Jerzy Przystawa
Z nadzieją w Nowy Rok
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 2 stycznia 2003)
Na czoło wszystkich komentarzy politycznych w Polsce, w podsumowaniach dokonań i wydarzeń minionego roku, na pierwsze miejsce wysuwa się sprawa szczytu unijnego w Kopenhadze i historycznych negocjacji, które, jakoby, zapewniły wejście Polski do Unii Europejskiej i to na najlepszych z możliwych warunków. Do znudzenia pokazywano nam Leszka Millera, który niezmordowanie, w znoju i trudzie, stawiał czoła zimnym negocjatorom europejskim, i jak potem, triumfalnie wracał do Polski. Następnie były uściski, nawet buzi-buzi z Redaktorem Naczelnym Gazety Wyborczej, chwała i oklaski.
Z przykrością i ze wstydem wyznać muszę, że tego niebywałego entuzjazmu nie podzielam. Z powodów, o których długo by trzeba było mówić, nie budzą mojego zaufania jako negocjatorzy polskich interesów, ani sam premier Leszek Miller, ani jego poprzednik na stanowisku premiera, Józef Oleksy, ani minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz, ani główny negocjator prof. Jan Truszczyński, ani główny propagator prof. Sławomir Wiatr. Uważam, że sprawa wejścia Polski do Unii Europejskiej, jako sprawa polityki globalnej, została już dawno, bez naszego udziału, rozstrzygnięta, ponieważ Polska, jako państwo, nie odgrywa dzisiaj żadnej roli w polityce światowej i globalnej, i z głosem polskiego rządu nikt się, poza Polską, nie liczy. Uważam, że polscy negocjatorzy pojechali do Kopenhagi tylko jako zasłona dymna i parasol przed opinią publiczną w Polsce, której mieli udowodnić, że jest akurat odwrotnie, że z Polską wszyscy bardzo się liczą i strasznie serio negocjują. Pod tym względem najbardziej wymowne było zachowanie się wicepremiera Kalinowskiego, odgrywającego specjalną rolę, niesłychanego twardziela, który pojechał do Kopenhagi tylko po to, żeby po męsku postawić, w imieniu polskich rolników, „twarde warunki” i z góry zapowiedział, że jeśli Kopenhaga tych warunków nie zaakceptuje, to on nie zgodzi się na nasze wejście do UE i dołączy do grona eurosceptyków lub wręcz przeciwników wejścia Polski do UE. Tym conditio sine qua non, warunkiem bez którego nasz mężczyzna nie wszedłby do Unii, było zaakceptowanie przez UE produkcji mleka w Polsce na wysokości 7,5 mln ton rocznie. Unia ma mleka tyle, że mogłaby wybudować wielkie mleczne morze, i dlatego domagała się ograniczenia tej produkcji do 6 mln ton. Kalinowskiemu tak dalece się te negocjacje udały, że w kłamstwach nie potrafił zachować umiaru i przekonywał nas w telewizji, iż w ten sposób polscy rolnicy zyskali 4,5 miliarda dodatkowych złotych. Te 4,5 miliarda to wynik z pomnożenia 1,5 miliarda litrów mleka przez 3 złote, bo tyle, zdaniem polskiego ministra rolnictwa i wicepremiera, polski chłop dostaje za litr mleka! Ilustruje to, tylko dodatkowo, z kim mamy do czynienia, i jakimi ignorantami są ludzie reprezentujący nas w Kopenhadze.
Warto przyjrzeć się nieco uważniej temu głównemu postulatowi ministra rolnictwa. Kiedy rozpoczynaliśmy dynamiczny rozwój gospodarczy i transformację systemową, a więc w roku 1989, Polska produkowała 16 milionów ton mleka czyli 16 miliardów litrów. Najnowszy Rocznik Statystyczny informuje, że w roku 2000 ta liczba, w wyniku swoistego rozwoju polskiego mleczarstwa, spadła do 11,5 miliarda litrów, a więc o 28%. Jak teraz widzimy Unia Europejska zażądała od nas ograniczenia produkcji mleka do 6 miliardów litrów, a więc prawie dwa razy mniej niż polskie krowy dawały 2 lata temu. Nasz męski Kalinowski dokonał cudu negocjacyjnego i doprowadził do tego, że unijni dobroczyńcy zgodzili się, aby polscy rolnicy produkowali zaledwie o 35% , a więc nieco więcej niż o jedną trzecią mniej niż w roku 2000 to jest przeszło dwa razy mniej niż w roku 1989.
