Prof. Jerzy Robert Nowak

 

O prawdę przeciw kalumniom

 

 

 

                   Od wielu lat spotykałem się z oszczerczymi atakami i potwarzami ze strony autorów postkomunistycznych lub lewicowych liberałów. Szkalowano mnie na łamach "Nie", "Gazety Wyborczej", postkomunistycznego "Wprost" i "Polityki", antyreligijnych "Faktów i mitów", katolewicowego "Tygodnika Powszechnego" i szmatławego piśmidła Bubla. Atakowali tacy spece od "zatrutych piór", jak Urban, Warszawski czy Groński. Szkalowano mnie za wyjaśnianie prawdy o magdalenkowej zdradzie i kolejnych zdradach Narodu, za obronę godności Polaków przeciwko pomówieniom siewców antypolonizmu, za likwidowanie tematów tabu w stosunkach polsko-żydowskich. Przywykłem już do tego typu oszczerczych ataków. Były one przecież ceną, którą trzeba było płacić za obronę wartości chrześcijańskich i patriotyzmu w czasie, gdy są one dziś tak mocno zagrożone. W ostatnich tygodniach musiałem jednak przeżyć zalew plugawych kalumni z innej strony - od tygodnika "Racja Polska", formalnie deklarującego patriotyczne intencje i związanego z Ligą Polskich Rodzin.

 

Obnażyłem już rozmiary oszczerczych potwarzy z tego tygodnika w czasie audycji w telewizji TRWAM i w Radiu Maryja. Kalumnie jednak nie ustały. Atakujący mnie tekst oszczercy Tomasza P. Terlikowskiego (sekretarza redakcji "Racji Polskiej") został wsparty przez naczelnego redaktora tego tygodnika Jana M. Rumana. Przedrukowano go również w innym tygodniku współdziałającym z Ligą Polskich Rodzin - "Nowej Myśli Polskiej". W ten sposób plugawe potwarze zostały znacząco nagłośnione. Na dodatek - według podanych mi informacji - "Rację Polską" z oszczerczym tekstem przeciwko mnie dodrukowywano i za darmo rozdawano podczas wojewódzkiego zjazdu LPR w Lublinie. Nie mogło się to dziać bez poparcia wpływowych osób z części władz LPR. Dochodzą mnie również informacje o nieuczciwych kalumniatorskich atakach na temat mojej przeszłości wygłaszanych przez jednego z liderów LPR podczas zjazdów wojewódzkich tej partii.

 

Co stało się przyczyną tych jadowitych, oszczerczych ataków? To, że w moim przeglądzie prasowym "Minął miesiąc" skrytykowałem wywiad R. Giertycha dla "Gazety Wyborczej", uznając go za niedopuszczalne odejście od dotychczasowej linii LPR, którą jakże często wspierałem w swych wystąpieniach, choćby w czasie kampanii przedreferendalnej. Wywiad ten spotkał się z bardzo ostrą krytyką licznych innych osób, w tym szeregu wybitnych naukowców - profesorów wyższych uczelni. Swoje uwagi na ten temat przedstawiam w obszernych szkicach publikowanych na łamach tygodników "Nasza Polska" z 15 lipca 2003 r. i "Głos" z 19 lipca 2003 r. W swoich tekstach podejmowałem problemy taktyki i strategii LPR i w ogóle sporu o model partii narodowo-chrześcijańskiej. Zamiast uczciwej dyskusji, nawet najostrzejszej, na ten temat, przyjęto typ walki na zadeptanie przeciwnika, na dokładne osmarowanie go plugawymi pomówieniami. Próbuje się zabić mój życiorys, raz na zawsze ochlapać mnie błotem. Stąd ten tak obszerny, prezentowany dziś artykuł, w którym muszę przypomnieć tak liczne sprawy z mojego życiorysu. Robię to niechętnie, nie chciałem się bawić w wyliczanie rzeczy, które zrobiłem w różnych okresach mojego życia. Jestem dziś jednak zmuszony od tego - w odpowiedzi na świadome plugawe oczerniania, mające na celu totalne zdyskredytowanie mnie jako człowieka i jako autora.

 

Oszczerca T.P. Terlikowski nazwał mnie w tekście publikowanym na łamach "Racji Polskiej" "sumieniem wyjątkowo zbrukanym" i pisał, że prawie 50 lat życia spędziłem na "wiernej służbie Polsce Ludowej". Jak wiadomo, tzw. Polska Ludowa trwała 45 lat, od 1944 do 1989 roku. Ciekawe więc, na czym polegała moja "wierna służba" takiej właśnie Polsce, np. w 1945 roku, gdy miałem 5 lat. Oszczerca najwyraźniej nie wie, że w wieku 23 lat wiosną 1964 roku zostałem zatrzymany za "niewierność" PRL-owi, bo za rozpowszechnianie memoriału 34 intelektualistów. Najwyraźniej nie wie, że w pierwszej połowie lat 60. należałem do opozycyjnego "bogoojczyźnianego nurtu" młodzieży studenckiej (por. na ten temat uwagi w książce J. Eislera "Marzec 1968", Warszawa 1991, s. 111-112). Nie wie, że w czasach PRL-u uniemożliwiono mi druk kilku książek o historii, że cenzura zatrzymała mi parę dziesiątków artykułów (w tym parę ponad 30-stronicowych). Że pierwsze zatrzymania cenzury ugodziły w moje teksty w 1963 roku, gdy miałem 23 lata, a ostatnie na krótko przed załamaniem PRL-u w maju 1989 roku, gdy miałem tych lat 49 (wtedy na tydzień przed wyborami do Sejmu kontraktowego cenzura zatrzymała mój tekst o potrzebie odpolitycznienia wojska i milicji). To była rzeczywiście "wierna służba"!

 

A teraz przejdźmy do informacji bardziej szczegółowych, prostujących fałsze Terlikowskiego o "wiernej służbie". Otóż w październiku 1956 roku zyskałem wielki aplauz sali, występując jako 16-letni uczeń gimnazjum na kilkutysięcznym wiecu w Białej Podlaskiej, podejmując między innymi sprawę Katynia i zwrotu polskich zabytków kultury przetrzymywanych z ZSRS. Pod wpływem ogromnego entuzjazmu dla walk Powstania Węgierskiego właśnie wtedy, w październiku 1956 roku, rozpocząłem na własną rękę naukę języka węgierskiego, co później stało się podstawą do opublikowania przeze mnie licznych książek i kilkuset artykułów o sprawach węgierskich. Przypomnę, co przyznawał na mój temat nawet mój obecny przeciwnik, były minister w rządzie Mazowieckiego Waldemar Kuczyński, oskarżający mnie dziś o "dziki antykomunizm". Jak pisano w "Gazecie Wyborczej" z 17 października 1995 roku: "Opowiada Waldemar Kuczyński, znajomy Nowaka od czasów studiów w pierwszej połowie lat 60.: - Był specjalistą od Węgier, entuzjastą powstania `56 i polskiego Października. Mówił i pisał maksimum prawdy jak na tamte czasy. Był związany z ruchem kontestacji studenckiej na Uniwersytecie Warszawskim (...). Później poszedł drogą 'wallenrodyczną', funkcjonował oficjalnie, ale w publikacjach przemycał różne rzeczy". Tak opowiadał o mnie wróg polityczny, jeden z bardziej znanych działaczy Unii Wolności.

 

Jak więc na tym tle ocenić plugawe kalumnie "Racji Polskiej" o mojej wiernej służbie PRL-owi? Podczas studiów na historii znany byłem z tego, że wraz z innym studentem (b. repatriantem z Francji) ciągle męczyłem drażliwymi pytaniami (np. o współpracę gestapo i NKWD przeciwko polskiemu podziemiu) moich wykładowców, np. J. Holzera i M. Turlejską. Partyjny naukowiec Jerzy Holzer tak mnie zapamiętał po tych pytaniach, że przypomniał o nich, polemizując z moją krytyką studiów historycznych na łamach "Polityki" w 1963 roku. Krytykowałem te studia za brak tematów kontrowersyjnych i sporów, np. o powstania, czy też przedstawiania historiografii emigracyjnej i zachodniej. J. Holzer, polemizując ze mną w "Polityce" z 28 września 1963 r., pisał: "Niech wybaczy wielce mi miły p. Robert ongiś na mych ćwiczeniach jeden z najbardziej zainteresowanych, najbardziej zapalonych, najwięcej czytających studentów argument ad personam, choć pozbawiony złośliwości. Nie wszyscy studenci i absolwenci historii szukają w studiach wyjaśnienia przede wszystkim dla swych współczesnych rozterek ideowych i politycznych" (podkr. J.R.N.).

 

Już w rok po studiach po raz pierwszy poczułem uderzenie cenzury. Trzykrotnie w ciągu paru tygodni cenzura wstrzymywała publikację mego artykułu wyszydzającego kompromitującą mistyfikację, popełnioną w oficjalnym organie polityki kulturalnej - warszawskiej "Kulturze". Chodziło o wykorzystanie w tym tygodniku dla ataku na nowoczesne malarstwo, w ślad za Chruszczowem i Iliczowem, rzekomej "spowiedzi Picassa". Pochodziła ona faktycznie z książek fikcyjnych wywiadów - parodii. Bardzo kompromitowało to warszawską "Kulturę", którą współredagowało kilku członków KC PZPR. Stąd kolejne trzy wstrzymania mego tekstu w "Polityce", mimo jego zmieniania. Sprawa stała się głośna - o fałszerstwie "Kultury" mówiono m.in. w "Wolnej Europie". W końcu opublikowałem moje sprostowanie fałszu tylko w małym piśmie studenckim "Nowy Medyk". Moją rolę w zdemaskowaniu fałszerstwa nt. "spowiedzi Picassa" przypomniano jednak w książce "Picasso w Polsce" (Kraków 1979, s. 216-217).

 

W lutym 1964 roku zostałem zatrzymany na 48 godzin za rozpowszechnianie listu 34 intelektualistów. Skutkiem tego było m.in. zablokowanie niektórych możliwości pracy tłumaczeniowej z języka węgierskiego, nawet przy węgierskich drużynach sportowych (drużynie kolarskiej itp.).
We wrześniu 1964 r. cenzura zdejmuje z "Twórczości" mój szkic "Dramat, który każe nienawidzić" o sztuce Gyuli Illyésa "Faworyt", ukazującej zbrodnie stalinizmu w alegorycznym kostiumie historycznym. Pisałem: "Prawdziwy dramat Rubaszowa przerzucony w starożytność", i to, że bohater sztuki Maksimus wie, że "tyranii nie można usunąć przez samą zmianę władcy, bez obalenia całego systemu władzy".
W 1965 roku w czasie dyskusji w akademiku na Kickiego, przy udziale około 400 studentów, mocno przyczyniłem się do katastrofalnej porażki głównego oficjalnego prelegenta promoczarowskiego, pułkownika Z. Załuskiego, przypominając mu jego wydaną w latach stalinowskich broszurę, atakującą tradycje polskiego wojska z II Rzeczypospolitej i rzekomy spisek generałów: Tatara, Kirchmayera etc. (Moje wystąpienie przypomniał M. Radgowski w książce "Polityka i jej czasy", Warszawa 1981, s. 115 i J. Eisler w książce "Marzec 1968", Warszawa 1991 r., s. 111).

