Marek Lubiński (Peru)
Argentyna
– parę refleksji na 2002 rok
Rok 2002 będzie niewątpliwie rokiem ważnych zmian i decyzji. Wydarzenia argentyńskie odsłoniły wierzchołek góry lodowej, która ukaże się teraz w całej okazałości. Z tego też powodu należy mieć oczy szeroko otwarte.
Nie ma wątpliwości, ze temat argentyński to wspaniały pretekst, aby zastanowić się nad problemami ekonomii oraz polityki czasów współczesnych. Przecież poczynając od rządów Alfonsina, poprzez Menema, aż do De La Rua, wszyscy ci wyżej wymienieni byli ludźmi globalizmu i neoliberalizmu i z tego też powodu prezentowali się wyborcom argentyńskim jako wielcy reformatorzy. Działania ich i wprowadzane przez nich reformy nie miały oczywiście nic wspólnego z faktycznymi potrzebami i oczekiwaniami narodu argentyńskiego, posiadały jednakże te charakterystyczna cechę, że były ucieleśnieniem idei mędrców z Harvardu i spełnieniem najskrytszych marzeń bankierów z Wall Street. Co konkretnie wiec uczynili w Argentynie owi mężowie stanu? Ano, miedzy innymi, a może przede wszystkim, sprywatyzowali wszystko, co tylko sprywatyzować mogli i zdemokratyzowali wszystko, co się zdemokratyzować dało, oczywiście według globalistycznych wytycznych i takiegoż demokracji pojmowania. No i najważniejsze: cały czas brali kredyty z MFW i Banku Światowego, które to pieniądze miały być zastrzykiem dla ożywienia gospodarki, a w rezultacie posłużyły tylko do powiększenia zadłużenia publicznego, a w końcu do zbiorowych zwolnień pracowniczych i obcinania płac w imię oszczędności, bo trzeba spłacać długi.
Nie jestem ekonomistą, ale stwierdzam jedno, mając przed oczyma Argentynę:
Dzisiejsi politycy w znakomitej większości przypadków nie przekraczają w rozwoju mentalnym dziecka z przedszkola. Z takim bowiem dziecinnym wdziękiem i uporem oświadczają: “Jedyna droga, jaką mamy to: inwestycja = prywatyzacja = wzrost “. Jakże magiczna to triada!!! W tym momencie chciałbym zapytać tych panów – czy Argentyńczycy, Polacy, Meksykanie, Peruwiańczycy, itd, itd, itd, mogą zaakceptować tak wielki idiotyzm? Argentyna sprywatyzowała wszystko i nie poprawiła stanu swej gospodarki, wręcz odwrotnie. Najwyższy czas odłożyć na bok te puste terminy, które narodziły się w chorych umysłach liberalnych doktrynerów, jak np. “wzrost” i zejść na ziemie z piedestałów uniwersyteckich katedr i politycznych salonów. Chodzi po prostu o to, by sprawdzić, czy jest praca dla ludzi i czy zapłata za ową pracę pozwala tym ludziom żyć godnie i normalnie. I jeśli tak się nie dzieje, (a wiemy, że dzieje się zupełnie odwrotnie), to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy gospodarcze statystyki wykazują ów magiczny “wzrost”.
Do dnia dzisiejszego jedynym widocznym efektem polityki i ekonomii aplikowanej światu przez globalistów z MFW, to wzrost, ale biedy, przemocy i wszelkiego rodzaju nieszczęść. To efekt rządów wykształconej po harvardach i ubranej w eleganckie garnitury “ajatollahów” technokratycznej kasty. Ci bezdennie głupi i ignoranccy akolici liberalizmu pozostają głusi zarówno na rzeczywistość, jak i na koherentne krytyki pod swoim adresem. Krytyki, które bardzo jasno demonstrują przepaść pomiędzy ich magicznymi formułkami na wzrost, a realnym poziomem życia całych nacji.
Jeśli w naszym kraju, (mówię o Peru), jeszcze do tej pory nie nastąpił scenariusz argentyński, to dlatego tylko, że poziom naszej biedy już od dawna jest tak wielki, że ludzie zdążyli się do niego przyzwyczaić i wytworzyli mechanizmy chroniące przed śmiercią głodową, tutaj bowiem klasa średnia już nie istnieje od dobrych dziesięciu lat, jako jeden z efektów realizacji neoliberalnego raju.
Czy w takim razie taki niesprawiedliwy system globalny ma jakiekolwiek szanse na przeżycie? Pozwolę sobie zaprognozować, że na całe szczęście nie. W taki razie nadchodzący rok 2002 będzie początkiem jego upadku.
Czego wszystkim i sobie życzę.
Marek Lubiński, Lima, Peru. 30.12.2001.