przedstawia

Wyczerpuje się układ "okrągłostołowy". By zbudować IV Rzeczpospolitą, należy go zmieść, jak również usunąć skompromitowanych bezradnością polityków prawicy.

 

Piotr Jakucki

 

Obalić ich!

 

 

 

 

Rząd jest po to, by zapewnić społeczeństwu godne życie.

 

Rząd jest po to, by swoją polityką budować siłę gospodarczą i polityczną państwa, wzmacniać jego konkurencyjność na arenie międzynarodowej.

 

Premierzy, ministrowie i parlamenty są po to, by działać w interesie narodu i dla narodu.

 

W Polsce po 1989 r. kolejne rządy (z wyjątkiem gabinetu Jana Olszewskiego w roku 1992), kolejne parlamenty, kolejni prezydenci doprowadzili społeczeństwo do nędzy, a państwo do bankructwa. Wszystkie te rządy wywodziły się z jednego, pseudoliberalnego układu, zrodzonego przy „okrągłym stole” i reprezentowanego przez SLD i Unię Wolności.

 

 

„Okrągły stół” – zarzewie mafii i korupcji

 

To właśnie w „okrągłym stole” tkwi źródło tragedii naszego kraju. Na mocy tego układu z Polski uczyniono kraj oligarchii mafijnej, okradającej naród i potencjał wytwórczy państwa. Liderzy PZPR zyskali kontrolę nad gospodarką i z „czerwonych bonzów” przemienili się w „liberalnych biznesmenów”. Nie zmieniła się tylko jedna rzecz: przez cały czas zachowali kontrolę nad państwem, z aparatem państwowym zapewniającym bezkarność sprawcom afer gospodarczych (gros ich autorów wywodziło się z b. PZPR lub Unii Demokratycznej i KLD). Opublikowany 5 marca br. sondaż przeprowadzony na zlecenie „Rzeczpospolitej” jasno wskazuje, że przez ostatnie 14 lat Polska stała się krajem kapitalizmu mafijnego, gdzie bezkarność zapewniona jest wpływami finansowymi i politycznymi. Prawie 30 proc. badanych uznało bowiem, że policja i wymiar sprawiedliwości nie są w stanie ukarać winnych afer gospodarczych, zaś 79 proc. wydało opinię, że aferzyści pozostaną bezkarni, gdyż np. przedawnią się zarzuty (m.in. w przypadku afery ziemniaczanej z początku lat 90. stanie się tak za trzy lata).

 

 

Zdrady

 

A przecież w 1989 r. społeczeństwo wierzyło, miało ten wewnętrzny żar konieczny do odbudowania wolnej Polski. Zaczął on jednak wygasać dość szybko, gdy naród zobaczył, że zamiast wykończenia „komuny” i jej osądzenia, rozpinany jest nad nią parasol ochronny. Pierwszym „zimnym prysznicem” była II tura wyborów czerwcowych, kiedy lewica solidarnościowa – wbrew społeczeństwu – pozwoliła komunistom wejść do parlamentu, by potem wybrać generała Jaruzelskiego na prezydenta RP. Oznaczało to, że polityczna pępowina łącząca nowe państwo z okresem peerelowskim nie została odcięta, że nie nastąpiła restytucja porządku II RP.

 

Potem był Lech Wałęsa, który również obiecywał powrót do Polski przedwojennej, odebrał nawet od władz w Londynie stosowne insygnia władzy. Aferzystów obiecywał puścić w skarpetkach wygrał prezydenturę. Oczywiście, winnych pozostawił w spokoju, a w skarpetkach puścił naród. Dlaczego, wyszło na jaw w czerwcu 1992 r.

 

Generalnie, to właśnie wtedy, 4 czerwca 1992 r., w dniu obalenia rządu Jana Olszewskiego, aktywność narodu się wypaliła. Zobaczył on bowiem, co tak naprawdę warta jest nowa „elita” władzy, która miast kierować się interesem państwa, przedkłada nad niego strach przed prawdą i interesy partyjne.