 

W 1967 roku, po licznych cięciach cenzuralnych (usunięto około 30 ze 140 stron maszynopisu), wydaję w Wydawnictwach Uniwersytetu Warszawskiego pracę "Nowe tendencje w literaturze węgierskiej 1957-1966". Cięcia dotyczyły głównie omówień tematyki rozrachunków ze stalinizmem i książek o 1956 r., działań węgierskiej polityki kulturalnej, literatury węgierskiej na emigracji i w krajach sąsiednich. Usunięto nawet cytowaną w pracy znamienną zwrotkę wiersza wybitnego lewicowego poety przedwojennego Attli Józsefa "Powietrza!"

 

"(...) Wiem, że notują telefony moje
Z kim mówię, o czym...
W aktach zamieszczą, co śnię, kiedy roję,
Kto ze mną kroczy,
Kiedy nadejdzie dzień, przeczuć nie mogę,
Że kartoteką zasłonią mi drogę.

 

Kodeksem oczy" (przekład Fiszera).

 

Moją pracę o literaturze węgierskiej uznano za tak "niebezpieczną", że nawet po wycięciu 30 stron tekstu uznano za konieczne "polecenie zmniejszenia nakładu z 250 na 150 egzemplarzy". Upowszechniana w takich warunkach moja praca została uznana za "pionierską" w kilku recenzjach węgierskich. Niezwykle pochlebnie ocenił ją m.in. emigrant z 1956 roku, poeta, krytyk i tłumacz literatury polskiej György Gömöri na łamach emigracyjnego periodyku, chwaląc za to, że przedstawiam sprawy węgierskiej kultury bardzo obiektywnie, nie ulegając osądom oficjalnej węgierskiej partyjnej polityki kulturalnej i krytyki.

 

 

Metody fałszowania

 

Terlikowski próbuje zafałszować wymowę moich książek poprzez wyrwanie z ich kontekstu paru zdań i na ich podstawie ocenia całą książkę, nie licząc się z wymową tekstów zawartych w jej ogromnej części. I tak napisał, że ja rzekomo broniłem "jako w sumie uczciwego człowieka zbrodniarza formatu równego Stalinowi (...), czyli dyktatora komunistycznej Albanii Envera Hodży". Jako dowód Terlikowski podaje, iż "w opublikowanej wówczas pracy Nowak napisał: 'niesłuszne wydają się sądy pomniejszające czy wręcz negujące intelektualne i polityczne zdolności Hodży'". To tak jak gdyby ktoś piszący o niezwykłej przebiegłości Stalina czy Hitlera był ich zwolennikiem! To, że w tej samej książce o Albanii piszę na licznych stronach (76-83, 94-106) o zbrodniach Hodży, to wszystko przemilczał. Nie mówiąc już o tym, że cenzura wstrzymała kilka moich tekstów o Albanii właśnie z powodu nazbyt drastycznego opisywania - komunistycznych przecież - zbrodni reżimu Hodży. Na przykład w 1970 roku cenzura wstrzymała w "Polityce" syntetyczny (na cały numer) około 30-stronicowy mój artykuł "Albania i nacjonalizm". Artykuł ten na przykładzie rządów Hodży i Shehu pokazywał szczególnie drastyczne skutki rozwoju modelu stalinowskiego (dysponuję do wglądu szczotką tego wstrzymanego przez cenzurę tekstu, jak i paru dziesiątków innych artykułów).

 

W 1971 roku cenzura z poparciem oficjela z MSZ (dyrektora departamentu krajów socjalistycznych) doprowadza do skrajnego okaleczenia mego tekstu o powojennej historii Albanii, przygotowanego do książki "Europejskie kraje demokracji ludowej 1944-1948". Nakazano skróty usuwające około 13 stron na 22 strony całego tekstu, w tym o albańskiej polityce dogmatycznej, o stosunkach albańsko-jugosłowiańskich oraz o wykorzystywaniu przez ministra spraw wewnętrznych K. Dzodze policji bezpieczeństwa etc.

 

Jeszcze 20 października 1979 r. MSZ zatrzymuje w "Sprawach Międzynarodowych" mój artykuł na temat "Polityki zagranicznej Albanii". Dyrektor Departamentu I Ministerstwa Spraw Zagranicznych W. Napieraj w liście do redakcji "Spraw Międzynarodowych" stwierdza, iż: "niezależnie od walorów merytorycznych i wysokiej oceny artykułu dr. Jerzego Roberta Nowaka pt. 'Polityka zagraniczna Albanii' mamy zasadnicze wątpliwości co do publikacji tego artykułu". Zatrzymany przez MSZ artykuł mogłem opublikować dopiero po kilku latach.
Jeszcze w 1983 roku cenzura wstrzymuje mi przygotowany dla krakowskiego "Zdania" - specjalnie pod pseudonimem Karol Kicki - obszerny, blisko 20-stronicowy tekst o zbrodniach Hodży. Nie miała szans na wydanie i nigdy nie wyszła przygotowana przeze mnie w owych latach parusetstronicowa książka o albańskim stalinizmie.

 

Terlikowski oszczerczo twierdzi, że moje książki "pisane były na wyraźne życzenie władz, albo przynajmniej ze świadomością, że muszą być napisane tak, by podobały się komunistom". Wobec tego przyjrzyjmy się bliżej choćby moim książkom o głównej wówczas dla mnie tematyce węgierskiej i ich recenzentom. Oto, co zawierały moje książki:

 

"Węgry 1939-1969" (Warszawa 1971) II wyd. "Węgry 1939-1974" (Warszawa 1975)

Była to pierwsza w Polsce szersza publikacja o Węgrzech od 1939 roku do czasów powojennych. Była to zarazem pierwsza w Polsce próba szerszego przedstawienia zbrodni stalinizmu w kraju Europy Środkowowschodniej. Od strony 123. do 135. wydania z 1971 piszę o różnych błędach, wypaczeniach i zbrodniach, zaledwie 1,5 strony (s. 122-123) poświęcając na zdawkowe wyliczenie pozytywów. Dobrze poznał się na wymowie mojej książki autor recenzji wewnętrznej z niej do "Wiedzy Powszechnej" - redaktor naczelny "Spraw Międzynarodowych" Ryszard Markiewicz, pisząc 6 grudnia 1969 roku: "Praca R. Nowaka budzi jednak szereg zastrzeżeń, które stawiają pod znakiem zapytania możliwość i celowość jej wydania w obecnym kształcie (...). Autor bardzo rozbudował opis błędów i wypaczeń okresu kultu jednostki, nie poświęcając dostatecznej uwagi pozytywnym stronom rozwoju socjalistycznych Węgier".

 

Tego typu recenzja znacznie opóźniła wydanie mojej książki. Ostatecznie udało mi się jednak wybronić przeważającą część mego tekstu, dzięki czemu moja książka zawierała pierwszy w krajowej literaturze przedmiotu tak ostry opis deformacji i zbrodni w kraju komunistycznym.
Moja książka "Węgry 1939-1969" została przyjęta ze szczególnym uznaniem przez patriotyczne kręgi na Węgrzech (ponad 20 entuzjastycznych recenzji). Zawierała bowiem po raz pierwszy w Polsce szerszy opis przemilczanych wówczas konsekwentnie na Węgrzech zasług Węgier horthystowskich w pomocy Polakom w czasie wojny w latach 1939-1944. Poza tym pokazywałem, jakże różniący się wówczas od oficjalnej węgierskiej historiografii partyjnej, wycieniowany obraz historii Węgier 1939-1944, ukazując wręcz jako bohatera horthystowskiego premiera P. Telekiego, czy pozytywnie opisując innego horthystowskiego premiera M. Kallaya. Dodajmy, że entuzjastyczną recenzję wewnętrzną mojej książki napisał dla "Wiedzy Powszechnej" znany historyk W. Felczak, autor "Historii Węgier", były więzień polskiego stalinizmu, który początkowo miał wyrok śmierci w więzieniu.

 

 

Moja praca doktorska o Węgrzech w latach 1944-1968

 

Poważną część tej 588-stronicowej pracy, również entuzjastycznie recenzowanej przez W. Felczaka, stanowił opis deformacji i zbrodni okresu stalinowskiego na Węgrzech (od 110. do 187. strony tekstu). Znaczącą część książki stanowił zobiektywizowany kronikarski opis powstania węgierskiego (konsekwentnie pisałem o nim, podobnie jak w książce "Węgry 1939-1969" jako o "wydarzeniach październikowych", unikając oficjalnego określenia o "kontrrewolucji"). Duża część książki (od 364. do 544. strony) zawierała opisy specyficznych rozwiązań węgierskich po 1956 roku, różniących je od innych tzw. krajów socjalistycznych. Pozytywnie oceniałem węgierską reformę gospodarczą (jedyną w całym obozie komunistycznym), rozliczenia ze stalinizmem (też jedyne w obozie), inną politykę wobec bezpartyjnych (większe ich docenianie). Równocześnie ostro krytykowałem przegięcia oficjalnej węgierskiej "walki z nacjonalizmem" (s. 485-515) i długotrwałe przemilczenia problemu węgierskich mniejszości narodowych za granicami kraju.

