Marek Ludwikiewicz
Korespondencja z Polski
I ja tam byłem...
Ale ani miodu ani wina nie piłem. Widocznie te szlachetne trunki zarezerwowane były dla innych ust niż moje. Pewnie dla tych wysmarowanych wazeliną. A moje cóż, wyssały już z mlekiem matki to co należało, wiec napoje wyskokowe nie dla nich. Zresztą picie alkoholu szkodzi zdrowiu, psychicznemu w szczególności, mogłyby więc źle wpłynąć na stan moich uczuć wobec "ziomka" (urodzony przecież w Polsce, w Borysławiu), którego gościliśmy ostatnio w Łodzi. Skoro zaś niczego wyskokowego do ust nie brałem, wiec trzeźwy byłem i o zarzut, że cos w pijanym widzie źle pojąłem lub nie dostrzegłem, posadzonym być nie mogę.
A co dostrzegłem to poniżej w wielkim skrócie chciałbym przekazać.
Otóż w ramach, odbywającego się we wrześniu w Łodzi, Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, dnia 24 września 2003 roku w teatrze im. St. Jaracza, zostało zorganizowane przez Polskie Stowarzyszenie "Dom Europejski" spotkanie z Shewachem Weissem, ambasadorem Izraela w Polsce. Współorganizatorami zaś byli wojewoda łódzki K. Makowski i Stowarzyszenie Studenckie "Ordynacka", z jego przedstawicielem Wiesławem Klimczakiem (chyba wiecznym studentem, bo na oko p. Klimczak miał gdzieś około 65 lat).
W broszurze reklamującej Festiwal, spotkanie z Shewachem Weissem nosiło tytuł "Polacy i Żydzi w nowej Europie" i na takie się wybierałem. Dopiero przed samym spotkaniem z wręczanych zaproszeń zorientowałem się, że spotkanie może mieć cokolwiek inny charakter niż zapowiadany, skoro zaplanowano w nim: wykład, dyskusję, oraz promocję dwóch książek S.Weissa: "Ziemia i chmury" i "Czas ambasadora". I rzeczywiście miało. Spotkanie było bowiem zasadniczo promocją dwóch w/w książek pana ambasadora okraszonych czołobitnymi hołdami wspomnianych wcześniej organizatorów, plus wystąpieniem - bez mydła - pani Krystyny Piasecznej prowadzącej spotkanie.
Przy okazji tylko usłyszeliśmy coś o Polakach, więcej o Żydach a wszystko w kontekście starej a nie nowej Europy i oczywiście według znanego scenariusza. Dość dokładnie kilka dni temu na stronie "Ojczyzny", scenariusz ten opisał A.S. wiec nie ma sensu się powtarzać. I choć tamten opis dotyczył wcześniejszej, niż opisywane teraz przeze mnie spotkanie, konferencji prasowej ambasadora S.Weissa ( nie byłem na niej), to różnic miedzy tamtym opisem a moimi spostrzeżeniami ze spotkania nie stwierdziłem. Oczywiście jeśli chodzi o wypowiedzi ambasadora.
Chociaż trzeba przyznać, że początek spotkania był bardziej stonowany niż ten opisany przez A.S. z konferencji prasowej. Przyczyniły się do tego zapewne warunki stworzone przez gospodarzy spotkania w teatrze Jaracza. Trudno było gościowi w tej sytuacji zaczynać swój wykład od tradycyjnych oskarżeń o polski antysemityzm, skoro z ust prowadzących spotkanie spływały nań czołobitne wyznania niewysłowionej sympatii, wręcz miłości. Widocznie ci (wojewoda Makowski i przewodniczący Ordynackiej Klimczak to SLD ) chcieli w swoich hołdach przebić nawet samego prezydenta Lodzi J. Kropiwnickiego (rzekomo prawica - ZCHN), który z kolei jako ambasador Łodzi składał hołdy rabinowi w Waszyngtonie.
W każdym razie zaczęło się słodko. Pierwsza podlizała się pani Piaseczna przypominając, że w teatrze Jaracza, miejscu spotkania, już w 1932 roku tolerancyjnie odnoszono się do kultury żydowskiej wystawiając tam sztukę żydowskiego autora Anskiego "Dybuk".
Później wojewoda nie mogąc powstrzymać szczęścia z powodu wizyty ambasadora w Lodzi oświadczył, że gdyby tak 10% przedwojennej populacji łódzkich Żydów wróciło do miasta to ono byłoby dzisiaj wspaniale rozwijającym się grodem.
Wreszcie zakończył W.Klimczak oświadczając, że jest to jednym z większych świąt gościć ambasadora w Łodzi.
Po takim wstępie lekko było ambasadorowi rozpocząć wykład. Opowiadał zatem o rodzinnym Borysławiu, o tym że wtedy nie znał jeszcze języka polskiego, bo w domu mówiło się w jidish (ta nietolerancyjna Polska), o okupacji faszystowskiej przeżytej w skrytce między ścianami, o niemożliwości wybaczenia Niemcom ich zbrodni, o wyjeździe na Ziemie Zachodnie w 1945, następnie do Izraela i wreszcie powrotu do Polski już w roli ambasadora.
