Jerzy Przystawa
Czy nos dla tabakiery?
(Komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 20. XI. 2001)
W marcu tego roku, odbywała się w Warszawie, w Sali Kolumnowej Sejmu, IX Ogólnopolska Konferencja Samorządowa pod hasłem „Poseł z każdego powiatu”. Jednym z gości i prelegentów spotkania był wybitny brytyjski mąż stanu, były minister finansów w rządzie Johna Majora, członek Izby Gmin przez 25 lat, Lord Norman Lamont. Była to jego pierwsza wizyta w tym miejscu i szereg rzeczy, które zaobserwował budziło jego zdziwienie. Jedną z tych zaskakujących rzeczy była obecność na terenie Sejmu wielu posłów, którzy poruszali się po gmachu Hotelu Poselskiego niewielkimi grupami i, dodajmy, w szampańskich humorach. Dla mnie, człowieka, który nigdy nie przekroczył bram Westminsteru, nie było w tym nic dziwnego, my, Polacy, wiemy, że poseł też człowiek, i że po tygodniu wytężonej pracy, należy mu się jakaś chwila relaksu. A to właśnie była sobota, czyli, jak to mówią Anglicy, weekend, a więc czas, którego żadna religia, nawet mahometańska, nie pozwala marnować na pracę. Lord Lamont wyjaśnił mi, że nie odnosi się to do parlamentu brytyjskiego. W piątek, kiedy zaczyna się weekend, podwoje westminsterskie zamykają się, ale posłowie wsiadają we wszystkie możliwe wehikuły, i udają się do swoich „constituencies”, to jest do swoich okręgów wyborczych i tam, w swoich „surgeries” czekają na swoich pacjentów. Wielki Słownik Angielsko-Polski Stanisławskiego podaje, że „surgery” to jest pokój przyjęć lekarza i z przetłumaczeniem tego słowa na polski mieli kłopoty tłumacze kabinowi, którzy obsługiwali naszą konferencję. Jednakże bardziej profesjonalne słowniki wyjaśniają, że potoczne znaczenie słowa „surgery” to jest miejsce, w którym członek Parlamentu Brytyjskiego przyjmuje swoich wyborców, w którym wysłuchuje ich pretensji, żalów czy propozycji, niczym psychiatra, psycholog czy dentysta. W swojej prelekcji Lord Lamont przedstawiał opłakany żywot brytyjskiego parlamentarzysty, wybieranego w okręgu jednomandatowym, jakże różny od losu parlamentarzystów w krajach, w których obowiązują partyjne ordynacje wyborcze, w takiej np. Belgii czy w Niemczech. Tam poseł może wybrać się na weekend do Paryża czy Rzymu, polecieć na Majorkę, odpoczywać na słonecznej plaży. Poseł brytyjski musi jechać, często gdzieś na sam koniec świata, na północ Szkocji, aby tam godzinami wysłuchiwać co mu mają do powiedzenia jego nudni i nie specjalnie mądrzy wyborcy. I musi tak robić, jeśli chce utrzymać swój mandat, jeśli chce, żeby go jeszcze raz wybrano. Poseł z okręgu jednomandatowego, gdyby zaniedbał tego przykrego obowiązku, musiałby się pożegnać z posłowaniem w następnej kadencji. Nota bene, gdyby ktoś z szanownych słuchaczy, chciał bliżej się temu przyjrzeć, to polecam znakomitą książkę Jeffereya Archera „Pierwszy między równymi” (po angielsku „First among equals”), która została przetłumaczona na polski i wydana przez wydawnictwo „Prószyński i Ska” w ubiegłym roku. Lord Archer, bohater niedawnego skandalu, świetny pisarz, był też przez 25 lat posłem do Parlamentu Zjednoczonego Królestwa i w książce tej znajdziemy szereg autobiograficznych wątków, nie zawsze budujących, niestety. Cokolwiek jednak mielibyśmy sądzić o lordzie Archerze i bohaterach jego książki, jedno jest oczywiste: poseł brytyjski jest sługą swojej „constituency”, wyborców ze swego okręgu wyborczego i musi czynić wszystko, żeby się im nie narazić i nie zrazić ich do siebie.
Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, który mam zaszczyt reprezentować, zorganizował, od listopada 1999, 13 ogólnopolskich konferencji, na których dyskutujemy sprawę ordynacji wyborczej do Sejmu. Ostatnia, 13-ta, odbyła się w minioną sobotę, 17 listopada, w Poznaniu, w Auli Akademii Wychowania Fizycznego. Na te konferencje zjeżdżają się z całej Polski ludzie, którzy rozumieją jakim nieszczęściem dla kraju jest partyjna ordynacja wyborcza. Zawsze, oczywiście, do udziału w tych konferencjach zapraszani są posłowie i senatorowie. Czasem, to się zdarza, obrady nasze zaszczyci swoją obecnością jakiś parlamentarzysta. W Poznaniu, trzeba to przyznać, swoją opieką objął spotkanie rektor AWF, prof. dr hab. Jerzy Smorawiński, senator Rzeczypospolitej i opowiedział się zdecydowanie po stronie jednomandatowych okręgów wyborczych. Przybyło także 4 poznańskich posłów.
Typowy obraz takiej „wizyty posła” jest następujący. Przybywa on na kilka chwil przed swoim ewentualnym wystąpieniem, cały czas niecierpliwie spogląda na zegarek, aby dać nam do zrozumienia, jak bardzo cenny jest jego czas. Wygłasza swoją lekcję i natychmiast umyka. Nie interesuje go w najmniejszym stopniu co mają do powiedzenia ludzie, którzy zjechali się, często z odległych kresów Polski, aby nie użalać się i biadolić, tylko zastanowić się nad tym, jak dokonać naprawy Rzeczypospolitej, skoro tego wymaga.
Spotkanie z posłami poznańskimi nie przebiegło budująco. Posłowie z Platformy Obywatelskiej, której kandydaci, jak wiemy, w kampanii wyborczej pozowali na zwolenników JOW, powiedzieli nam, że społeczeństwo polskie jeszcze do demokracji nie dorosło, a Jednomandatowe Okręgi Wyborcze dobre są, ale dopiero wtedy gdy wyborcy dojrzeją. Wybitny poseł z „Prawa i Sprawiedliwości”, który w kwietniu, w gronie 57 posłów podpisał wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie obowiązującej ordynacji wyborczej za sprzeczną z Konstytucja, publicznie się tego wyparł, a kiedy mu pokazano dokument, oświadczył, że on podpisał co najmniej 640 wniosków i nie jest w stanie wszystkiego pamiętać.
Zebrani nie zbyt entuzjastycznie przyjęli te poselskie enuncjacje. Zamiast dziękować za zaszczyt jaki ich spotkał i chwalić posłów za ich obywatelską postawę i fatygę, jawnie demonstrowali brak aprobaty. Posłowie poczuli się urażeni. Próbowali nam wytłumaczyć, że jeśli naprawdę chcemy coś osiagnąć, to nie wolno nam ich do siebie zrażać, ze powinniśmy, odwrotnie, zabiegać o ich uznanie i zrozumienie, jak się to dziś w nowomowie mówi „lobbować” w parlamencie, a nie rozmawiać z posłami, niczym równi z równymi. Ponieważ uczestnicy konferencji, pomimo, że było wśród nich wielu ludzi wykształconych, nawet profesorów, okazali się mało pojętni. Zrażeni i oburzeni posłowie, opuścili spotkanie.
Kim jest poseł i kto jest dla kogo? Wyborcy dla posłów, żeby im czapkować, płacić pieniądze, chwalić i zabiegać o ich łaski, czy ...tabakiera jest dla nosa?
Konstytucja RP w art. 104 ust.1 stwierdza: „Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców”. Uczestnicy konferencji poznańskiej okazali się niegrzeczni i źle wychowani. Pomylili demokrację taką, jak w Wielkiej Brytanii z tą, w której przyszło im żyć i działać. Tan bowiem dola posła jest dość nieprzyjemna: musi on reprezentować swoich wyborców, albo - nie być posłem. Kiedy jedzie do swojej odległej „constituency”, do swojego okręgu wyborczego, tam się spotyka z ludźmi, którzy powierzyli mu mandat a nie z „narodem”. Poseł polski reprezentuje „Naród”. A co ten „naród” sobie myśli? Gdzie ten „naród” można spotkać, żeby się tego dowiedzieć? Tego prosty smiertelnik wiedzieć nie może, to może wiedzieć tylko poseł. I będzie tak tak długo, aż, idąc za przykładem naszych angielskich i amerykańskich sojuszników, nie wprowadzimy u siebie zasady „jeden poseł z jednego okręgu wyborczego”.