 

Nadzieja powróciła tym mocniej w 1997 r., gdy nadeszła kolejna szansa wykończenia „komuny” i wyrzucenia jej na śmietnik historii, tak jak zrobili to chociażby Czesi czy Niemcy. Pojawiła się Akcja Wyborcza Solidarność, która poszła do wyborów pod sztandarami propolskiej polityki gospodarczej, uwłaszczenia społeczeństwa, a także rozliczenia winnych „przekrętów” gospodarczych. I znów Polaków zdradzono. Sojusz AWS z Unią Wolności, drugą – obok SLD – partią pogrobowców komunistów stalinowskich, trockistów, lewicy korowskiej, de facto zapewnił komunistom nietykalność, czego są świadectwem m.in. wlokące się bez końca procesy o komunistyczne ludobójstwo w latach PRL. Dzięki zdradzie Buzka, Krzaklewskiego, Żaka itp. towarzystwa wzajemnej adoracji z AWS, naród stracił zaufanie do całej prawicy. Stracił do końca wiarę w sens angażowania się w życie publiczne Polski.

 

 

Czas ich rozliczyć!

 

Ów układ „okrągłostołowy” jest zabójczy dla Polski. Jest dziś szansa, by go odrzucić.

 

Obóz komunistyczny petryfikował do niedawna postokrągłostołowy obóz władzy zawiązany ze środowiskiem Kuronia, Michnika, Lityńskiego. Dziś uznał, że może zawarte umowy zerwać. Stąd – mówiąc w największym skrócie – o czym obszernie pisaliśmy na naszych łamach, wzięła się afera Rywina. Kontrakt podziału łupów w Polsce, zawarty pomiędzy środowiskiem dziś związanym z Agorą i „Gazetą Wyborczą” (postkorowszczyzna), środowiskiem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (liberalna lewica proeuropejska) a grupą Millera (twardogłowi), rozpadł się.

 

Wszystko to dzieje się w tle protestów ludzi doprowadzonych przez oligarchię do nędzy. Ten bunt jest nie zorganizowany, rozpaczliwy, przyjmuje coraz drastyczniejsze formy. Dzisiejsza Polska to przecież skrajna bieda. To masowe bezrobocie sięgające według danych OECD blisko 21 proc., w niektórych regionach kraju nawet 40 i więcej procent, to sprzedane zakłady. Dlatego coraz częstsze stają się strajki i okupacje, przemarsze i blokady dróg.

 

 

Zrzucić winę na PSL

 

Koniec drogi przebytej przez Polskę przez 14 lat może zwieńczyć przegrane przez obóz rządowy referendum unijne.

 

Korzystny jego wynik staje tym bardziej pod znakiem zapytania po usunięciu przez Millera PSL-u z koalicji rządowej. Janusz Wojciechowski, wicemarszałek Sejmu, uważa, że głosowanie winietowe było tylko pretekstem, by PSL „wyciąć”, gdyż koalicja była skazana na rozpad, jeśli nie w ten czwartek [27 lutego], to w następny. Widać to było już od dawna, więc to nie jest jakieś zaskoczenie.

 

W co więc grał Miller, decydując się na upadek koalicji i powołanie rządu mniejszościowego? SLD liczy być może na to, że za pomocą mocnego uderzenia odwróci uwagę od własnej porażki, zepchnie winę na PSL, stanie na czele ruchu europejskiego, co przyniesie mu poklask publiczności, licząc na to, że partie mieszczańskie przynajmniej przed referendum nie zrobią nic, co może spowodować upadek nastawionego przyjaźnie do Europy mniejszościowego rządu Millera – taką opinię przedstawiła 3 marca br. niemiecka „Frankfurter Allgemaine Zeitung” i trzeba przyznać, że przy zestawieniu z wypowiedziami liderów SLD i premiera Millera, krytykujących politykę PSL w koalicji, jest ona bardzo bliska prawdzie.

 

Już przed rozpadem koalicji w PSL zaczęły dochodzić do głosu grupy kontestujące wicepremiera Jarosława Kalinowskiego – uległego wobec SLD i Unii Europejskiej. Nie dziwią więc eseldowskie postulaty skoncesjonowania ludowców„metodą salami”. Jak oświadczył 3 marca w Rzeszowie minister spraw wewnętrznych Krzysztof Janik, wraz z wygnaniem PSL z koalicji kończy się polityka cepa: – W Polsce skończył się czas bijatyk w polityce, w polityce polskiej zaczyna dominować kultura dialogu, a nie polityka cepa (..). Dodatkowo Janik złożył ludowcom „propozycję nie do odrzucenia”. Owszem, jest możliwy ich powrót do koalicji, ale pod warunkiem, że będzie wiadomo, jaki to PSL zasiądzie przy stole z komunistami: – Czy to jest PSL o obliczu Jarosława Kalinowskiego, człowieka, który twardo negocjował warunki obecności polskiego rolnictwa w Unii, czy to jest PSL tych wszystkich ksenofobów, pesudonarodowców, którzy krzyczą: „Unii, Żydom i masonom – nie”.

