Jerzy Przystawa

 

Prawo Ciesielskiego

 

 

 

(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 22 maja 2003)

 

         Jednym z najbardziej zastanawiających elementów obecnej sytuacji politycznej w Polsce jest rzucający się w oczy podział i rozdźwięk w łaskawie rządzącej nam formacji politycznej SLD. Przez całe 13 lat wszyscy polityczni mądrale i komentatorzy albo wykpiwali, albo wyrywali sobie włosy z głowy, labidząc nad tym, jaka ta „prawica” jest skłócona, niezdolna do żadnego wspólnego i spójnego działania, zaściankowa, ciemnogrodzka i nieeuropejska, a jak wspaniale, mądrze i europejsko prezentuje się na tym tle „lewica”, że wszyscy już dawno uwierzyli, iż „lewicowość” jest jakimś wyższym stanem świadomości, w każdym razie świadomości politycznej, i że wszystkim, którzy kiedyś, w przeszłości już nieomal zapomnianej, przeciwstawiali się formacji komunistycznej, należy tylko uczyć się i przykład brać z Millera, Kwaśniewskiego, Oleksego, Rakowskiego a imię ich Legion.

 

Wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych, w których SLD odniósł wielkie zwycięstwo i nieomal zdobył bezwzględną większość w Sejmie, podczas gdy ich wczorajszy największy przeciwnik, AWS, po prostu zniknął ze sceny politycznej, tylko te nastroje umocniły i zwolennikom historycznej przewagi lewicy nad prawicą dostarczyły nowych argumentów.

 

I oto jesteśmy świadkami zupełnie nowej sytuacji. Notowania SLD w najróżniejszych sondażach spadają na łeb na szyję, a skutkiem tych spadających ocen, a może, kto wie?, ich przyczyną, jest głośny rozdźwięk pomiędzy głównymi postaciami tej formacji, prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i premierem Leszkiem Millerem. Najbardziej dobitnych i zauważalnych dowodów tego pęknięcia dostarcza rozwój afery Rywina, zarówno same obrady Sejmowej Komisji Śledczej, jak i wszystko co się z nimi wiąże. Obaj ci wielcy politycy, co i raz, demonstrują wzajemną niechęć, czynią sobie afronty i starają się nas przekonać, że jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Od początku ujawnienia manipulacji Adama Michnika z notatką Wandy Rapaczyńskiej i wszystkimi tego konsekwencjami, mówi się o tym, że Alaksander Kwaśniewski zmierza w kierunku powołania nowej partii politycznej, na przykład w oparciu o Stowarzyszenie „Ordynacka”. Najnowszy numer tygodnika Jerzego Urbana „Nie”, z 22 maja, przynosi duży tekst programowy, ironicznie zatytułowany „Lewa noga dynda w centrum”, który wprost, i bez ogródek, postuluje rozpad SLD na dwie partie, domagając się wręcz, aby jakaś znacząca część ważnych polityków SLD oddzieliła się od „macierzy” i założyła drugą partię „na lewo od SLD”. Artykuł kończy takie zdanie: „Jeśli SLD pozostanie jedną partią, zawali się do środka jak wieże World Trade Center – tak samo jak one potężna i nieodporna na zbyt wysoką temperaturę”.

 

Niewątpliwie, dla wielu ludzi, którzy nie mają żadnego powodu, żeby sympatyzować z SLD, perspektywa podziału tej formacji wydaje się bardzo sympatyczna i pociągająca, i gotowi są, w radosnym oczekiwaniu, zacierać ręce. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego ta radość jest przedwczesna, i że na postulowanym przez Urbana podziale SLD na dwie partie mogą wyjść gorzej niż Zabłocki na mydle. Postaram się wykazać, że sztuczny podział SLD na dwie partie może się właśnie okazać jak najbardziej dla SLD korzystny, gdyż w ten sposób uzyskają znacznie więcej mandatów w Sejmie, niż gdyby zdecydowali się walczyć o te mandaty pod szyldem jednej partii. Cała ta gra „w dwie partie” jest robiona pod publiczkę, aby wprowadzić w błąd opinię publiczną i sprytnie wykorzystać paradoksalne właściwości ordynacji wyborczej, niesłusznie nazywanej proporcjonalną. Gra jest możliwa, bo spryciarze polityczni dobrze rozumieją jak działa wymyślony przez nich system wyborczy, natomiast zupełnie tego systemu nie rozumieją wyborcy i dlatego łatwo ich oszukać, oszwabić. Chodzi tu o pewną właściwość tej ordynacji wyborczej, którą zauważył już szereg lat temu krakowski matematyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr Krzysztof Ciesielski, i dlatego pozwolę ją sobie nazwać „Prawem Ciesielskiego”. Tekst omawiający to prawo można znaleźć w artykule „Ordynacja paradoksalna” opublikowany w książce Romualda Lazarowicza i mojej pt. „Otwarta księga” i tam odsyłam wszystkich, którzy chcą zrozumieć lepiej jak to działa. Dr Ciesielski wyjaśnia mianowicie, że w warunkach tzw. ordynacji proporcjonalnej często bywa tak, że jakiejś partii opłaca się sztucznie podzielić przed wyborami na dwie partie, które nawet w sumie mogą uzyskać mniej głosów, lecz za to więcej mandatów w Sejmie! I diablo jakoś wygląda mi na to, że w nadchodzących wyborach parlamentarnych, SLD, widząc realną perspektywę utraty głosów, ma się zamiar sztucznie podzielić i wykiwać nas raz jeszcze wykorzystując właściwości ordynacji wyborczej.

