Ojczyzna.pl
Marek Ludwikiewicz
"Korespondencja z Polski"
Oddział zamknięty
Tak chyba można nazwać obecną Polskę.
Pełny odlot. Poszedłem dzisiaj po raz ostatni na zebranie łódzkiego koła LPR-u. Myślałem, że ktoś poważnie podsumuje referendum, ze będą jakieś wnioski, propozycje. Nic takiego.
Zebranie rozmemłane jak zawsze. Bez początku, bez środka, bez końca I bez sensu. Jeśli na zebraniu partii politycznej, która chce odgrywać rolę w życiu kraju, panie zaczynają gaworzyć o pielgrzymkach, to ja się na to nie piszę. A poza tym to zdewociałe rozmodlenie. Proszę się nie oburzać. Jestem katolikiem, a jak katolicka jest Polska to kilka dni temu pisałem - 20%. Paniusie (podejrzewam, że w większości nawet te, co słuchają Radia Maryja) gnały w ostatnią niedzielę zaraz po komunii, żeby zagłosować "TAK" dla Unii. Dziękuje za takich katolików. A swoją wiarę przeżywam osobiście, bez potrzeby epatowania tym innych i bez hipokryzji. Chciałem nawet zabrać głos, żeby im uświadomić błędy jakie popełnili w trakcie kampanii przedreferndalnej, ale kto by tego słuchał.
Jest partia (oddział łódzki), odbyło się referendum, trzeba było natychmiast rozesłać do wszystkich lokalnych mediów zawiadomienie o konferencji prasowej, zwołać taką i przedstawić swój poreferendalny punkt widzenia. Ale kto by o tym pomyślał. Lepiej bajdurzyć o sprawach nieistotnych.
A jak wyglądała kampania LPR-u? Jeszcze kilka słów o niej. Na początku maja odbywały się w Łodzi "Dni Łodzi". Tygodniowa impreza, na głównej ulicy miasta, z kulminacyjnym momentem w sobotę. I z tysiącami mieszkańców miasta. Chociaż miastem rzekomo rządzi prawica, prezydent miasta Jerzy Kropiwnicki (został nim dzięki poparciu łódzkiej prawicy), wiceprezydent p. Orzechowski (członek LPR) i pani Urszula Krupa poseł Rodzin Polskich (ale weszła do Sejmu z koalicji LPR) - nie było po nich ani śladu. Wszędzie były stoiska prounijne, a kilku szeregowych członków LPR-u uganiało się z ulotkami. Gdzie byli wodzowie? W Rzymie. A żeby było jeszcze śmieszniej, to cześć wróciła do Łodzi, ale pan prezydent nie. Zamiast siedzieć w Łodzi i pilnować spraw w tym najgorętszym i najważniejszym historycznie momencie dla narodu, on pojechał do Tel Avivu. Ciekawe po co? Hm!
A zatem wtedy, kiedy można było dotrzeć do ludzi, nikogo, władnego do zaaranżowania czegoś poważnego, nie było. Festyn LPR urządziła w ostatnim dniu kampanii, ale co z tego? Publiczność stanowili sami zwolennicy a drętwe mowy, czy wystąpienia płynące z estrady nikogo nie podniecały. Niczyjej uwagi nie zwracały. Kilku przypadkowych, znudzonych przechodniów bez jakiejkolwiek reakcji spokojnie mijało widowisko. Jedynie na kilka chwil przykuł ich uwagę Paweł Zieminski z Ligi Polskiej. Z tubą w ręku, bardzo donośnym głosem powiedział coś bardziej rozsądnego niż kilka frazesów, ale nie to miało znaczenie. Bo i nie o to na wiecach chodzi. Wreszcie zatrzymało się kilkanaście osób i zaczęło słuchać, kiedy Paweł zaczął skandować w towarzystwie Wojtka Szcz. rymowane hasła antyunijne i antymillerowskie: "Lepiej być zerem niż Leszkiem Millerem", "Oto prośba do Schrodera zabierz do Niemiec Leszka Millera" (to tylko kilka z całej znacznie zabawniejszej gamy). W tym momencie nawet policjanci pilnujący imprezy zaskoczyli i widziałem jak się pod wąsem uśmiechali. Gdyby tak mógł Paweł wykrzyczeć to podczas Dni Łodzi. Na pewno przykułby uwagę nie kilkunastu ale kilkuset widzów i parę procent podczas referendum by przybyło. Ale nie miał znikąd pomocy. Natomiast pani poseł Krupa, nawet wstydziła się wyjść na podium. Stanęła gdzieś pod estradą i czytała coś, Bóg wie co, sobie a muzom. Jeśli jest taka wstydliwa to po się pcha się na afisz sejmowy. Albo może jest wyjątkowo przewidująca. Wtedy rozumiem pozostanie pod estradą.
Nawet jak jest mało środków można zrobić cos sensownego. Najwybitniejsi artyści, występujący na najlepiej zorganizowanym spektaklu, bez publiczności nic nie znaczą. LPR ani nie ma artystów, ani organizacji, ani publiki. A w polityce trzeba coś znaczyć i cos robić. Z modlenia to można liczyć na cud.
Ja na to nie liczę, wiec nie mam co dalej liczyć na LPR.
Jeszcze taka sobie nowinka. Przez kilka dni po powrocie cicho było o prezydencie Łodzi. Aż tu dzisiaj włączam telewizor i we wiadomościach widzę pana prezydenta przy najważniejszej czynności prezydenckiej. Odsłanianiu tablicy pamiątkowej na lotnisku Lublinek poświeconej wizycie papieża w Łodzi kilka lat temu. Ludzie. Tu referendum, tu bieda aż skrzeczy, nędza, ludzie zdesperowani - ale tablica najważniejsza. Boże, Ty widzisz i nie grzmisz. Idąc na spotkanie w LPR, towarzyszył mi pan Włodzimierz. Około pięćdziesiątki, ekonomista, na bruku. Wyeksmitowany na ulicę w jednym ubraniu i jednej parze bielizny, bez pracy. I bezsilny. A oni o tablicach! Przed lokalem spotykam Marysię Pacyniak (wspaniałą działaczkę jeszcze pierwszej Solidarności). Mama w stanie śpiączki mózgowej (89 lat) jeszcze leży w szpitalu, ale w środę już ją wypisują. Marysia zdesperowana, nie wie co robić. Obiegła wszystkie lokalne hospicja, znikąd pomocy. W jednym prowadzonym przez siostry szarytki może by i przyjęli, ale jeśli mama ma emeryturę w wysokości 1200 złotych miesięcznie. Mama ma tylko 690, więc nie przyjmą, a Marysia z renty 490 zł nie jest w stanie dołożyć. To jest Polska codzienna, a tutaj tablice i pielgrzymki. Niedługo już nie będzie komu odsłaniać i komu chodzić na pielgrzymki. Kto jeszcze zostanie, zaprzęgnięty w kierat będzie tyrał od świtu do nocy, a starzy i chorzy już mogą szukać miejsca wiecznego spoczynku.
A w parlamencie dyskusja: Miller zostanie czy odejdzie. Te same podłe, butne pyski śmiejące się w nos polskiemu społeczeństwu. A jeszcze nie jesteśmy pełnoprawnymi członkami Unii.
Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej. Koniec przedstawienia. Czy ostatni ma zgasić światło panie doktorze (w białym chałacie)?
Marek L.
12 czerwca, 2003