Jerzy Przystawa
Wesele obok otwartego szamba
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 31 październik 2002)
W cztery dni od zamknięcia lokali wyborczych nadal nie tylko nie znamy całościowych wyników, ale nawet nie wiemy jaka była frekwencja wyborcza. To jest prawdziwe kuriozum i powód do pytania czy organizatorzy tych wyborów, z sędzią Ferdynandem Rymarzem na czele naprawdę znają się na robocie? Jakiż to może być dzisiaj problem z obliczeniem frekwencji wyborczej? Przecież w każdej obwodowej komisji wyborczej ta informacja powinna być dostępna natychmiast po zamknięciu lokalu? Jakaż to może być filozofia, mając gotowe listy wyborców, podliczyć ilu z nich potrudziło się, aby oddać głos? Nawet gdyby liczyć przyszło trzy razy i na zapałkach, to najpóźniej po godzinie ostateczny wynik winien być znany z całą dokładnością. Wygląda na to, że nie tylko uczymy się demokracji, ale nawet szlachetnej sztuki dodawania i obliczania procentów.
Pomimo braku odpowiedzi na to proste pytanie oficjalni komentatorzy polityczni wiedzą skądś, że frekwencja była bardzo niska i prowadzą obłudne dysputy nad przyczyną tego smutnego faktu. Wszystkie przecież autorytety, i cywilne i duchowe, wzywały do wzięcia udziału w wyborach, a tu tymczasem taka wpadka! Ulubieniec mediów, poseł Roman Giertych, bardzo czemuś zadowolony z wyników wyborów, twierdzi, że przyczyną była kiepska pogoda. Inni jednak „analitycy” wyciągają z niskiej frekwencji odmienne wnioski. Najczęściej słyszy się wyrazy rozczarowania i pretensji w stosunku do tych, którzy upominali się o jednomandatowe okręgi wyborcze i twierdzili, że w takich okręgach wyborcy chętniej idą do wyborów i frekwencja powinna być wyższa, a tymczasem, proszę, jest niższa! Okazuje się więc, po raz nie wiadomo który, że to co dobre dla Anglików, dla Polaków jest całkiem niedobre, i że my po prostu jesteśmy innym narodem, obciążonym genetycznie i musimy szukać innych rozwiązań. Taki rasistowski pogląd na swój naród i jego cechy jest jak najbardziej na rękę Millerowi i jego partii. Wszystko bowiem wskazuje na to, że pomimo niskiej frekwencji, złej pogody i pozostałych niesprzyjających warunków, SLD, podobnie zresztą, jak i partia p. Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, w tzw. bezpośrednich wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, poniosły klęskę i jedyne co im pozostało to robić dobrą minę do złej gry: chwalić się sukcesami tam, gdzie obywatele już prawie nic nie mieli do gadania, czyli w upartyjnionych do absurdu wyborach do rad gminnych, powiatowych i sejmików wojewódzkich.
To jest prawda, i tak dzieje się na całym świecie, że frekwencja w wyborach bezpośrednich, tam gdzie wyborcy dokonują wyboru spomiędzy kilku znanych im osób, jest wyższa niż w tzw. wyborach proporcjonalnych, które nawet najmniej inteligentni wyborcy rozpoznają od razu jako manipulację i fasadę. Dlaczego więc ostatnie wybory w Polsce przyniosły, mimo elementu bezpośredniości, obniżenie frekwencji?
Moim zdaniem przyczyn niskiej frekwencji nie należy szukać ani w złej pogodzie, ani w niecywilizowanej postawie Polaków, którzy, w odróżnieniu od Anglików, nie dorośli jeszcze do demokracji. Zróbcie wreszcie uczciwe wybory jak w Anglii, dajcie Polakom poczuć, że konkurs nie jest lipą ani manipulacją, gdzie wygrywa nie ten, kto jest najlepszy tylko ten kto ma wygrać, i wtedy porównujcie frekwencję! To, co się wyczynia z wyborami w Polsce przechodzi ludzkie pojęcie i normalni ludzie, a za takich uważam moich rodaków, mimo wszystkich spustoszeń dokonanych przez rządy Millerów, Oleksych i ich partyjnych kommilitonów – mają już tego po dziurki w nosie. To jest tak, jakby ktoś wydał przyjęcie przy otwartym szambie i dziwił się, że do gromadnego w nim uczestnictwa nie zachęciło ani postawienie na stołach kawioru, ani szampanów i wymyślnych ciast!
