Wywiad
z Romanem Giertychem
przewodniczącym Komitetu do Spraw Łączności z Polonią w Sejmie III Rzeczypospolitej Polskiej
Stworzyć Polsce alternatywę wobec wejścia do Unii Europejskiej
Wojciech Wierzewski: Jest pan posłem Sejmu III Rzeczypospolitej nowej kadencji, zaledwie od jesieni ub. roku, a już zdołał się pan wyraźnie wysunąć na czoło najaktywniejszych parlamentarzystów ( notowanym jako "numer jeden" w rankingu tygodnika "Wprost"). Pańskie rodzinne nazwisko również od pokoleń wiązano zawsze z patriotycznym nurtem polskiej polityki. Jak czuje się pan jako spadkobierca tych tradycji?
Roman Giertych: Rzeczywiście, mam świadomość, że jestem reprezentantem czwartego już pokolenia tej rodziny, które angażuje się w polską politykę. Mój pradziadek, który był dyrektorem fabryki ale jednocześnie czynnie walczył o niepodległość polski, jeszcze z końcem XIX wieku angażował się w ruch narodowościowy. W tym samym kierunku poszedł mój dziadek Jędrzej, który pracował najpierw w placówce konsularnej, później zaś, w latach trzydziestych, był redaktorem kilku gazet, i znalazł się również w radzie miejskiej Warszawy. W czasie wojny walczył na Helu, dostał się do niemieckiej niewoli, ale z niej parokrotnie uciekał. Po wojnie osiadł w Londynie, gdzie udało mu się ściągnąć prawie cala rodzinę. Zmarł u progu lat 90tych, nie widząc Polski, do samego końca pisząc i publikując książki na tematy związane z dziejami Polski, na tematy polityczne.
Mój ojciec, Maciej, powrócił do kraju w latach 60tych, w dość specyficznym okresie, kiedy wciąż jeszcze mało ludzi z Zachodu powracało. Był i nadal jest leśnikiem, choć cały czas pracował naukowo. Zajmował się nauką, przygotowywał też liczne publikacje, związane m.in. z dorobkiem prof. Feliksa Konecznego. Nie zajmował się polityką przez długi czas. Zaangażował się w nią dopiero w latach 80tych, kiedy został wiceprzewodniczącym Prymasowskiej Rady przy kardynale Józefie Glempie, i od 1989 oczywiście b.czynnie zaangażował się już w sprawy polityczne kraju, kiedy nastała III Rzeczypospolita.
W kampanii przygotowującej ostatnie, jesienne wybory w 2001 r., moje środowisko polityczne, w którym się wtedy obracałem, a myślę tu o Marku Kotlinowskim czy Zygmuncie Wrzodaku, powołało do życia nowe stronnictwo, Ligę Polskich Rodzin, z zupełnie nowym programem politycznym, i weszło do Sejmu z końcem września ub. roku. Do Sejmu zresztą dostał się również mój ojciec, Maciej, kandydujący z okręgu poznańskiego. Tak, w wielkim skrócie, prezentują się moje rodzinne korzenie i nasze tradycje partycypowania w polityce polskiej.
WW: Obrał pan jednak początkowo studia i karierę adwokacką. W tym kierunku pan studiował i podjął praktykę. Czy już wtedy brał pan pod uwagę perspektywę zaangażowania się w działalność polityczną?
RG. : Zawsze chciałem zajmować się polityką i pracować na rzecz Polski. Zawód adwokata posłużył mi w sposób naturalny do pójścia w tym właśnie kierunku.
WW: Jak znalazł się pan w szeregach młodej, ale szybko zyskującej społeczne poparcie, Ligi Polskich Rodzin?
RG: Po prostu ją założyłem. Tak jak również ją prawnie rejestrowałem.
WW: Jaki jest zasadniczy program i cel działań Ligi?
RG: Program jest prosty i jasny, nie stanowi przedmiotu sporów ani nie stanowi żadnej tajemnicy. Myślą przewodnią jest zasadniczy sprzeciw wobec idei przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, natomiast bliska jest nam współpraca ze Stanami Zjednoczonymi w polityce gospodarczej - stawiamy na ludzką przedsiębiorczość, rozwój własności prywatnej. Podpisujemy się za praktyką ekonomiczną, którą najlepiej reprezentowała polityka Margaret Thatcher.
WW: Liga rośnie w miarę narastającego kryzysu i bezrobocia w kraju. Kiedy oczekuje pan apogeum wzrostu, a więc chwili, w której pańska partia zacznie wpływać istotnie na polityczny układ sił w Polsce?
