Ojczyzna.pl 

 

 

Stanisław Michalkiewicz

 

W służbie lichwiarzy

 

                    Powściągliwość i Praca (nr 12/2003)

 

 

 

                                 Zasiadam do pisania tego felietonu, bo posłowie, niczym pracowite pszczółki, zakończyli właśnie prace nad ustawami podatkowymi. W rezultacie w roku 2004 obciążenie statystycznego polskiego podatnika wzrośnie o około 300 zł. Państwo zabierze statystycznemu podatnikowi średnio 6584 zł. Taka kwota wynika z podzielenia planowanych dochodów budżetowych (152 750 084 tys. zł) przez liczbę podatników (23 200 000). Do tego dochodzi jeszcze deficyt, zaplanowany na rok przyszły w kwocie 45,5 mld zł. Tak w praktyce wygląda zapowiadana przez pana wicepremiera Hausnera obniżka podatków. Jak wiadomo, a przyzwyczaił nas do tego jeszcze pan prof. Balcerowicz, podatki najlepiej obniżać poprzez ich podwyższanie. Starsi ludzie pamiętają chyba jeszcze powiedzonko z okresu pierwszej komuny, że jak partia mówi, że weźmie, to weźmie, a jak partia mówi, że da, to mówi. Partia locuta, causa finita.

 

Skoro zatem Sejm, w którym zasiadają nasi przedstawiciele, postanowił odebrać każdemu z nas dodatkowo 300 zł, to nic już na to nie poradzimy, chyba że poszukamy bezpieczeństwa w szarej strefie. Ale nawet i wtedy warto przyjrzeć się, na cóż to idą i w jakich proporcjach pieniądze wydarte statystycznemu polskiemu podatnikowi. Wyliczyli to dziennikarze śledczy z Superexpressu i nie mamy powodu, by w te wyliczenia powątpiewać.

 

Otóż z owych 6584 zł aż 1163 zł państwo przeznacza na obsługę długu publicznego. Dług publiczny Polski przekroczył 400 mld zł, czyli 100 mld dolarów i trzeba od niego płacić lichwiarzom procenty. Zatem, za uchwalanie każdego roku budżetu z deficytem, statystyczny podatnik będzie musiał w przyszłym roku zapłacić prawie 1200 zł. To jest sprawiedliwa kara za głosowanie na polityków wrażliwych społecznie. Tacy politycy, raz z SLD, a innym razem z jakiejś doraźnie sformowanej szajki prawicowej, są u nas najpopularniejsi. Swiadczy to znakomicie o spostrzegawczości Józefa Piłsudskiego, który w swoim czasie scharakteryzował Polaków jako naród idiotów. Ale te 1163 zł to jeszcze nie koniec obsługiwania długów państwowych. Następną co do wielkości pozycją w wydatkach z kwoty wydartej statystycznemu podatnikowi jest 733 zł na pokrycie gwarancji Skarbu Państwa, a więc poręczeń udzielanych w imieniu Polski rozmaitym kolegom. Kolejna pozycja to 511 zł na składkę do Unii Europejskiej i Polski wkład w projekty unijne.

 

Skala i uszeregowanie wydatków pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że w tej chwili cała gospodarka polska pracuje już na lichwiarzy, a ekonomiczne efekty 3,9 proc. (lub 3,5proc., bo różni różnie o tym mówią) przyrostu PKB, jaki podobno nastąpił w 2003 r., idą w całości na pokrycie należności lichwiarzy, którym trzeba ponadto dopłacać ze sprzedaży sreber rodowych. Co do Unii – szkoda każdego słowa.

 

Teraz następują wydatki na oświatę i naukę. Na ten cel państwo wydaje z 6584 zł odebranych statystycznemu podatnikowi aż 483 zł. To trochę więcej, niż na obronę (473 zł), ale warto zaznaczyć, że te wydatki na obronę tak naprawdę nie idą na żadną obronę, tylko w ogromnej większości są to wydatki wegetacyjne (pensje i ZUS dla oficerów i podoficerów, umundurowanie i wyżywienie wojska, pojazdy i materiały pędne, utrzymanie koszar itp.), bo na modernizację armii, a więc na obronę sensu stricto wyda się z tego zaledwie 3,70 zł.

 

Podobnie wygląda struktura wydatków na policję (362 zł). Zaraz po policji idą wydatki na urzędników państwowych (328 zł) i na sądy (273 zł). Kolejną pozycją w wydatkach jest spłacanie długów ośrodków zdrowia i szpitali (259 zł). 188 zł każdy statystyczny podatnik musi przeznaczyć na pomoc dla rolników, realizowaną w postaci subwencji do KRUS i innych dotacji. Dopiero po tym idą wydatki na ochronę zdrowia (137 zł), ale bez liczenia składek z wynagrodzeń. Częściowo korespondują z nimi wydatki na rehabilitację inwalidów (128 zł), czyli słynny Fundusz, z którego viribus unitis ciągną i społeczni wrażliwcy i dobroczyńcy ludzkości, dzieląc się po trosze i z niepełnosprawnymi. Za 81 zł od każdego chronimy środowisko; 65 zł każdy przeznacza na rewaloryzację pensji budżetówki i emerytur; 40 zł, na przykład, daje w ramach zrzutki na pomoc dla upadającego górnictwa; 26 zł – na pomoc dla upadającej kolei (bilety oczywiście swoją drogą musi kupić sobie już sam), a parę groszy (konkretnie prawie 80) rzuci nawet na pomoc dla najbiedniejszych.

 

Nie są to oczywiście wszystkie pozycje, bo jest ich dużo i niektóre mają charakter niezwykle zagadkowy (np. na różne rozliczenia w budżecie na rok 2003 przeznaczono aż 40 mld zł) i dopiero wiele lat później dziennikarze śledczy odkrywają ich naturę, albo i nie odkrywają, a szczegóły wieczysta noc powleka, więc rachunek nie bilansuje się dokładnie, ale tak mniej więcej to wszystko wygląda.

 

Oczywiście nie zostało tu uwzględnione to, co przechodzi przez ZUS, bo nie są to podatki sensu stricto, tylko koszta największej naszej zdobyczy ludowej, czyli przymusowych społecznych ubezpieczeń, a to jest mniej więcej drugie tyle. Charakterystyczne przy tym jest jeszcze i to, że wydatki przeznaczone na tzw. własne potrzeby państwa, a więc wojsko, policję, sądy i administrację, są niższe od wydatków na lichwiarzy. Taki stan rzeczy potwierdza w całej rozciągłości wcześniejsze nasze podejrzenia, że tak naprawdę rząd jest zakładnikiem, a nawet naganiaczem lichwiarzy, więc niepotrzebnie tak się nadyma i puszy.

 

 

Stanisław Michalkiewicz

 

Tekst nadesłany 28.11.2003