|
|
przedstawia |
Spółki "Synergia 99" i "Synergia 2000" należące do Janusza Szlanty machinacjami finansowymi doprowadziły polskie stocznie do upadku
Stanisław Rutkowski
Gdańska ośmiornica |
Od 1 marca br. pracownicy Stoczni Gdynia SA pracują trzy dni w tygodniu: wtorek, środę i czwartek. Teoretycznie wynagrodzenie mają otrzymywać za cały tydzień pracy, ale jak dotychczas otrzymują wyłącznie zaliczki po kilkaset złotych. W całej Grupie Stoczni Gdynia (włącznie ze Stocznią Gdańską, Gdyńską i Elbląską) zatrudnionych jest około 13 tys. ludzi. W samej Stoczni Gdynia – 8 tys., z czego bezpośrednio przy produkcji statków pracuje mniej więcej 3 tys. osób. Na dwie zmiany. Nastroje wśród ludzi są gorzej niż złe – bo na ich pracę nie ma zapotrzebowania. Wszyscy czekają, kiedy zaczną się zwolnienia.
Nie budują statków
Stocznia ma podpisane umowy z zagranicznymi armatorami na 8 jednostek. Ale naprawdę w produkcji są tylko dwa statki typu ro-ro. Dla armatorów amerykańskiego i izraelskiego. Reszta czeka na rozpoczęcie produkcji i pewnie długo będzie czekać, bo Stocznia nie ma środków finansowych, a banki nie chcą kredytować jej interesów. Przed losem Stoczni Szczecińskiej-Porta ma uchronić Gdynię dokapitalizowanie przez skarb państwa – przecież państwo jest wciąż właścicielem 20 proc. akcji Stoczni. Ostatecznie rząd zdecydował, że Stocznia otrzyma 700 mln złotych w postaci akcji TP SA. To jednak zbyt mało, aby interesy Stoczni Gdynia ruszyły z miejsca.
Nie jest to jedyny poważny problem Gdyni. Z większą produkcją trzeba czekać na odpowiednie blachy. Przede wszystkim z Huty Częstochowa, stałego kooperanta przemysłu okrętowego. Ale obecnie Huta jest o krok od upadłości i – jak całe polskie hutnictwo – jest objęte procesem zwanym „konsolidacją i restrukturyzacją”, polegającym głównie na zwolnieniach pracowników. Ma też wreszcie rozpocząć funkcjonowanie jeden koncern Polskie Huty Stali. Nikt nie ma więc głowy myśleć o jakiejś produkcji blach okrętowych, takich jak np. blacha na tylnice statków. W dyrekcji Stoczni przyznają niechętnie, że przy obu jednostkach ro-ro wystarcza pracy dziennie dla 600-700 ludzi. Dlatego wprowadzono ten trzydniowy tydzień pracy. Zamiast wynagrodzeń – płaci się im zaliczki.
Natomiast żadne władze ani Stoczni Gdynia, ani Grupy Stoczni, zupełnie nie przyznają, że obie spółki uwikłane są w niejasne i groźne interesy wynikające z kombinacji biznesowych samego prezesa Janusza Szlanty. Na konferencji prasowej 7 lutego br. prezes Szlanta stwierdził, że wszelkie doniesienia na ten temat są kłamliwe. Tymczasem wiadomo, że miała miejsce afera z byłym członkiem Zarządu Stoczni A. Bukowskim, który wyprowadził ze Stoczni Gdynia około 100 mln dolarów (jak pisał w „Naszym Dzienniku” kpt. Zbigniew Sulatycki). Afera jest przedmiotem dochodzenia przez Prokuraturę Rejonową w Gdańsku.
Synergia i zastaw
Jednak to ani nie jedyna, ani nie największa afera w stoczniowym imperium prezesa Szlanty. Najprawdopodobniej Stocznia Gdynia SA jest zagrożona utratą kolejnych ponad 100 mln dolarów. Świadczą o tym akta zastawu rejestrowego (nr 799345) Wydziału Gospodarczego Zastawów Rejestrowych Sądu Rejonowego w Gdańsku. Z tych akt wynika, że Stocznia Gdynia SA zastawiła w firmie „Synergia 2000” sp. z o.o. swoje udziały w firmie „Synergia 99” sp. z o.o. Liczba udziałów objętych zastawem wynosi 81 193, o wartości nominalnej 100 złotych za udział; razem nieco ponad 2 mln dolarów. Ale w tych samych aktach jest zapis stwierdzający, że najwyższa kwota zastawu wynosi 111 mln 387,9 tys. dolarów. Czyli mówiąc po prostu – jeżeli Stocznia Gdynia nie wykupi zastawionych w „Synergii 2000” swoich udziałów w „Synergii 99” – musi tej pierwszej zapłacić ponad 111 mln dolarów. Złoty interes, tym bardziej że Stocznia nie ma płynności finansowej i udziałów wykupić nie może. Powiększy więc swoje straty o powyższą kwotę. Dla zastawnika natomiast – czyli dla „Synergii 2000” – otwierają się bardzo korzystne możliwości: albo w postaci bardzo cennych nieruchomości, jakie Stocznia Gdynia wniosła do „Synergii 99”, albo w postaci środków finansowych od państwa, które jest przecież udziałowcem zastawcy, tj. Stoczni Gdynia.
By podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego Stocznia Gdynia SA zrobiła taką dziwną operację, warto przyjrzeć się obu spółkom „Synergia”.
Szlanta i Halper
Historia „zbawcy” Stoczni Gdynia i twórcy Grupy Stocznia Gdynia prezesa Janusza Szlanty jest znana. Dla porządku tylko przypomnę, że w 1998 r. Szlanta powołał do życia Trójmiejską Korporację Stoczniową i jako jej prezes złożył ofertę nabycia zagrożonej wówczas upadłością Stoczni Gdańskiej. Podstawą finansową tej operacji był kredyt zaciągnięty przez Trójmiasto w Kredyt Banku BPI. Oferta Szlanty została przyjęta i tak rozpoczęła się najnowsza historia stoczni na Wybrzeżu.
W tym samym mniej więcej czasie w Radomiu, gdzie rozpoczęła się kariera Szlanty (był tam wojewodą z ramienia Unii Demokratycznej za kadencji rządu Hanny Suchockiej), powołana została z jego inicjatywy firma „Synergia 99” z kapitałem założycielskim 4 tys. złotych, co stanowiło humorystyczną wręcz proporcję wobec majątku masy upadłościowej Stoczni Gdańskiej. Wprawdzie likwidowanej, ale stanowiącej ogromną wartość, zwłaszcza w nieruchomościach. I właśnie „Synergia 99” miała jeden cel: zagospodarowanie 73 ha z majątku Stoczni Gdańskiej. I ten cel formalnie nie został zmieniony.
Prezesem Rady Nadzorczej „Synergii 99” został Szlanta, a jednym z jej członków – James Halper. Biznesmen ze stanu Delaware w USA, gdzie był prezesem firmy zajmującej się spekulacjami finansowymi. W 1999 r. założyła ona w Warszawie spółkę TDA Capital Partners Central Europe sp. z o.o. Jej prezesem został oczywiście J. Halper.
Po roku – w kwietniu 2000 r. we Wrocławiu została powołana kolejna spółka z o.o. – „Synergia 2000”. Nieco potem okazało się, że jej głównymi udziałowcami są... James Halper oraz niejaki Joseph A. Saldutti. Każdy z udziałowców miał początkowo po 8 udziałów wartości nominalnej 100 zł każdy. Ale ten kapitał był kilkakrotnie powiększany. Tak skutecznie, aż wyłącznym właścicielem „Synergii 2000” został J. Halper. Jesienią 2000 r. ta druga „Synergia” przeniosła się do Warszawy, gdzie ma siedzibę przy ul. Chocimskiej 3a.
Tak się dziwnie złożyło, że obok, pod tym samym adresem mieści się biuro wspomnianej już firmy TDA Capital Partners Central Europe sp. z o.o. Też własność prezesa Halpera. Do pełnego obrazu trzeba dodać, że „Synergię 2000” i jej interesy reprezentuje znana stołeczna kancelaria adwokacka Norton Rose (ul. Sienna 39). Specjalność – nieruchomości i finanse. Doskonały doradca w interesach.
Wkracza prokuratura
Na jednym z ostatnich posiedzeń sejmowej Komisji Gospodarki, na którym przedstawiciel Ministerstwa Skarbu Państwa poinformował o dokapitalizowaniu Stoczni Gdynia akcjami TP SA dziennikarze dowiedzieli się też, że na najbliższym posiedzeniu Rady Nadzorczej Stoczni postawione zostanie Zarządowi pytanie o sens powiązań w trójkącie Stocznia – „Synergia 99” – „Synergia 2000”. I to wszystko, co dotychczas wiadomo. Być może bardziej skuteczna okaże się Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, która prowadzi w tej sprawie kolejne śledztwo, poświęcone Stoczni Gdynia. Prokuratura zapowiada, że do kwietnia br. jej czynności zostaną zakończone. Dokumentację, której przekazania odmówił prezes Szlanta (tajemnica handlowa?) dostarczyła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (!).
Ciekawe, jakie będą wnioski z badania tych dokumentów. Wiadomo na razie, że w niczym to nie poprawi stanu interesów ani Stoczni Gdynia SA, ani Grupy Stoczni Gdynia. Ciekawe tylko, co stanie się z tą atrakcyjną nieruchomością – 73 ha z dawnej Stoczni Gdańskiej. W Trójmieście znów krąży plotka, że jednak ruszy tu budowa wielkiego centrum handlowego. A klienci będą się bardzo dziwić za kilka lat, cóż to za cudaczny pomnik ustawiono tak niezręcznie wśród supernowoczesnej architektury.
***
W minionym tygodniu Agencja Rozwoju Przemysłu zapowiedziała, że prawdopodobnie zostanie utworzony nowy podmiot, obejmujacy cały polski przemysł stoczniowy, w tym Stocznię Szczecińską–Nową oraz zakłady im. H. Cegielskiego. Procedura byłaby podobna, jak w przypadku właśnie Stoczni Szczecińskiej. Skutki ekonomiczne trudno ocenić, byłaby to w każdym razie próba uratowania części potencjału stoczniowego w Polsce.
Stanisław Rutkowski