RG: W następnych wyborach parlamentarnych, tak sądzę. Ciągle napływają do naszych szeregów coraz to nowi ludzie pragnący z nami i dla nas pracować. Tak właściwie, to naszym obecnym problemem jest głownie kwestia jak wchłonąć, jak zorganizować tak liczny nurt ludzki, który do nas się garnie. Podstawowym zadaniem na dziś stała się właściwa organizacja napływających stale ludzi, kwestia funkcjonowania całej organizacji w nowym składzie. Ludzi przychodzi do nas naprawdę bardzo dużo. Już mamy za sobą grono kilkadziesiąt tysięcy ludzi, oczekujemy, że w niedługim czasie będzie ich około stu tysięcy. Jeśli chodzi o podpisy, jakie zbieramy w sprawie referendum, w chwili kiedy wyjeżdżałem mieliśmy ich około 400 tysięcy. Stąd nasze chwilowe trudności organizacyjne, trudności wzrostu, ale ich rozwiązanie jest tylko kwestią czasu.
WW: W dzisiejszej Polsce dotkliwym problemem wszystkich nowych ugrupowań i sil politycznych jest ich limitowany dostęp do mediów, które zostały ponownie zmonopolizowane i praktycznie oddane w dyktat jednej tylko, rządzącej sile politycznej. Jak radzi sobie z tym ograniczeniem Liga Polskich Rodzin?
RG: Dostęp do społecznych mediów jest rzeczywiście w praktyce utrudniony, ale nie da się już dziś pominąć milczeniem stanowiska partii reprezentowanej w Sejmie. Dlatego, że nawet dla mediów liberalnych stało się niemożliwe, aby przemilczeć inne stanowiska, skoro są one głośno wypowiadane w sejmie. Tak, że dla nas podstawową trybuną jest i pozostaje Sejm. Media z kolei rotacyjnie zapraszają do udziału w swoich programach posłów i polityków. Poza tym w Polsce są już formalne przepisy, które dają partiom, które przekroczyły określony próg liczbowy prawo do publicznej wypowiedzi. Ta procedura, choć limity są wciąż o wiele za niskie i małe, daje jakieś możliwości wypowiadania się w polskiej telewizji.
WW: Pańska szybka i zauważalna kariera w Sejmie stała się niespodzianką dla wielu obserwatorów sceny politycznej w Polsce. Czy pozycja zdobyta w ostatnim rankingu, stawiająca pana na jego czele jest odbiciem pewnej niezależności poglądów pańskich kolegów, posłów, refleksem obiektywnego uznania, jakie pan sobie wśród nich zaskarbił, czy efektem politycznego "blitzkriegu", który wielu zaskoczył?
RG: Upatruję tego głownie w fakcie, że takiego ugrupowania jak Liga Polskich Rodzin w naszym Sejmie dotąd nie było. Z drugiej strony poziom pracowitości, aktywności wielu posłów był (w moim przekonaniu) dotychczas wręcz żenujący. Od chwili, kiedy weszliśmy do Sejmu, odbijamy zdecydowanie na istniejącym tle. Nawet nie dlatego, żebyśmy mieli być "tytanami pracy", raczej, po prostu, bardzo poważnie podchodzimy do swoich obowiązków. Wkładamy całe serca i dusze w nasza prace w Sejmie.
WW: Wystąpił pan na obecnym zjeździe Rady Dyrektorów Kongresu Polonii Amerykańskiej na Florydzie z dramatycznym apelem, aby siły polityczne w Stanach Zjednoczonych, aby rząd tego kraju i administracja prezydenta George'a W. Busha dostrzegły ważną alternatywę, jaka stoi obecnie przed Polską. Czy sadzi Pan, że jest to dla samych Stanów Zjednoczonych dostatecznie atrakcyjna polityczna oferta?
RG: Wychodzę z założenia że w najlepszym interesie Stanów Zjednoczonych jest to, aby poprzeć Polskę niepodległą, niezależną od Unii Europejskiej. W przeciwnym wypadku dojdzie bowiem do sytuacji, w której Stany Zjednoczone zostaną ostatecznie wypchnięte z kontynentu europejskiego. A nawet euro-azjatyckiego. W konsekwencji Ukraina znajdzie się w sytuacji bez wyboru, zdana na wpływy i na głębszy sojusz z Rosją. A w rezultacie nastąpi nieuchronny polityczny alians niemiecko-rosyjski, ten zaś stworzyć może niebezpieczną sytuację, w której Stany Zjednoczone przestaną być dominującym mocarstwem w świecie.
WW: To rozumowanie i jego racje przemawiają niewątpliwie do nas, naszego grona i środowiska. Natomiast kwestią zasadniczą jest chyba to, czy w Waszyngtonie istnieje dziś dostatecznie wielu polityków i ludzi tworzących politykę administracji prezydenta G.W. Busha, zdolnych dzielić naszą wizję i jej przesłanki, ludzi gotowych do przystąpienia do debaty na temat takiego wariantu scenariusza i gotowych wziąć pod uwagę nie tyle stanowisko polskiego rządu, co jednej tylko frakcji parlamentarnej?