Dlaczego wybory bezpośrednie, w okręgach jednomandatowych, jak w Anglii, cieszą się uznaniem i frekwencją, a to, co zaoferowano Polakom w ostatnich wyborach samorządowych większość z nich skłoniło do pozostania w domu? Na czym polega uczciwość, fair play, wyborów w Anglii, których to elementów całkowicie zabrakło wyborom w Polsce?
Fair play w Anglii polega na tym, że do konkursu wyborczego stanąć może KAŻDY, a wygrywa ten, kto „dobiegnie pierwszy do mety”, a więc kto uzyska największą ilość głosów. Dlatego ten system wyborczy Anglicy nazywają First Past The Post – pierwszy na mecie. Nie ma tu żadnego pola do machinacji, manipulacji, kombinacji. Czujesz się na siłach? Uważasz się za dobrego kandydata na wójta, burmistrza czy posła? Stań do konkursu, walcz o głosy wyborców, gdy przekonasz ich do siebie i zdobędziesz najwięcej głosów – wygrasz.
Całkiem inny konkurs zaproponowano Polakom. Zobaczmy to na przykładzie. We Wrocławiu do konkursu na prezydenta miasta zgłosił się p. Rafał Kubacki. Piękny, okazały mężczyzna, wszystkim znany, wielokrotny mistrz świata w judo, gwiazda filmowa, a do tego wszystkiego nie nowicjusz w samorządzie, bo ma za sobą kadencję samorządową jako radny Wrocławia. Gdyby Rafał Kubacki startował w wyborach sam, bez obciążeń, na pewno znalazłby więcej zwolenników niż np. p. Władysław Frasyniuk. Jednakże Kubacki nie mógł tak po prostu zgłosić się do wyborów, musiał najpierw zrobić łapankę na jakichś 50 chętnych do kandydowania do Rady Miejskiej, zebrać podpisy pod ich kandydaturami i dopiero wtedy zbierać podpisy! Jakich ludzi mógł nałapać mistrz świata w judo? Podstawiła mu ich Samoobrona, która nie ma we Wrocławiu wysokich notowań. W efekcie Kubacki uzyskał ok. 5% głosów wyborców i w wyborach przepadł. Ale i tak głosowało na niego kilkanaście tysięcy wrocławian, którzy nie chcieli głosować na tych, których nałapała mu Samoobrona. Bez ich towarzystwa Rafał Kubacki na pewno uzyskałby dużo ciekawszy wynik.
Weźmy przykład lidera wrocławskiego, p. Rafała Dutkiewicza, który zdobył ponad 40% głosów. On też musiał najpierw nałapać kandydatów na radnych. Kogo tam nałapał obnażyła w przeddzień wyborów Gazeta Wrocławska, ujawniając machinacje i kombinacje jego „drużyny”, Andrzeja Łosia, Pawła Kocięby, Tomasza Misiaka, Tomasza Hanczarka, Krzysztofa Jakubczaka i innych. Czy to towarzystwo pomogło w czymkolwiek Dutkiewiczowi? Czy bez takiej kompanii jego wynik nie byłby lepszy i nie wygrałby wyborów już w pierwszej turze? Tymczasem opary z tego „towarzystwa” popsuły konkurs Dutkiewiczowi, podobnie zresztą jak i wszystkim innym kandydatom, bo każdy z nich wybrał się na zawody z nieprzyjemnie pachnącym workiem na plecach.
