Jerzy Przystawa
Szansa
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina 24 października 2002)
Antoni Kamiński, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w dyskusji, jaka odbyła się parę miesięcy temu na antenie Radia Bis, powiedział, że od 13 lat trwa w Polsce nieustanna walka partii politycznych ze społeczeństwem.
Najważniejszym polem tej walki są wybory. Ponieważ wybory odbywają się na świecie od setek lat to nie od wczoraj wiadomo, że podstawową rolę w tych zmaganiach odgrywa właściwie skonstruowana ordynacja wyborcza. Są takie ordynacje wyborcze, które otwierają przed społeczeństwem jakieś szanse, są inne, w których możliwości społeczne są bardzo małe, a są i takie, gdzie wybory stanowią jedynie niezbędny rytuał. Takie wybory organizowała społeczeństwu poprzedniczka SLD – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Okrągły Stół, którego zadaniem było zapewnić miękkie lądowanie komunistom, wyłonił Sejm kontraktowy, w którym miejsca zostały z góry podzielone. Stworzono jednak pewne skromniutkie możliwości, aby społeczeństwo też coś miało do powiedzenia.
Od tej pory zmagamy się, aby miłościwie nam panujące partie zechciały zgodzić się na większy zakres naszej podmiotowości, żeby ograniczyć mafijne partyjne struktury w ich dzieleniu się Polską jak postawem sukna. Ruch na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych domaga się, aby zmieniono tzw. proporcjonalny system wyborczy, żeby wybory były naprawdę wolne, żeby Polacy wreszcie mogli wybierać ludzi, do których mają zaufanie, a nie ludzi przywożonych w przysłowiowych teczkach, wyłanianych nie w wyniku woli wyborców, ale zakulisowych partyjnych targów i przepychanek. 3 lata temu Rada Miejska Nysy podjęła uchwałę domagającą się od Sejmu wprowadzenia Jednomandatowych Okręgów Wyborczych w wyborach do Sejmu. W ślad za Nysą podobne uchwały podjęły rady kilkudziesięciu innych gmin. Sprawy zaszły tak daleko, że 2 września tego roku, w 3 lata po Nysie, nawet Rada Miasta Stołecznego Warszawy podjęła podobną uchwałę! W tym czasie na terenie całego kraju odbyło się około 30 konferencji poświęconych temu problemowi. Do zmiany systemu wyborczego wzywają gremia naukowe, zawiązki zawodowe, organizacje społeczne.
Nasi przeciwnicy – obecne partie polityczne – nie posiadają argumentów, jakie mogłyby przeciwstawić tym żądaniom. W najnowszym numerze tygodnika „Wprost” znajduje się artykuł Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który twierdzi, że wprowadzenie JOW jest pierwszym i najważniejszym elementem naprawy państwa! Wystarczy porównać zamieszczone tam głosy przeciwników JOW, Józefa Oleksego, Tadeusza Mazowieckiego i innych: jedyne co mają do powiedzenia, to że „nie są pewni” albo „nie są przekonani”, że wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych naprawdę by pomogło! Naprawdę jedynie skuteczną obroną przed postulatem JOW jest nie dopuszczenie do otwartej dyskusji publicznej, przemilczanie i spychanie tematu na margines.
Wielkim sukcesem naszego Ruchu jest wprowadzenie, wiosną tego roku, tzw. bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Wreszcie, po raz pierwszy, wyborcy w Polce, wprawdzie nie w wyborach do Sejmu, jak się tego domaga Ruch na rzecz JOW, ale w wyborach samorządowych, będą mieli możliwość dokonać wyboru najwyższego urzędnika w gminie. Tym razem o tym wyborze nie zadecydują jakieś tajemnicze ciała za plecami społeczeństwa, ale sami wyborcy.
