Stanisław Michalkiewicz

 

Historia zatacza koło

 

 

 

Minęła 63. rocznica wybuchu II wojny światowej, rozpoczętej uderzeniem Niemiec na Polskę. Było ono wykonaniem porozumienia politycznego z 23 sierpnia 1939 roku, zwanego "paktem Ribbentrop-Mołotow". Tym porozumieniem Niemcy i Rosja ostatecznie kładły kres porządkowi politycznemu ustalonemu w Traktacie Wersalskim z roku 1919. Porządek "wersalski" ufundowany był na założeniu, że i Niemcy, i Rosja będą słabe. W roku 1919 tak rzeczywiście było; Niemcy przegrały wojnę, a Rosja pogrążona była w chaosie. Dzięki temu na obszarze Europy Środkowej pojawiła się polityczna próżnia, którą wypełniły niepodległe państwa, tzw. narodowe. Ten stan rzeczy został usankcjonowany w Wersalu.

 

Jednak ani Niemcy, ani Rosja nie pogodziły się z wyznaczoną im w porządku wersalskim rolą "słabych i przegranych" i już w roku 1923 w Rapallo porozumiały się co do konieczności obalenia tego porządku. Warto zwrócić uwagę, że to porozumienie doszło do skutku mimo różnic ustrojowych między obydwoma państwami. Jak widać, państwa poważne, niezależnie od swego aktualnego ustroju, potrafią realizować swoje interesy państwowe nader elastycznie. Porozumienie z 23 sierpnia 1939 roku było ukoronowaniem tych wysiłków Niemiec i Rosji; porządek wersalski przestał istnieć de facto, bo Niemcy i Rosja dokonały podziału Europy, nawet nie pytając innych europejskich mocarstw, tzn. W. Brytanii i Francji. Było to istotne novum, bo Niemcy i poprzednio powiększały swoje wpływy, a nawet stan posiadania, ale uzyskiwały na to zgodę Anglii i Francji, więc pozory istnienia porządku wersalskiego były zachowywane. Pakt Ribbentrop-Mołotow zrywał nawet z pozorami.

 

Wielka Brytania i Francja stanęły przed dylematem: albo przyjąć do wiadomości stan wytworzony przez pakt Ribbentrop-Mołotow, co oznaczało ich rezygnację z pozycji pierwszych mocarstw europejskich (mocarstwo, to takie państwo, które ma zdolność ustanawiania i egzekwowania własnych praw poza swoim terytorium), albo bronić swego mocarstwowego statusu siłą. Z ociąganiem wybrały tę drugą możliwość. Są to sprawy znane, więc jeśli je przypominam, to tylko dlatego, że pokutuje u nas przekonanie, jakoby Francja i Anglia w 1939 roku broniły Polski i że z tego powodu mamy wobec nich dług wdzięczności. Tymczasem to Polska, wysłuchawszy lekkomyślnie zachęty rządu brytyjskiego, rzuciła na szalę nie tylko swoją niepodległość, nie tylko swój byt polityczny, ale życie i mienie swoich obywateli, przyjmując na siebie pierwsze niemieckie uderzenie. Można powiedzieć, że Anglia i Francja walczyły Polską o swój mocarstwowy status, a Polska zdecydowała się ryzykować swoim istnieniem w grze tych państw z Niemcami. Polskie interesy państwowe w postaci niepodległości, Gdańska i korytarza, były w gruncie rzeczy pretekstem, służącym ukryciu faktu wprzęgnięcia państwa w rydwan cudzej polityki. Trzeba przyznać, że ten pretekst był przez wiele lat bardzo przekonujący, nie tylko ze względu na propagandę wojenną, ale przede wszystkim - na niemieckie okrucieństwo, służące chamskiej inżynierii społecznej narodowych socjalistów. Ale - do czasu, bo Teheran, a zwłaszcza Jałta, położyły kres wszelkim złudzeniom. Tak właśnie kończy się każde "współdecydowanie".

 

Udział w tegorocznych obchodach rocznicowych przedstawicieli państwa niemieckiego skłania mimo woli do pytania, po cośmy się tak Niemcom opierali 63 lata temu, skoro dziś aż przebieramy nogami, by wziąć udział w przedsięwzięciu politycznym, odbywającym się pod ich egidą? Powie ktoś, że to nie III Rzesza, a w ogóle to cóż to za porównania. To prawda; inżynieria społeczna była dotychczas stosowana w formach subtelniejszych, a nawet wyrafinowanych, niemniej jednak Niemcy mają chyba i dzisiaj jakieś polityczne ambicje, i cele? Na przykład, na początku lat 90. państwo to bardzo skutecznie, a nawet wręcz finezyjnie storpedowało próbę politycznego przedsięwzięcia państw środkowoeuropejskich, czyli Heksagonale. W rezultacie próżnię polityczną po wycofaniu się z Europy Środkowej Sowietów zaczęły wypełniać Niemcy, przy pomocy m.in. "rozszerzania" Unii Europejskiej. Jeżeli już o niej mowa, to warto pamiętać, że to Niemcy finansują tę zabawę; 25 proc. budżetu UE pochodzi z wpłaty państwa niemieckiego, które zawsze było i jest płatnikiem netto. Nasi stręczyciele wmawiają nam, że to z altruizmu, żeby dogodzić Grecji, Portugalii, no i oczywiście Polsce. Ale mniejsza już o opinie byłych konfidentów. Ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, czego spodziewają się po tym Niemcy dzisiaj?  Komentując żądania pani Eriki Steinbach co do własności powojennych przesiedleńców niemieckich, pan Adam Krzemiński pisze w "Gazecie Wyborczej, że pani Steinbach widać zapomniała, iż "jednym z powodów zjednoczenia się Europy Zachodniej była chęć przyduszenia niemieckiego nacjonalizmu". Może taka chęć i była, ale najwyraźniej nic z tego nie wyszło, bo i Niemcy też nie w ciemię bici. W 1940 roku pewien niemiecki generał uczestniczący w ceremonii podpisywania kapitulacji Francji powiedział, że "bitwa o Francję trwała 26 lat, ale wreszcie się zakończyła". Bitwa o nie przegranie II wojny światowej trwa o wiele dłużej, ale dzisiaj przed Niemcami rysuje się wreszcie perspektywa pomyślnego jej zakończenia. Nie jest to oczywiście żaden "nacjonalizm", jak się wydaje panu Krzemińskiemu, tylko konsekwentna polityka państwa poważnego.

 

Ma się rozumieć, ktoś będzie musiał zapłacić koszty tej polityki, ale z tym nie ma problemu, bo akurat Polska, gębami swoich przedstawicieli, sama się naprasza, w zamian za jurgielt dla swoich "elit", no i oczywiście garstkę komplementów dla ambitnego plebsu.

 

 

Stanisław Michalkiewicz

9 września 2002

 

(teksty Stanisława Michalkiewicza, publikowane na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza UPR, można znaleźć na witrynie autora...)