Jerzy Przystawa
Wyborcza schizofrenia
(Komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 21 listopada 2002)
Politolodzy irlandzcy z Uniwersytetu w Dublinie, Kenneth Benoit i Jacquelin Hayden, którzy od 1989 roku obserwują ewolucję systemu demokratycznego w Polsce, opisali, jak to wybitni komunistyczni spece od nauk politycznych, Andrzej Werblan i Stanisław Gebethner, przekonywali Kiszczaka i Jaruzelskiego, żeby – Boże broń! – nie zgodzili się przypadkiem, podczas debat Okrągłego Stołu, na taki system wyborczy, jaki obowiązuje w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych – a więc na jednomandatowe okręgi wyborcze. Przekonywali ich, że wtedy przegrają z kretesem. Najwspanialsi komunistyczni demokraci i patrioci, sekretarze KC i innych komitetów, mogą się całkowicie znaleźć poza nawiasem polityki, Niewdzięczny naród polski może nie uszanować ich wielkiego wkładu w nasz rozwój cywilizacyjny i kulturowy.
Sekretarze, jak to sekretarze, sekretarze zawsze wiedzą lepiej, zrobili próbę z wyborami do Senatu i, dokładnie tak, jak im przepowiedzieli uczeni spece, przegrali przeraźliwie: 99:1. Zdobyli zaledwie jeden mandat senatorski na sto! Po tej nauczce, nasi postkomunistyczni socjaldemokraci, wydają się robić wszystko, aby nie tylko nie odejść na krok od partyjniackiego systemu wyborczego, ale żeby nawet słowa „jednomandatowe okręgi wyborcze” nie pojawiały się w obiegu publicznym.
Przysłowie powiada, ze Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych. Stało się coś dziwnego, a przyczyny tego może kiedyś wyjaśnią nam politolodzy z Irlandii, albo z jakiegoś innego kraju: sekretarze dali zgodę na wybory w okręgach jednomandatowych. Zgodzili się na bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast! W ten sposób, niespodziewanie, przed całą Polską pojawiła się niesamowita okazja: pojawiła się możliwość przetestowania, sprawdzenia, porównania jak działają w praktyce dwa różne, całkiem odmienne, systemy wyborcze! Jednego dnia polscy wyborcy poszli głosować i głosowali równocześnie w systemie większościowym, w jednomandatowych okręgach wyborczych i w systemie partyjnym, tzw. proporcjonalnym, w okręgach wielomandatowych do sejmików wojewódzkich i rad powiatowych i gminnych.
Jak najkrócej porównać ze sobą wyniki tych wyborów, skutki głosowania w dwóch różnych systemach?
W wyborach bezpośrednich, w jednomandatowych okręgach wyborczych, wszystkie partie polityczne poniosły druzgocącą klęskę! Ponad 76% mandatów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zdobyli ludzie występujący jako niezależni i bezpartyjni, wysunięci przez komitety wyborcze bez partyjnego szyldu. W tym konkursie SLD zdobyło zaledwie 9% mandatów, a na przykład LPR nie całe pół procenta, a Samoobrona aż nie cały jeden procent.
Ci sami ludzie, ci sami wyborcy, tego samego dnia i w tej samej chwili, wybierali radnych sejmików wojewódzkich w wyborach tzw. proporcjonalnych. I w tych drugich wyborach, procentowo, SLD zdobywa prawie 34% mandatów, a więc cztery razy więcej niż w wyborach bezpośrednich; Samoobrona 18%, a więc 22 razy więcej, LPR prawie 17%, ponad 30 razy więcej!
Jak zrozumieć takie rozdwojenie jaźni? Czy wyborcy poparli partie polityczne, którym pozwolili zgarnąć, w wyborach do sejmików, prawie 98% mandatów, czy nie lubią partii politycznych, skoro w wyborach bezpośrednich 76% mandatów dostało się w ręce bezpartyjne? Czy naprawdę Polacy chorują na schizofrenię?
Myślę, że to nie wyborcy są schizofrenikami, po prostu zafundowano nam schizofreniczny system wyborczy.
