Zbigniew Łabędzki

 

Warchoły i "przywódcy ludu"

 

 

 

A więc padło wreszcie to słowo: WARCHOŁY!

 

Czekaliśmy na nie od jakiegoś czasu, bo sytuacja coraz bardziej przypomina tę z lat 80-tych i wcześniejszych. Znów przy władzy mamy tych samych "przywódców ludu", a z drugiej strony - niezadowolonych, nie wiadomo dlaczego - warchołów. Nowe przepisy o stanie wyjątkowym i wojennym przygotowane dzięki Prezydentowi Wszystkich Polaków - Kwaśniewskiemu - nawet bardziej drakońskie i dalej idące jak te w 1981. Oficjalne związki zawodowe, niestety włączając w to "Solidarność" odwalają skrupulatnie rolę tamtych, PZPR-owskich. Robią to jeszcze bardziej podle jak tamci, bo nie tylko zdradzili polskich robotników, zdradzili również Polskę - opłacani przez Unię Europejską i mający w swoich szeregach zdrajców i sprzedawczyków naszej Ojczyzny. Trudno dzisiaj oczywiście nazwać protestujących związkowców "agentami Zachodu", skoro tymi prawdziwymi stali się członkowie rządu Millera, ale "przeciwnik demokracji i wolnego rynku" wystarczy. Wielu daje się na to nabierać. Tak jakby w Polsce rzeczywiście istniała owa "demokracja" i ów "wolny rynek".

 

Media - pełne zdjęć pana prezesa Walusia - symbolu nowych wspaniałych czasów wolnego rynku, bez najmniejszego powodu szarpanego przez "tych warchołów". Zdjęcia mają wzbudzić współczucie dla bohaterskiego prezesa, dzielnie walczącego z "trudnościami obiektywnymi", oraz potępienie "niewychowanych roboli". Media pełne są tego potępienia, oraz typowych haseł i słów, które tak dobrze pamiętamy z lat 80-tych.

 

Lincz!!! Tak wrzasnął nowy Minister "Sprawiedliwości" Grzegorz Kurczuk zapominając, że wypadałoby najpierw sprawdzić, o czym się wrzeszczy. I wysłuchać obu stron. Lincz, panie naczelny prokuratorze, to publiczne zabicie człowieka przez rozszalały tłum. Nic takiego nie miało miejsca w skromnym biurze prezesa Walusia. Jeśli chce pan coś wiedzieć o linczach, proszę zapytać tych, którzy byli katowani na ulicach podczas stanu wojennego przez rozszalałe bojówki ZOMO!

 

Jak widać, wszyscy bronią swojego człowieka. Oczywiście! Bo broniąc Walusia - bronią siebie. Bo są z tej samej gliny. Z tej samej kasty. Z tej samej mafii. Nikogo nie obchodzi ta druga strona.  Z wielu wypowiedzi wyłazi pogarda - robole, krzykliwi i niewychowani!. Że nie dostali od pół roku pieniędzy za pracę? No cóż - jest wolny rynek i demokracja. Że nie mają co jeść? No cóż, jest demokracja i wolny rynek. Każdy dba o siebie. Co nie zabronione, jest dozwolone.

 

Oczywiście, żadna reżimowa prasa i telewizja nie zamieści serii zdjęć pokazujących sytuację tych "niewolników". Żadne media nie podejmą akcji, aby wzbudzić współczucie dla tych, którzy ciężko pracując, za nic, nie mają czym nakarmić swojej rodziny. Współczucie należy się Walusiowi. Biednemu, pobitemu przez "związkowych osiłków".

 

Nie tylko w Polsce, istnieje w "swoich" kołach gospodarczych swoista moda. Od lat. Wyciska się z przedsiębiorstwa wszystko, co można. Płacąc sobie nawzajem  nadmiernie wysokie płace, ogromne premie, tłuste opłaty za "konsultacje". Taka firma MUSI w końcu upaść. A więc upada. Ci, co do tego doprowadzili, są niewinni (winien "wolny rynek"). Zakładają następną firmę, albo, co śmieszniej, pozostają w tej samej - i cykl wyciskania zaczyna się od nowa. Każdego grosza. Najłatwiej, dzięki "planowanemu bezrobociu", z szarych pracowników. Bo ci, ze strachu przed utratą pracy, są od dawna zwykłymi niewolnikami. Odbiera się im wszystko, co można, "bo przecież, wicie, trzeba zrestrukturyzować, wicie, firma przynosi straty, wicie, więc albo obniżymy wam płace o 40 procent, i zatrudnimy na umowę (a więc bez żadnych praw pracowniczych!), albo stracicie pracę, a w dodatku nie zapłacimy wam za ostatnie pół roku!  I tak to idzie. Czy myślisz, Czytelniku, że to tylko tak w niektórych firmach? Nie. To bardziej reguła niż wyjątek.

