Ryszarda Socha
Pełzająca poziomka
Proletariusze z upadających zakładów łączą się
(Od
redakcji: Artykuł pochodzi z liberalno-lewackiej "Polityki".
Niestety, wielu ludzi z naszej strony wciąz nie docenia wartości INFORMACJI.
Poniższy artykuł jest jedynym, który w syntetyczny sposób pisze o problemach
w Szczecinie, wspominając również temat organizacji Ogólnopolskiego Międzyzakładowego
Komitetu Protestacyjnego. A przecież powinniśmy byc zawalani materiałami ZE
ŹRÓDŁA! Od Komitetu. Od stoczniowców. Dlaczego tak nie jest? Wielu działaczy
nie rozumie wartości szybkiej i bezpośredniej informacji - powtarzam -
źródłowej. A przecież od tego zalezy poparcie społeczne.
Tę uwagę poświęcamy zatem wszystkim organizatorom w Szczecinie, i w Polsce.
Telewizja może Was jedynie oczernić. Macie prawo i obowiązek przedstawiania
publicznego Waszego punktu widzenia. My - chcemy Wam w tym pomóc.)
***
Niewiele brakowało, by w Stoczni Szczecińskiej wybuchł strajk okupacyjny. Niewiele brakowało, by wstrzymano uruchamianą nieśmiało produkcję statków. Stocznia stała się przystanią dwóch komitetów protestacyjnych – lokalnego i ogólnopolskiego.
Codziennie przed siódmą rano powtarza się ten sam rytuał – stoczniowcy z całego miasta ciągną do firmy na wiec pod rampą przy wadze przemysłowej, gdzie na postrach ustawiono dwie taczki. Zbiera się dwa, trzy, czasem więcej tysięcy ludzi. Pod rampą – jak mówią – uzyskują najświeższe informacje. Ale nie to jest najważniejsze – gdy są razem, ich bezsilność przeradza się w poczucie siły. Te wiece to rodzaj psycho- i socjodramy, gdzie mogą dać upust nagromadzonym napięciom.
Ster przejmuje komitet
Tym razem nerwy puściły mistrzowi z wydziału K-4. – Jestem młody, mam żonę, mam dziecko, muszę pracować – wykrzykuje z rampy. – Chcę blokować zakład. Walę wszystko. Oni – to pod adresem rządzących – mają nas w czterech literach. Myśmy ich wybrali i tam wsadzili, a oni nas dymają. Mam w dupie pomoc socjalną. Ja chcę pracy. Marian Jurczyk mówił: wyjdziemy, będą strzelać. Weźmy dzieci, żaden żołnierz do dziecka nie strzeli. Policjant pałą machnie, jak będę miał dziecko na ręku? A dziecko czemu jest winne, że się urodziło w takim pojebanym kraju?
Właśnie podczas jednego z takich wieców, 16 maja, działające w Stoczni Szczecińskiej związki zawodowe utraciły rząd dusz. Ich liderzy oraz szefowie firmy pojechali do stolicy na rozmowy z premierem Millerem, ministrami Kaczmarkiem i Piechotą oraz przedstawicielstwem banków. Gdy wrócili, nie chciano ich słuchać, ster przejął komitet protestacyjny. Składa się z 17 osób, głównie z produkcji. Osoby te reprezentują wszystkie stoczniowe wydziały oraz zawody. Są spawacze, wycinacze gazowi, mechanicy, elektrycy, malarze – szeregowi członkowie wszystkich stoczniowych związków. Na czele – Janusz Gajek, 43-letni poddźwigowy z wydziału K-2.
– Komitet oznacza wotum nieufności dla związków – konstatuje osoba z kręgu kierownictwa holdingu. – To autentyczne przedstawicielstwo robotników związanych z budową statków. Także pełen przekrój postaw – od ludzi nawiedzonych po bardzo rzeczowych.
