Stanisław Kozanecki

 

PIĄTY ROZBIÓR

 

 

      Trzeba sobie powiedzieć spokojnie, bez patosu, bez biadolenia, ze langsam aber sicher tracimy naszą tożsamość. Tracimy ją – chwilowo – prawie bez reakcji. Dlaczego? Czy dlatego, ze ten proces zdaje się nam nieodwracalny? Czy dlatego, ze jesteśmy przeświadczeni, że walcząc i tak  przegramy? Czy tez dlatego, ze społeczeństwo w swej masie nie ma chwilowo sił na należytą reakcję?

 

Szukając odpowiedzi na te pytania, nie od rzeczy będzie sięgnąć pamięcią do przeszłych rozbiorów.

 

Sprawcami pierwszego, drugiego i trzeciego rozbioru były trzy sąsiadujące z nami państwa że swą potęgą militarna i  dominującą rola na kontynencie europejskim. Realizowanie  rozbiorów szło im tym łatwiej, że panował u nas rozkład w wielu dziedzinach. W dodatku reszta Europy zachowywała się obojętnie. Zajmowanie naszej ziemi przez obce wojska,   wprowadzanie obcej mowy i obcych  systemów administracyjnych to wszystko były akty otwarte, widoczne dla wszystkich. Zmuszano nas przy tej okazji do podpisywania aktów „zgody”. Obce wojsko, policja i administracja zachowywały się często brutalnie.

 

To wszystko nie mogło nie wywołać reakcji, tym bardziej że w ostatnich dekadach przed rozbiorami miała już miejsce wyraźna odnowa tak moralna, jak polityczna, czego najlepszym dowodem było uchwalenie sławnej Konstytucji 3 Maja, pierwszej tego rodzaju konstytucji w Europie. Było więc na czym się oprzeć.

 

Poprzez cały XIX w.  odnowa i duch walki o  Ojczyznę – mimo przegranych powstań – postępował, i to na wielu odcinkach. Dzięki temu już około trzydzieści lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej, powstawały i organizowały się pod zaborami nowoczesne nurty ideowo polityczne, samodzielne, niezależne od linii politycznej Rosji i Niemiec.

 

Dzięki tym wyjątkowej miary wysiłkom patriotycznym pięciu, a nawet sześciu kolejnych pokoleń weszliśmy w drugą wojnę światową psychicznie zjednoczeni i gotowi bronić naszej niepodległości i naszej niezależności. Wola samostanowienia o swym losie – istniejąca po stuletniej niewoli – zasługuje na głęboki szacunek. Przyszłe pokolenia poprzez wieki na pewno będą mogły na nich się wzorowaćs.

 

Po trzech rozbiorach mogliśmy ze spokojnym sumieniem zaśpiewać... Polska nie zginęła.

 

Weszliśmy w wojnę, dowiadując się siedemnaście dni po jej wybuchu (17 września 1939 r.), że miesiąc wcześniej podpisano w Moskwie akt czwartego rozbioru. Ta nowa tragedia nie załamała nas, a przeciwnie, jeszcze bardziej wzmocniła i zjednoczyła. Okazaliśmy się duchowo silni, bezprzykładnie silni. Żołnierzem broniącym naszego Wspólnego Dobra stal się nie tylko ten z karabinem w ręku, ale prawie każdy chłop, robotnik, inteligent. Nasze wojska zdobywały pozycje, których wojska innych państw sprzymierzonych zdobyć nie potrafiły (Monte Cassino). Nasza Armia Krajowa była wielokroć większa i sprawniejsza niż wszystkie inne podziemne organizacje militarne krajów przez hitlerowskie Niemcy okupowanych, razem wzięte. Nie wydaliśmy również swojego „Quislinga”. To chyba najlepszy dowód naszej wyjątkowości tak moralnej, jak politycznej.

 

W 1945 r. zniesiono rozbiór. Polska na papierze stała się niepodległa, ale za poniesione kolosalne ofiary obdarzono nas sowiecka dominacja. Na jak długo, nikt nie wiedział.

  

W wytworzonej sytuacji skazani byliśmy na toczenie innego rodzaju wojny z ideologia komunistyczna. Ustawiono nas na pierwszej linii frontu, zatem w sytuacji bez porównania gorszej niż kraje Europy Zachodniej, np. Francja czy Wlochy.  Mimo ze ta wojna miała być bezkrwawa, przez jedenaście lat, aż do Gomułki, byliśmy skazani na jakże krwawe ciosy reżimu stalinowskiego. Ilu wspaniałych patriotów skończyło życie w więzieniach czy na katorgach! Wojna z sowieckim marksizmem niszczyła z kolei nasze struktury duchowe przez równanie w dół, przez demoralizacje, przez sianie donosicielstwa, przez uczenie ludzi kłamstwa i dwulicowości, które stało się u wielu rodaków ich druga natura. Degenerując masy, system sowiecki tworzył istna armie oportunistów, gotowych do wszelkich ustępstw czy zwrotów. Ta ostatnia kategoria była i w dalszym ciągu jest gotowa na wszystko.