Jak by nie było, po tych wyborach już nawet najbardziej pokrętni dialektycy i specjaliści od wywracania kota ogonem, nie będą mogli twierdzić, że system wyborczy nie ma znaczenia, że jak zwał tak zwał, byle się dobrze miał, że zmiana systemu wyborczego nic nie daje. A tak właśnie, przez całe lata, przekonywali nas najróżniejsi inteligenccy mądrale z najwyższymi nawet tytułami naukowymi. Teraz nawet najmniej inteligentny z nich miał okazję się przekonać, że jest to różnica zasadnicza, że wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, ale także do sejmików i rad, zmieniłoby całkowicie naszą scenę polityczną.
Pytanie zasadnicze: czy chcemy takiej zmiany? Czy potrzebujemy takiej zmiany? Czy zadowala nas karuzela stanowisk w grupie tych samych nazwisk, czy chcemy, żeby do końca polskimi rządami kierowali na zmianę, to Miller, to Oleksy, to Cimoszewicz, podpierani Balcerowiczem i Kołodką? Czy to są naprawdę wielcy mężowie stanu, których Polska potrzebuje jak ryba wody?
Bo jeżeli nie chcemy, jeżeli uważamy, że oni już wystarczająco zepsuli nasze państwo, to odpowiedzi na pytanie co zrobić? ostatnie wybory udzieliły: trzeba zmienić ordynację wyborczą i wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze!
Doświadczenie nie tylko nasze, ale i innych krajów pokazuje, że świadomość konieczności zmiany systemu wyborczego z trudem toruje sobie drogę do obywateli. Włosi i Japończycy, którym zwycięscy Alianci narzucili systemy proporcjonalne, przez pół wieku dochodzić musieli do uświadomienia sobie i zrozumienia, że tych skorumpowanych partyjnych splotów nie da się przeciąć bez zmiany systemu wyborczego. Pół wieku, w czasie którego rosły w siłę partyjne koterie, umacniając swoje panowanie. Były to silne partie polityczne, Democrazia Christiana, Partito Communista Italiana i inne. Nie łatwo było je obalić po pół wieku rządzenia. A jednak Włosi dokonali tego i doprowadzili do politycznego trzęsienia ziemi w roku 1993. Czy my mamy do dyspozycji pół wieku? Czy możemy tyle czekać? Czy wystarczy tych polskich działek, aż każdy partyjniak wykroi ile się da dla siebie?
11 lat temu, w listopadzie 1991, po wyborach parlamentarnych, napisałem dla paryskiej „Kultury” reportaż z tamtych wyborów, w którym przedstawiłem konieczność wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Nie zechciał tych, jakże wówczas niesłusznych, myśli opublikować Jerzy Giedroyc. Ani wtedy, ani potem. Przez prawie dziesięć lat każdy tekst na temat systemu wyborczego lądował w redakcyjnym koszu. Dopiero w ostatnim roku swego życia dostrzegł znaczenie tego postulatu i poparł ideę jednomandatowych okręgów wyborczych.
Czym się kierował ten wielki Polak ignorując i nie dopuszczając do dyskusji tej sprawy?
Jerzy Giedroyc był arystokratą, w żadnych wyborach udziału nie brał, swego matecznika w Maisons-Laffitte nie opuszczał. Myślę, że – tak jak większość z nas, po prostu nie rozumiał znaczenia ordynacji wyborczej i jej skutków. Pod koniec życia dotarło do niego wreszcie o co chodzi? Wtedy przemówił, ale było już za późno, żeby jego głos został usłyszany i zrozumiany. Widzimy więc, że nawet dla ludzi tak wybitnych ta sprawa nie jest łatwa do przyjęcia i zrozumienia. Dlatego właśnie tak niesamowicie ważne jest to, co się stało w ostatnich wyborach. Wierzę, że mamy szansę, że nie będziemy musieli czekać 50 lat aż świadomość konieczności tej zmiany dotrze do większości Polaków. Spróbujmy dopomóc tej szansie.
Jerzy Przystawa