– Wyrażamy to, co załoga chce przez nas powiedzieć, jesteśmy z nią na dobre i złe – mówi Marek Sosiński z komitetu. W Szczecinie było podłoże do protestu. Mimo to niektórzy w powstaniu komitetu dopatrują się manipulacji. Najczęściej wskazują palcem Mariana Jurczyka, występującego w charakterze „honorowego doradcy”. Może dlatego, że Jurczyk jest w tym gronie jedyną osobą o znanym nazwisku i aspiracjach – przywódca szczecińskiego strajku w Sierpniu ’80, były senator i prezydent Szczecina. Sam dostarcza tym spekulacjom pożywki. Lubi mówić, że był ojcem chrzestnym, wnioskodawcą komitetu. Jego członkowie odnoszą się do tych opowieści z powściągliwym dystansem, by nie urazić człowieka-symbolu.
Nowe twarze
Rozmowa z kilkoma przedstawicielami komitetu potwierdza opinię osoby z zarządu holdingu. Na razie nie widać ani politycznych aspiracji, ani wyraźnych ambicji indywidualnego zaistnienia, zbicia takiego czy innego kapitału na te czy inne wybory. Nie są to ludzie obyci z działalnością publiczną, wymowni, wiedzący, co należy robić w sytuacji, w jakiej się znaleźli. Wydają się nieco zagubieni, przytłoczeni odpowiedzialnością. Do tego, jak ich koledzy, mają niepospłacane kredyty. Któremuś elektrownia odcięła prąd. Czyjaś żona z nerwicą wylądowała w szpitalu.
Rozmawiamy w biurze regionu zachodniopomorskiego Solidarności 80. Marek Sosiński i Roman Pniewski, rzecznik prasowy komitetu, wykładają na stół pliki listów i faksów. Z poparciem dla ich protestu. Z ofertami, by połączyć siły. Większość z tych pism jest sygnowana przez organizacje związkowe poszczególnych zakładów, podległe różnym centralom – i „S”, i OPZZ, choć dominować zdają się głosy ogniw „S 80”. Prócz tych pism były także telefony.
W rezultacie 13 lipca spotkali się z innymi chętnymi i powołali Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, który „będzie dążył przede wszystkim do obrony istniejących miejsc pracy oraz wymuszał na rządzących wszelkimi dostępnymi środkami tworzenie nowych miejsce pracy”. Komitet dał rządowi miesiąc na przedstawienie spójnego programu gospodarczego. „Jeśli rząd tego nie uczyni – czytamy w przyjętej przez OKP rezolucji – powinien podać się do dymisji. Jeśli Sejm nie potrafi wyłonić skutecznie działającego rządu, powinien natychmiast się rozwiązać, aby doprowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych”.
W gremium, które wkrótce zmieniło nazwę na Ogólnopolski Międzyzakładowy Komitet Protestacyjny, znaleźli się reprezentanci 40 zakładów (m.in. puławskich Azotów, PZL Świdnik, FSO Warszawa, Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, Fabryki Kabli z Ożarowa, Zakładów Chemicznych w Policach, białostockiego Bison-Bialu, Cegielskiego w Poznaniu), Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Związku Dzierżawców i Właścicieli Gospodarstw Rolnych oraz bliżej niezdefiniowanej organizacji o nazwie Polskie Lobby Przemysłowe. Owa czterdziestka wybrała spośród siebie prezydium, „dwunastu gniewnych ludzi” – jak ich określił Janusz Gajek, któremu przypadła w udziale funkcja koordynatora. Z tego grona szerzej znany jest tylko Jurczyk.
– Nie będzie forsowania żadnej opcji – ani związkowej, ani politycznej, ani żadnej innej, zaręczam – zapewnia Marek Sosiński, sekretarz OMKP. – Nie będziemy też promować żadnej jednostki, jak było dwanaście lat temu.
Deklaracje zweryfikuje życie. Musi upłynąć trochę czasu. Obecnie OMKP jest wielką niewiadomą, niezdefiniowaną magmą, z której mogą się wyłonić najrozmaitsze kształty – od innej wersji Samoobrony poczynając, na nowym związku zawodowym, reprezentującym przedsiębiorstwa schyłkowe, kończąc. Teraz OMKP najbardziej przypomina tzw. Sieć, czyli nieformalne porozumienie komisji zakładowych dużych przedsiębiorstw, istniejące niegdyś jako swoista struktura pozioma w obrębie Solidarności. Ta „poziomka” w mniejszym lub większym stopniu wnika w struktury przyporządkowane różnym centralom.