Było zatem o wszystkim, tylko nie o Polakach i Żydach w nowej Europie, co zapowiadał przecież tytuł spotkania. Ale to tak na marginesie, bo jak już wcześniej wspomniałem, z zaproszeń wręczanych przy wejściu, wiadomo już było, że ma być handel (sprzedaż książek ambasadora) a nie jakieś tam stosunki nawet jeśli i w nowej Europie.
I tak byłoby już do końca spotkania - politycznie poprawnie, z drobnymi wstawkami o polskim antysemityzmie (Jedwabne, pogrom w Kielcach) - gdyby słodkiego nastroju nie zakłócił swoim "nieodpowiedzialnym" politycznie wystąpieniem dr. Paweł Ziminski.
Bo pan Paweł oprócz odczytania laurek pod adresem pana ambasadora chciał usłyszeć od Niego trochę konkretów. Chciał na przykład wiedzieć, na czym polega wdzięczność. Czy na tym, że za uratowanie życia Żydowi (pan Weiss został uratowany przez Polaków) na ogół dziękuje się zbawcom oskarżeniami o antysemityzm? Chciał wiedzieć, czy to, że Żydzi mieszkali spokojnie przez siedemset lat na ziemiach polskich to był objaw polskiego antysemityzmu? I czy na przykład sto tysięcy Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji to byli antysemici? Również był "nieodpowiedzialnie" ciekawy dlaczego, skoro pan ambasador nigdy nie jest w stanie wybaczyć Niemcom, to dlaczego państwo Izrael, które On oficjalnie reprezentuje, wybaczyło? Czy może dlatego, że chodziło o pieniądze?
Wystąpienie pana Pawła zmroziło atmosferę i zaniepokoiło organizatorów spotkania, szczególnie tych za stołem prezydialnym. Widać było, że chcieli by wypowiedź była jak najkrótsza. Jednakże pan Paweł przyzwyczajony do tego rodzaju potyczek nie kończył i nie dawał sobie przerwać dopóki swojego rzeczowego, logicznego i bardzo spójnego wywodu nie doprowadził do końca.
Niestety była to ostatnia wypowiedz w dyskusji. Zdążył jeszcze tylko pan ambasador rzucić kilka zdań o tym, że nie było sto tysięcy Polaków ratujących Żydów a tylko 712 (tyle jest drzewek w Yad Vashem), o stodole w Jedwabnem, o pogromie w Kielcach, który zmusił do wyjazdu z Polski w 1948 roku 80 tysięcy Żydów, o tym, że nie będzie dyskutował o pieniądzach, bo gdyby zacząć o nich mówić, to należałoby również i o tych, które Polacy są winni Żydom za ich mienie pozostawione na ziemiach polskich (groźba?) ale, że sprawa zostanie załatwiona sprawiedliwie (pocieszenie?). I tym miłym akcentem zakończyło się spotkanie. Oczywiście, kto chciał, mógł jeszcze obejrzeć film o ambasadorze i kupić jego książki.
Dla zachowania prawdy historycznej można jeszcze tylko dodać, że oprócz Pawła Ziminskiego głos zabrało trzech innych dyskutantów. Jeden, jak prawdziwy szkolny prymus, zapytał ambasadora, jak możliwe jest takie przeobrażenie narodu, że kiedyś Żydzi unikali wojska a teraz my Polacy kupujemy od nich rakiety. Usłyszał, ze te rakiety są pokojowe.
Drugi zapytał, czy nie należałoby pomyśleć o odnowieniu domu w którym kiedyś w Łodzi mieszkał Julian Tuwim? Usłyszał, że władze miasta powinny o tym pomyśleć.
I na koniec niżej podpisany też spróbował swoich sił. Zapytałem, czy tylko przejęzyczeniu ambasadora należy przypisać, że okupację nazwał faszystowską a nie niemiecką. Ambasador natychmiast sprostował, że oczywiście chodziło o niemiecką.
Zapytałem dalej, jakie stanowisko zajmuje państwo Izrael w sprawie Centrum, jakie Niemcy zamierzają wybudować w Berlinie i nazwanie go "Centrum Wypędzonych", i czy w razie naszego sprzeciwu skierowanego do rządu niemieckiego możemy liczyć na poparcie Izraela? Usłyszałem, że pan ambasador popiera. Wreszcie zapytałem, na jakie konto można wpłacać pieniądze na budowę planowanego przez prezydenta Łodzi pana Jerzego Kropiwnickiego pomnika 60 lecia likwidacji Getta Łódzkiego? Czy istnieje jakaś izraelska fundacja, stowarzyszenie bądź organizacja. Usłyszałem, że pan ambasador nic o takowych nie wie. Pomysł jest prezydenta miasta, wiec chyba zapłaci za to miasto Łódź. Stać je na to. W Łodzi jest 20% bezrobocie a pomnik ma kosztować przecież tylko około czterech milionów złotych. Pozostając z nadzieją, że za sześćdziesiąt lat może też znajdzie się ktoś, kto zechce dzisiejszym łodzianom postawić pomnik za wypędzenie ich z rodzinnego miasta już na wieczność.
Pozdrawiam
Marek L.
PS. I tak ciągle nie mogę zrozumieć, dlaczego o mnie mówią, że to ja coś wyssałem z mlekiem matki?