Jerzy Przystawa

 

Lina holdingowa Rakowskiego - Millera

 

 

 

Komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 21 maja 2002

 

        Jeszcze całkiem niedawno Stocznię Szczecińską podawano za przykład udanej prywatyzacji i wzór do naśladowania dla całego przemysłu stoczniowego, i nie tylko. Od kilku miesięcy zakład stoi, jego załoga nie otrzymuje wynagrodzenia, powiększa się zadłużenie. Twierdzi się, że bez 20 milionów dolarów kredytu zakład nie ruszy z miejsca. Ale kto ma pożyczać takie pieniądze bankrutowi? Tysiące stoczniowców wyszło na ulice, a zdesperowana władza przymierza się do renacjonalizacji. Stocznia Szczecińska nie jest jedynym zakładem pracy w takiej sytuacji. Od wielu tygodni strajkują robotnicy Daewoo Motor w Nysie, strajkują pracownicy Fabryki Kabli w Ożarowie Mazowieckim, na ulice wychodzą robotnicy Fabryki Przyrządów i Uchwytów „Bison-Bial” w Białymstoku, manifestują hutnicy Huty Baildon w Katowicach, Samoobrona okupuje Ministerstwo Rolnictwa, a blokadę wagonów ze zbożem organizuje „Solidarność Rolników Indywidualnych”. Socjolog, profesor Jadwiga Staniszkis, w kolejnych wywiadach i artykułach dowodzi, że polska gospodarka utraciła sterowność, co oznacza, że procesy przebiegają żywiołowo, a słowo „rząd” ma niewiele wspólnego z rządzeniem.

 

Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego pojawiła się lawina podziemnych wydawnictw, wielkim uznaniem cieszyły się książki wydawane przez tzw. Oficynę Liberałów. Wydawnictwa te propagowały istnienie wolnego rynku i liberalnej gospodarki. Ideałem wydawało się odejście od socjalistycznej własności państwowej i sprywatyzowanie zakładów pracy i gospodarstw rolnych. Jednym z podstawowych tekstów był słynny „List do porucznika Borewicza”. Autor tego listu, opozycjonista, tłumaczył porucznikowi Służby Bezpieczeństwa, że my, podziemni i naziemni bojownicy o wolność i demokrację, wcale nie chcemy ich, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, pozbawiać władzy! Przeciwnie, chcemy oddać im na własność huty, kopalnie, stocznie i wszystkie inne zakłady pracy, ale na własność prawdziwą, taką, aby poczuli się prawdziwymi właścicielami. A prawdziwy właściciel jest człowiekiem, który nie tylko posiada na własność, ale przede wszystkim dba o swoją fabrykę, stocznię, hutę, odpowiada za nią i za ludzi w niej pracujących. Zapewnić to wszystko miała „niewidzialna ręka rynku”, cudowny wynalazek liberałów, który spowoduje, że znikną niewydolne, niekonkurencyjne, złe zakłady, a pozostaną tylko prawdziwi gospodarze.

 

Ta sprytna i pomysłowa idea mocno trafiła do przekonania naszym ówczesnym esbeckim i komunistycznym panom – przychodząc im w sukurs niczym zbawienie. Nic więc dziwnego, że to oni znaleźli się w pierwszych szeregach prywatyzatorów, i tak jak z wielkim zapałem, przez dziesiątki lat, przekonywali nas o wyższości kolektywizacji, upaństwowienia, planowej gospodarki, o wyższości państwowego nad prywatnym, teraz, z jeszcze większym zapałem, zaczęli działać w odwrotną stronę. 4 lata temu pojawiła się książka autorstwa Piotra Gabryela i Marka Zieleniewskiego, dwóch dziennikarzy tygodnika „Wprost”, pt.: „Piąta władza czyli kto naprawdę rządzi Polską?”. Przez 200 stron ciągnie się barwny korowód najznakomitszych nazwisk biznesowych III Rzeczypospolitej: Bagsik, Bykowski, Gaber-Sobieralska, Gąsiorowski, Grabek, Grobelny, Gudzowaty, Harhala, Jastrzębski, Kluska, Kott, Młyniec, Nawrocki, Niemczycki, Pacuk, Pereta, Praśniewski, Przywieczerski, Profus, Skipietrow, Skowroński, Solorz, Stokłosa, Stypułkowski, Świtalski, Tuderek, Urban, Wejchert, Wojtulewicz, Zaraska, Zasada....

