Marek Ludwikiewicz
Korespondencja z Polski
Niemożność
Któregoś dnia na drzwiach wejściowych bloku, w którym mieszkam, przeczytałem ogłoszenie zawiadamiające o mającym się odbyć spotkaniu z radnymi “Samoobrony”. Na miejsce spotkania wyznaczono osiedlowy Dom Kultury “Lutnia” na Teofilowie, w Łodzi. Zainteresowany jak zaprezentują się radni “Samoobrony” i co maja do powiedzenia swoim wyborcom udałem się na to spotkanie.
Już przed spotkaniem zaczęło być ciekawie. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu innych tego rodzaju imprez przyszła dość spora grupa ludzi (dobrowolnie). Po drugie, z uwag wymienianych miedzy ludźmi wynikało, że nie przyszli li tylko dla zabicia czasu ale rzeczywiście z problemami i z pytaniami. Po trzecie, pytania jakie mieli zamiar zadawać jawiły się wielce interesującymi.
I faktycznie, zebrani nie odpuścili. Pytania padały ostre i konkretne i jeśli chodzi o tę stronę spotkania, warto było naprawdę w nim uczestniczyć. Można było poznać co tych ludzi boli, czego nie chcą, z czym się nie zgadzają, a przede wszystkim jaki jest stan ich świadomości. Szczególnie tej polityczno-historycznej.
Ktoś, kiedyś przed drugą wojną światową ukuł (chyba w Łodzi) porzekadło “Wasze ulice nasze kamienice”. Dzisiaj w Łodzi, to powiedzenie dla wielu jej mieszkańców staje się znów rzeczywistością i jest niezbitym dowodem, że jednak przysłowia, nie bez kozery zwane są mądrością narodów. Żebyśmy tylko jeszcze do nich się stosowali i byli mądrzy przed szkodą ( a jest jeszcze czas) niż po szkodzie. Szczególnie odnosi się to do “elyt”. Ale z tym jest znacznie gorzej i dlatego jest jak jest i coraz więcej nas na ulicach niż w kamienicach. Jednak to już tak na marginesie, bo miałem pisać o spotkaniu.
Otóż ciekawe, bo wśród zebranych widać było dobrą znajomość polskich przysłów; stąd i pytania, które zaczęli zadawać radnym były na miarę problemów z przysłowiami związanymi. Niestety dyskusja z tego żadna wywiązać się nie mogła, bo radni nie byli w stanie wznieść się na wyżyny świadomości swoich wyborców. Byli tak mądrzy jak to ustawa przewiduje i nic poza tym. No może poza własnym interesem, bo o ten to potrafią dbać jak nikt inny. Ale przecież tego wyborcom nie powiedzą. Było zatem wiele o tym, że nie mogą tego ani tamtego, że mają związane ręce tym a tym, że prawo takie a takie, a w ogóle, to od nich nic nie zależy, bo cała władza w rękach prezydenta miasta, więc czego my od nich oczekujemy.
Nota bene, po ostatnich wizytach prezydenta Łodzi w Izraelu i w USA, zaczęła krążyć po mieście plotka, że te podróże to tylko w celu odnalezienia papierów rodowych na nazwisko Kropiwmycki (rodu pragnącego upamiętnić 60 lecie likwidacji getta łódzkiego wspaniałym pomnikiem za 4 miliony złotych), które zaginęły podczas likwidacji tegoż getta. A ponieważ za rok rocznica likwidacji getta i hucznie będzie ona obchodzona, to warto byłoby taki dokument łodzianom zaprezentować, żeby wiedzieli komu wdzięczność okazać. Ale to znów tylko na marginesie i to tylko plotka.
Wracam zatem do spotkania. Z wypowiedzi radnych wynikała więc całkowita niemożność robienia przez nich czegokolwiek poza gadaniem, czyli wygłaszaniem pięknych przemówień w obronie interesów społeczeństwa, bez żadnej możliwości realizacji postulatów w tych przemówieniach występujących. W związku z tym rodziło się pytanie, po co w dalszym ciągu są radnymi i dlaczego nie złożyli swoich mandatów? I takie pytanie w końcu padło. Ale, że było to pytanie z gatunku Szekspirowskiego “Byc albo nie być” i skoro sam Hamlet nie znalazł na nie odpowiedzi, trudno było oczekiwać żeby znaleźli je radni “Samoobrony”. Dlatego zebranie niedługo po tak sformułowanym pytaniu zakończono, pozostawiając zebranych ciemnymi jak “Tabaka w rogu”; poczem wszyscy rozeszli się do domów.
A mnie od tego spotkania nie przestaje nurtować myśl. Co by się stało, gdyby rzeczywiście radni okazali się ludźmi honoru i składając mandaty radnych zrezygnowali i odeszli?
Przecież jeżeli nic od nich nie zależy, jeśli przechodzą uchwały z którymi się nie zgadzają, a mimo to przechodzą ze szkodą dla społeczności łódzkiej, to ich odejście w tym względzie nic by nie zmieniło. Dalej byłyby to te same uchwały, tylko że oni, ci uczciwi i honorowi radni, już by w tym szwindlu nie uczestniczyli. A jaki byłby z tego wydźwięk moralny. Ile dałoby to do myślenia wyborcom. Patrzcie potrafili zrezygnować z własnych korzyści, dla dobra ogółu który mieli reprezentować.
I tutaj moja myśl poszybowała do Warszawy. Ostatnio w związku z wnioskiem LPR-u o odwołanie pani Huebner ze stanowiska pełnomocnika do spraw negocjacji z UE, z trybuny sejmowej padały wielkie słowa. Skrzyło jak na złączach sieci wysokiego napięcia. Tracimy suwerenność, oddajemy się w niewolę, rządzą nami zdrajcy - krzyczeli posłowie patrioci. I co? Figa z makiem. Pani Huebner jak była pełnomocnikiem tak nim pozostała i do Rzymu pojechała. I tak jest prawie z każdym wnioskiem tzw. opozycji. Krzyczą, gardłują, a efekty jakie są takie są. Pomyślałem sobie zatem, czy nie byłoby warto zadać również wielu posłom pytania. Panowie posłowie, jak nic nie możecie zrobić, nic, co byłoby dobre dla Polski, dla narodu, nie możecie przegłosować, to czy nie należałoby złożyć tego poselskiego mandatu i powiedzieć dość? Nie będę wpółuczestniczył w zdradzie, w wyprzedaży Polski. Przecież teraz z tego co robicie, poza wygłoszeniem paru płomiennych przemówień, dla narodu nic praktycznego nie wynika. To czy Wasze odejście cokolwiek by zmieniło?
W Sejmie na pewno nie. Ale w społeczeństwie na pewno. Bo społeczeństwo zobaczyłoby, że nie siedzicie w Sejmie dla kasy ale dla nich. I w następnych wyborach na pewno by Was wybrało, bo by Wam wierzyło. Tymczasem teraz społeczeństwo się zastanawia. Dla kasy oni tam, czy dla nas? A dochodząc do wniosku, że dla tego pierwszego, nikomu już nie wierzy. Wiec nie miejcie pretensji do społeczeństwa, że reaguje na Was tak, jak reaguje. Bo nie takie głupie ono, jak się niektórym z rzekomych “elyt” już zaczęło wydawać. Dajcie mu szansę, Wy posłowie, którzy za reprezentantów Polaków chcecie uchodzić, a ono Was nie zawiedzie.
Przekonałem się o tym na spotkaniu w zwykłym osiedlowym Domu Kultury “Lutnia” w Łodzi.
Marek Ludwikiewicz.
9
października, 2003