 

U peeselowców nigdy jakoś cepów w rękach nie dało się zauważyć ani na posiedzeniach rządu, ani w Sejmie, nie można więc mówić, by „wymłócili” swoich koalicjantów. Raczej to „chłopi” zostali „politycznie wymłóceni” i za swoją spolegliwość wobec SLD-UP zapłacili utratą naturalnego elektoratu wiejskiego, który przesunął się w stronę radykalnej Samoobrony.

 

Co zaś się tyczy ksenofobów…, to słowa Janika są bezpośrednim uderzeniem w antyeseldowską i antyunijną frakcję w PSL, na czele m.in. z pos. Zdzisławem Podkańskim, kierującą partię nie w żadnym ksenofobicznym, ale patriotyczno-narodowym kierunku.

 

Nurt radykalny może obecnie zyskać większość w PSL. Dlatego dość burzliwie zapowiadają się najbliższe miesiące w parlamencie. Tam priorytetem stanie się przyjęcie na czas projektów ustaw dostosowujących nasze prawo do rozwiązań obowiązujących w Unii Europejskiej. A dotyczą one m.in. sprawy kluczowej z punktu widzenia PSL – polskiej wsi. Jest to więc np. nowelizacja ustawy o regulacji rynku mleka, regulacja rynku obrotu mięsem, jajami czy przetworami. Czeka także na rozpatrzenie peeselowski projekt ustawy o ustroju wsi, która była jednym z wielu punktów zapalnych pomiędzy SLD a PSL. W obecnej sytuacji nie jest więc wykluczone, że tak Samoobrona, jak PSL ramię w ramię zagłosują przeciw antyrolniczym rozwiązaniom (prounijnym, nie gwarantującym polskiemu rolnikowi równej pozycji), by zyskać elektorat w przyszłych wyborach. To także może być element wzmocnienia postaw antyunijnych, dziś najsilniejszych właśnie na wsi i wśród ludzi biednych.

 

Nie bez racji więc brytyjski „Financial Times” z 4 marca br. pisze, że PSL może się teraz zwrócić w stronę małego, ale hałaśliwego obozu polskich eurosceptyków. Nawet jeśli ustrzeże się kategorycznego sprzeciwu wobec akcesji, to może wystąpić z głośną i przynoszącą szkodę krytyką Unii w newralgicznym momencie, być może po to, żeby wyciągnąć z rządu jeszcze więcej dopłat dla rolników. Wreszcie Millerowi teraz będzie trudniej dotrzeć do wiejskiego elektoratu.

 

 

Pakujemy manatki i uciekamy do Brukseli

 

Ale w kraju obawy o wynik referendum w kontekście wyrzucenia PSL-u z koalicji są wyciszane. Minister Danuta Hübner stwierdziła np. 1 marca w Krakowie: (…) Nie przypuszczam, by tego typu wydarzenia miały wpływ [na proces akcesyjny]. Mam również wielką nadzieję, że bez względu na to, w jakim układzie w najbliższych miesiącach będziemy działać jako rząd, uda nam się dokończyć wszystkie przygotowania do członkostwa.

 

Hübner może czuć się spokojna, jeżeli przyjmiemy podstawowe założenie. SLD swoją misję likwidacji Polski uznał już za zakończoną. W przypadku wygranego referendum lub też wprowadzenia Polski do UE „kuchennymi drzwiami” w przypadku niskiej frekwencji ucieknie do Brukseli na dożywotnie sowicie opłacane posady. U nas zostanie po nich „spalona ziemia”, unijna kolonia.

 

Kolejny to powód, by w referendum Unię odrzucić.

 

 

Wybory, czyli tylko JOW-y

 

Nie mniej istotna dla wyrwania się z układu „okrągłostołowego”, jest sprawa wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Niektórzy liderzy Sojuszu (m.in. Józef Oleksy) stawiają tezę o konieczności ich przeprowadzenia w przypadku sparaliżowania działań rządu w Sejmie. Podobne wnioski nasuwają się po zapoznaniu się z wynikami sondażu, jaki w zeszłym tygodniu opublikowała „Rzeczpospolita” (5 marca), gdzie dwie trzecie respondentów opowiedziało się za wyborami, gdyby gabinet SLD-UP nie uzyskał poparcia dla swoich działań w Parlamencie. Ale ważniejsze jest inne badanie. Na pytanie: czy rozpad koalicji będzie miał wpływ na wynik referendum w sprawie wstąpienia do Unii Europejskiej, 40 procent badanych odpowiedziało, że „nie”, ale 34 proc. uznało że zmniejszy to poparcie dla integracji z UE.