Spadek produkcji mleka o ponad jedną trzecią oznacza wybicie stada krów mniej więcej o tę samą ilość. I tak, kiedy w roku 1989 mieliśmy ok. 11 milionów sztuk bydła, to w roku 2000 już tylko 6 milionów. Teraz, dzięki „twardym negocjacjom” polscy rolnicy mają prawo hodować najwyżej 4 miliony. Innymi słowy: w roku 1989 jedna krowa żywiła 3-4 Polaków, teraz, za rządów Kalinowskiego – Millera, wypadnie jej żywić 10. Będą to więc prawdziwe krowy – żywicielki! To znaczy, one będą żywiły w ten sposób nas, szarych Polaków, bo niektórzy zaapewne pamiętają słynną, historyczną wypowiedź Jerzego Urbana z czasów kiedy jeszcze był rzecznikiem rządu Jaruzelskiego: „rząd się sam wyżywi” i krowy nie są mu do tego specjalnie potrzebne.
Z powyższych powodów nie jestem w stanie przyłączyć się do chóru klakierów i entuzjastów i nie potrafię rozbudzać nadziei na dobrobyt, który ma wyniknąć z tego, że będziemy używali euro zamiast złotych.
W czym innym upatruję podstawy do umiarkowanego optymizmu i nadziei, że może rok 2003 przyniesie nam jakiś pozytywny rozwój wydarzeń. Tę nadzieję budzą we mnie wyniki październikowych wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Stały się bowiem od razu trzy ważne rzeczy: po pierwsze Polacy zobaczyli, że można dokonywać wyborów w inny sposób niż to dotychczas miało miejsce, że nie musi się głosować na listy partyjne sporządzane przez nie wiadomo kogo, że można głosować na konkretnych ludzi i głos oddany na kogoś kto nam się podoba nie przejdzie prawem kaduka – jak to miało miejsce do tej pory – na kogoś kto się nam wcale a wcale nie podoba. Po drugie, okazało się dobitnie, że Polacy, w swojej ogromnej masie, wcale nie chcą głosować na partyjnych pupilków, że partie polityczne, które nami rządzą i przekonują nas, że dzieje się tak z woli wyborców, wcale poparciem wyborców się nie cieszą, bo wyborcy, w 76% poparli swoimi głosami ludzi, którzy przedstawiali się jako bezpartyjni i nie kandydowali pod szyldem żadnej partii. Po trzecie, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, pojawili się na scenie politycznej ludzie, którzy mają za sobą autentyczne poparcie wielotysięcznych rzesz wyborców, a nie takiej czy innej partyjnej kliki czy koterii. Do naszego życia publicznego, wprawdzie tylko na ograniczonym, lokalnym polu, powróciła zasada odpowiedzialności indywidualnej za wykonywanie mandatu wójta czy burmistrza.
Teraz przed naszymi wybrańcami i przed nami samymi staje pytanie: na ile, w jakim stopniu potrafimy tę szansę wykorzystać, aby wszyscy Polacy zobaczyli i przekonali się, że właśnie taki sposób wyboru jest dobry i właściwy, że jest to sposób selekcji pozytywnej, sposób wybierania lepszych, bardziej odpowiedzialnych, przyzwoitszych i sprawniejszych?
Odpowiedź na to pytanie zależy od postawy obu stron: od tego jak dzisiaj postrzegają swoją pozycję i rolę nowo wybrani burmistrzowie, jak dalece rozumieją zmianę, która została wprowadzona, czy poczuli się naprawdę reprezentantami ludzi, którzy oddali na nich swoje głosy, czy – jak poprzednio – wynajętymi przez jakąś koterię egzekutorami zakulisowych instrukcji i poleceń? I czy druga strona, my, wyborcy, zrozumiemy, że ci ludzie dzisiaj działać muszą we wrogim, partyjniackim otoczeniu, którego racją stanu jest ograniczyć ich możliwości, podporządkować sobie, a najlepiej szybko wrócić do starego, sprawdzonego, partyjnego sposobu wskazywania palcem, kto ma być burmistrzem czy prezydentem?
