Stanisław Michalkiewicz
Rewolucjoniści w poszukiwaniu wroga
Odkąd robotnicy przemysłowi i rolni, czyli tzw. "klasa robotnicza" zniechęciła się do rewolucjonistów, zaczęli oni gorączkowo poszukiwać sobie proletariatu zastępczego. Rewolucjonista bez proletariatu istnieć nie może. To znaczy oczywiście może, ale tylko jako figura komiczna, coś w rodzaju Papkina. Jak kucharz sobie nie gotuje, a żołnierz sobie nie wojuje, tak i rewolucjonista oficjalnie nie robi rewolucji dla siebie, tylko dla proletariatu, żeby mu dogodzić. Oczywiście tak naprawdę, to rewolucjoniści robią rewolucję wyłącznie dla siebie; po prostu akurat bawią się Historią, mniej więcej tak samo, jak, dajmy na to, inni chodzą na baby. Do takiej zabawy potrzebne im są oczywiście jakieś "masy", które można by podjudzać albo popchnąć do rzezi, a potem "doić, strzyc to bydło, a kiedy padnie - zrobić mydło". Tak bowiem kończy się każda rewolucyjna zabawa w Historię. "O rewolucjo w permanencji, tyś mrzonką jest inteligencji, a cały ten twój krwawy przerób daje rezultat równy zeru" - zauważył Janusz Szpotański.
Poznałem kiedyś we Francji takiego rewolucjonistę, bardzo podobnego do pana red. Michnika, oczywiście tylko mentalnie, bo bez cienia tych koneksji i forsy. Ów Jorko, bo tak się nazywał, zwierzył mi się, że jego marzeniem jest udział w rewolucji, najchętniej w roli jakiegoś ludowego komisarza. - To bardzo ambitny zamiar - powiedziałem mu - ale nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że podczas rewolucji mogłoby zabraknąć bagietek? - Jak to może zabraknąć bagietek? - Jorko był autentycznie zaniepokojony, bo, jak to mówią, lubił wypić i zakąsić. - Ano zwyczajnie - odpowiedziałem. - Jak będzie rewolucja, to piekarze i młynarze też będą chcieli się włączyć i trochę sobie pofiglować. Chyba ich nie odgonisz? No a wtedy kto niby ma piec bagietki, jakby nigdy nic?
Jorko głęboko się zamyślił i już nigdy o rewolucji ze mną nie rozmawiał. Mimo to domyślałem się, nad czym rozmyśla. Sądzę, że nad tym, jakby tu zrobić rewolucję, jednak w taki sposób, by piekarze i młynarze pozostali poza jej zasięgiem, a przynajmniej głównym nurtem. Nie chcę przypisywać sobie żadnych zasług, ale kto wie, czy tą rozmową nie przyczyniłem się jakoś do wzmożenia poszukiwań proletariatu zastępczego? Wiadomości, jakie dochodzą z Francji, pozwalają żywić nadzieję, że Jorko daje sobie tam radę, a może nawet spełnił swoje marzenia? Drugim jego marzeniem było bowiem nauczanie studentów. Też ambitnie, bo nie miał żadnych formalnych kwalifikacji. Ale w międzyczasie zastępczym proletariatem rewolucjonistów zostały kobiety i dzieci. Pewnej części kobiet rewolucjoniści wmówili, że ich wrogami są mężczyźni. Powstały w związku z tym specjalne kierunki feministyczne na uniwersytetach. Dzięki temu właśnie Jorko będzie miał wreszcie szansę spełnienia obydwu swoich marzeń za jednym zamachem; uprawiać rewolucyjne podjudzanie jako dyscyplinę akademicką. Do tego wystarczy trochę tupetu, a tego nigdy mu nie brakowało. Mam tedy nadzieję, że Jorko jest szczęśliwy.