 

Wydanie książkowe mojej pracy doktorskiej (chciałem wydać jej pierwszą część - obejmującą okres do powstania 1956 r.) zostało zablokowane pomimo trzech bardzo dobrych recenzji mego doktoratu przez dwie partyjne recenzje wydawnicze dla PWN - dyrektora Instytutu Teorii Partii prof. Adolfa Dobieszewskiego i prof. Władysława Góry. Profesor Dobieszewski pisał m.in.: "Autor bardzo często dokumentując poszczególne tezy swojej pracy, powołuje się na uczonych burżuazyjnych (...). Odnoszę wrażenie, iż w ten sposób autor chce nadać swoim poglądom tzw. obiektywny charakter (a najważniejszym weryfikatorem tej obiektywności mają być burżuazyjni uczeni). (...) Wątpliwości budzi także cezura (październik 1956 r.) końcowa pracy. Dlaczego autor nie pisze o kontrrewolucyjnych wydarzeniach na Węgrzech?". Drugi recenzent - prof. Góra - pisał m.in.: "W recenzowanej pracy otrzymaliśmy bardzo ponury obraz. (...) Obraz, jaki otrzymujemy w książce, jest fałszywy. Bo przecież równocześnie rodziły się nowe Węgry, miliony ludzi tworzyły nowe wartości i stan z 1956 r. w porównaniu ze stanem z 1944 r. nie da się porównać. Chociaż autor pisze i o pozytywach, giną one w masie negatywów i właściwie nie bardzo wie czytelnik, co ten socjalizm Węgrom przyniósł". Nie chcąc zastosować się do tych zmian obrazu Węgier, sugerowanych przez obu recenzentów, zrezygnowałem w 1975 roku z wydania mojej pracy doktorskiej. Część jej pt. "Węgry 1949-1956. Trudne lata" wydałem w grudniu 1981 roku w wydawnictwie UW (ok. 92 stron).

 

 

"Węgry. Wychodzenie z kryzysu 1956", Warszawa 1984

 

Począwszy od grudnia 1981 roku, różni przedstawiciele betonu partyjnego w Polsce próbowali powoływać się na Węgry kadarowskie jako na dowód potrzeby bezwzględnego rozprawienia się z "kontrrewolucją". Konsekwentnie i skutecznie próbowałem wybić im ten argument, pomimo parokrotnych blokad moich tekstów przez cenzurę i ataków partyjnego betonu (m.in. parokrotne ataki na mnie w piśmie partyjnych dogmatyków "Rzeczywistość"). W moich artykułach i publikacjach starałem się uargumentować tezę głoszącą, że węgierscy politycy rządzący po 1956 roku wyciągnęli lekcję z wydarzeń powstania i zrozumieli, że twarda polityka wobec opornych nie przyniesie długotrwałych rezultatów: że trzeba iść na jak największy kompromis ze społeczeństwem (stąd reforma gospodarcza, inna polityka wobec bezpartyjnych, rozliczenie ze stalinizmem etc. - sprawy, których brakowało w Polsce).

 

Te wszystkie sprawy starałem się szczególnie zaakcentować w książce "Węgry. Wychodzenie z kryzysu 1956". Na s. 89-104 pisałem tam o rozliczeniach z węgierskim stalinizmem. Pisząc o walce węgierskiego kierownictwa na dwa fronty: z rewizjonizmem i dogmatyzmem (s. 105-132), przeważającą część rozdziału poświęciłem na opis walki z dogmatyzmem. Cytowałem ostrzeżenia pierwszego sekretarza węgierskiej partii komunistycznej J. Kadara (s. 128): "Musimy być jednak ostrożni, aby w kołach różnych organów bezpieczeństwa państwowego nie odżył duch awangardyzmu, poczucie, że na żadnej innej sferze działalności państwowej nie można w pełni polegać i że tylko władze bezpieczeństwa są w pełni godne zaufania". Zwracałem uwagę na to, jak na Węgrzech akcentowano potrzebę dużo większego docenienia środowisk bezpartyjnych, m.in. cytując (s. 213) stwierdzenie Kadara: "Ważne jest, jeśli dobrze znamy nasze cele, ale warto od czasu do czasu obejrzeć się do tyłu i zobaczyć, czy jeszcze ktoś za nami idzie".

 

 

"Węgry. Burzliwe lata 1953-1956" (habilitacja)

 

W tej 267-stronicowej pracy starałem się maksymalnie szeroko przedstawić w oparciu o bogatą wielojęzyczną literaturę (m.in. rozlicznych autorów zachodnich) przebieg wydarzeń, które doprowadziły do powstania w 1956 roku, i sam przebieg powstania. Z mojej książki jednoznacznie wynikało, że przyczyną powstania narodowego w 1956 roku była błędna antynarodowa polityka Matyasa Rakosiego. Uważny czytelnik jednoznacznie mógł wyciągnąć wnioski o mojej sympatii do powstańczego premiera I. Nagya, zamordowanego w 1958 roku w sfabrykowanym procesie (Jeden z recenzentów w 1989 roku, już po przełomie, nazwał I. Nagya głównym bohaterem mojej książki.). Po raz pierwszy w Polsce przedstawiłem szerzej opozycyjne poglądy Imre Nagya z 1955 roku, tak wyraźnie dystansujące go od rządzącej Węgrami czwórki komunistów żydowskiego pochodzenia z M. Rakosim na czele. Cytowałem na s. 94. stwierdzenie Imre Nagya: "Nie wypieram się mojej węgierskiej narodowości... Właśnie to wyróżnia mnie i oddziela nawet dziś od kosmopolitów i lewackich ekstremistów, którzy są obcy narodowi węgierskiemu i jego ambicjom".

 

Po raz pierwszy w Polsce starałem się jak najszerzej przedstawić programy polityczno-społeczno-gospodarcze różnych środowisk węgierskich w czasie powstania (s. 190-194) oraz bardziej szczegółowy przebieg walk powstańczych i informacje o walkach po drugiej interwencji sowieckiej. Po raz pierwszy w całym ówczesnym obozie komunistycznym ujawniłem tak kompromitujący dla komunistów fakt, że późniejszy realizator represji antypowstańczych, piętnujący powstanie jako "kontrrewolucję" J. Kadar najpierw przyznał 1 listopada 1956 roku, iż: "Chwalebne powstanie naszego narodu zrzuciło z karku narodu i kraju panowanie Rakosiego, wywalczając wolność dla narodu i niepodległość dla kraju...". Sam Kadar mówił więc wówczas - 1 listopada 1956 roku - o "wywalczeniu niepodległości" (od kogo? od ZSRS). Nic dziwnego, że tekst tego wystąpienia Kadara, który zamieściłem przy nieuwadze cenzury na s. 162. mojej książki, był jednym z największych tematów tabu na Węgrzech, niedopuszczanym w żadnych publikacjach.

 

W książce nie ukrywałem natomiast krytycznego osądu o interwencji Anglii i Francji w Suezie, która dała faktyczny pretekst sowieckim twardogłowym do interwencji na Węgrzech (opinia moja na ten temat jest powszechnie podzielana także dziś wśród węgierskich i zachodnich znawców tematu). Krytycznie oceniałem niezbyt realistyczne zachowanie węgierskiego zespołu Radia Wolna Europa w czasie powstania węgierskiego (w tej sprawie dokładnie taką samą krytyczną opinię wypowiada mój przeciwnik Jan Nowak-Jeziorański - por. jego wspomnienia "Wojna w eterze").

 

 

"Polityka kulturalna WSPR w latach 1968-1977"

 

Terlikowski skrajnie zafałszowuje wymowę tej książki, wydanej w PISM w bardzo ograniczonym nakładzie właśnie z powodu bardzo drażliwej, kontrowersyjnej tematyki. Cenzura wstrzymała w 1979 roku mój szkic "Węgry. Polityka dialogu". Znany z krytycznego podejścia do polityki władz krytyk literacki Krzysztof Mętrak pisał o mojej książce w tekście "Węgierskie nauki" ("Ekran" z 1 lutego 1981 r.), iż po jej lekturze porównanie osiągnięć Węgrów w domenie organizacji życia kulturalnego z naszymi "zbyt byłoby (dla niektórych) bolesne (...). Książkę Nowaka właśnie dlatego powinien przeczytać u nas każdy, kto działa w sferze polityki kulturalnej, gwoli zastanowienia, a czasem także przestrogi".
Mętrak wyraźnie stwierdza, co warto przyjąć w Polsce z zalecanych przeze mnie "węgierskich" metod, pisząc: "Rezygnując z rozstrzygania sporów drogą administracyjnych zakazów i występując przeciw próbom tematycznego, politycznego, etc. 'zawężania' życia kulturalnego umożliwiono np. rozwój twórczości 'obrachunkowej', zarówno w literaturze, jak i filmie".

 

Taka była wymowa mej książki starannie deformowanej przez Terlikowskiego.

 

 

Pod przykrywką pisania o Węgrzech

 

Podczas gdy sławetny Jędrzej Giertych konsekwentnie szkalował "Solidarność" i wychwalał stan wojenny, ja równie konsekwentnie starałem się występować w obronie postulatów społeczeństwa, czasami przemycając to stanowisko pod węgierskim kostiumem wydarzeń. Czasami te moje intencje szybko rozpoznawano, tak jak stało się w tygodniku "Polityka", gdzie przez parę miesięcy 1981 r. opóźniano druk mojego obszernego tekstu "Węgry. Stracone lata" (o historii lat 1953-1956). Wreszcie opublikowano mój tekst w "Polityce" z 19 września 1981 r. wraz z odrębnym, długim felietonem-komentarzem Daniela Passenta (zastępcy ówczesnego redaktora naczelnego "Polityki"). W tekście zatytułowanym "Polska 1980, Węgry 1955" Passent polemizował z wymową mojego tekstu, widząc w nim wyraźne analogie do sytuacji Polski. Stwierdzał: "J.R. Nowak operuje przy tym tak sugestywnie szczegółami (...), że analogie nasuwają się same: jeżeli sprawy w Polsce potoczą się równie tragicznie, jak na Węgrzech, to winne będzie tylko konserwatywne, defensywne kierownictwo partii".

 

Jaka była wymowa moich tekstów o Węgrzech po 1981 r., choćby w 1982 r., można dowiedzieć się np. z omówienia zamieszczonego na łamach "Przekroju" z 15 sierpnia 1982 r. w rubryce "Co piszą inni" (w związku z moją polemiką z dogmatycznym tygodnikiem "Rzeczywistość"): "Jak wynika z polemiki, Nowak nie wierzy w argumenty siły i w przeciwieństwie do swego oponenta uważa, że to władza powinna sobie pozyskiwać zaufanie społeczeństwa, a nie odwrotnie".

 

 

Reasumując bilans moich prac sprzed 1989 roku:

 

- w moich tekstach starałem się dać jak najwięcej informacji o węgierskich reformach i rozwiązaniach wychodzących naprzeciw społeczeństwu (polityka wobec bezpartyjnych etc.), dialogu, argumentach przeciwko polityce zamordyzmu;
- zrobiłem wiele, ile tylko cenzura dopuściła, w Polsce przed 1989 rokiem w publikacjach pierwszego obiegu dla przedstawienia zbrodni stalinowskich za granicą (na przykładzie dwóch krajów: Węgier i Albanii).