 

Oto wyjątek z listu pracownika hipermarketu:

 

"Problem polega na tym, że prawo pracy jest bardzo śliskie. Jeśli podejmujemy pracę na "pełny etat" jest to równoważne z tym, że jeśli nie wykonamy zadanej nam pracy w określanym czasie musimy ją dokończyć. Uwierzcie mi, w hipermarketach naprawdę jest co robić .. mało tego, jeśli podejdę do swojego "sektorowego" i powiem mu że: "sorry czas minął idę do domu .. " - odpowie mi : "niestety musisz dopilnować pracowników bo obroty maleją" - dochodzi do tego (przykładowo) że przychodzę na 6:30 do pracy o 17:30 mówię że wychodzę a gość pyta mnie o której przyszedłem, po czym wyciąga rękę z kieszeni i liczy godziny.. i pytanie:  już idziesz? nie za szybko? ... Drugi problem leży w tym, że pewnie osób takich jak ja znalazłaby się garstka, które by w jakikolwiek sposób przyczyniły się do polepszenia naszej sytuacji. Większość woli iść na L-4 i zregenerować się niż stracić pracę. Niestety jeśli ktoś "fiknie" za parę dni dostaje naganę za cokolwiek (za co jest odpowiedzialny), a zawsze coś się znajdzie jeśli pracuje się za 2 osoby, bo człowiek nie jest w stanie dopilnować wszystkiego. Prawdę mówiąc nawet nie możemy udowodnić tego że siedzimy w pracy po tyle godzin bo nie wolno nam odbijać kart na wyjścia. Być może dlatego inspekcje kontrolujące mają takie problemy ze znalezieniem dowodów. I tak to tkwi w miejscu ... Napisałem kiedyś do inspekcji pracy. Odpisali mi że jak zbiorę dowody to mam się odezwać. Jakie dowody? Skąd ja mam je wziąść skoro nie wolno mi nawet podbić karty? - pomyślałem. Ale zaryzykowałem i przez tydzień zacząłem podbijać się na wyjścia. Co z tego? Nic! I tak nic mi to nie da. Bo oni rozpatrują tylko problemy indywidualne i wnioski o odszkodowania. Muszę wnieść sprawę o wypłacenie nadgodzin itd .. a mnie nie o to chodzi. Chodzi mi o to, żebyśmy mieli normalną pracę - mogli mieć rodziny i żyć, a nie wegetować w pracy po ileśtam godzin i nie mieć siły na spędzanie czasu z bliskimi."

 

Hipermarket oczywiście wykazuje straty, i nie płaci podatków. Kto zawiadomi o takich przypadkach policję, prokuratorów, dziennikarzy? A gdyby nawet, to czy zjadą się do hipermarketu "siły specjalne" policji, zmotoryzowane oddziały prewencyjne min. Janika, kilkunastu prokuratorów na rozkaz ministra sprawiedliwości??? Prasa i telewizja? Czy jakiś polityk walnie mowę w Sejmie? Czy Clinton zastąpi Wałęsę w "Wenezueli na wykładzie dość dużym" aby ten zainteresował się losami pracowników, którzy go kiedyś wynieśli na piedestał? Nie!

 

Chyba, że jakiś doprowadzony do ostateczności, sponiewierany człowiek straci cierpliwość, i złapie takiego "sektorowego" za krawat, i szarpnie łajdaka, aby ten uprzytomnił sobie wreszcie, CO ROBI?!  O, wtedy zacznie się sprawa. Rozpiszą się o "warchołach". Zrobią wywiad z Wałęsą. Posłowie Platformy z oburzonymi minami będą załatwiać swoje brudne interesiki na tej tragedii. Posłowie z Unii Pracy (tak, PRACY!) dostaną drgawek z oburzenia. A z każdego, kto będzie brał w obronę doprowadzonego do ostateczności pracownika zrobią "komunistę" (bo broni prostego człowieka, a nie wolnego rynku), wroga "demokracji" i w ogóle to wstecznika, rasistę, ksenofoba, i co tam jeszcze w tym liberalnym słowniku zaklęć można znaleźć.

 

I tak to wygląda. Najbardziej tragiczne jest to, że większość z nas myśli, że to wszystko dzieje się gdzieś daleko, i absolutnie, ale to absolutnie nie dotyczy nas. Dotyczy! I jest pewne jak w najlepszym niemieckim banku, że prędzej czy później, to my znajdziemy się w takiej sytuacji. I wtedy rozpaczliwie zaczniemy się oglądać za poparciem. Czy je dostaniemy? To zależy od tego, czy my dzisiaj poprzemy tych, co dzisiaj tego poparcia potrzebują.

 

Stoimy na rozdrożu. Od tego, w jaką stronę pójdą nasze sprawy, zależy nasza przyszłość, naszych rodzin, bliskich, znajomych, rodaków. To - w jaką stronę pójdą nasze sprawy - zależy TYLKO OD NAS. Od każdego z nas. Każdego.

 

Chodziło po Polsce powiedzonko, że Polak dopiero wtedy zabiera się za robotę i zaczyna myśleć, jak dostanie porządnego kopniaka poniżej pleców. Czy wystarczy nam już tych kopniaków w ostatnich 20 latach, czy czekamy na większe?

 

W latach 80-tych udało się nam wszystkim zorganizować, zabrakło jednak wiedzy, sił i odwagi na dokończenie zmian. Dziś, bogatsi w tamte doświadczenia, powinniśmy być mądrzejsi. Komuniści zmądrzeli i wyciągnęli swoje wnioski. A my?

 

 

Wszystkim pracownikom polskich zakładów pracy, fabryk, firm, spółek, życzę spokoju i zadowolenia. Stoczniowcom szczecińskim - również. Wy już wiecie, że ten spokój i zadowolenie trzeba sobie samemu wywalczyć. Nikt, a już na pewno nie Niemcy i Unia Europejska, nam tego nie da. Trzeba nam dzisiaj znów odwagi i solidarności. Tej zwykłej, nie tej sprzedanej, Krzaklewskiego.

 

 

 

Zbigniew Łabędzki

9 sierpnia, 2002