Stanisław Michalkiewicz
Perspektywa pielgrzymki
Zakończyła się kolejna pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Od pierwszej, triumfalnej z roku 1979 upłynęły 23 lata. My, którzy pamiętamy go z tamtego, niezapomnianego czerwca, ze ściśniętym sercem dostrzegamy brzemię tych lat na barkach Papieża. Z sercem ściśniętym nie tylko współczuciem w widocznym niekiedy cierpieniu, ale przecież i świadomością, że te 23 lata kładą się ciężarem również na naszych ramionach. Jednak, mimo tej melancholijnej świadomości, wydaje nam się, że w gruncie rzeczy się nie zmieniamy. I my się nie zmieniliśmy i Papież też się nie zmienił. Ciekawe, że mimo upływu 23 lat, nie zmieniły się też specjalnie okoliczności zewnętrzne tej pielgrzymki. Podobnie jak w 1979 roku, tak i teraz podejmowali Papieża w imieniu Polski byli działacze byłej PZPR. Krótko mówiąc, komuniści, którzy dzisiaj przezwali się socjaldemokratami. I podobnie jak wtedy, tak i teraz, w społeczeństwie dominuje polityczne niezadowolenie. Różnica sprowadza się do tego, że wtedy przyjazd Jana Pawła II ożywił nadzieje na polityczną alternatywę, chociaż nikt nie wyobrażał sobie jej kształtu.
Dzisiaj nadzieja na pojawienie się politycznej alternatywy nikogo tak naprawdę już nie ożywia, bo przecież nawet pan Lech Wałęsa prawdopodobnie sam nie wierzy w ideowy charakter swego "konwentu". Niby tłum, ale co z tego, kiedy same znajome twarze - "oszusta i potępionego". W tej sytuacji Ojciec Święty mówił nam o Miłosierdziu Boskim. Z pewnością nie dlatego, że polityczna alternatywa, którą kiedyś tak się ekscytowaliśmy, nie tylko zawiodła na całej linii, ale w dodatku pozostawiła po sobie uczucie niesmaku. W przypadku kogoś innego może byłby to dostateczny powód, ale nie w przypadku Papieża. O Miłosierdziu Bożym mówił on bowiem nie tylko do nas, ale i do tych, którzy uważają swoje położenie za bardziej fortunne od losu wschodnioeuropejskich Scytów. Nas niekiedy mogą ogarniać wątpliwości, czy jeszcze wypada nam nadużywać Bożego Miłosierdzia po tym, co Pan Bóg zrobił dla nas w ostatnich czasach. Ale Papież mówił i do nas, i do nich, żeby też nie obiecywali sobie zbyt wiele po swych rojeniach.
Również podczas poprzednich pielgrzymek komentatorzy zwracali uwagę, że Ojciec Święty przemawia w sposób zrozumiały nie tylko dla wyrafinowanych intelektualistów, ale i dla ludzi całkiem, jak to się mówi, prostych. Myślę, że przyczyną tej jasności jest to, że Jan Paweł II nie próbuje nikomu udowadniać, jaki to on jest mądry. Inni często aż wyłażą ze skóry, no i w rezultacie przesłaniają własną osobą prostotę chrześcijańskiego przesłania. Papież natomiast zwyczajnie przypomina odwieczne prawdy wiary Chrystusowej, które na ludzi znużonych i znękanych bełkotem narzuconym przez wszechobecnych krętaczy działają odświeżająco. Nie bez kozery mądra pieśń eucharystyczna radzi, że "wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój".
"Królowo niebios, cysarzowo ziemi, Pani monarsza czeluści piekielnych, Przyjm mnie pokorną między pokornemi, Niech pośród sług twych siądę nieśmiertelnych" - rozpoczął Franciszek Villon swoją "Balladę", napisaną "na prośbę swey matki, aby ubłagać łaski Nayświętszey Panny"; "Prostaczka iestem stara y uboga, Nic nie znam - liter czytać nie znam zgoła - Oprócz parafii mey niskiego proga, Gdzie ray oglądam y harfy dokoła, Y piekło, w którym potępieńców prażą. Iedno mnie trwoży, drugie zaś raduie: O day, Boginii, niech wciąż radość czuię! Ku tobie duszy day grzeszney pozierać, Z ufnością w sercu i rzetelną twarzą. W tey wierze pragnę żyć iak y umierać". Tak przemawiała Europa w czasach Villona. Czy dzisiaj nie wstydziłaby się tak przemówić? Sprawia wrażenie, że pogardza "parafiańszczyzną", a już za nic na świecie nie przyznałaby się, że "liter czytać nie zna zgoła". Czerpie swą dumę z tego, że dużo i zdrowo jada, chociaż niekoniecznie są to rozumy, bo też i rezultaty tej konsumpcji nie rzucają na kolana. Ale wygląda na to, że taki akurat ma ideał.
