Stanisław Michalkiewicz
Zapłacić i odsiedzieć
Kiedy polskim ministrem spraw zagranicznych był jeszcze pan Andrzej Olechowski, niemiecki minister spraw zagranicznych, pan Mikołaj Kinkel zadeklarował, że Niemcy będą "adwokatem" Polski w jej staraniach o przyjęcie do NATO i Unii Europejskiej.
Deklaracja ta wywołała w Polsce ogromną radość, bo przecież zawsze to lepiej mieć adwokata niż go nie mieć, tym bardziej zaś adwokata znanego z wygrywania spraw. Ja atoli, pamiętając o sentencji z Wergiliusza: "timeo Danaos et dona ferentes" (boję się Danaów, nawet gdy przychodzą z darami), zwracałem uwagę, że adwokata, rzecz prosta, dobrze jest mieć, ale nie można zapominać, że w pewnym momencie wystawia on za swoje usługi rachunek. Dobrze, jeśli tylko rachunek, bo bywa i tak, że oprócz rachunku adwokat przynosi swemu klientowi radosną wiadomość: "wygrał pan sprawę, trzeba tylko zapłacić i odsiedzieć".
Otóż pan minister Mikołaj Kinkel, ten sam, który oferował nam usługi adwokackie, wkrótce w liście do Radia Kolonia przypomniał, że Niemcy nigdy nie uznały tzw. wypędzenia, a w podpisanym między nimi a Polską traktacie o dobrym sąsiedztwie, sprawa roszczeń majątkowych osób wypędzonych nie została poruszona, zatem jest otwarta. Wkrótce niemiecki Bundestag na uroczystej sesji przyjął specjalną uchwałę, w której wyrażał podziękowanie wszystkim niemieckim rządom, że w sprawie wypędzenia zajmowały niezmiennie konsekwentne stanowisko. A stanowisko to sprowadza się do stwierdzenia, że wypędzenie ludności niemieckiej po zakończeniu II wojny światowej było sprzeczne z fundamentalnymi zasadami prawa narodów. Wynika z tego wniosek, że takie bezprawie nie może być kontynuowane w nieskończoność, a zatem sprawa ta powinna zostać wreszcie załatwiona. I wreszcie premier Bawarii i kandydat chrześcijańskiej demokracji na niemieckiego kanclerza, pan Edmund Stoiber powiedział, jak wyobraża sobie załatwienie tej sprawy. Jego zdaniem, Polska powinna uchylić dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich, otwierając w ten sposób wypędzonym drogę do odzyskania swojej własności i powrotu na tereny ojczyste.
Reakcja rządu polskiego była zdecydowana, ale raczej w sferze pozorów. Pan premier Miller powiedział, że rząd polski nie będzie tej sprawy z rządem niemieckim dyskutował. Obawiam się jednak, czy aby nie będzie musiał. Rzecz w tym, że rząd kierowany przez pana premiera Millera aż przebiera nogami, żeby w 2004 roku wprowadzić Polskę do Unii Europejskiej. Nie tylko przebiera nogami, ale w dodatku nie widzi przed Polską żadnej innej alternatywy, czemu wielokrotnie dawał wyraz. A nie widzi, bo być może, wbrew własnym buńczucznym deklaracjom, jest świadom własnej nieudolności. Nawiasem mówiąc, jest to przypuszczenie uprzejme, bo są jeszcze gorsze możliwości. Jeśli zatem rząd widzi przed sobą jedyny ratunek w postaci przyjęcia Polski do Unii jeszcze w 2004 roku, to warto zauważyć, że bez zgody Niemiec Polska nigdy do Unii Europejskiej przyjęta nie będzie. Mamy zatem sytuację, kiedy rząd polski siedzi u Niemców w kieszeni i stamtąd wygraża im, że "nigdy" i tak dalej. Jest to czysta groteska i jeśli pan premier Miller nie dostrzega komicznej strony własnych deklaracji, to chyba trzeba będzie zwątpić w jego słynne poczucie humoru. Jeśli Niemcy postawią taki warunek, to trzeba będzie przecież się do niego jakoś ustosunkować, nieprawdaż?
Niektórzy komentatorzy polscy utrzymują, że żądanie przedstawione przez Edmunda Stoibera ma charakter wyłącznie przedwyborczy. Że tak naprawdę Stoiberowi ci wszyscy wypędzeni i ich roszczenia zwisają kalafiorem i jak tylko jesienią zostanie kanclerzem, to następnego dnia zapomni o tych wszystkich żądaniach. Takie wyjaśnienie jest prawdopodobne, ale tylko w Polsce, która nie jest państwem zbyt poważnym za sprawą swoich elit politycznych.
Politycy polscy rzeczywiście już następnego dnia po wyborach zapominają o swoich obietnicach. Nie da się natomiast powiedzieć tego o politykach niemieckich, zwłaszcza w tej sprawie. Stanowisko kolejnych rządów niemieckich w kwestii wypędzenia było rzeczywiście niezmienne, a uchwała Bundestagu nie tylko pochwaliła tę stałość, ale i zaleciła ją na przyszłość. I oto na naszych oczach przekonujemy się, że nie były to słowa na wiatr. Pan Edmund Stoiber doskonale zdaje sobie sprawę, że po ewentualnym przyjęciu Polski do Unii Europejskiej można będzie rozpocząć akcję rewindykacji mienia przesiedleńców bez konieczności uzyskiwania zgody rządu polskiego. Dlaczego zatem, wiedząc o tym, przedstawił jednak żądanie uchylenia dekretu? Sądzę, iż dlatego, że ze względu na opinię międzynarodową byłoby korzystniej, gdyby to Polska sama stworzyła warunki do odzyskania własności przez dawnych właścicieli niemieckich niż gdyby akcja rewindykacyjna była przeprowadzana wbrew woli władz polskich i przy bezsilnych protestach rządu polskiego. Nie znaczy to jednak, że rząd niemiecki, jaki by nie był, zawaha się przed rozpoczęciem takiej akcji, kiedy tylko dojdzie do wniosku, że już można.
Niemcy, to jest państwo poważne, które - niezależnie od swego ustroju i od barwy rządu - potrafi realizować swoje państwowe interesy. I jeśli dojdzie do wniosku, że już czas na podważenie Poczdamu, to będzie go podważać. Z punktu widzenia niemieckiego byłoby oczywiście lepiej, gdyby zrobić to polskimi rękoma.
Jeśli pan Edmund Stoiber takie żądania przedstawił, to być może ma nadzieję, że nie są one tak całkiem nierealne. Być może nawet ta nadzieja też jest uzasadniona. Bo w końcu niby dlaczego nie, skoro Polska już siedzi w niemieckiej kieszeni i tylko stamtąd może się Niemcom odgrażać?
Stanisław Michalkiewicz
Wtorek, 2, lipca 2002
(teksty Stanisława Michalkiewicza, publikowane na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza UPR, można znaleźć na witrynie autora...)
Podkreślenia Redakcji Ojczyzny. Artykuł dzięki uprzejmości p. K Pawlaka z Witryny ASME