Nasza Polska, nr 13, 27.03.2002.
Metody księdza Stojałowskiego?
Stanisław Michalkiewicz
Podczas słynnej konferencji pod nazwą Forum Dialogu, która odbyła się jakiś czas temu w Warszawie, a poświęcona była integracji z Unią Europejską, pan dr Andrzej Olechowski stwierdził m.in., że po przystąpieniu do Unii będziemy mogli “współdecydować o naszych sprawach“. Deklaracja ta wywołała ironiczne chichoty, ale niesłusznie, bo była szczera, a w dodatku – precyzyjna. Rzeczywiście, po wejściu do Unii nie moglibyśmy już samodzielnie decydować o naszych sprawach, a tylko “współdecydować”, to znaczy uczestniczyć w zbiorowym podejmowaniu decyzji. W takiej sytuacji mogłoby się zdarzyć, że np. sprzeciw Niemiec, Francji czy Holandii mógłby uniemożliwić podjęcie decyzji, którą my sami uznawalibyśmy za słuszną i pożyteczną dla Polski. Pan dr Olechowski właśnie to podczas tej konferencji chciał powiedzieć, tyle że wyraził tę myśl w sposób skrótowy. Prawdopodobnie też uznał, że taka sytuacja będzie lepsza od sytuacji, gdy o “naszych sprawach” decydujemy samodzielnie, bo powszechnie wiadomo, że pan dr Olechowski należy do zwolenników integracji.
Nie jest on zresztą jedynym żarliwym jej zwolennikiem. Na przykład JE abp Józef Życiński również wypowiedział się w tej sprawie 6 marca na łamach “Rzeczpospolitej” w artykule Obrażeni na wszechświat. JE twierdzi, że jeśli nie wejdziemy do Unii, to zostaniemy drugą Białorusią. Po drugie, że sugestie, że należy w Polsce zbudować drugą Szwajcarie są piękne, ale niekonstruktywne. Nie podają bowiem środków, których zastosowanie mogłoby przynieść osiągnięcie zamierzonego celu. Po trzecie, że z osobistych rozmów ks. abpa wynika, iż Włosi, Niemcy i Hiszpanie pracujący w strukturach Unii, aż przestępują z nogi na nogę z niecierpliwości, kiedy wreszcie, dzięki strukturalnej pomocy polskich katolików, zostanie przekształcone duchowe oblicze Europy. Po czwarte, JE krytykuje podejście do integracji w kategoriach “czy się opłaca” jako niechrześcijańskie i stawia nam przed oczy św. Wojciecha, któremu też nie opłacało się wyjeżdżać do Prusów. Jednak, żeby nie narazić się na zarzut utraty poczucia rzeczywistości, ks. abp Życiński podejścia w kategoriach opłacalności nie odrzuca całkowicie. Jeśli bowiem – powiada – polscy katolicy nawrócą unijnych egoistów, to wtedy oni, już z dobrej woli, spuszczą na nas deszcz złota. Krótko mówiąc – i palmę męczeńską, i pieniądze możemy mieć jednocześnie.
Jeśli chodzi o tę Białoruś, to nie wiem, czym biedni Białorusini tak się narazili Jego Ekscelencji, że tak nisko ich ceni. Są biedni, to prawda, głosują na Aleksandra Łukaszenkę, to też prawda. Ale i my też nie jesteśmy bogaci, a głosujemy na SLD i pana Leszka Millera, więc dobrze by było tę belkę we własnym oku też jakoś dostrzegać.
Jeśli chodzi o “drugą Szwajcarię”, to – po pierwsze – dobrobyt Szwajcarii wcale nie wziął się z tego, że gdzieś się zapisała, tylko z tego, że Szwajcarzy mądrze się prowadzili i rządzili. Po drugie – JE mija się z prawdą mówiąc, że nikt nie podaje środków, których zastosowanie mogłoby przynieść zamierzony cel. W roku 1989 laureat Nagrody Nobla z ekonomii prof. Milton Friedman podczas spotkania z posłami i senatorami OKP powiedział, co trzeba zrobić. – Nie naśladujcie – mówił – bogatych krajów zachodnich, bo Polska nie jest bogatym krajem zachodnim. Naśladujcie rozwiązania, które kraje te stosowały u siebie, gdy były tak biedne jak Polska. Jest to wskazówka aktualna również i dzisiaj, i nadal możliwa do zrealizowania, jednak pod warunkiem, że Polska sama będzie mogła decydować o własnych sprawach. Jeśli zgodzimy się na “współdecydowanie”, to jest oczywiste, że nasi partnerzy nie będą mieli żadnego interesu, by pozwolić, aby gospodarka polska wyrosła na konkurenta ich własnych gospodarek. Jeśli JE tego nie rozumie, to oczywiście nic na to poradzić nie możemy, ale to jeszcze nie powód, by pisać, że “nikt” i tak dalej.
Jeśli chodzi o tych Włochów, Niemców i Hiszpanów, to muszą to być niezłe filuty wyćwiczone w mówieniu swoim rozmówcom tego, co łechce ich pychę. Właśnie pychę, bo ks. arcybiskupowi najwyraźniej nie przychodzi do głowy, dlaczego to episkopaty krajów unijnych jakoś nie potrafią same odpowiednio ukształtować “duchowego oblicza Europy”. Czyżby taki np. kardynał Lustiger nie wiedział, jak to się robi? Jeśli nawet to prawda, to niechże JE go pouczy w obszernym liście, by zorientował się, co właściwie przystoi mu czynić, bez konieczności wciągania całej Polski w pułapkę “współdecydowania”.
Argument o św. Wojciechu w kontekście integracji, która jest pomysłem politycznym, ideologicznym i ekonomicznym, jest bardzo podobny do metod ojca ruchu ludowego, księdza Stojałowskiego. Ten ksiądz, kiedy widział, że jakiś jego wniosek nie ma żadnych szans na chłopskim wiecu, brał w rękę krzyż, klękał i gromkim głosem wołał: – Dzieci! Kto jest za wnioskiem, niech klęknie tutaj ze mną i zaśpiewa “Serdeczna Matko”. Początkowo ta metoda na chłopów działała, ale później za takie rzeczy ksiądz Stojałowski bywał przez ludowców bijany kłonicami.
Wreszcie nadzieja, że jak polscy katolicy nawrócą unijnych egoistów, to ci zrozumieją swój błąd i obsypią Polskę złotem, wywołuje jedynie mimowolny efekt komiczny. Takie iluzje wyśmiewał już ponad 200 lat temu inny biskup, Ignacy Krasicki, w bajce o myszy i kocie:
Mysz, jako że kiedyś całą książkę zjadła,
Rozumiała, iż wszystkie rozumy posiadła.
Rzekła więc towarzyszkom: nędzę waszą skrócę,
Spuśćcie się tylko na mnie, ja kota nawrócę.
Posłano więc po kota; kot zawsze gotowy,
Nie uchybił minuty, stanął do rozmowy.
Zaczęła mysz egzortę; kot jej pilnie słuchał:
Wzdychał, płakał... Ta widząc, iż się udobruchał,
Jeszcze bardziej wpadała w kaznodziejski zapał.
Wysunęła się z dziury, a wtem... kot ją złapał.
* * *