Jerzy Przystawa
Nie będzie Ślązak pluł nam w twarz!
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 8 stycznia 2001)
20 grudnia minionego roku Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał niezwykle interesujący wyrok: odmówił uznania za zasadną skargi złożonej, w czerwcu 1998, przez założycieli stowarzyszenia pod nazwą „Związek Ludności Narodowości Śląskiej”, którym władze Rzeczypospolitej, łącznie z Sądem Najwyższym, odmówiły zgody na rejestrację. Sprawa rozpoczęła się 5 lat temu przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach, który zezwolił na rejestrację Związku, ale po interwencji wojewody, Sąd Apelacyjny, a potem Sąd Najwyższy tę zgodę uchyliły. Wyrok teraz przypieczętował Trybunał Strasburgski. Opinie tych sądów są zgodne: coś takiego jak „narodowość śląska” nie istnieje, Trybunał w Strasburgu godzi się ich uznać co najwyżej za „grupę etniczną”. Założycielom Związku przyświecają niegodziwe intencje: ich prawdziwym celem jest wykorzystanie obowiązującej w Polsce ordynacji wyborczej do Sejmu przyznającej wielkie przywileje członkom uznanych mniejszości narodowych. Założyciele Związku pragną, pod płaszczykiem „mniejszości narodowej”, ominąć przeszkody stawiane przez ordynację wyborczą i wcisnąć się do Sejmu Rzeczypospolitej, ot tak na przykład, jak do Sejmu dostają się, w kolejnych wyborach, przedstawiciele mniejszości niemieckiej.
To rozstrzygnięcie sądowo-trybunalskie jest ciekawe z wielu powodów. Przede wszystkim ani w prawie polskim, ani innych krajów europejskich nie zostało zdefiniowane co należy rozumieć pod pojęciem „mniejszości narodowej”. W encyklopediach i słownikach pojęcie „narodowości”, jeśli nie jest równoznaczne z pojęciem „obywatelstwa”, oznacza „grupę etniczną”. W Ameryce, Wielkiej Brytanii, we Francji czy w Niemczech, żadne „grupy etniczne”, żadne „mniejszości narodowe” nie posiadają specjalnych praw czy przywilejów, nie mówiąc już o przywilejach wyborczych. Wydaje się, że poza Rumunią i Litwą, żaden kraj europejski nie uprzywilejowuje „mniejszości narodowych”. Na kim więc wzorowali się, i czym się kierowali, ustawodawcy polscy uprzywilejowując tzw. mniejszości narodowe? I kogo chcieli w ten sposób uprzywilejować, skoro nie pofatygowali się jeszcze, aby zdefiniować to pojęcie?
Aby pojąć o co w tym wszystkim chodzi musimy zdać sobie sprawę z tego, że obowiązująca w Polsce partyjna ordynacja wyborcza praktycznie pozbawiła nas tzw. biernego prawa wyborczego. Praktycznie, ponieważ w teorii, a więc zgodnie z zapisem art. 99 ust. 1 Konstytucji, każdy obywatel polski, który w dniu wyborów skończył 21 lat, ma prawo zostać wybranym do Sejmu. To konstytucyjnie zagwarantowane prawo ogranicza jednak ordynacja wyborcza, ustalając, kto i w jaki sposób może kandydować do Sejmu?
Zgodnie z tą ordynacją żaden obywatel polski, bez względu na to jaką się cieszy popularnością i uznaniem wśród swoich współobywateli, samodzielnie kandydować nie może. Rozważmy taką hipotetyczną sytuację. We Wrocławiu, zapewne wszyscy się za mną zgodzą, osobą najbardziej popularną i znaną jest Jego Eminencja Ksiądz Kardynał Henryk Gulbinowicz. Przypuśćmy, że wszyscy wrocławianie, a jest nas uprawnionych do wzięcia udziału w wyborach ok. 400 tysięcy, zebraliby podpisy i chcieli zgłosić Księdza Kardynała jako kandydata na posła! Nic z tego! Obywatele, nie ma znaczenia ile milionów liczy ta grupa, nie mogą zgłosić jednego kandydata ani nawet dwóch czy trzech! Ordynacja wymaga, żeby lista kandydatów zawierała nie mniej nazwisk niż wynosi liczba mandatów poselskich w danym okręgu. W przypadku Wrocławia ta liczba wynosi 14. Gdyby więc Jego Eminencja łaskawie zgodził się kandydować, a my wszyscy bylibyśmy za Jego kandydaturą, to musielibyśmy jeszcze dodać Mu „do ozdoby” co najmniej 13 innych nazwisk. Co najmniej, ponieważ trzeba się zabezpieczyć na wypadek, gdyby np. któryś z kandydatów uległ jakiemuś wypadkowi losowemu i wówczas taka niepełna lista straciłaby ważność. Ten drobny przepis wyjaśnia nam dlaczego idąc do wyborów dostajemy broszurę zawierającą kilkaset nazwisk, które, w ogromnej większości, nic nikomu nie mówią i są nazwiskami ludzi całkowicie nieznanych.