 

 

O prawdę przeciw kalumniom (cz. II)

 

 

Od wielu lat jestem atakowany przez autorów postkomunistycznych lub lewicowych liberałów za wyjaśnianie prawdy o magdalenkowej zdradzie i kolejnych zdradach Narodu, za obronę godności Polaków przeciwko pomówieniom siewców antypolonizmu, za likwidowanie tematów tabu w stosunkach polsko-żydowskich. Ataki te były ceną, którą trzeba było płacić za obronę wartości chrześcijańskich i patriotyzmu w czasie, gdy są one dziś tak mocno zagrożone. W ostatnich tygodniach musiałem jednak przeżyć zalew plugawych kalumni z innej strony - od tygodnika "Racja Polska", formalnie deklarującego patriotyczne intencje i związanego z Ligą Polskich Rodzin. Ponieważ w ten sposób próbuje się raz na zawsze ochlapać mnie błotem, pragnę przypomnieć liczne sprawy z mojego życiorysu, świadczące o moich działaniach w obronie Polski.

 

W 1971 roku jako fachowiec znający dobrze język węgierski otrzymałem propozycję pracy w Ambasadzie Polskiej w Budapeszcie na stanowisku II sekretarza. Pracowałem tam od marca 1972 do lipca 1974 r. Po dwóch latach pracy (miała trwać cztery lata) na własną prośbę zrezygnowałem z pracy w ambasadzie (rzadko się to wówczas zdarzało) i wróciłem do pracy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Zrezygnowałem dlatego, że miałem dość sytuacji, w których musiałem zderzać się z ciągłym blokowaniem moich działań dla wspierania propolskiego lobby na Węgrzech poprzez wybraniającego przejawy żydowskiego antypolonizmu na Węgrzech zastępcę ambasadora, a później ambasadora PRL w Budapeszcie - "internacjonalistę" - aparatczyka J. Zielińskiego.

 

Czytelnicy "Naszego Dziennika" oraz "Niedzieli" i słuchacze Radia Maryja dobrze znają rozliczne moje teksty w obronie prawdy o Polsce, przeciwko różnym przejawom antypolonizmu. Sprawom tym poświęciłem wcześniej m.in. dwa cykle artykułów: "Przemilczane świadectwa" (47 tekstów) na łamach "Słowa - dziennika katolickiego" i "Za co Żydzi powinni przeprosić Polaków" (30 obszernych szkiców) na łamach "Naszej Polski", nie mówiąc o takich książkach, jak "Przemilczane zbrodnie", "100 kłamstw J.T. Grossa", "Czarna legenda dziejów Polski" czy "Kogo muszą przeprosić Żydzi", oraz dwutomowej książce "Zagrożenia dla Polski i polskości".

 

Dużo mniej czytelników wie jednak o tym, co robiłem dla obrony obrazu Polski i prawdy o Polsce w dużo trudniejszym okresie - w dobie PRL-u, a skrzętnie milczy o tym mój kalumniator T.P. Terlikowski. W ponad 600-stronicowej książce "Spory o historię i współczesność" (Warszawa 2000) szerzej opisałem np. moje boje z żydowskimi komunistycznymi oczerniaczami Polski na Węgrzech (por. s. 147-254). Podczas pobytów na Węgrzech zetknąłem się po raz pierwszy na szerszą skalę z antypolonizmem - w 95 procentach wywodzącym się z kręgów ogromnie wpływowego tam żydowskiego lobby komunistycznego. Niejednokrotnie występowałem w prasie węgierskiej i polskiej, a częstokroć w dyskusjach publicznych na różnych forum (m.in. w największym budapeszteńskim klubie dyskusyjnym im. Kossutha, w Ośrodku Informacji i Kultury Polskiej w Budapeszcie, w Instytucie Węgierskim w Warszawie, w mieszanej komisji historyków polsko-węgierskich do spraw podręczników) przeciwko antypolskim paszkwilantom, zyskując sobie ich zasłużoną nienawiść. Ci sami ludzie z antypatriotycznego lobby komunistycznego na Węgrzech deptali również węgierskie tradycje narodowe.

 

Oto niektóre przykłady moich wystąpień z lat 70. i 80. przeciwko żydowskiemu komunistycznemu antypolonizmowi na Węgrzech i w obronie polskich i węgierskich tradycji narodowych, deptanych przez antypatriotyczne lobby. W kwietniu 1971 r. w ramach mojej pracy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych przygotowałem dla MSZ notatkę: "Uwagi w związku z opracowaniem Ambasady PRL w Budapeszcie. Obraz Polski w oczach społeczeństwa węgierskiego". Pisałem tam o skrajnych tendencyjnych zafałszowaniach historii Polski doby II wojny światowej, o ciągłych uogólnieniach o "ślepym polskim nacjonalizmie". Szczególnie skandalicznym przykładem antypolskich fobii w niektórych filosemickich kręgach na Węgrzech była powieść węgierskiego pisarza żydowskiego pochodzenia Györgya Kardosa G. pod wymownym tytułem "Orły w kurzu", publikowana w odcinkach w miesięczniku "Új Irás", a później wydana w formie książkowej na Węgrzech, a także w przekładach (m.in. na język niemiecki). Był to jadowity paszkwil na byłych żołnierzy polskich z Armii Andersa bezpośrednio po zakończeniu wojny. Kilkunastu polskich żołnierzy, występujących w paszkwilanckiej książce Kardosa, zostało przedstawionych wyłącznie jako skrajni szowiniści antyżydowscy, antyrosyjscy etc., bigoci, degeneraci seksualni itp. Zdarzały się określenia typu: "Ci Polacy są gorsi niż naziści". Jako pierwszy zwróciłem uwagę na skrajnie antypolską wymowę powieści Kardosa już we wcześniejszej notatce do MSZ z 1971 r. Jako pierwszy, gdyż ówczesny polski attaché kulturalny w Budapeszcie w ogóle nie znał węgierskiego i nic nie wiedział o książce Kardosa (por. szerzej mój opis antypolskiej książki Kardosa i całej sprawy w moim tomie "Spory o historię i współczesność", s. 163-170).

 

We wrześniu 1972 r., pracując w ambasadzie w Budapeszcie, po raz pierwszy ostro zderzyłem się z jednym z najzajadlejszych wrogów Polski na Węgrzech, komunistycznym politrukiem żydowskiego pochodzenia Pálem E. Fehérem, kierownikiem działu kulturalnego dziennika KC WSPR "Népszabadság". Był on skrajnym tropicielem "polskiego nacjonalizmu" i "antysemityzmu" (swoisty "rewanż" za marzec 1968 r. w Polsce - żydowskie lobby komunistyczne na Węgrzech obawiało się powtórzenia wydarzeń w podobnym stylu do marcowego i osłabienia swej władzy, umocnionej na Węgrzech po 1956 roku w ramach rozprawy z rzekomym węgierskim "nacjonalizmem"). W artykule publikowanym na łamach miesięcznika polityki kulturalnej KC WSPR "Kritika" we wrześniu 1972 r. E. Fehér posunął się do jadowitego porównania wojsk polskich z wojskami hitlerowskimi, sugerując, że nasze wojska w 1939 roku reprezentowały jakoby tę samą, co hitlerowcy, ideologię i dlatego tak łatwo przegrały z Niemcami "w dwa tygodnie". Znamienne, że mój zwierzchnik w ambasadzie w Budapeszcie - zastępca ambasadora J. Zieliński, czołowy przedstawiciel lobby filosemickiego w ambasadzie - początkowo blokował najskromniejszy nawet protest do Węgrów przeciwko antypolskiemu wyskokowi E. Fehéra. W tej sytuacji zdecydowałem się sam na wyrażenie oburzenia z powodu całej sprawy w rozmowach z moimi przyjaciółmi w węgierskim Ministerstwie Kultury. Poskutkowało - podczas gdy w Ambasadzie PRL w Budapeszcie dalej zwlekano z reakcją, doszło do wyrażenia ubolewania ze strony węgierskiej. Zastępca kierownika wydziału kultury KC WSPR F. Molnar oficjalnie przyznał, że błędem i fałszem było porównywanie idei, w imię których walczyli polscy żołnierze, do idei reprezentowanych przez wojska hitlerowskie.

 

W innej notatce z ambasady podjąłem oburzającą sprawę zafałszowań historii Polski w II wojnie światowej w popularnej historii dla młodzieży "Płonący świat" autorstwa K. Major. W książce tej nie znalazło się ani jedno słowo o polskich walkach na Zachodzie po 1939 r., ani też o walkach na terenie Polski i Niemiec w latach 1943-1945, ani słowa o Polskim Państwie Podziemnym i polskich partyzantach, ani słowa o Powstaniu Warszawskim i w ogóle ani słowa o polskiej martyrologii, eksterminacji kilku milionów Polaków. Było za to wiele informacji o czeskim powstaniu w Pradze, o Lidicach, o walkach czeskich partyzantów, niemieckich antyfaszystów etc. Pomimo zwrócenia przeze mnie uwagi na rozmiary skandalicznych pominięć wkładu Polski w walkę z nazizmem w II wojnie światowej, oficjalne czynniki polskie całkowicie zbagatelizowały sprawę. Ukazywały się nadal niepoprawione wydania tej zafałszowanej książki (łączny nakład jej pięciu wydań do 1986 roku osiągnął 258 tys. egzemplarzy na małe, 10-milionowe Węgry, tj. tyle co 800 tys. nakładu na Polskę). W efekcie publicznie podjąłem tę sprawę na łamach "Przekroju" 9 lutego 1986 r. (por. J.R. Nowak: Spory... op. cit., s. 175-177). Tekst mój należał do jakże rzadkich w owym czasie publicznych przejawów krytykowania rażących zniekształceń dziejów Polski w publikacjach któregoś z "bratnich" krajów socjalistycznych i zarazem był pierwszym wymowniejszym prasowym sygnałem alarmującym, że źle się dzieje z obrazem Polski na Węgrzech. Tekst wywołał szeroki rezonans w ówczesnej prasie (m.in. stały współpracownik historyczny "Życia Literackiego" Olgierd Terlecki w tekście "Bilans" w numerze z 23 marca 1986 wyraził całkowite poparcie dla mojego oburzenia z powodu fałszów i przemilczeń w książce K. Major). Podczas dyskusji na sympozjum polsko-węgierskim w Instytucie Węgierskim w Warszawie 26 maja 1975 roku doszło do bardzo ostrego starcia w dyskusji między mną a dogmatyczną węgierską pułkownik, powiązaną z lobby żydowskim na Węgrzech dr A. Godó. Gdy nazwała ona faszystą wielkiego opiekuna Polaków w dobie wojny, dyrektora departamentu w horthystowskim MSW - Józsefa Antalla - jako pierwszy wystąpiłem niezwykle ostro w jego obronie. Zaprotestowałem przeciwko tego typu fałszom i krzywdzeniu pamięci wielkiego Węgra i zostałem poparty przez większość uczestników spotkania. Odtąd datowała się moja pisemna, a potem bezpośrednia znajomość, wreszcie współdziałanie z późniejszym pierwszym premierem demokratycznych Węgier - J. Antallem, synem polityka oczernionego przez A. Godó. Rolę moją w obronie pamięci J. Antalla przypomnieli m.in. znawca spraw węgierskich Grzegorz Łubczyk, później ambasador RP na Węgrzech w latach 90. - w tekście "Skandal z polskim wątkiem" ("Życie Warszawy" z 3 lutego 1992 r.), i Attila Szalai, obecny dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury w Warszawie - w tekście "Ki, mit mondott Varsóban? (dziennik "Új Magyarország" z 14 lutego 1992 r.).