Organizacyjnie nowemu ruchowi protestu pośpieszyła z pomocą Komisja Krajowa Solidarności’80. Jej prezydium zaoferowało OMPK nieodpłatnie swoje biura regionalne, dostęp do telefonów, faksów, kserokopiarek. Z kolei Maciej Manicki, szef OPZZ, w wypowiedziach dla prasy odniósł się do powstania komitetu krytycznie, Marian Krzaklewski zaś najpierw przemówił enigmatycznie, a teraz w ogóle odmawia komentarzy. Leszek Miller nie wykluczył dialogu. Minister Jerzy Hausner uznał, że do dialogu wystarczą mu istniejące związki zawodowe.
Desperados na salonach
Powstanie OMKP uaktywniło polityków, zwłaszcza opozycji. Maciej Płażyński oznajmił przedstawicielom komitetu, że na wniosek PO w Sejmie odbędzie się debata poświęcona przyszłości przemysłu stoczniowego. – Płażyński został objechany, aż sam zaczął bluzgać, spotkanie trwało kilkanaście minut – relacjonują świadkowie. Pojawił się Janusz Wojciechowski, były szef NIK. Nie zabrakło Andrzeja Leppera, z którym rozmowa trwała najdłużej, bo półtorej godziny. – Rzeczowo mówił, nie próbował zbić kapitału – oceniają ludzie z komitetu. Inaczej było z parlamentarzystami PiS, ci zaraz po spotkaniu na schodach budynku zwołali konferencję prasową. Załatwili 10 osobom z OMKP wejście do Sejmu na wspomnianą już debatę i opłacili przejazd.
Debata i wizyta w Sejmie w czwartek 18 lipca dodatkowo podgrzała nastroje w stoczni. Ludzie nie usłyszeli tego, na co liczyli – że będą subwencje do budowy statków, że będzie pakiet osłon socjalnych dla tych, którzy ukończyli 50 lat, a przepracowali 30. Poza tym delegaci OMKP spodziewali się innego przyjęcia na parlamentarnych salonach. Nie pozwolono im wejść głównym wejściem. Na sali siedziało zaledwie 15–20 proc. posłów. Ryszard Mojka dostrzegł na ich twarzach znudzenie i butę. – Dzieci z plecakami wpuszczono – relacjonuje – a nam kazano wszystko zostawić, telefony komórkowe, notatniki. I cały czas czterech strażników przy nas stało. Czy bali się, że będziemy rzucać jajami?
Możliwe. Wszak w kręgach władzy krąży dowcip, że wojewoda zachodniopomorski w związku z sytuacją w stoczni sprawił sobie garnitur antypomidorowy. Marzył mu się jeszcze antyjajeczny, ale nikt takich nie produkuje. Tymczasem zapotrzebowanie może wzrosnąć lada moment. OMKP nie odniósł się do zamierzeń gospodarczych wicepremiera Kołodki, nie wyraził opinii, czy program wicepremiera jest tym, którego domagano się w rezolucji. Nie czekając aż miesiąc minie, na 23 lipca wezwał ludzi do manifestacji przed urzędami wojewódzkimi w całym kraju z wyjątkiem stolicy. Pikiety wyznaczono na 15.30. Dziwna godzina, kiedy ludzie kończą pracę, kiedy urzędy pustoszeją, kiedy na ulicach jest największy ruch... – Niech przyjdą rodziny, znajomi, którzy też są niezadowoleni, bezrobotni... – zachęcał zebranych Pniewski. „Przyjdźcie i pokażcie arogantom dzierżącym władzę, że cierpliwość narodu się kończy” – to z apelu podpisanego przez Gajka.
– Moja diagnoza brzmi: mają rację, ale nie mają możliwości leczenia – powiada Lech Wałęsa. – Czy może być z tego rewolucja? Może. Pytanie tylko: jak duża? A jeśli z tego nic nie będzie, to za chwilę powstanie następny protest.
Socjologowie raczej wykluczają dużą rewolucję. Profesor Juliusz Gardawski, socjolog, badacz związków zawodowych, szacuje, że ruch protestu może ogarnąć paręset tysięcy ludzi, ale mało prawdopodobne, by uzyskał aż taki zasięg. Marianowi Jurczykowi na 30 sierpnia marzy się mobilizacja 1,5–2 mln osób.
Artykuł z Polityka.Onet.pl nr 30/2002 (2360)
http://polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1091541&MP=1