Zbigniew Łabędzki

 

Rzeczywistość kontra pobożne życzenia

czyli

O Wejściu Do Europy

 

 

          Czytałem z rosnącym zdumieniem artykuł ks. dr Ireneusza Skubisia "NIEDZIELA o zjednoczonej Europie" w ostatnim numerze tygodnika. Uważam Niedzielę za najlepszy tygodnik katolicki, zawsze z niecierpliwością czekam na nowy numer. Niestety, tym razem wspomniany powyżej artykuł wywołał u mnie mieszane uczucia.

 

Rozumiem, że Niedziela tłumaczy się z  zarzutów euroentuzjastów, skoro ks. Skubiś pisze: "Wobec pojawiających się tu i ówdzie zarzutów, że Niedziela jest przeciwna przystąpieniu Polski do Unii, chciałbym wyrazić nasze stanowisko w tej sprawie."

 

I dalej Ks. dr Skubiś pisze w stylu: "Jesteśmy również za zjednoczoną Europą, ale..." dając doskonały zresztą historyczny przegląd prób zjednoczenia Europy "już od starożytnych Rzymian". I właściwie byłbym całym sercem za tym, co pisze ks. Skubiś o tym, "że zjednoczenie (Europy) to wielka kultura, która powinna być mocno brana pod uwagę, to religia, historia... ", i podpiszę się na pewno pod zakończeniem artykułu: 

 

"Bardzo ważne jest, żebyśmy wchodzili do Europy nie tylko patrząc w książeczki czekowe, ale żebyśmy wchodzili mądrze i z Ewangelią przed oczyma. Europa musi mieć duszę, by żyła po ludzku."

 

I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że wielu z nas - obserwatorów działań organizacji zwanej Unią Europejską i zarazem uważnych słuchaczy wypowiedzi niektórych przedstawicieli Kościoła Katolickiego - odczuwa, że mówimy dwoma różnymi językami. Lub, że mówimy o dwóch zupełnie różnych Uniach Europejskich. Tu zastrzeżenie: jako katolik bez żadnych "ale" piszę to z bólem serca. Niełatwo jest, mając zakodowaną w sercu bezwzględną lojalność do Kościoła Katolickiego, wyrażać się krytycznie o wypowiedziach Jego przedstawicieli. Ale dłużej milczeć nie mogę. Bowiem stawką jest być albo nie być mojej Ojczyzny.

 

Wyobrażenie, jakie ma wiele osób o UE, a rzeczywistość, to często dwie różne rzeczy. Ksiądz doktor Skubiś wspaniale opisuje ideał takiej zunifikowanej Europy. Podaje wypowiedzi sławnych polityków. Czerpie nawet z propagandy proeuropejskiej: "I my - redakcja Niedzieli - uważamy, że nie wolno uciekać od problematyki zjednoczenia, i to z bardzo logicznego powodu: tam, gdzie nas nie ma, nie będziemy mieli prawa głosu"

 

Odrzućmy na chwilę propagandę i hasła. Odrzućmy utopijne myślenie "o pokojowym zjednoczeniu ludów Europy", bowiem jak dotąd, wszystkie próby zjednoczenia Europy wcale nie były pokojowe. Popatrzmy trzeźwo, czym jest naprawdę Unia Europejska i do czego nas ona prowadzi.

 

Obraz Unii dzisiaj, a przede wszystkim jej kształtu ostatecznego, jest dostępny dla każdego, kto chce go poznać. Zawierają go układy zjednoczeniowe, szczególnie Układ z Maastricht, oraz częste i wbrew temu, czego się można było spodziewać - dość szczere wypowiedzi unijnych notabli. Odrzucając całą otoczkę propagandy i pobożnych życzeń, ostateczny obraz Unii Europejskiej jest prosty. Jednolite państwo europejskie, z dużą dozą liberalizmu i socjalizmu, z ogromną biurokracją, zdominowane przez interesy dwóch największych dzisiejszych państw - Niemiec i Francji. Wszystkie nowe kraje, które chcą wejść do UE, będą musiały przyjąć w całości zasady i przepisy UE. A to znaczy, że w momencie wejścia będą musiały pozbyć się praktycznie WSZYSTKICH atrybutów niezawisłego państwa. Obecne "negocjacje" dotyczą TYLKO okresów przejściowych, nie ostatecznego losu wchodzącego do UE państwa. Zostanie ono po prostu wchłonięte w jeden organizm.

 

Cała konstrukcja tegoż organizmu, teraźniejsza jak i ostateczna, nie zawiera niczego z "pobożnych życzeń", o których tak usilnie chcą dyskutować nasi, mający wciąż nadzieję, utopiści. Co gorsza - nie ma w konstrukcji Unii żadnych mechanizmów, pozwalających jej zmienić się na lepsze w przyszłości, nie ma tam również mechanizmów pozwalających wyartykułować skutecznie "nasz głos", jest natomiast wiele mechanizmów działających w drugą stronę - nie dopuszczających ŻADNYCH głosów nie pasujących urzędnikom unijnym.