 

20 grudnia 1979 roku wygłosiłem główny referat ze strony polskiej na wielkim polsko-węgierskim spotkaniu dyskusyjnym na temat stosunków Polski i Węgier w II wojnie światowej, zorganizowanym w największym budapeszteńskim klubie dyskusyjnym im. Kossutha.

 

Wystąpiłem tam przeciwko jaskrawym deformowaniom obrazu stosunków Polski i Węgier w latach 1939-1945, szczególnie ostro piętnując teksty czołowego rzecznika idei masochizmu narodowego na Węgrzech - wspomnianego już E. Fehéra, a także płk A. Godó. Efektem spotkania było podjęcie decyzji o wydaniu w budapeszteńskim wydawnictwie "Europa" wyboru wspomnień o pomocy Węgrów dla Polaków (przygotowałem ten ponad 600-stronicowy tom wraz z T. Olszańskim, który dostał węgierską nagrodę za poziom merytoryczny). Dogmatyczni antypolscy historycy i publicyści w stylu E. Fehéra czy A. Godó nie ośmielili się przyjść na publiczną dyskusję w Klubie im. Kossutha. Zostałem za to ostro zaatakowany na łamach oficjalnego tygodnika "Élet és irodalom", co z kolei wywołało wystąpienia patriotycznych Węgrów w mojej obronie w prasie i w książkach. W książce znanego dramaturga i eseisty Gy Szaráza "Történelem jelenidöbön" (Budapeszt 1984, s. 401-402) uznano za nieprzemyślane zarzuty E. Fehera pod moim adresem. Patriotyczny pisarz Gábor Moscar w książce "Eleitol fogva" (Budapeszt 1986, s. 228) udzielił pełnego jednoznacznego poparcia mojej obronie polskiej i węgierskiej historii.

 

Moje wystąpienie w Klubie Kossutha mocno wsparło węgierskie wystąpienia w obronie prawdy o historii Węgier w II wojnie światowej przeciw opcji dogmatycznej i antynarodowej. 20 lipca 1980 roku opublikowałem w węgierskim popularnym tygodniku "Új Tükör" artykuł "Lengyel urak es egy magyar publicista" (Polscy panowie i pewien węgierski publicysta). Stanowił on bardzo ostrą ripostę przeciwko szkalującemu polskie powstania narodowe artykułowi żydowskiego pisarza prokomunistycznego Andrása Mihálya Rónaya, publikowanemu na łamach dziennika KC WSPR "Népszabadság" z 4 kwietnia 1980 roku. W artykule piętnował on polskie powstania narodowe jako rzekome "walki polskich panów", myślących tylko o tym większym ucisku feudalnym (por. szerzej: J.R. Nowak: "Spory o historię" op. cit., s. 177-180). Publikowany przeze mnie w wielonakładowym węgierskim tygodniku "Új Tükör" 20 lipca 1980 r. artykuł polemiczny z Rónayem był swego rodzaju wyjątkiem w ówczesnej węgierskiej prasie. Rzadko kiedy dopuszczano na Węgrzech publikacje artykułu polemizującego z tekstem zamieszczonym w głównej partyjnej "wyroczni" - dzienniku KC partii komunistycznej "Népszabadság". Co więcej, mój artykuł nicował na strzępy argumentację znanego partyjnego publicysty, gruntownie ją ośmieszając i pokazując jej absurdalność.

 

András Mihály Rónay nie ośmielił się polemizować z rozległą faktografią na temat spraw polskich i polsko-węgierskich w moim tekście. Do redakcji "Új Tükör" napłynęły liczne listy popierające moje stanowisko. W węgierskich środowiskach patriotycznych odnotowano całą sprawę z tym większą satysfakcją, że swym tekstem obnażyłem skrajną głupotę i nieuctwo jednego z najzajadlejszych przedstawicieli żydowskiego komunistycznego "betonu" na Węgrzech. A.M. Rónay "wsławił się" w swoim czasie w pierwszych latach po 1956 roku bardzo aktywnym udziałem w nagonce na "kontrrewolucyjnych twórców" i był jednym z najbliższych współpracowników wspomnianego już polakożercy i agenta sowieckiego Pála E. Fehéra.

 

Sprawy deformacji obrazu historii Polski na Węgrzech były niejednokrotnie tematem zaciętych, niekiedy bardzo ostrych dyskusji na posiedzeniach polsko-węgierskiej komisji do spraw wzajemnego uzgadniania treści podręczników szkolnych do historii w Polsce i na Węgrzech. Kilkakrotnie w latach 80. przewodniczyłem polskiej delegacji na rozmowy z Węgrami; stałym członkiem tej delegacji był zawsze stanowczo broniący polskich racji dr Andrzej Leszek Szcześniak. Szczególnie ostre były zawsze nasze dyskusje z węgierską stroną w czasie tych spotkań, gdy delegacji węgierskiej na wspólne rozmowy przewodniczył partyjny naukowiec żydowskiego pochodzenia, zatwardziały dogmatyk i cichy przeciwnik Polski dr M. Unger. Spraw spornych było aż nadto wiele, gdyż podręczniki węgierskie w większości aż roiły się od różnych antypolskich przekłamań, głównie zapożyczonych z książek sowieckich i niemieckich. Jeden z doskonale znających Węgry mych przyjaciół hungarystów stwierdził kiedyś, że na Węgrzech deformacje obrazu Polski wywodzą się głównie z dwóch źródeł: z serwilizmu wobec Rosjan i z germanofilskich tradycji zapatrzenia na Niemcy, były one silne także w żydowskich środowiskach naukowych na Węgrzech.

 

Znużony niezwykłymi rozmiarami wciąż powtarzających się zniekształceń w obrazie historii Polski na Węgrzech 19 maja 1986 r. przygotowałem w imieniu delegacji polskiej na rozmowy z Węgrami 44-stronicowe opracowanie omawiające najskrajniejsze przejawy deformacji polskich dziejów w węgierskich książkach naukowych, popularnonaukowych oraz w publicystyce prasowej i nawet literaturze pięknej.

 

W lutym 1986 roku opublikowałem na łamach krakowskiego "Zdania" obszerny, ponad 30-stronicowy tekst bardzo ostro krytykujący antypolską powieść-paszkwil Györgya Spiró "Iksowie". Autor, żydowski pisarz lewicowy z Budapesztu, był faworytem członka Biura Politycznego KC WSPR Györgya Aczéla (Appela) i to on był przewodnikiem intelektualno-politycznym znanego miliardera-spekulanta Györgya Sorosa po jego pierwszym przyjeździe na Węgry w początkach lat 80. Spiró, prawdopodobnie wywodzący się z galicyjskich Żydów ("galicianerów"), był fanatycznie antypolski i antywęgierski. W swej książce, pisanej na wyraźne zamówienie węgierskiej góry partyjnej, miał na celu zohydzenie w węgierskich oczach obrazu Polaków jako narodu (w związku z polską "Solidarnością"). Powieść była formalnie powieścią historyczną z początków XIX wieku, ale przedstawiała wszystkich wielkich Polaków w owych czasach, od Kościuszki po ks. Staszica i księcia Poniatowskiego, jako bałwanów, imbecyli, kabotynów. Stanisław Staszic wprost został nazwany w książce "bydlakiem". Aby do końca zniechęcić Węgrów do oglądania się na solidarnościową Polskę, Spiró stworzył w swej powieści obraz Polaków jako bezmyślnego narodu, żałośnie wegetującego na skutek swej rzekomej niebywałej głupoty, a mimo to wciąż snującego dalej megalomańskie, nacjonalistyczne i antyrosyjskie marzenia. W książce Spiró można było znaleźć nawet tak antypolskie zwroty, jak włożone w usta Polaka słowa (na s. 479-480): "Teatr Narodowy - powiedział Ziółkowski - to coś takiego jak Polska. Kupować nie warto, co najwyżej jeszcze bardziej zniszczyć".

 

Mój bardzo ostry szkic "Pamflet i mistyfikacja", krytykujący polakożerczy paszkwil Spiró, został początkowo zatrzymany w styczniu 1986 roku na łamach krakowskiego "Zdania" przez cenzurę. Ukazał się dopiero po wielu zabiegach w Ministerstwie Kultury, w MSZ - po miesiącu. Z poparciem dla mojej krytyki książki Spiró wystąpił m.in. prezes Prezydium Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (dziedzica tradycji Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk z doby Stanisława Staszica), słynny historyk prof. dr hab. Aleksander Gieysztor w piśmie z 6 maja 1986 r. Po stronie Spiró wystąpiło jednak zaraz szereg osób nieznających węgierskiego, ale tym chętniej popierających ataki oczerniające Polskę (m.in. Piotr Gadzinowski na łamach "itd" i redaktor Wacław Sadkowski). Za swą tak ostrą krytykę bardzo wpływowego węgierskiego pisarza żydowskiego - Spiró, zapłaciłem wysoką cenę na Węgrzech. Nagle, bez uprzedzenia, rozwiązano ze mną umowę na wydanie w Budapeszcie ponad 500-stronicowego wyboru polskich esejów, mimo że zyskał on sobie jednoznaczne entuzjastyczne recenzje kilku wybitnych polskich polonistów.

 

Mogłem odnotować jednak również kolejny "węgierski" sukces w polemicznych bojach. W 1986 roku wystąpiłem w Ośrodku Kultury Polskiej i Informacji w Budapeszcie z odczytem otwierającym wielką publiczną dyskusję o zniekształceniach historii Polski na Węgrzech. Zyskałem sobie wtedy zdecydowane poparcie prominentnego węgierskiego grona intelektualnego, m.in. późniejszego premiera J. Antalla, późniejszego prezydenta Węgier A. Göncza i późniejszego przewodniczącego stowarzyszenia zajmującego się Węgrami na emigracji (odpowiednika dzisiejszej Wspólnoty Polskiej) poety i eseisty S. Csoóriego.