 

Czytając, zamieszczone w książce, biogramy tytanów kapitalizmu i biznesu, zapełniających rok po roku listy w rodzaju „100 najbogatszych Polaków”, właściwie bez zdziwienia dowiadujemy się, że kwiat naszych przedsiębiorców stanowią, prawie bez wyjątku, byli znakomici działacze partii i partyjnych przybudówek, w rodzaju Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, byli dyrektorzy byłych państwowych central handlu zagranicznego, Universalu, Impexmetalu, Polimex-Cekopu, Metaexportu, Stalexportu i dziesiątków innych agend, o których wiemy skąd inąd, że były w całości kontrolowane przez różnych „poruczników Borewiczów”, czy to z SB, czy z WSI, z wywiadu czy kontrwywiadu. Większość tych nazwisk tworzy coś, co autorzy nazwali Holdingiem Samych Swoich albo Holdingiem Towarzyskim Mieczysława Rakowskiego, ostatniego sekretarza generalnego PZPR i premiera, ponieważ to tego ideologa komunizmu uznają za Ojca Chrzestnego tych cudownych przeobrażeń. A nazwisko Rakowskiego natychmiast wywołuje całą plejadę najznamienitszych nazwisk politycznych III Rzeczypospolitej, z Aleksandrem Kwaśniewskim i Leszkiem Millerem na czele.

 

Zgodnie z zaleceniami wolnorynkowych liberałów przejmowali i przejęli na własność majątek narodowy, zgrabnie wypłukali kasę państwa. Robili to jawnie i szyto-kryto, pod przykrywką różnych pomysłowych wynalazków jak FOZZ, Art. B i setek innych. Ta część pomysłu z „Listu do porucznika Borewicza” udała się nadzwyczajnie. Niestety, mniej nadzwyczajnie udała się druga część: aby nowi właściciele – dawni funkcjonariusze – stali się dobrymi, odpowiedzialnymi gospodarzami, którzy swoim zagarniętym majątkiem gospodarzą jak należy, o ten majątek dbają i go pomnażają. Okazało się, kolejny raz w historii, że co innego grabić, a co innego gospodarować, chociaż oba te słowa zaczynają się na tę samą literę. Najlepiej co potrafili, to przejęte państwowe zakłady i gospodarstwa doprowadzić do ruiny albo sprzedać, częstokroć za bezcen ‑ „łatwo przyszło, łatwo poszło”. W rozdziale pt.: „Cmentarz imperatorów” Gabryel i Zieleniewski opisują pouczające przykłady zawrotnych karier i upadku naszych „imperatorów biznesu”. Przypominają np. Janusza Leksztonia, który wybudował sobie rezydencję w kształcie okrętu z pełnowymiarową strzelnicą w środku, czym wprawiał w zachwyt dziennikarzy zachodnich pism; Feliksa Siemienasa, który, naśladując Wierzynka, podarował prezydentowi Ronaldowi Reaganowi ćwierćkilogramowy Medal Wolności wykonany z czystego złota. I plejadę nazwisk, już wtedy na cmentarnym śmietniku: Bagińskiego, Baranowskiego, Bogatina, Gawronika, Kmetki, Krysia, Morawskiego, Piaseckiego, Recława, Sekuły itd. itp. Od czasu opublikowania tej książki minęły 4 lata i dzisiaj moglibyśmy dopisać dziesiątki dalszych nazwisk naszych herosów prywatyzacji i biznesu.

 

Autorzy książki odsłaniają, tu i tam, powiązania Holdingu Towarzyskiego, czy Holdingu Samych Swoich ze światem polityki, z posłami, ministrami, senatorami. Jak te dwa światy wzajemnie się wspierają i uzupełniają. Jak „imperatorzy” finansują kampanie wyborcze, nawet nie specjalnie przejmując się przynależnością partyjną.

 

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że skutecznie udało im się wmówić nam, że to jest dokładnie to, czego sami chcieliśmy! Ponieważ, jak przekonują, rządzą nami tylko dlatego, że sami ich wybraliśmy i poprosiliśmy! Bo takie są reguły demokracji.

 

Jeśli Polska ma jeszcze jakieś szanse, jeśli chcemy wyrwać się ze zbójeckich łap Holdingu Towarzyskiego Mieczysława Rakowskiego, musimy wytłumaczyć i sobie i innym, że to nieprawda. Że takie skutki są wynikiem reguł gry, którą pozwoliliśmy sobie narzucić. Że lina wiążąca Holding Rakowskiego z Holdingiem Millera, Kwaśniewskiego, Jaskierni, Cimoszewicza nazywa się proporcjonalna ordynacja wyborcza. Tą liną są partyjne wybory, przepis jak się układa listy kandydatów, i jak potem czarna skrzynka wyborcza zamienia partyjne listy na mandaty poselskie. Aby cały Holding odesłać na cmentarz historii musimy zmienić te reguły. Trzeba, żeby zrozumieli to pracownicy zakładów, których teraz w takich ilościach wyrzuca się na bruk. Trzeba nam jak najszybciej, póki jeszcze coś z naszego majątku narodowego zostało do uratowania, domagać się i wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze. To jest sposób na przecięcie liny wiążącej i spajającej te holdingi. Spieszmy się, bo jutro może być za późno.

 

 

Jerzy Przystawa

21 maja 2002