 

Ostrzegałem, jak wołający na puszczy, przed wyborami parlamentarnymi w Polsce, że jeśli dopuścimy komunistów do bezwzględnej większości w Parlamencie - wykorzystają ową większość do bezwzględnego umocnienia swej władzy na jak najdłuższy czas. Dokładnie to samo robi Unia Europejska. Koła liberalne zarządzające Unią krok po kroku zmieniają przepisy unijne na takie, które w przyszłości nie pozwolą ruszyć tej frakcji z bardzo miękkich foteli w coraz większym i wygodniejszym pałacu brukselskim.

 

Istnieje w polskich środowiskach katolickich dość duża grupa ludzi, którzy powiadają: "no dobrze, jak już musimy tam wejść to wchodźmy, ale wykorzystajmy naszą tam obecność na przekonanie innych o potrzebie uwzględnienia również innych, bardziej uniwersalnych wartości." Tego ducha wyczuwam również w powyższym artykule. Problem w tym, że jest to tzw. "wishfull thinking". Unia Europejska dość skutecznie i na każdym polu zabezpiecza się przed takimi wpływami w przyszłości. Proszę tylko sprawdzić, czego się uczy dzieci w szkołach tam, gdzie zwolennicy UE mają przewagę - czyli w praktyce - w olbrzymiej większości szkół. To umiejętnie hodowany narybek przyszłych unijnych urzędników.

 

A co na dzisiaj? Olbrzymie fundusze rzucane wszędzie tam, gdzie ktoś jest gotów za godziwą zapłatę w nowych srebrnikach, zwanych teraz euro, powiedzieć i napisać nawet najgorsze kłamstwo, najczarniejszą propagandę. Proszę tylko, jako malutki przykład, prześledzić wspaniałe i bardzo rzeczowe wypowiedzi polityków LPR w Sejmie, w dniu 10 stycznia br. i argumenty, jakie wytoczyła strona przeciwna. Oto jest obraz bardzo podobny do tego, jakie będą "dyskusje" w przyszłej Unii Europejskiej. Będzie zresztą prawdopodobnie jeszcze gorzej, jako że od dłuższego czasu trwają w UE usiłowania stworzenia przepisów czyniących krytykę Unii przestępstwem.

 

Argumentów przeciwko wstępowaniu do UE jest zresztą wiele, w odróżnieniu od argumentów "za", których po prawdzie nie ma wcale, jeśli za argumenty nie będziemy uważać propagandy w rodzaju "musimy, i już", lub "jeśli nie Unia, to co", czy najbardziej antypolski z antypolskich - "Polska sama nie da sobie rady". Jedno jest pewne. Polska nie da sobie rady w Unii. Po pierwsze dlatego, że jest od ponad dziesięciu lat systematycznie wyniszczana tak, że za kilka lat nie będzie ŻADNYM partnerem w jakichkolwiek "rozmowach" gospodarczych czy politycznych. Po drugie - już dzisiaj widać, że wszyscy "nasi" przyszli przedstawiciele w Unii nie ruszą nawet palcem w obronie naszych interesów, bowiem nie czynią tego już dzisiaj.

 

I wracając do artykułu ks. redaktora Skubisia. Rozumiem szlachetne intencje artykułu, ale prosiłbym, aby wszyscy wyrażający tego rodzaju opinie uczynili wysiłek zrozumienia, jaki społeczny skutek mają podobne artykuły. W przeciętnym wyobrażeniu przeciętnego Polaka, Unia to to, co przedstawiają mu główne, a więc proeuropejskie media. A więc propaganda sukcesu, bogactwa, pracy, szczęścia. I jeśli przeciętny Polak widzi gdzieś w artykule wypowiedź człowieka Kościoła Katolickiego, a więc kogoś, do kogo ma się z zasady całkowite zaufanie, oznajmiającą "Jest oczywiste, że trzeba zaangażować się w sprawę przystąpienia do Unii" lub "Kościół popiera wejście Polski do Unii", to zwykle nie wchodzi już w dalsze szczegóły, które wyjaśniają, że jest pewne "ale". Dla większości - jest to poparcie tego, co podają mu na codzień media. Tym bardziej, że owe media doskonale umieją wyciąć to, co niewygodne i podać na tacy tylko to, co im pasuje.

 

Drogi i czcigodny Księże Redaktorze. Dla dobra naszej Ojczyzny i dla dobra Polaków kochających swój kraj. Rozdzielmy przyszłe dyskusje na temat Unii Europejskiej od dyskusji na temat jednoczenia się krajów Europy. Unia Europejska jest tworem dokładnie określonym. To Unia liberałów, Unia Fisherów, Millerów i Olechowskich. To twór, który wchłonie Polskę. Unia, której nie zmienimy. Unia, która się w końcu z hukiem rozpadnie, oby z jak najmniejszymi szkodami dla jej zwykłych szarych obywateli, ponieważ nie jest budowana na podstawach dobra i wiary. Do takiej Unii nie wolno nam wchodzić. I do takiej Unii nie wolno nam zachęcać nieświadomych niebezpieczeństw Polaków.

 

I raczej użyjmy w odpowiedzi na zarzuty, że ktoś nie jest wystarczająco "prounijny" słowa Cambronne'a, co zostanie jednoznacznie zrozumiane, lub poddajmy się i powiedzmy wprost: Jestem za Unią Europejską. Taką, jaka ona naprawdę jest. Bez żadnych "ale".

 

Szczęść Boże.

 

 

Zbigniew Łabędzki

Portal Ojczyzna.pl