RG: Jeżeli rząd Stanów Zjednoczonych byłby w stanie wyperswadować obecnej ekipie rządzącej w Polsce jej dotychczasową politykę w odniesieniu do Unii Europejskiej, co leży w realnym zasięgu jego możliwości, to byłoby dla nas wszystkich najlepsze rozwiązanie. Czy to jest możliwe? Teoretycznie tak, choć w istocie i ja w to wątpię. Natomiast Stany Zjednoczone mogą swoje działania i politykę prowadzić w bardzo różny sposób, niekoniecznie poprzez bezpośrednie działania, naciski czy kontakty. Zmiana stanowiska administracji amerykańskiej w kwestii przystąpienia Polski i innych krajów do Unii miałaby natomiast kolosalne znaczenie dla wyników nadchodzącego referendum, a także przyszłości całego regionu Europy środkowej i centralnej.
WW: Zastanawiam się, jak praktycznie można byłoby to sprawić, aby polityka amerykańska pełniej uwzględniła perspektywiczne interesy Polski, a w konsekwencji, także swoje własne?
RG: Sądzę, że taką właśnie rolę, spinającą najbardziej żywotne interesy Polski i Stanów Zjednoczonych, mógłby i powinien odegrać właśnie Kongres Polonii Amerykańskiej i 10 milionów Polaków żyjących na tym kontynencie. Mają oni duże znaczenie dla całej polityki amerykańskiej, nie tylko wewnętrznej. Po prostu wierzę, że opinia Kongresu, jego determinacja w działaniach w tym właśnie kierunku, powinna wywrzeć duże wrażenie na osobach polityków i legislatorów zasiadających w Kongresie oraz w Senacie Stanów Zjednoczonych, ludziach wytyczających szlaki polityki tego wielkiego kraju. W tym właśnie zawiera się moja nadzieja, że z waszą głownie pomocą, z tym programem dotrzemy do prezydenta Busha, i w końcu się przebijemy z naszym scenariuszem politycznym. Za kilka miesięcy przybędę do Waszyngtonu, gdzie mam zamiar przeprowadzić szereg rozmów z reprezentantami Departamentu Stanu i kręgiem osób wpływających na politykę tego kraju. Zdaję sobie też sprawę z tego, iż plan tego typu wymagać będzie wielu dyskusji i rozmów, aby przekonać całe środowiska co do wspomnianego kierunku zmiany myślenia. Wymagać to będzie czasu i wielu wysiłków, dlatego rola całego środowiska polsko - amerykańskiego w tym kraju, jego kontaktów i wpływów, jest nie do przecenienia.
WW: Stoimy jednak w obliczu wyraźnego wyścigu z czasem. Nie ma go za wiele. Zbliża się chwila krajowego referendum w kwestii przystąpienia Polski do Unii, toczą się negocjacje na temat terminu i warunków dopełnienia całego procesu. Czy zdążymy w tym pojedynku sprzecznych interesów i racji?
RG: Czasu jest mało, to prawda. Dlatego się sami bardzo spieszymy, dlatego podejmujemy tak liczne wysiłki w kraju i na arenie międzynarodowej. Wciąż wierzę, że jeśli nie będziemy ustawać w naszych wysiłkach, jeśli damy z siebie wszystko, a stawka to w pełni uzasadnia, damy radę. Liczę na to, że Polacy opowiedzą się w referendum przeciwko wstąpieniu naszego kraju do Unii. Natomiast kwestią nadal pozostanie - co dalej? Tym "co dalej" jest przyszła formuła daleko bliższej współpracy Polski ze Stanami Zjednoczonymi, która musi być na tę chwilę przygotowana i gotowa.
WW: Czy nadchodzące jesienią tego roku wybory samorządowe maja szansę stać się ważnym elementem w całym tym procesie odwrócenia biegu rzeczy?
RG: Rzeczywiście, właśnie wybory samorządowe maja być, w naszym odczuciu, prawdziwą próbą generalną sił przed nadchodzącym referendum w sprawie poparcia bądź odrzucenia idei wejścia Polski do Unii Europejskiej. I tak należy je potraktować. Dlatego tak poważnie się teraz do nich przygotowujemy.
WW: Pozostaje mi tylko życzyć, aby wszystkie pana wysiłki, tak jak działaczy Ligi Polskich Rodzin zaowocowały na miarę włożonych w nie starań. Dziękujemy za pańską wizytę, za pańskie prezentacje i argumentacje, jakiej nam pan dostarczył. Sadzę, że zakiełkuje ona w wielu naszych środowiskach. Dziękuję panu za tę ważną rozmowę.
Wywiad przeprowadził red. Wojciech A. Wierzewski
Otrzymaliśmy 6.06.2002 (RK)