  

I rzeczywiście przeżyli, ale głównie ci najbardziej cwani, sprytni i dwulicowi. Niebawem, za kilka miesięcy, po wyborach, ta kategoria degeneratów  będzie nami znowu w pełni rządzić. Na szczęście przeżyło także cześć uczciwych ludzi, którzy nie dali się zdemoralizować. Rozumie się, że zasługują na jakże głęboki szacunek. Wyszli jednak bardzo często tak duchowo i fizycznie osłabieni, że dzisiaj już nie maja dosyć sił, by efektywnie reagować. Nieraz brak im nawet wiary w cokolwiek i w kogokolwiek. Cóż się dziwić?!

 

W tej mgle jedenaście lat po wojnie zabłysła iskra nadziei z dojściem do władzy Gomułki. Niestety, nie była to iskra, bo już po kilku miesiącach stało się oczywiste, że nie ma mowy o jakiejś zasadniczej zmianie.

 

I znowu mija 15 lat –  aż do rozruchów na Wybrzeżu. I ciągle się nie dajemy.

 

I znowu mija 10 lat –  za do 1980 r. I ciągle się nie dajemy.

 

Lublin, Szczecin i wreszcie Gdańsk –  oto etapy następnego zrywu po Lepsze. Bez przesady można i trzeba stwierdzić, że znowu cala Polska postawiła na Solidarność”, w głębokim przekonaniu, że chodzi o faktyczną wszechpolską solidarność, a więc, że tym razem znajdujemy się na właściwej drodze ku Polsce sprawiedliwej, takiej, o jaka walczył łańcuch pokoleń.

  

Niestety, znowu okazało się, że chodzi o jeden z najbardziej tragicznych szwindlów w naszej tysiącletniej historii. Kierownictwo Związku „Solidarność”, związku zrzeszającego wielomilionową masę patriotów, krok po kroku, czarując i oszukując ludzi pięknymi hasłami, jak np. Aby Polska była Polska, zostało opanowane przez najbardziej zaciekłych wrogów nurtu patriotycznego, mianowicie elementy kosmopolityczne, w których dominowali dawni przywódcy PZPR o obliczu trockistowskim.  (Znajomość niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze strony marksistów prosowieckich jest należytą, natomiast znajomość niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze strony marksistów protrockistowskich pozostawia bardzo dużo do życzenia).

  

Szwindel polegał na podawaniu się za demokratów, co naiwna masa rodaków, politycznie nie doinformowana i w dodatku praktycznie pozbawiona własnych środków przekazu, uznała za dobrą monetę. Nawet część hierarchii Kościoła pod wpływem książki Michnika, sugerującej dialog, poszła na tę przynętę. Wydałem wówczas pozycje w języku polskim i francuskim pt. Polska 1980-1982 – światła i cienie, w której  zwróciłem uwagę na to skandaliczne zakłamanie. Pozwolę sobie powiedzieć, że w prasie nie tylko polskiej, ale także zachodnioeuropejskiej byłem pierwszy, który zwrócił uwagę na ten iście diaboliczny manewr. Prawicowa prasa belgijska zareagowała bardzo pozytywnie. W polskiej nie znalazłem ani jednej wzmianki. Ślepy entuzjazm dominował. Ten apel, niestety, pozostał bez skutku. Kropla prawdy w oceanie kłamstw nie mogła zaważyć na opinii publicznej.

 

Wspomagani pieniędzmi i propaganda szerzona przez radio, telewizję i liczną prasę lewicowo-liberalna Zachodu, ci różowi „demokraci” i „liberałowie”  (liberałowie, ale tylko i wyłącznie dla politiquement correct myślących ich kategoriami) mają dzisiaj w swym ręku w Polsce prezydenta, większość w ciałach ustawodawczych i wykonawczych, miażdżącą przewagę we wszystkich środkach przekazu, banki!

 

I tak pod ich dowództwem zaczyna  napływać do Polski kapitał spekulacyjny w ilości, która – nagle wycofana, jak np. w Korei Południowej  – jest zdolna doprowadzić kraj do kryzysu o skutkach nieobliczalnych. Ta metoda  „trzymania nas za gardło” zmusza dziś Polskę do pójścia droga, którą międzynarodowy anonimowy kapitał nam wskazuje. Kto za tym anonimowym kapitałem stoi, kto tym kieruje? Każdy wie, ale milczy, bo gdy śmie mówić, to zostanie postawiony pod ścianę z napisem „skrajna prawica” i skazany na polityczną śmierć.