 

6 marca 1988 roku wydrukowałem w "Przeglądzie Tygodniowym" wielki syntetyczny szkic "Przyjaźń bez mitów", obnażający rozliczne zafałszowania obrazu polskiej przeszłości i Polaków jako narodu na Węgrzech (por. szerzej J.R. Nowak, Spory..., op. cit., s. 193-199).

 

To, co zrobiłem dla obrony obrazu Polski na Węgrzech, zostało potwierdzone ocenami wybitnych patriotycznych Węgrów (posiadam je w swoim zbiorze). Oto kilka z wielu, jakże wymownych, przykładów (z moimi podkreśleniami w tekstach):

 

Jeden z najbardziej znanych węgierskich emigracyjnych krytyków literackich, poeta i tłumacz literatury polskiej György Gömöri tak pisał na mój temat w recenzji publikowanej na łamach "Zeszytów Historycznych" paryskiej "Kultury" (zeszyt 58. z 1981 roku) mojej książki "Węgry bliskie i nieznane": "Autor był przez wiele lat zasłużonym pośrednikiem między polską i węgierską kulturą, propagatorem historii i kultury węgierskiej w Polsce, i ilekroć zaszła tego potrzeba, energicznym obrońcą polskich spraw w prasie węgierskiej". Były kierownik Katedry Filologii Węgierskiej na UW - prof. dr hab. István Csapláros, popierając moją ostrą krytykę antypolskiej powieści węgierskiego pisarza żydowskiego pochodzenia Györgya Spiró "Iksowie", pisał w krakowskim miesięczniku "Zdanie": "Dobrze, gdy przeciętny czytelnik węgierski prześliźnie się tylko przez te wszystkie androny i nie dostrzeże w nich takiej konsekwentnej i świadomej tendencyjności, jak to zauważył historyk i publicysta, najwybitniejszy hungarysta w Polsce Jerzy Robert Nowak, autor wielu cennych prac, obdarzony wysokim poczuciem honoru narodowego".

 

Czołowy przywódca patriotycznej opozycji na Węgrzech, a od 1990 do 1993 roku premier pierwszego demokratycznego rządu węgierskiego, József Antall pisał wcześniej w liście wystosowanym do ambasadora PRL w Budapeszcie Tadeusza Czechowicza 8 lipca 1988 r.: "Bardzo boleśnie dotyka mnie zawsze, gdy stykam się z negatywnymi zjawiskami w stosunkach dwóch naszych narodów. W minionych miesiącach cieszący się naszym szczególnym szacunkiem Jerzy Robert Nowak wystąpił z pod wielu względami słusznymi ocenami na temat węgierskich błędów, odczuwalnych w sferze stosunków polsko-węgierskich, o przejawach takich zachowań, które szkodzą stosunkom obu narodów".

 

 

 

O prawdę przeciw kalumniom (3)

 

 

Przypomnę raz jeszcze. W atakującej mnie, związanej z LPR "Racji Polskiej" sekretarz redakcji tego tygodnika T.P. Terlikowski posunął się do stwierdzenia, że jestem "sumieniem wyjątkowo zbrukanym". Tekst szkalujący mnie został wydrukowany za aprobatą redaktora naczelnego tego czasopisma J.M. Rumana. Obaj zniesławiacze, próbujący zdyskredytować efekty dziesięcioleci mojej pracy (kilkadziesiąt książek i wieleset artykułów), nie mogą się poszczycić żadnym liczącym się dorobkiem intelektualnym. W Bibliotece Narodowej w Warszawie na próżno szukałem jakiejkolwiek książki ich autorstwa. Przypomnę tu, że już po obaleniu komunizmu Węgierski Związek Pisarzy przyznał mi godność nadzwyczajnego członka tego Związku. Tytułem tym jak dotąd uhonorowano niewiele osób z zagranicy za zasługi dla węgierskiej kultury.

 

 

O Węgrzech i nie tylko

 

Nie wiem, czy jest w Europie hungarysta, który zrobił więcej, choćby pod względem ilości i różnorodności publikacj, dla popularyzacji węgierskiej historii i kultury. Opublikowałem razem ok. 10 książek i kilkaset artykułów o tematyce węgierskiej. Poza kilkoma książkami o najnowszej historii Węgier i kilkoma pracami na temat tego kraju publikowanymi w opracowaniach zbiorowych wydałem popularną książkę o związkach polsko-węgierskich "Węgry bliskie i nieznane". Wydałem "Dzieje literatury węgierskiej XX wieku" w ramach cyklu "Dzieje literatur europejskich". Opublikowałem dwa pierwsze w Polsce, dokonane przeze mnie wybory węgierskiego eseju: "Węgierskie wyznania" i "Odkrywanie Węgier" oraz dwa dokonane przeze mnie wybory poezji największego węgierskiego poety XX wieku Endre Adyego.

 

Wydałem książeczkę o przywódcy największego węgierskiego powstania narodowego Franciszku II Rakoczym oraz opublikowałem w moim wyborze z francuskiego ok. 400-stronicowy wybór jego pamiętników i wyznań. Nawet w dziś tak oczerniającym mnie katolewicowym "Tygodniku Powszechnym" napisano w numerze z 27 maja 1979 r. o moim wyborze węgierskiego eseju "Węgierskie wyznania": "W sumie jest to bardzo interesująca, pobudzająca do myślenia i porównań książka". Maciej Wierzyński pisał w "Kulisach" z czerwca 1979 r. o "znakomitej książce przygotowanej przez Nowaka". Przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski, dziś mój przeciwnik polityczny związany z "Gazetą Wyborczą", oceniał na łamach "Polityki" z 17 maja 1980 roku już w tytule "Tylko dwie książki, a tyle sensacji", iż moje nowe książki, tj. wspomniany wybór esejów i "Węgry bliskie i nieznane", były rzeczywistą sensacją dla polskich czytelników. Jacek Maziarski pisał ("Kultura" z 8 czerwca 1980 r.): "(...) W ostatnim dziesięcioleciu udało się rozbudzić zarówno nad Dunajem, jak i nad Wisłą autentyczne zainteresowanie sztuką i historią sąsiadów. Człowiekiem, który miał w tym niemały udział, jest historyk Jerzy Robert Nowak (...)".

 

W 1983 roku wydałem mój wybór myśli obywatelskiej Cypriana Kamila Norwida "Gorzki to chleb jest polskość" w nakładzie 50 tys. egzemplarzy. Nakład rozszedł się w ciągu kilku tygodni i otrzymywałem wciąż listy, m.in. od licznych duchownych proszących o zdobycie dla nich egzemplarza tego wyboru, tak potrzebnego dla ich kazań. Mój wybór miał liczne entuzjastyczne recenzje i jedną negatywną - w organie KC PZPR "Trybuna Ludu". Recenzent "Trybuny" w numerze z 15 września 1984 roku zarzucił mi bezkrytyczne idealizowanie myśli Norwida, zwłaszcza jego przemyśleń o religii, stwierdzając: "Dla mnie irytująca i anachroniczna jest Norwidowska koncepcja 'z-wolenia narodu' z wolą Przedwiecznego. (...) Nie można czytać Norwida bezkrytycznie".

 

Przy okazji przypomnę fakt wspomniany w "Gazecie Wyborczej" 17 października 1995 r. przez mego obecnego przeciwnika politycznego Waldemara Kuczyńskiego, a w 1981 roku zastępcę redaktora naczelnego tygodnika "Solidarność", że w 1981 roku pisywałem do tego tygodnika. Ze względu na pracę w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, podległym MSZ, pisywałem do tego tygodnika pod pseudonimem "Maron". Opracowywałem dla "Solidarności" przeglądy prasy zachodniej pt. "W oczach Zachodu", starając się przeciwstawić fałszywemu obrazowi sączonemu w oficjalnych mediach, jakoby na Zachodzie powszechnie miano już dość "polskiej solidarnościowej anarchii i chaosu". Oto co pisałem już na wstępie w pierwszym moim przeglądzie prasy, publikowanym w tygodniku "Solidarność" z 26 czerwca 1981 roku: "Od szeregu miesięcy coraz bardziej zachowawczy redaktorzy-manipulatorzy z niektórych środków masowego przekazu uparli odwoływać się do zachodniej prasy, by pokazać, jak to wszyscy na Zachodzie są zmęczeni naszym społeczeństwem i naszą 'Solidarnością', tym, czego Polacy żądają i tym, o czym marzą. Manipulowanie owym rzekomym 'zmęczeniem' niecierpliwymi, anachronicznymi Polakami jest tym bardziej groteskowe w zestawieniu z autentycznym tonem przeważającej części artykułów prasy zagranicznej. Widać w nich zarówno wiele zrozumienia dla ciężkiej sytuacji Polski i Polaków, jak i to, że stoimy przed wielką szansą sensownych reform, które sprawią, że 'Polska będzie Polską' (...)".

 

Aby rozbijać manipulacje antysolidarnościowe, przytaczałem teksty z wielojęzycznej prasy (czytam biegle w 7 obcych językach), m.in. z francuskiego "Le Nouvel Observateur", "Le Figaro", "Le Monde" i "L'Express", niemieckiego "Der Spiegel", "Handelsblatt", "Frankfurter Rundschau", brytyjskiego "The Guardian" i "Financial Times", amerykańskiego "International Herald Tribune" i "Christian Science Monitor", włoskiej "Rinascity".

 

W grudniu 1981 roku napisałem pod węgierskim pseudonimem J. Kovács artykuł do podziemnego periodyku NTO (numer nie wyszedł na skutek skonfiskowania materiałów po wprowadzeniu stanu wojennego). W artykule tym zachęcałem, by Polacy już nie oglądali się na węgierskie doświadczenia i reformy, bo kadaryzm ma różne własne choroby. Postulowałem, byśmy szli dużo dalej niż Węgrzy ku autentycznej demokracji.

 

 

W obronie powstań polskich

 

Jednym z problemów szczególnie często i konsekwentnie podejmowanych przeze mnie w publicystyce w dobie PRL-u była obrona historii polskich powstań i w ogóle ruchów niepodległościowych przed oczernianiami, jakże często występującymi w reżimowej publicystyce. Przypomnijmy, że już w drugiej połowie lat 50. rozpoczęła się wielka fala ataków publicystycznych przeciwko polskiej "bohaterszczyźnie" i polskim powstaniom. Oficjalni publicyści atakowali powstania narodowe jako wyraz rzekomego bezsensu i głupoty z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze - w imię hasła Gomułki "Tylko spokój może nas uratować" starano się przedstawić wszelkie bunty i postania jako niedobrą i szkodliwą tradycję, by Polaków zniechęcić do kolejnych zrywów. Po drugie - uległość wobec Rosji sowieckiej skłaniała różnych reżimowych publicystów do szukania wcześniejszych wzorów kolaboracji z Rosją, od króla-targowiczanina Stanisława Augusta do Wielopolskiego, i równoczesnego potępiania powstań narodowych. Kolejna szczególnie wielka fala potępień powstań narodowych przyszła wraz z wprowadzeniem stanu wojennego. Zaroiło się wtedy od grubiańskich wprost ataków na historię powstań przy równoczesnym idealizowaniu nawet takich carskich stupajek, jak okrutny wielki książę Konstanty.