Jak trafnie zauważył w "Rzeczpospolitej" pan red. Wildstein, zdawać by się mogło, że w świecie bijącym pokłony przed młodością i tężyzną, schorowany i stary Papież nie zrobi żadnej konkiety. Tymczasem przyciąga tłumy, jak żadna z gwiazd show businessu. Kiedyś można było ten fenomen tłumaczyć zaskoczeniem, że pobożność może iść w parze z siłą i tężyzną. Dzisiaj już wiadomo, że nie w tym rzecz. Więc w czym? Czy przypadkiem nie w tym, że niezależnie od wysiłków agencji reklamowych, ludzie mają świadomość przemijania młodości i tężyzny, co skłania ich ku tęsknocie za trwałością? Być może jest to niedoskonała, niemniej jednak silna tęsknota za wiecznością?
"I ptaszkowie śpiewają, Maryję wychwalają, Słowiczkowie wdzięcznym głosem, Śpiewają, ach śpiewają" - słyszeliśmy w Kalwarii Zebrzydowskiej przed rozpoczęciem Mszy św. odprawianej przez Ojca Świętego i biskupów. Ci "ptaszkowie" śpiewają tam już od 400 lat. Śpiewali, kiedy nie było nas na świecie, a da Bóg, będą śpiewali, kiedy po nas nie zostanie już żaden ślad ani nawet okruch pamięci. I to właśnie nam się podoba, tego właśnie pragniemy, a pragnienie to narasta z siłą tym większą, im bardziej odczuwamy objawy przemijania. I charakterystyczne jest, że to właśnie ci franciszkańscy "ptaszkowie" niezmiennie poruszają czułą strunę w ludzkich sercach, chociaż wyrafinowani esteci prawdopodobnie kręciliby na nich nosem. Ale z wrażliwością na piękno być może jest podobnie, jak z rozumieniem prawd wiary. "Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego" - powiedział Chrystus Pan. "Iezus, rzuciwszy precz niebiańskie kraie, Począł się: dla nas cud ten czyni, Opuszcza niebo y spieszy nas wspierać; Na śmierć swą krasę młodzieńczą oddaie, On naszym Panem, y iego wyznaię. W tey wierze pragnę żyć iak y umierać".
Tymczasem - powiada Papież - "na wiele sposobów usiłuje się zagłuszyć głos Boga w ludzkich sercach, a Jego samego uczynić wielkim nieobecnym w kulturze i społecznej świadomości narodów". Nie tylko się "usiłuje", ale usiłowania te odznaczają się jakąś wściekłą, ponurą determinacją. I to w imię - niewiarygodne, a przecież prawdziwe! - "laickości republiki". W imię tej "laickości", cokolwiek by to miało znaczyć, żąda się od ludzi, by tłumaczyli się ze swego pragnienia, że "w tey wierze pragnę żyć, iak y umierać". Czy nie za dużo tego na zwykłą "laickość republiki"? Być może, że to tylko pozór. Nie tylko szczęście poszukuje towarzystwa: "nektar żywota natenczas słodki, gdy z innymi dzielę" Rozpacz też szuka towarzystwa, by uwolnić się od nadmiaru goryczy. "Tajemnica nieprawości wciąż wpisuje się w rzeczywistość świata" - powiedział Jan Paweł II w kazaniu na Błoniach. Wydaje się, że mnożące się egzegezy, czy Papież poparł integrację z Unią Europejską, czy nie, są całkowicie pozbawione sensu. Owszem, w przemówieniu pożegnalnym udzielił tej jałmużny tym, którzy z rosnącą niecierpliwością na nią oczekiwali, ale przecież nie dla takiej politycznej agitacji tu przyjechał. "Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście" - powiedział w Łagiewnikach. Taką perspektywę wytycza polityka Namiestnika Chrystusowego. Wobec takiej perspektywy człowiekowi robi się i gorąco i zimno.
Stanisław Michalkiewicz
(teksty Stanisława Michalkiewicza, publikowane na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza UPR, można znaleźć na witrynie autora...)