Oczywiście, partie polityczne, mając po temu wszelkie możliwości, zrobiły wszystko aby tę porażkę zmniejszyć do minimum, ograniczyć zyski społeczne, a jak najwięcej zachować dla siebie. Ordynacja wyborcza stanowi prawdziwe kuriozum i arcydzieło partyjnej przewrotności. Główny punkt tego „dzieła” stanowi sposób wyłaniania i zgłaszania kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Istotą wyborów obywatelskich jest to, że obywatele mogą swobodnie zgłaszać kandydatów. Na tym polega tzw. bierne prawo wyborcze. W Anglii, Kanadzie czy Ameryce nie ma żadnych specjalnych procedur: kandydatem może być każdy, kto posiada pełnię praw obywatelskich, wystarczy w tym celu zebrać 10–15 podpisów obywateli. Wymaga się od nich jedynie wpłacenia niewielkiej kaucji, która jest zwracana, jeśli kandydat uzyska w wyborach co najmniej 3% głosów poparcia! Inaczej w Polsce: tutaj trzeba najpierw utworzyć odpowiednie komitety, które urządzą łapankę na kandydatów na radnych, zarejestrują listy tych kandydatów w większości okręgów wyborczych i dopiero wtedy mogą wysuwać kandydatów na wójtów, burmistrzów itd. Ponieważ ordynacja wymaga, żeby te listy były odpowiednio długie, więc nałapanie ludzi gotowych kandydować było nie lada problemem! I mamy efekt: liczba mandatów radnych w całej Polsce zmalała, bo ustawa odchudziła rady gmin, ale liczba kandydatów wzrosła o przeszło 30 tysięcy! Wydziwiają teraz najemni komentatorzy polityczni w tzw. pismach opiniotwórczych, telewizji itp., dziwiąc się zachłanności i pazerności rodaków na udziały we władzy! Ma to być kolejny dowód na to, że wciąż jeszcze nie dorośliśmy do demokracji. Jakoś nie słychać głosów, że to nie my, Polacy, mamy takie kłopoty z dorastaniem, ale że twórcą tego idiotyzmu jest interes partyjny, który stara się, na ile tylko się da, uniemożliwić obywatelom właściwy, zgodny z ich interesami wybór. Przecież te bezsensownie długie listy, konieczność urządzania łapanki na ludzi, wymusza wypichcona przez nich ordynacja! Bez tego nie dałoby się zarejestrować kandydatów na burmistrzów i prezydentów! Np. we Wrocławiu jest 10 kandydatów na prezydenta, każdy kandydat zgłasza co najmniej 60 osób, a zatem już na starcie mamy 600 i ci kandydaci potrzebni są nam, obywatelom, jak piasek w sałacie. I wielu z tych, Bogu ducha winnych ludzi, znajduje się na listach tylko dlatego, że ulegli prośbom i namowom, bez żadnej ambicji i zamiaru zajmowania miejsca we władzach miejskich.
Pomimo tych przeszkód, wyłom w partyjnym szańcu został uczyniony i jakieś możliwości przed nami się otworzyły. Niestety, nie dla wszystkich jednakowe. Największe możliwości pojawiły się przed mieszkańcami małych gmin, w których liczba wyborców jest taka, że jeszcze umożliwia bezpośredni kontakt z kandydatami, gdzie wyborcy mogą się kandydatom przyjrzeć i zapoznać się z nimi. Tam zresztą macki partyjnej ośmiornicy są najsłabsze, a często w ogóle ich nie ma. Inaczej w dużych miastach, takich jak Wrocław. Tutaj możliwości obywateli zostały znacznie uszczuplone. Jak bowiem niezależny kandydat mógłby dać się poznać i dotrzeć do ponad 400 tysięcy wyborców? Tu możliwości społeczeństwa są mizerne, a zwycięski kandydat musi mieć na swoje usługi media. A media, niestety, pozostają w partyjnych rękach. Publiczne środki przekazu, dziennikarze, zamiast wypełniać swoją rolę informacyjną, uczestniczą w stronniczej grze i pomagają wygrać tym, kogo im wskazują partyjni właściciele.
Zilustruję to na przykładzie. Pan Ryszard Czarnecki, kandydat na prezydenta Wrocławia, okazał się być jedynym, który określił się jako zdecydowany zwolennik Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Ponieważ Ruch nasz działa we Wrocławiu od lat i ma wiele tysięcy zwolenników, więc należało tę ważną informację, że oto mamy we Wrocławiu kandydata na prezydenta domagającego się takiej samej reformy państwa jak my, przekazać wrocławianom. W tym celu Ryszard Czarnecki zwołał, 22 października, konferencję prasową w Klubie Muzyki i Literatury, zapraszając na nią przedstawicieli wszystkich mediów działających na terenie Wrocławia.
Niestety, dziennikarze i właściciele tych mediów dokonali już wyboru i dla nich zapoznawanie mieszkańców Wrocławia z informacjami na temat innych kandydatów byłoby działaniem wbrew partyjnym interesom. Na konferencję przybyła tylko jedna osoba, dziennikarka Gazety Wyborczej, ale przeglądając środowe wydanie tej i innych gazet Wrocławia, śladu informacji na ten temat nie znalazłem. Im mniej wyborcy Wrocławia wiedzą o swoich kandydatach tym większe pole dla partyjnej manipulacji. Zamiast wiedzy powinny im wystarczyć gigantyczne bilbordy z czarującym uśmiechem Władysława Frasyniuka, Rafała Dutkiewicza czy innego kandydata bogatej partii. I przeznaczone dla debili tzw. spoty reklamowe, gdzie kandydatów na prezydenta wielkiego miasta reklamuje się jak margarynę czy podpaski higieniczne.