 

W przeciwieństwie do fali antypowstańczych egzorcystów już w latach 60. występowałem zdecydowanie w obronie idei powstańczej, m.in. na łamach czasopism studenckich "Politechnik" i "Nowy Medyk" przeciwko skarykaturowaniu czynu niepodległościowego doby napoleońskiej w "Popiołach" A. Wajdy i części publicystyki. 15 października 1971 roku opublikowałem w "Perspektywach" tekst "Bez ferowania wyroków i nieprzejednania", potępiający próbę odrzucenia postaci Hubala do "narodowego lamusa" w imię rzekomego realizmu. Pytałem: "Czy (...) mamy prawo z czystym sercem potępiać tych wszystkich, którzy z racji swego charakteru i temperamentu nie mogli na co dzień akceptować atmosfery podległości obcemu zaborcy, działalności Repninów, Stackelbergów, Siebersów, Igelströmów, Nowosilcowów, Konstantych, Lüdersów, Trepowów, Hurków, Apuchtinów czy Skałłonów; nie potrafili być statystami i spokojnie czekać do chwili, gdy nadarzy się wreszcie ta najbardziej odpowiednia, doskonała koniunktura polityczna dla ruchu przeciw zaborcy" (por. szerzej moją książkę "Spory o historię i współczesność", Warszawa 2000, s. 14-19).

 

W 1981 roku głośne było moje wystąpienie na Forum Dziennikarzy na Foksal, gdy bardzo ostro przeciwstawiłem się pomysłom pochowania króla-targowiczanina Stanisława Augusta na Wawelu. Powiedziałem, że powinien być pochowany na Kremlu, bo nikt z cudzoziemców nie zrobił - ze względu na słabość charakteru - więcej dla wsparcia rosyjskich interesów. Po wprowadzeniu stanu wojennego nie było chyba publicysty, który by częściej i bardziej stanowczo przeciwstawiał się w prasie różnym reżimowym publicystom atakującym powstania narodowe (por. m.in. moje teksty: "Przeciw egzorcyzmom" w "Radarze" z 27 maja 1982 r., "Zawikłane polskie drogi" w "Radarze" z 24 czerwca 1982 r., "Pamięć powstania" z 2 grudnia 1982 r., "Stańczycy runęli ławą" w krakowskim "Zdaniu" (nr 7-8 z 1984 r.), "Maurycy Mochnacki - męstwo myślenia" (nr 12 z 1984 r.) czy mój wybór z tekstów generała I. Prądzyńskiego "Zaprzepaszczone szanse" (Kraków 1985).

 

19 maja 1982 roku, a więc w czasie pełnego "rozkwitu" stanu wojennego, cenzura zdjęła w czasopiśmie "Radar" tekst Aleksandra Świętochowskiego "Po siedemdziesięciu pięciu latach", którym chciałem zilustrować nakreślony przeze mnie biogram tego pisarza. Ktoś zdziwi się, dlaczego w stanie wojennym, gdy nagminnie wychwalano pozytywistów, przeciwstawiając ich romantycznym powstańcom, cenzura zdjęła akurat tekst czołowego pozytywisty A. Świętochowskiego. Otóż czujna PRL-owska cenzura miała w tym przypadku akurat aż nadto dobre wyczucie. Wybrałem bowiem dla zilustrowania swego tekstu o Świętochowskim jego tekst pisany 75 lat po Powstaniu Listopadowym, wykazujący w 1905 roku nieporównanie więcej zrozumienia dla walki powstańców, a za to tym ostrzej piętnujący bierność i kolaborację. Jakże wymowne były zakreślone przez cenzora czerwonym ołówkiem partie tekstu, które uznano za groźne i wybuchowe dla PRL w 1982 roku w dobie stanu wojennego. Oto one, z moimi dzisiejszymi podkreśleniami stwierdzeń Świętochowskiego: "Czy wielu jest takich, którzy by odważyli się twierdzić, że Polacy utraciwszy niepodległość, zdobyliby sobie szczęśliwszą dolę, gdyby ulegle pozwolili jak drób trzymać się w kojcach i zarzynać? (...) Wtłoczenie ogromnej części tego odwiecznie kulturalnego i nawykłego do odwiecznej wolności narodu w szranki, które zaledwie wystarczyłyby potrzebom dzikiej hordy, oddanie go na łup wściekłej samowoli, odjęcie mu wszelkich praw do naturalnego objawiania swych myśli, uczuć i dążeń stworzyło zrozumiały determinizm dla jego chceń, który uzewnętrznił się stałym, w chwilach większego natężenia wybuchającym buntem. Wszystkie tedy nasze powstania były koniecznością wywołaną przez warunki naszej niewoli. (...). Być może, iż bez rewolucji w roku 30. i 63. naród nasz doskonale by się utuczył i ważyłby dużo, ale prawdopodobnie byłby tylko spasionym wieprzem. Stańczycy i ich krewniacy polityczni mają zupełną słuszność, zarzucając nam, że ciągle burzymy chlew, który nam budują rządy; czy jednak żyjąc spokojnie w tym chlewie, możemy zachować naszą istotę? Po rozbiorach Polacy mieli do wyboru dwie drogi, albo wynaturzyć się, znikczemnić, albo posłużyć za karm dla swych zaborców, albo nie bacząc na wszystkie straty, porażki, ruiny, ratować swoje życie ciągłym buntem przeciwko gwałtom".

 

Cenzor zakreślił czerwonym ołówkiem również inny fragment Świętochowskiego, akcentujący, że przegrana walka ma "jeszcze inne, nie tak łatwo dostrzegalne skutki - w natężonym drganiu strun uczuciowych narodu, we wzlocie duchów na szczyty bohaterstwa i ofiary, w kulcie dla męczenników, w oczyszczaniu się dusz mocnym ogniem niesamolubnego zapału, w idealizacji życia, celów i dążeń. Tego nie da najcieplejszy dom i najpełniejsza misa, a jeżeli chodzi nam o dobro i gust przyszłych pokoleń, to chyba im najmniej na tym zależeć będzie, ażeby przodkowie patrzyli z przeszłości i w przyszłość z tłustymi i rumianymi gębami. Musimy im coś więcej przekazać niż nasz dobrobyt i zadowolenie".

 

Tylko zupełny bęcwał nie mógłby zrozumieć, jaką aktualną wymowę miał w maju 1982 roku ten tekst Świętochowskiego, który próbowałem przemycić w druku jako uzupełnienie do mojego artykułu o słynnym pozytywiście. Cenzor bęcwałem nie był, "poznał się" na tekście Świętochowskiego, i go nie dopuścił do druku.

 

Innym razem przy końcu drukowanego przeze mnie w "Radarze" z 2 grudnia 1982 r. artykułu "Pamięć powstania" cenzura wycięła kilka zwrotek cytowanego przeze mnie wiersza "29 listopad" pióra XIX-wiecznego poety Bolesława Czerwińskiego, uznając je za niebezpieczne dla władzy. Co tak zirytowało cenzorów stanu wojennego w cytowanym przeze mnie wierszu z XIX wieku, niech osądzą sami czytelnicy "Naszego Dziennika", czytając usunięte przez cenzurę zwrotki: 

 

"(...) Dla zwyciężonych świat nie zna łaski!...

Odsunął od nas przyjaźni dłoń.

Ci, co nam dawniej bili oklaski,

Dziś wieńczą naszych oprawców skroń!

Dziś bez współczucia znosimy mękę...

Jak się zmieniają ludzie i czas!...

Dawni druhowie dziś liżą rękę,

Która ich chłoszcze, chłostając nas!...

Lecz choć przyjaciół dziś nam nie stało,

Kiedy czas przyjdzie, w bój pójdziem śmiało,

Bo z nami prawo, bo z nami Bóg!".

 

Ciekawe, czy T.P. Terlikowski uzna także próbę przemycenia powyższych zwrotek w moim artykule w czasach stanu wojennego jako wyraz niestrudzonej "wiernej służby" Polsce Ludowej, jaką mi tak oszczerczo zarzucił?!

 

 

Oszczerstwa o mojej roli w SD

 

Im dalej od 1989 roku, tym bardziej mnożą się oszczerstwa o mojej roli w Stronnictwie Demokratycznym (SD) jako szeregowego członka tej partii od 1981 roku, a po raz pierwszy w jej władzach od reformatorskiego kongresu w maju 1989 r. (próbuje mi się przypisać pełnienie dużo wcześniej wiodących funkcji w tym stronnictwie). Przypomnę więc, że konsekwentnie odrzucałem namowy na przystąpienie do PZPR w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM), gdzie pracowałem od 1966 r. Oszczerca T.P. Terlikowski napisał, jakoby "przez większą część mojego życia byłem członkiem" SD. Otóż byłem w SD dziesięć lat: od 1981 roku do 1991 roku, gdy wystąpiłem z tego stronnictwa wraz z kilkoma innymi osobami, publikując na ten temat list otwarty w dzienniku "Nowy Świat". Wstąpiłem do SD w czerwcu 1981 roku, zakładając koło SD w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, gdzie przewodniczyłem grupie 6 dziewczyn-członkiń koła, i była to moja jedyna wiodąca funkcja w SD przed 1989 roku. Założyłem to koło w czerwcu 1981 r., chcąc mieć jakieś forum wyrażania opinii w Instytucie, składającym się głównie z członków PZPR-u i gdzie nie było szans na stworzenie liczącego się koła "Solidarności". Przystąpiliśmy do SD po jego reformatorskim zjeździe w 1981 roku, gdy wielu liczyło, że SD stopniowo będzie ewoluowało w stronę "Solidarności", tak jak to zrobił "PAX" R. Reiffa.