Drugim zastępczym proletariatem stały się dzieci. W przypadku dzieci taktyka rewolucyjna jest trochę inna niż w przypadku kobiet. Rewolucjoniści w zasadzie dzieci nie podjudzają, tylko roztaczają nad nimi ochronę. W ramach tej ochrony muszą, ma się rozumieć, wskazywać nieubłaganym palcem na zagrożenia. Wykryto już zatem i "toksycznych rodziców" i "przemoc w rodzinie", ale wszyscy czuliśmy, że to jeszcze nie to. Pewne nadzieje rozbudziło odkrycie konspiracji pedofilów, ale prawdziwy przełom nastąpił dopiero w momencie zdemaskowania światowej centrali tej konspiracji w postaci Kościoła katolickiego. Główne uderzenie nastąpiło w Stanach Zjednoczonych. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo przecież tamtejszy Kościół słynie ze swej zamożności i wprost aż się prosił, by wydać go na łup szantażystów. Być może, że wśród tamtejszego duchowieństwa rzeczywiście są jacyś pedofile, ale okazuje się, że prawie wszyscy oskarżyciele "przypominają sobie" wydarzenia sprzed lat, często nawet kilkudziesięciu! Być może, że to wszystko prawda, ale z doświadczenia wiemy, że za pieniądze ludzie wszystko sobie przypomną. Na przykład u nas za całkiem nędzne pieniądze dawało się pozyskać naocznych świadków, nawet z wyższym wykształceniem, którzy widzieli, jak amerykańskie samoloty zrzucały stonkę na pola spółdzielni produkcyjnych. Judasz sprzedał Pana Jezusa już za 30 srebrników, tymczasem słyszymy, że w Ameryce odszkodowania za molestowanie idą w grube dziesiątki tysięcy dolarów. Nic więc dziwnego, że co i rusz ktoś sobie przypomina, jak to w dzieciństwie był molestowany przez księdza. "Nie brak świadków na tym świecie" - mawiał Rejent Milczek. Skoro tak, to nie ma na co czekać. Wreszcie pojawiła się możliwość odmalowania księży katolickich jako stada oszalałych satyrów dotkniętych priapizmem. Odwieczni wrogowie Kościoła Chrystusowego nie mogli przepuścić takiej okazji.
Zdaję sobie sprawę, jak bardzo trąci to "teorią spiskową" potępioną przez Jasnogród, ten sam, który w 1992 roku własną piersią zasłonił Tajnych Współpracowników UB i SB. Nie mając pewności, czy aby nie przesadzam w tych podejrzeniach, siedziałem cicho. Jednak na ostatnim spotkaniu Episkopatu Stanów Zjednoczonych biskupi nie zatwierdzili tzw. zera tolerancji. Przypominam, że chodziło o zasadę, by automatycznie usuwać ze stanu kapłańskiego każdego księdza oskarżonego o molestowanie dzieci. Więc kiedy amerykańscy biskupi tę zasadę odrzucili, podniósł się jęk zawodu i tylko patrzeć, jak rozlegnie się klangor. Ten jęk zawodu więcej jednak wyjaśnia niż mówi. Gdyby Episkopat amerykański, a być może cały Kościół katolicki przyjął taką zasadę, to w ciągu zaledwie kilku lat można by przeprowadzić z zewnątrz selekcję duchowieństwa, usuwając księży i biskupów stanowiących zagrożenie dla "postępu", a na ich miejsce wprowadzając lub pozostawiając jakichś marranów, którzy już by wiedzieli, jakiego pana mają słuchać. Dzieci, rzecz prosta, nie mają z tym nic wspólnego, poza dostarczeniem pretekstu. Ale to było jasne od samego początku, bo przecież w pierwszym szeregu obrońców dzieci przed demoralizacją ze strony Kościoła katolickiego stanęły te środki przekazu, które zwykle nie pomijają najmniejszej okazji do demoralizowania swego zewnętrznego otoczenia.
Stanisław Michalkiewicz
24, czerwca 2002
Tekst zamieszczony dzięki uprzejmości K. Pawlaka z witryny ASME
(teksty Stanisława Michalkiewicza, publikowane na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza UPR, można znaleźć na witrynie autora...)