 

Tylko kiedy wybory mogłyby się odbyć? Niektóre partie prawicowe, takie jak UPR czy LPR, postulują, by nastąpiło to równolegle z czerwcowym referendum. Jest to koncepcja, powiedzmy wprost, zabójcza dla opozycji antylewicowej, przede wszystkim dlatego, że nikt nie zdąży się na tyle przygotować organizacyjnie, by przeciwstawić się układowi liberalnemu. Po drugie, wygrana obozu europejskiego w referendum i sukces w wyborach parlamentarnych utrwalą tylko dominację układu obecnego.

 

I w końcu po trzecie, w czerwcu wybory mogłyby się odbyć tylko według obowiązującej tzw. ordynacji proporcjonalnej, ordynacji propartyjnej i prooligarchicznej. „Nasza Polska” zawsze opowiadała się za wprowadzeniem ordynacji opartej na zasadzie jednomandatowych okręgów wyborczych, dlatego też w tym przypadku sensowniejsza jest propozycja PiS, by wybory parlamentarne odbyły się na jesieni, już z uwzględnieniem JOW (a na to przy obecnej zawierusze parlamentarnej i zmianie układu sił jest duża szansa).

 

 

Czy i jak budować IV Rzeczpospolitą, czyli czy tylko „wielki wybuch”?

 

Referendum unijne, przegrane przez układ władzy, może stać się momentem przełomowym w odchodzeniu od układu „okrągłostołowego”, układu korupcjogennego. Pojawiają się więc coraz częściej głosy (w kontekście sprawy Rywina, jak i zamętu koalicyjnego), że nadszedł czas budowania IV Rzeczypospolitej, w której władze rządziłyby w imieniu i dla narodu. Idea chwalebna, jest tylko pytanie, niestety dość zasadnicze: kto ma to zrobić?

 

Obecne elity polityczne, w tym zwłaszcza te prawicowe, skompromitowane partyjnictwem, korupcją, dualizmem moralnym? Wolne żarty.

 

Ruchy roszczeniowe w rodzaju Samoobrony, których popularność wynika z radykalizmu działań i niezagospodarowania obozu protestu przez ośrodki niepodległościowe? Dobre sobie.

 

Związki zawodowe, ściślej „Solidarność”? Również idea wzięta z księżyca. „Solidarność” z ruchu oporu społecznego stała się dziś zlepkiem branż, z których każda walczy wyłącznie o własne interesy (jest to realizacja koncepcji Kuronia i Michnika z 1980 r.). Związek tak zasłużony w najnowszej historii naszej ojczyzny zdolny jest tylko przeprowadzać kolejne niczego nie załatwiające demonstracje. Zatracił zaś funkcję podstawową – budowanie solidarności narodowej.

 

Mówi się o tym, że nadzieją jest zjednoczenie się partii prawicy. Zgoda – tylko jakich? Dziś są one podzielone pod względem np. stosunku do Unii Europejskiej, niechętne do współpracy, przesiąknięte egoizmem politycznym partyjnych liderów. Dlatego też nie podzielam optymizmu w tej kwestii Wojciecha P. Kwiatka.

 

Ale nawet zakładając – teoretycznie – powstanie „Bloku IV RP” musi ku temu zaistnieć jeden podstawowy warunek. Muszą go tworzyć ludzie nie tylko nie zaangażowani w „okrągły stół”, ale przede wszystkim wiarygodni, bez ciemnych plam w życiorysie, nie obciążeni ani współpracą agenturalną, ani postępowaniami sądowymi, prokuratorskimi czy podejrzeniami o przestępstwa. IV Rzeczpospolita musi być tworzona przez ludzi o czystych rękach. Jedynie wówczas będzie państwem rządzonym uczciwie. I warunek kolejny. Obecni politycy „prawicowi” są kartami zgranymi. Muszą odejść, by dać szansę Ojczyźnie.

 

W Polsce patrioci nie ograniczają się tylko do elit „partii patriotycznych”. Są to mieszkańcy miast, wsi. To jest cały naród. I jeżeli jedynym sposobem na ratowanie kraju przed ostateczną katastrofą stanie się „wielki wybuch”, to zdesperowany Naród ten lont podpali. Chwila ta jest coraz bliższa.

 

 

Piotr Jakucki