 

Ponieważ wyjaśnienie Prawa Ciesielskiego nie jest tu możliwe, podam praktyczny przykład jego wykorzystania. Otóż Prawo to sprytnie wykorzystał znający się na rzeczy p. Janusz Sanocki, Prezes Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego „Jednomandatowe Okręgi Wyborcze”.

 

Janusz Sanocki jest przywódcą lokalnego nyskiego ugrupowania, „Ligi Nyskiej”. Idąc do wyborów samorządowych jesienią ubiegłego roku, „Liga Nyska” sztucznie, na użytek kampanii wyborczej, podzieliła się i utworzyła drugie ugrupowanie poda nazwą „Komitet Obywatelski Ziemi Nyskiej”. Ten Komitet, tak jak i Liga Nyska, wystawił kandydatów we wszystkich okręgach. W efekcie Liga Nyska zdobyła 9 mandatów w Radzie Miejskiej Nysy, a Komitet dostał 3 mandaty. W ten sposób Sanocki i jego ugrupowanie posiada dzisiaj bezwzględną większość w 23-osobowej Radzie Miejskiej Nysy. Takiego wyniku nie uzyskaliby, gdyby oba komitety startowały pod jednym szyldem i nawet zdobyły więcej głosów. Takie są właściwości i pułapki tzw. ordynacji proporcjonalnej. I dzisiaj, możemy się założyć, że podobny zabieg mają zamiar zastosować Kwaśniewski z Millerem i Urbanem.

 

Oczywiście, żeby taki manewr się udał, muszą być spełnione pewne warunki. Przede wszystkim podział SLD na dwie partie nie może być byle jaki, tylko powstać muszą dwie partie, które mają szansę przekroczyć tzw. próg wyborczy, który wynosi dla partii politycznych 5% w skali kraju. Dlatego właśnie Urban apeluje, żeby drugiej partii nie tworzył byle kto, tylko osoby liczące się „na lewicy”, bo inaczej na takim pozornym rozbiciu rzeczywiście by się przejechali. Najbardziej, oczywiście nadają się do tego Kwaśniewski i Miller. Rozbicie, musi też wyglądać wiarygodnie dla wyborców, bo gdyby się podzielili przed samymi wyborami, to ludzie od razu by wyczuli, że, jak się to mówi, są robieni w balona. Kłótnia między liderami musi wyglądać serio, nie jak kłótnia pomiędzy mamusią i tatusiem, albo złym i dobrym ubekiem. Inaczej każdy od razu rozpozna, że jest to tylko gra dla zmylenia dzieci, czy też, dajmy na to, przesłuchiwanego. No i to się właśnie rozgrywa na naszych oczach.

 

Trzeba nam to zrozumieć; tzw. ordynacja proporcjonalna nie ma nic wspólnego z proporcjonalnością, sprawiedliwością, równością, reprezentatywnością. Jest po prostu sprytnym sposobem na nabijanie wyborców w butelkę i tworzeniem pozorów, że wyborcy kogoś wybierają i o czymś decydują. Czas z tym skończyć. Pora rozstać się z ordynacją proporcjonalną, pora wprowadzić wreszcie w Polsce ordynację wyborczą na wzór brytyjski, a więc z 460 jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Wtedy naprawdę nie tylko SLD, ale cała ta dziwaczna scena polityczna w Polsce zawali się jak wieże World Trade Center i wreszcie będziemy mogli zacząć budować demokrację zasługującą na tę nazwę.