kiedy większość praw własności należy do jakiegoś organizmu zbiorowego, który ma w swoich celach inne niż zapewnienie dobrobytu poszczególnym ludziom, przy oczywistym ryzyku ponoszonym za ich własne pieniądze. 

 

Gdy w rachubę wchodzą pieniądze publiczne - to już zazwyczaj robi się całkiem inna atmosfera. Tworzą się grupy nacisku, różne lobbies, które czasami mają na horyzoncie swoich zainteresowań zupełnie inne cele niż spodziewamy się tego po ludzkich zachowaniach.  

 

Dziennik „Rzeczpospolita” w swoim wydaniu z dn. 13-14.06.2001 r. podał interesującą informację, iż bankrutujący właściwie bank Bankgesellschaft Berlin w 56% należy do miasta Berlin, czyli do jego magistratu - inaczej mówiąc: jest w gestii tamtejszych urzędników, co do których można mieć podejrzenia graniczące z pewnością, że nie są mieszkańcami Warszawy, ani raczej nawet - Rzeczypospolitej, a są obywatelami państwa niemieckiego, a konkretniej - jego stolicy, Berlina. 

 

Miasto to kiedyś należące do słowiańskiego (serbskiego) księcia Jaksy, nazywało się Kopanica, do dziś jedna z jego dzielnic nosi miano Köpenick, ale już od kilkuset lat generalnie zamieszkiwane jest w większości przez dzielnych następców, jak to nazywała ich propaganda komunistyczna - Teutonów. Tylko czy dociekania nad przynależnością narodową właścicieli banku w jakikolwiek stopniu obchodzą klienta banku?

 

Raczej spodziewa się on, iż pieniądze powierzone bankowi będą zgodnie z zawartą umową - pomnożone w sposób bezpieczny i korzystny dla obu stron. W przypadku banku Bankgesellschaft Berlin tak jednak nie nastąpiło, o czym pewnie z przykrością dowiedzieli się jego wierzyciele - właściciele wkładów. Otóż w wyniku „nietrafionych kredytów” (ci dzielni urzędnicy!) właściciel, czyli ratusz berliński, by uniknąć bankructwa podległej mu instytucji - dofinansował ją sumą 4 mld marek. Domyślam się, że nie wysupłali jej z własnej kieszeni odpowiedzialni za złe zarządzanie powierzonymi ich pieczy pieniędzmi biurokraci - jak zawsze odbyło się to kosztem podatników - berlińskich domniemywam, czyli obywateli niemieckich. Nawet zaowocowało to rozpadem wieloletniej koalicji czerwono-chadeckiej, zarządzającej stolicą Niemiec.

 

Cóż ma ten przypadek za związek z Warszawą i polityką w Rzeczypospolitej? Czy trzeba się zastanawiać nad jednym z wielu aktów niegospodarności w Unii Europejskiej? Otóż bank ten ma siedzibę swojego oddziału w samym centrum naszej stolicy - w nowoczesnym biurowcu, jakich wiele postawiono w czasie boomu budowlanego, osłabłego ostatnimi czasy oraz prowadzi w Sieci usługi bankowe pod nazwą Inteligo. 

 

Kłopoty z umiejętnością zarządzania powierzonymi pieniędzmi nie wzbudzą w ewentualnym następnym dawcy wkładu dużej dozy zaufania, ale nie tylko o niego tu chodzi. Pożytki czerpane z operacji finansowych dokonywanych przez ten bank z pewnością są przeznaczane na... finansowanie inwestycji lub zaspokajanie różnych potrzeb wspomnianych wyżej lobbies w magistracie berlińskim. A miasto te - już dawno nie będące w orbicie wpływów bezpośredniej polskiej polityki - jest nieustającym konkurentem na różnych rynkach stolicy Rzeczpospolitej, np. w dziedzinie inwestycji budowlanych czy osadzania się central i siedzib firm ponadnarodowych. Podatki płacone przez te firmy są, w myśl obowiązujących i podpisanych przez władze naszego jeszcze suwerennego państwa, w miejscu istnienia siedziby lub centrali firmy. A to już ma wymierny, konkretny oddziaływanie na dobrobyt mieszkańców każdego miasta. 

 

Oczywiście nikt nie ma prawa wtrącać się w dysponowanie uczciwie zarobionymi pieniędzmi przez zarówno osoby jak i instytucje poza ich właścicielami. Na razie deficyt w kasie berlińskiego banku pokryli podatnicy berlińscy (niemieccy). Jednak fakt, że zarządzają nimi biurokraci nie ponoszący odpowiedzialności za swe błędne decyzje, nie budzi zaufania konserwatywnego liberała gospodarczego, który wie, że jest to główna przyczyna niegospodarności w firmach „uspołecznionych”.

 

Szafowanie nie swoim majątkiem należy do nieprzemijających i konstytutywnych cech biurakracji - niezależnie od kraju jej pochodzenia. W Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (czyli UE), którego Berlin jest znaczącym miastem, biurokracja niemiecka od czasów jej twórcy - kanclerza Bismarcka - jest niesłychanie silną i wpływową grupą zawodową. 

 

I to też jest cecha podważającą wiarę w zawodowe umiejętności jej przedstawicieli jako zarządców finansowych. Podatnik warszawski, i w szerszym znaczeniu: polski z racji właśnie narodowych różnic (!), nie ma absolutnie żadnego wpływu na jej funkcjonowanie - ani możliwości zapobieżenia takim pożałowania godnym przypadkom, których świadkami (i poniekąd - uczestnikami) jesteśmy w czasach globalizacji. Jak widać - z tą globalizacją różnie bywa, zależnie od miejsca jej występowania na naszym kontynencie. 

 

Można tu snuć rozważania o słabości naszego sektora bankowego, ale jakimś trafem - to nie polskie banki osiągnęły sukces w przejmowaniu własności zagranicznych instytucji finansowych, lecz jest od początku tzw. transformacji gospodarki polskiej - całkiem odwrotnie. Jak podaje dziennik, strategią tego banku jest obsługa klientów indywidualnych, czyli w przypadku tego oddziału - warszawiaków. Jego urzędnicy uczciwie przyznają, że będą obsługiwać także swoich niemieckich korporacyjnych klientów, nie adresując jednak tej części oferty w stronę polskiego biznesu. Motywacją dla nich do tego kroku jest „potrzeba lokalnej marki i sieci oddziałów”, której przyznają - nie posiadają. 

 

Jest wolność wyboru instytucji, której powierzamy swoje pieniądze. Zawsze może znaleźć się chwila na zastanowienie się nad konsekwencjami tego kroku - oprócz nadziei na realizację umowy o powiększeniu swojego majątku warto wziąć po uwagę także nie tylko bezpośrednie jego skutki. W Warszawie jest mnóstwo ofert różnych banków, kuszących podatników naszego miasta swoimi ofertami. Ja będę pamiętał jednak, że właścicielami tego akurat  banku są biurokraci berlińscy, którzy z definicji nie są zainteresowaniu we wzroście znaczenia stolicy Rzeczypospolitej.

 

Często jest trudno ustalić, komu przynoszą pożytki (oprócz wierzyciela... choć nie zawsze) zawarte kontrakty. W tym przypadku na pewno zastanowię się, zanim zaniósę pensję do okienka bankowego, czy jakakolwiek biurokracja warta jest moich pieniędzy. No i - czy tylko jednak o tę biurokrację tu chodzi?

 

 

Krzysztof Pawlak

 

Autor jest wiceprezesem Okregu Mazozwieckiego UPR