 

W kierownictwach szeregu organizacji wojewódzkich SD były bardzo duże wpływy zwolenników współdziałania SD z "Solidarnością", szczególnie widoczne m.in. w warszawskiej i gdańskiej organizacji SD. W antyreformatorskiej ulotce rozpowszechnianej na XII Kongresie SD w 1981 roku przewodniczącemu Stołecznego Komitetu SD R. Cedrowskiemu zarzucono, że: "Dąży do przekształcenia SD w partię 'Solidarności'". Podobne zarzuty kierowano również przeciwko innym członkom warszawskiego kierownictwa SD. Bardzo żywe sympatie do "Solidarności" były wyrażane również w gdańskim SD. Donald Tusk już w tytule swego artykułu o gdańskim zjeździe SD, publikowanego na łamach solidarnościowego dodatku do "Dziennika Bałtyckiego" (nr z 13-15 marca 1981 r.) akcentował: "Stronnictwo wreszcie Demokratyczne". Pisząc o uchwale zjazdu gdańskiego SD, która opowiadała się za rolą SD jako partii suwerennej i partii wolności, przeciwstawiającej się jakimkolwiek represjom za przekonania, D. Tusk pisał: "W walce o demokratyzację życia w naszym kraju, której ciężar rzecz jasna spoczywa na 'Solidarności', poszukiwać należy sojuszników. Realizacja propozycji gdańskiego zjazdu SD dałaby szansę prawdziwego działania stronnictwu, demokrację, sprawiedliwość i praworządność".

 

O tym, co sam wyrażałem wówczas, w 1981 r. w ramach SD w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, można przeczytać odpowiedni zapisek we wspomnieniach najlepszego polskiego niemcoznawcy prof. dr. hab. Mieczysława Tomali ("Z dni chmurnych i górnych w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych", Toruń 2002, s. 165): "W Instytucie natomiast ujawnił się ciekawy aktywista nowych czasów. Stał się nim nasz pracownik pan dr Jerzy Robert Nowak. Był on członkiem Stronnictwa Demokratycznego - jak już wspomniałem - wywiesił na korytarzu gablotę, w której zamieszczał krytyczne artykuły o polskiej rzeczywistości. Dyrekcja, oburzona, chciała ją zlikwidować, ale komu to mogło przynieść zysk, a komu szkodę. Nikomu. I tak zostało. Materiały cieszyły się dużym zainteresowaniem (...)". Wcześniej na s. 123 tej samej książki prof. Tomala wspominał, iż Jerzy Robert Nowak "swoim działaniem chciał doprowadzić do tego, aby Stronnictwo było normalną, samodzielną partią. Chyba nie widział jeszcze trudności. Był zresztą trochę marzycielem. W Instytucie zorganizował Koło SD i domagał się prawa zasiadania jego przedstawiciela w dyrekcji. Uzyskał je. Wywiesił na pierwszym piętrze tablicę informacyjną Stronnictwa, zamieszczał tam przedruki z prasy krytyczne wobec stosunków panujących w kraju. Był przysłowiowym szczupakiem wśród karpi".

 

Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego rozbito kierownictwa najbardziej prosolidarnościowych organizacji wojewódzkich SD, na czele z warszawską i gdańską, dokonując czystek w Stronnictwie. Zamarła również działalność naszego instytutowego Koła SD w latach jaruzelszczyzny - straciliśmy ochotę na jakiekolwiek działanie w ponownie uzależnionym od władz Stronnictwie. W początkach 1989 roku na fali ówczesnych zmian i wyraźnego buntu w warszawskim SD namówiono nas do wznowienia działalności instytutowego Koła. Na zjeździe SD delegatów z Warszawy gremialnie wycinano, ale mnie właśnie wtedy po raz pierwszy wybrano do władz SD dzięki przemówieniu bardzo krytycznemu wobec systemu. W owym czasie znany byłem w SD również dzięki prowadzonemu od 5 miesięcy stałemu przeglądowi prozy "Pro i contra" na łamach "Tygodnika Demokratycznego". Moje opinie wyrażane tam były bardzo jednoznaczne. Akcentowałem postulaty pełnej destabilizacji gospodarki i polityki ("Tygodnik Demokratyczny" z 19 lutego 1989 r.) o potrzebie zniesienia nomenklatury i odpolitycznienia przedsiębiorstw (nr z 15 stycznia 1989 r.). Cytowałem opinie o systemowym charakterze kryzysu w naszej części Europy (14 maja 1989 r.), o potrzebie przywrócenia pełnego pluralizmu ruchu związkowego (nr z 5 marca 1989 r.). Krytykowałem zaśmiecanie dyplomacji b. prominentami (nr 14 z 1989 r.), pisałem o prowokacyjnych działaniach służb porządkowych wobec studentów (nr 15 z 1989 r.) etc. Szczególnie często powracałem do potrzeby rozliczenia zbrodni stalinizmu i bierutyzmu.

 

Terlikowski napisał w "Racji Polskiej", jakobym w 1989 r. uznał, że "sojusz PZPR jest najlepszym wyjściem dla jego partii, a prawdopodobnie również dla Polski". Terlikowski nie wie - albo udaje, że nie wie - że w maju 1989 r. po raz pierwszy wybrano mnie do władz SD dzięki bardzo mocno oklaskiwanemu, krytycznemu przemówieniu i forsowanemu przeze mnie w warszawskim SD bardzo radykalnemu programowi dla tego stronnictwa. Program ten, opracowany głównie przeze mnie, w swoim 4. punkcie postulował "przywrócenie demokracji parlamentarnej, opartej na pełnej równości szans działania wszystkich partii w systemie wielopartyjnym, i na trójpodziale władz". Piąty punkt przewidywał "przekształcenie dotychczasowej koalicji trzech partii w koalicję dla reform i ratowania Polski, otwartą dla wszystkich sił demokratycznych". Punkt 7. postulował "likwidację systemu nomenklatury". Punkt 8. - "zniesienie monopolu jednej partii w kształtowaniu polityki zagranicznej". Punkt 10. postulował "odpartyjnienie wojska i milicji" (zob. szerzej tekst wspomnianego programu w książce J.R. Nowaka "Buntownicy i asekuranci", Warszawa 1991 r., s. 173). W "Tygodniku Demokratycznym" (nr 18 z 1989 r.) w sprawozdaniu z XIV Kongresu SD stwierdzono: "O złamaniu monopolu tej partii (PZPR - J.R.N.) w środkach masowego przekazu, potrzebie pluralizmu w wojsku i milicji mówił Robert Nowak z Warszawy (wystąpienie to zostało wygłoszone pierwszego dnia obrad, z przyczyn niezależnych od redakcji nie mogliśmy opublikować skrótu w poprzednim numerze)".

Tymi przyczynami niezależnymi była oczywiście ingerencja cenzury.

 

W wywiadzie udzielonym Andrzejowi Koraszewskiemu z BBC (por. "Biuletyn Prasowy" PAP z 26 maja 1989 r.) stwierdzałem m.in.: "Wypowiadamy się za poszerzeniem koalicji trzech partii, przekształceniem dotychczasowej koalicji trzech partii w koalicję dla reform i ratowania Polski otwartą dla wszystkich sił demokratycznych. W zeszłym roku w artykule w "Konfrontacjach", chyba w lipcu zeszłego roku, najpierw wstrzymanym w lutym zeszłego roku chyba dlatego, że postulowałem rząd fachowców, co godziło w ówczesny rząd Messnera, wypowiadałem się za porozumieniem dla reform, mostem nad przepaścią, swego rodzaju porozumieniem wszystkich sił reformatorskich (...)". W sierpniu 1989 r. byłem jedną z tych trzech osób we władzach SD, które zagroziły rezygnacją, jeśli Stronnictwo nie pójdzie na sojusz z "Solidarnością" (por. na ten temat informacje w tekście publikowanym w "Kurierze Polskim" z 27 stycznia 1990 r., a parę dni wcześniej zamieszczonym "Rzeczpospolitej").

 

Wchodzący do grona stałych współpracowników "Racji Polskiej" warszawski działacz LPR, były poseł AWS Jan Maria Jackowski tak pisał w wydanej w 1991 r. książce "Interpelacje" (napisanej wraz z S. Żarynem) o mojej roli w SD: "Inną znaczącą postacią z 'ławy opozycji' jest Jerzy Robert Nowak, znany z wielu książek o Węgrzech, działacz Stronnictwa Demokratycznego. Na głównym fotelu się nie znalazł, chociaż jego inicjatywy skierowania SD na tory współpracy najpierw z 'Solidarnością', później z ugrupowaniami o chrześcijańsko-demokratycznej orientacji, miały bardzo ważne znaczenie. W przyszłości może się okazać, że dawny sojusznik PZPR-u, niezdecydowany w swojej nowej drodze politycznej, będzie nadrabiał stracone tereny właśnie dzięki takim ludziom jak Nowak. Chyba że będzie za późno na ratowanie czegokolwiek z ideałów i trzeba będzie pozostać przy rozdzieleniu resztek w kasie...".

 

 

Kilka uwag końcowych

 

Nie zamierzałem przedtem zajmować się wyliczeniami moich publicystycznych i politycznych dokonań z przeszłości - zostałem jednak sprowokowany do tego plugawymi kalumniami w "Racji Polskiej", przedrukowanymi w "Nowej Myśli Polskiej", podobnie jak "Racja Polska" wyraźnie związanej dziś z LPR. Plugawy paszkwil ukazał się w tej samej "Nowej Myśli Polskiej", w której jeszcze 28 października 2001 r. pisano na mój temat: "Prof. Jerzy Robert Nowak jest niezwykłym zjawiskiem w naszym życiu intelektualnym. Od 12 lat działa w ruchu patriotycznym, organizuje, pisze, przemawia, a jego główną wytyczną w tym działaniu jest obrona wartości narodowych i interesu narodowego z jednej strony, a piętnowanie i zwalczanie tych, którzy tym interesom zagrażają, a wartości niszczą - z drugiej strony (...). I zapytajmy, jakby się potoczyła batalia o uratowanie polskiej świadomości i dobrego imienia polskiego narodu, gdyby nie było Roberta Nowaka, już znanego, już popularnego obrońcy polskości i pogromcy żydowskich szermierzy antypolonizmu".

 

Redakcji "Nowej Myśli Polskiej" moż na w tym kontekście pogratulować dość szczególnej "stałości" poglądów.

 

Z całego serca dziękuję Słuchaczom Radia Maryja, a zarazem Czytelnikom "Naszego Dziennika" i "Niedzieli", za tak wiele wspaniałych listów z wyrazami poparcia, nadesłanymi do mnie w ciągu ostatnich paru tygodni. Dowiodło to, że słusznie wierzyłem w ludzi, w polskie umysły i serca, ogromnie dziękuję za tyle serca, tyle uczuć, z jakimi spotkałem się w tych listach.

 

Ogromnie dziękuję redakcji "Naszego Dziennika" za możliwość zaprezentowania tak długiego listu w sprawie tak ważnej moralnie - przeciw próbom szkalowania i rzucania kalumni.

 

 

prof. Jerzy Robert Nowak