 

I oto stoimy w obliczu nowej tragedii – piątego z kolei rozbioru Polski, tragedii, z której naród nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Wyczerpani – tak psychicznie, jak materialnie – wtłoczeni w mgle niezrozumiałych przemian ekonomicznych i politycznych związanych z tzw. globalizmem, sami zaczynamy krajać społeczeństwo na plasterki, tworząc podziały, które w dzisiejszej sytuacji są absurdalne. Podziały na tych, którzy ongiś oddali się w służbę sowieckiej Rosji (czy to z życiowej konieczności, czy przez oportunizm, czy wreszcie z powodów ideowych),  i na tych, którzy temu byli przeciwni; na tych, którzy uwierzyli, ze tylko Ameryka będzie zdolna nas uratować, i tych, którzy ratunku nie spodziewali się już znikąd; na tych, którzy – głównie przez nienawiść do Rosji – wpadli w ramiona Niemiec, i na tych, którzy nie mogli uwierzyć w zanik imperializmu germańskiego; na tych, którzy stawiali na ratunek ze strony Kościoła, i na tych, którzy robili wszystko, co tylko możliwe, by wpływ Kościoła na nasze społeczeństwo zmniejszyć, a nawet go unicestwić... itd.

 

I to wszystko w sytuacji ekonomicznej godnej poziomu, co najmniej Trzeciego Świata.

 

Przy takiej fali niepowodzeń i trucizn, jak się dziwić, że naród tylekroć zawiedziony, chwyta się rzekomo ostatniej deski ratunku, jaką widzi w tworzącej się wspanialej, bogatej, demokratycznej, liberalnej Europie?! Ludzie nie potrafili jeszcze zrozumieć, że ta wspaniała, bo bogata, demokratyczna i liberalna Europa rozbiera nas powoli (tak jak my zdzieramy np. łupinę z cebuli) z pieniędzy, z ziemi, z fabryk, z godności, zatruwając nas równocześnie tymi wszystkimi truciznami, których na Zachodzie jest w bród. To nie przeszkadza im równocześnie czarować nas wywieszaniem naszych flag, słuchaniem na baczność naszego hymnu  Jeszcze Polska nie zginęła. Jak tu z tym walczyć? My od wieków nauczyliśmy się walczyć głównie szablą czy karabinem. Naszym motorem było serce, zapał, inteligencja, wiara w bronioną sprawę, wola zwycięstwa, no, i wreszcie (ale – niestety –  nie zawsze) chłodne rozumowanie.

 

Oni zaś operują bronią, której my nie znamy albo nie mamy. W dodatku naszego wroga nie widzimy. On jest niewidoczny. On jest nieuchwytny. On jest dla profana bezimienny.

 

Ich broń to: posiadanie kolosalnej masy pieniądza, co określamy słowem kapitał, ideologie (trockizm i ateizm), chytrość, inteligencja i podwójne oblicze, decydujący wpływ na rządy w wielu państwach europejskich i w Stanach Zjednoczonych  oraz  mass media. Ta ostatnia bron robi spustoszenia bez porównania większe niż armaty, czołgi, samoloty, a nawet bron atomowa, bo niweczy albo przewraca do góry nogami sposoby myślenia, a więc rozumowania, a w konsekwencji działania u milionów ludzi. W tym szachrajstwie pomaga im sam system demokratyczny, w którym wystarczy (poprzez radio, prasę i telewizję) przekonać połowę głosujących, by móc przejąć władzę. Wówczas już „prawnie” robią, co chcą.

 

Sytuacja jest wiec dzisiaj taka, ze ONI w praktyce – powtórzmy – maja w ręku władzę tak ustawodawczą, jak wykonawczą, kolosalny kapitał (tak własny, jak publiczny), mass media, prezydenta i wreszcie poparcie  kapitalistów i mass mediów Zachodu. MY – pozostawieni sami sobie, coraz częściej pozbawieni nawet duchowej pomocy Kościoła, atakowani przez kręgi szowinistyczne wywodzące się „spośród starszych braci” w sposób coraz bardziej nachalny, bezczelny i wprost skandaliczny, w większości nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, ze na naszych oczach nasi wrogowie, przy neutralności rządów na pierwszy rzut oka nam przyjaznych, realizują piąty rozbiór Polski odmiennymi metodami niż poprzednie, wykradając „legalnie” nam nasze bogactwa i zatruwając naszą tożsamość, naszą osobowość, wszystko tworzone wysiłkiem pokolen od tysiąca lat.

 

Jak się tu bronić bez posiadania tych nowoczesnych broni, i to tak się bronić, by wygrać?

 

Cytuję dosłownie to, co napisałem prawie dwadzieścia lat temu w przedmowie do wyżej cytowanego studium Pologne 1980-1982 – Lumieres et Ombres:

 

Nie staniemy się niezależni i niepodlegli, a wiec nie przestaniemy być zależni i podlegli tak długo:

  

– jak długo jakość naszej kory mózgowej nie będzie wyższa lub co najmniej równa jakości mózgów naszych wrogów;

  

– jak długo nie będziemy politycznie dojrzali;

  

– jak długo będziemy ekonomicznie słabi;

  

– jak długo nie będzie miała miejsca odnowa moralna 

 

  Czy te refleksje pomogą nieco Czytelnikowi – tak w kraju,  jak i w rozproszeniu – w wyborze właśnie tej jakże kamienistej drogi?

  

  

Stanisław Kozanecki