Na tę nieudaną konferencję prasową p. Ryszard Czarnecki przygotował List Otwarty kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do Prezydenta RP, w którym odnoszą się oni do ostatnich wydarzeń w Sejmie i domagają się nowych wyborów, ale w jednomandatowych okręgach wyborczych. List, zainicjowany przez kandydata na burmistrza Nysy, p. Janusza Sanockiego, podpisało kilkunastu kandydatów, m.in. na prezydentów Warszawy, Szczecina, Gdańska, Zabrza, Rudy Śląskiej, Dąbrowy Górniczej, Tarnowa. W ocenie autorów tego listu wydarzenia sejmowe unaoczniły cały absurd partyjnej ordynacji i zapisów konstytucyjnych. Według art. 104 Konstytucji posłowie nie reprezentują wyborców lecz są przedstawicielami Narodu. Z tego tytułu poseł uzyskuje tzw. immunitet i staje się świętą krową, której nie wolno dotknąć. Do czego więc jest podobne, że na tych nietykalnych przedstawicieli Narodu nasyła się pachołków sejmowych, którzy ganiają ich po ławkach i stołach sejmowych i przemocą usuwają ich z sali obrad? I z jakiej racji wygania się ich z sali, na dodatek w nocy, kiedy Sejm nie obraduje? Do czego posłowie mają prawo, jeśli nie do przebywania na terenie Sejmu i na salach sejmowych? I co takiego strasznego chciał poseł Janowski zrobić, że trzeba było na niego nasyłać Straż Marszałkowską? O ile wiem, chciał tylko przemówić z trybuny sejmowej w obronie czegoś, co mu się wydawało ważnym interesem publicznym. Co ma robić poseł, skoro nie pozwala mu się zabrać głosu i po co on tam w ogóle jest? Rozumiem dobrze dylematy posła Janowskiego, ponieważ przez 8 lat mojego zasiadania w Radzie Miejskiej Wrocławia nader często przedstawiciele jedynie słusznego establiszmentu p. Bogdana Zdrojewskiego usiłowali nie dopuścić mnie do głosu. Dochodziło wtedy do gorszących scen, bo nie należę do ludzi, którzy spokojnie znoszą kiedy narusza się ich prawa, a w końcu po co ja tam byłem, jeśli nie po to, żeby upominać się o ważne sprawy mieszkańców?
Radzą więc teraz partyjni kombinatorzy nad tym jak postąpić, żeby zachować fasadę posła „przedstawiciela Narodu”, a jednocześnie, żeby nie reprezentował on nikogo ani niczego poza tym, co mu każą partyjni dysponenci, i żeby to „reprezentowanie” ograniczał do podnoszenia łapki w odpowiednim momencie. Oczywiście, umysły wyćwiczone na materializmie dialektycznym coś tam wymyślą, manipulując regulaminem Sejmu itp. W Liście Otwartym kandydaci na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast zwracają uwagę, że jest taki sposób, który skutecznie dyscyplinuje posłów i marszałków sejmów i zapewnia, że zachowują się w sposób godny i odpowiedzialny: jednomandatowe okręgi wyborcze, w których poseł przestaje być reprezentantem mitycznego „narodu”, przestaje być świętą krową, lecz staje się reprezentantem swoich wyborców, przed nimi odpowiada i oni go z jego mandatu rozliczają.
Wybory w najbliższą niedzielę są poważnym testem i próbą. Czy uda nam się skorzystać z tej nadarzającej się szansy i wyrwać z partyjnych kleszczy jakąś przyzwoitą porcję stanowisk wójtów, burmistrzów i prezydentów miast tak, żeby ludzie ci służyli swoim społecznościom lokalnym, a nie partyjno-mafijnym koteriom? Jestem pesymistą jeśli chodzi o moje miasto, jeśli chodzi o inne wielkie skupiska: Katowice, Warszawa i inne. Tu znowu do władzy dojść mają szansę tylko partyjne marionetki. Inaczej jest jeśli chodzi o Nysę, Oławę, Kłodzko, Brzeg, Trzebnicę i tysiące innych małych gmin: tam Polska ma szansę. Miejmy nadzieję, że z tej małej szansy zrodzi się wielka szansa na prawdziwą naprawę Rzeczypospolitej, do czego krokiem pierwszym i koniecznym jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu.
Wrocław, 24 października 2002