Oczywiście, gdyby Jego Eminencja zgodził się na kandydowanie, to nie sprawiłoby Mu wielkiego kłopotu dobranie sobie kilkunastu osób na „wypełniaczy listy”, więc to nie stanowi największej przeszkody, jaką ordynacja wyborcza stawia obywatelom polskim w egzekwowaniu ich biernego prawa wyborczego. Żeby lista w ogóle była brana pod uwagę, to Jego zwolennicy musieliby wystawić podobne listy i w innych okręgach wyborczych w Polsce, ponieważ ustawa wymaga, aby w skali całego kraju padło na nią nie mniej niż 5% głosów wszystkich wyborców! W całym województwie wrocławskim nie mieszka nawet tylu wyborców! Okręgów wyborczych jest 42, z czego wynika, że w jednym okręgu wyborczym mieszka, średnio, nie więcej niż 2,5% uprawnionych do głosowania! A zatem, żeby zostać wybranym do Sejmu, Ksiądz Kardynał musiałby założyć partię polityczną, działającą w całym kraju. Dopiero wtedy mógłby skorzystać z teoretycznie przysługującego Mu biernego prawa wyborczego. Chyba... Chyba, żeby Jego Eminencja podał się ....za Niemca i przystąpił do wyborów jako przedstawiciel Mniejszości Niemieckiej we Wrocławiu albo na Dolnym Śląsku! Wtedy co innego: mniejszości narodowej próg wyborczy nie obowiązuje, Niemcy w Polsce posiadają więcej praw niż Polacy we własnym kraju. Dzięki temu, w Sejmie Rzeczypospolitej mają obecnie 2 posłów, chociaż wyborcy oddali na nich nie więcej niż około 50 tysięcy głosów. Około miliona głosów, a więc 20 razy więcej, oddanych na Akcję Wyborczą Solidarnością, nie dało tej partii ani jednego mandatu! Tak wygląda realizowana w praktyce konstytucyjna zasada równości praw wyborczych w Polsce: głosy 20 Polaków, oddanych na niewłaściwą partię polityczną, mają mniejszą wagę niż głos jednego przedstawiciela mniejszości niemieckiej! I to pomimo tego, że nie wiadomo co w ogóle znaczy „mniejszość niemiecka”!
Otóż tę niejasność prawną, usiłowali niecnie wykorzystać założyciele Związku Ludności Narodowości Śląskiej: dlaczegóż to Ślązacy w Polsce mieliby mieć mniejsze prawa niż Niemcy? Na szczęście Europejski Trybunał Praw Człowieka postawił tamę tym niegodziwym zamiarom. W Europie wiedzą doskonale kim są Niemcy, o Ślązakach tam jeszcze nie słyszeli.
Trybunał w Strasburgu, w uzasadnieniu wyroku, uznał, że prawa i wolności obywateli muszą być ograniczane, ze względu na dobro wyższe, jakim jest, na przykład, „stabilność państwa jako całości”. Mniejszość niemiecka w parlamencie tej stabilności nie zagraża. Co innego jacyś Ślązacy.
Trybunał stwierdził też, że „system wyborczy posiada pierwszorzędne znaczenie dla każdego demokratycznego państwa”. Tę sentencję wyroku polecam uwadze tych wszystkich polskich inteligentów, którzy uważają, że nasza walka o zmianę partyjniackiego systemu wyborczego i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych jest bez znaczenia, gdyż w każdym systemie wyborczym politycy to dranie, oszuści i karierowicze, więc nie ma tu o co kruszyć kopii. Ordynacja partyjna nie tworzy demokracji lecz partiokrację. Jednomandatowe okręgi wyborcze przywrócą nam utracone bierne prawo wyborcze i podstawową zasadę demokracji: o tym, kto ma zostać posłem i sprawować rządy w państwie decyduje wola większości wyborców, a nie sztuczki rejestracyjne i machinacje partyjne.