To ten „worek”, to otwarte szambo, zniechęciło miliony Polaków do pójścia na wybory. Dziennikarze bez przerwy dziwili się tej zdumiewającej cesze Polaków, która kazała im tak tłumnie kandydować, podczas gdy radykalnie zmniejszyła się liczba mandatów. Rzeczywiście. W poprzednich wyborach Rada Miejska Wrocławia liczyła sobie 70 radnych. Obecna tylko 40. Ponad 40% mniej miejsc do obsadzenia! Podobnie było w całej Polsce. Tymczasem idiotyczna ordynacja wyborcza, wymuszająca, żeby każdy kandydat na wójta czy prezydenta przyprowadził ze sobą całą watahę kandydatów, spowodowała, że liczba kandydatów, w skali całego kraju, przekroczyła 300 tysięcy! A jednak nie słyszeliśmy, żeby ci sami dziennikarscy mądrale krytykowali idiotyzmy ordynacji Millera i Spółki, i żeby kazali im najpierw uczyć się demokracji! Nie, to tylko „niedojrzałe społeczeństwo”.
Teraz wszyscy czekamy na drugą turę, bo pierwsza wyłoniła znikomą ilość „pierwszych na mecie”. Druga tura, jak nas zapewniają, będzie kosztowała nas tyle samo co pierwsza, a więc kolejne dziesiątki milionów złotych.
I komu ta druga tura jest potrzebna? W jakim celu mamy wydawać tak ogromne kwoty? Komu potrzebny jest bój pomiędzy parami kandydatów w każdej gminie? Ale, okazuje się, nawet i nie koniecznie pomiędzy parami. Wiadomości telewizyjne doniosły właśnie, że w jakiejś gminie, jedyny kandydat na wójta, uzyskał dokładnie tyle samo głosów poparcia ile głosów było przeciwnych. Jaki tu problem dla rozumnych ludzi, takich jak Anglicy? Do konkursu zgłosił się tylko jeden kandydat, nikt inny nie chciał się ubiegać o to zaszczytne stanowisko. Rozumni ludzie, w Anglii czy w Ameryce, w takim przypadku w ogóle nie przeprowadzają wyborów: skoro jest tylko jeden chętny, nie ma konkurentów, to w czym problem? Niech bierze posadę! Inaczej w rozumach naszych „reprezentantów Narodu”: niech głosują, zapłaćmy forsę komisji wyborczej i inne koszty. I oto okazało się, że jedyny kandydat ma poparcie dokładnie połowy głosujących! Czy i to nie wystarczy? Nie, trzeba jeszcze raz wydać pieniądze, trzeba jeszcze „drugiej tury”! Czy tego rodzaju pomysły mogą rozumnych ludzi zachęcić do uczestniczenia w tego rodzaju nonsensach?
Po co i komu potrzebna druga tura? We Wrocławiu Rafał Dutkiewicz, kandydat POPiSu uzyskał 41,63% głosów poparcia. Kandydatka SLD, p. Lidia Geringer d’Oedenberg , zdobyła 27,21%. 15% w warunkach Wrocławia stanowi kilkadziesiąt tysięcy. Komu potrzebny jest dodatkowy konkurs? Dlaczego nie może zostać prezydentem „pierwszy na mecie”, który wygrał konkurs ze znaczną przewagą?
Mieszkańcom Wrocławia druga tura jest potrzebna mniej niż dziura w moście. Ogromne miliony zostaną wydane nie w interesie mieszkańców, nie w interesie polskich miast i wsi, ale dlatego, że toczy się nieubłagana walka pomiędzy partiami o podział łupów. Może SLD jeszcze tak się zmobilizuje, znajdzie sposób na przekupienie wielu wrocławian, że 10 listopada pójdą i odbiorą zwycięstwo Dutkiewiczowi. Naszym kosztem, za nasze pieniądze, jeszcze raz spróbują wyrwać ile się tylko da dla siebie. Nie dla demokracji.
Te wybory powinny nas nauczyć i przekonać, że jedyny uczciwy, demokratyczny konkurs wyborczy to jednomandatowe okręgi wyborcze, jak w Wielkiej Brytanii, bez łapanek na ludzi i bez jakichkolwiek „drugich tur”. Zapamiętajmy tę lekcję, wyciągnijmy wnioski i nie pozwólmy partyjnym cwaniakom robić nam wody z mózgu. Niech wydają przyjęcie, ale nie nad dziurą, przy której trzeba odwracać głowę i zatykać nos.