Ta szansa przed Polską rozdzielona została w sposób nierównomierny, tak jak nierówny był podział na jednomandatowe okręgi wyborcze, bo okręgami były całe gminy. Tymczasem gminy w Polsce różnią się ogromnie. Najmniejsza gmina, Krynica Morska, liczy zaledwie 1300 mieszkańców, podczas gdy Warszawa-Centrum już prawie milion a więc prawie tysiąc razy więcej. Wójt Krynicy Morskiej może, gdyby chciał, spotkać się z każdym mieszkańcem swojej gminy nawet po kilka razy; burmistrzowie Warszawy czy Wrocławia, nawet gdyby codziennie udzielali zbiorowej audiencji tysiącowi mieszkańców, to i tak całej kadencji by im nie starczyło na spotkanie ze wszystkimi. Dlatego ci „inni” burmistrzowie żyją „innym” życiem: gdyby burmistrz Krynicy pozwolił sobie na taką wypowiedź wobec wyborców jak Lech Kaczyński, to pewnie niebawem musiałby z Krynicy wyjechać, podczas gdy Prezydent Warszawy uchodzi za człowieka największego sukcesu w roku 2002. Dlatego nie możemy sobie wyobrazić, żeby Rada Gminy Krynica Morska postąpiła tak jak Rada Miasta Wrocławia i przyznała swojemu wójtowi nagle dodatek specjalny w wysokości 3 tysięcy złotych do jego głodowej pensji ponad 8 tysięcy! Wiemy też, że ten dodatek nie satysfakcjonuje naszego nowego prezydenta: zapewnił nas bowiem, że przed wyborem zarabiał 20 tysięcy miesięcznie, więc i tak musi się dla nas strasznie poświęcać i zaciskać pasa. Rozumiemy to dobrze, bo każdy z nas głupio by się czuł, gdyby tak nagle, z dnia na dzień musiał zarabiać o 10 tysięcy złotych miesięcznie mniej! Jak wiemy z doniesień prasowych, wrocławscy radni uzasadnili swoją łaskawość tym, że jest to dodatek za dodatkowe usługi jakie świadczy miastu jego prezydent. Okazuje się bowiem, że harując dla miasta od świtu do nocy znalazł jeszcze czas, żeby opracować ...regulamin pracy Urzędu Miejskiego! Przewodniczący Rady, p. Huskowski, miał to objaśnić następująco: że to jest tak, jak zapłacić człowiekowi wynajętemu do krojenia chleba dodatek specjalny za dodatkowe ostrzenie noży! No, takie pomysły przychodzić mogą do głowy tylko ludziom, którzy nie liczą się z opinią publiczną i opinią swoich wyborców. Gdyby takie wypowiedzi padały z ust radnych i wójta Krynicy Morskiej to możemy być pewni, że mieszkańcy tej gminy nie musieliby czekać na nowe władze do następnych wyborów.
Jednomandatowe okręgi wyborcze potrzebne są Polsce jak rybom woda a nam powietrze. Oczywiście nie takie okręgi jak Wrocław i Warszawa, ale takie, w których odległość pomiędzy posłem i jego wyborcami byłaby taka sama i we Wrocławiu i w Krynicy Morskiej. Wtedy przystąpimy do prawdziwej naprawy Rzeczypospolitej. Bez względu na to czy będziemy w Unii czy poza nią. Koniec Starego Roku tę możliwość nam przybliżył. Trzeba teraz dokonać wielkiego wysiłku, intelektualnego, moralnego, duchowego i fizycznego, żeby Nowego Roku nie zmarnować. I tego nam wszystkim na Nowy Rok z całego serca życzę.
Jerzy Przystawa
2 stycznia 2003