Zbigniew Łabędzki
POLEMIKI z proeuropejskimi sekciarzami (1)
Tygodnik Solidarność, rzekomo będący pismem reprezentującym związek zawodowy Solidarność spłaca dług Unii Europejskiej publikując poniższą propagandę. Rozumiem potrzebę ukazywania w dyskusjach wielu punktów widzenia, wielu opinii, ale poniższe nie ma nic wspólnego ani z punktem widzenia, ani z opinią. Jest to zwykła propaganda, w najgorszym zresztą, socjalistycznym stylu. Członkowie związku Zawodowego "Solidarność" powinni się w końcu zainteresować, co jest w ich imieniu robione. Byłem jednym z założycieli związku, i zaręczam, że nie o taki związek, i nie o taką prasę związkową walczyliśmy.
Wywiad jest z dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską z Kolegium Nauk Społecznych i Administracji (co bardzo się kojarzy z dawnym WUML-em - Wieczorowym Uniwersytetem Marksizmu Leninizmu). Kolegium, jak łatwo sprawdzić, nie ma dużo wspólnego z ekonomią i gospodarką, za to wszystko z wstawieniem w mózgi studentów idei "europejskich". (Z opisu szkoły: Czy szkoła organizuje i umożliwia studentom odbywanie staży?: TAK. Charakterystyka: SOKRATES, ERASMUS )
***
Z dr BARBARĄ FEDYSZAK-RADZIEJOWSKĄ, adiunktem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, nauczycielem akademickim Kolegium Nauk Społecznych i Administracji Politechniki Warszawskiej, rozmawia MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA
- Czy propozycje Güntera Verheugena, komisarza ds. poszerzenia Unii Europejskiej złożone polskiemu rządowi - m.in. 10-letni okres przejściowy do momentu otrzymania pełnych dopłat i deklaracja przyznania naszym rolnikom 20 mld euro pomocy w pierwszych 3 latach po przystąpieniu Polski do wspólnoty - powinniśmy odbierać jako upokarzające?
- Słowo upokarzające jest tu absolutnie nie na miejscu. (Pani adiunkt wierzy niewątpliwie w szlachetne intencje Unii Europejskiej, ale każdy, kto czytał ostatnie wypowiedzi komisarzy, nawet ci, co na kolanach pukają do wrót UE, poczuli się upokorzeni). Możemy się jedynie zastanawiać - czy propozycja KE jest dobra merytorycznie? W moim przekonaniu jej największą zaletą jest to, że nareszcie stanowisko UE w kwestii włączenia naszego rolnictwa w obszar wspólnej polityki rolnej UE zostało jasno sformułowane. (Merytoryka a zalety, to dwie różne rzeczy, pani adiunkt. Nie znalazła Pani żadnej merytoryki w wypowiedziach, i słusznie, nie ma jej tam, to szuka pani zalet. Niestety, i tu kulą w płot. Przecież każdy widzi, że w dalszym ciągu żadnych jasnych sformułowań, w żadnej zresztą kwestii polityki UE, po prostu nie ma) Trzy lata temu, kiedy pierwsi polscy ekonomiści opracowali ekspertyzy, opierały się one wyłącznie na przybliżonych, bliżej nie określanych danych. Było można wówczas mówić o swoistej prowizorce. (I ta prowizorka, jak pani adiunkt powinna wiedzieć, istnieje do dzisiaj) Ale bynajmniej nie było tak, jak sugerował Günter Verheugen, że w tamtych ekspertyzach wmawialiśmy, czy obiecywaliśmy naszym rolnikom jakieś nadzwyczajne przywileje czy nadmiernie korzystne propozycje. Tak po prostu nie było. (Ależ cała wasza propaganda od początku opiera się właśnie na obietnicach nadzwyczajnych korzyści jakie spłyną na nas po wejściu do UE. Jakżesz inaczej można było sprzedać całą tę ideę dużej części polskiego społeczeństwa, i co gorsza, nawet naszym posłom nie mając, jak pani sama przyznała żadnych konkretnych informacji?) Drugą zaletą stanowiska sformułowanego w ubiegłym tygodniu jest też to, że po raz pierwszy rzeczywiście przyznano nam coś, czego się domagaliśmy, co uważaliśmy za naturalne - prawo do dopłat bezpośrednich. (Po pierwsze, nic nam jeszcze nie przyznano, pani adiunkt, a więc uprawia pani znów tę propagandę, której się pani tak wyrzekała, i za którą dostaliście opeer od Güntera, po drugie znów się pani wszystko pokręciło - jak mogliście się wcześniej domagać czegoś, co wypłynęło dopiero, jak sama pani powiada, dopiero w ubiegłym tygodniu?)
Dziennikarze bardzo często popełniają błąd i tym samym innych wprowadzają w błąd, mówiąc, że dopłaty bezpośrednie tj. pomoc dla rolników. (Dziennikarze, pani adiunkt, starają się interpretować to, co słyszą od was - rzekomych specjalistów. I powielają jedynie wasze błędy - czy, niestety, wasze zwyczajne kłamstwa.). Otóż nie. System dopłat jest mechanizmem ekonomicznym, który wyrównuje napięcie, jakie powstaje między niskimi cenami żywności, na których zależy klientom, a malejącymi dochodami rolników, bowiem rzeczywiście produkcja rolnicza stała się coraz mniej opłacalna. Słowem, dopłaty są wyrównywaniem napięcia między tym, co chce płacić konsument, a tym, co potrzebuje dzisiaj rolnik, żeby nadal produkować żywność. Bo zasady wspólnej polityki rolnej mówią: jednolity rynek, solidarność finansowa i preferencje dla własnych producentów żywności. (Kręci pani, jak Pinokio, proszę uważać na swój nos. Dopłaty są mechanizmem wykańczania konkurencji zewnętrznej, co polskie rolnictwo odczuwa na własnej skórze od kilku lat. Niestety, w dłuższym okresie czasu dopłaty wykańczają również i własne rolnictwo, co pani adiunkt powinna wiedzieć.) Dziennikarze zapominają, a politycy też niechętnie mówią o tym, że dopłaty bezpośrednie są jednocześnie częścią bardziej skomplikowanego mechanizmu tworzącego wspólną politykę rolną. A polega ona na tym, że pula środków przeznaczona na dopłaty jest uzależniona od tzw. kwot czy limitów produkcyjnych. I właśnie o te ostatnie jest sens walczyć i upierać się, by były one dla Polski jak największe. Bo wiadomo, im większe limity produkcyjne, tym więcej będą produkować polscy rolnicy i tym więcej unijnych pieniędzy trafi, po przystąpieniu Polski do UE, do kieszeni indywidualnych gospodarzy. (To znowu wasza typowa propaganda sukcesu, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Limity, jeśli wejdziemy do Unii, będą nam narzucane. I jak pani myśli, pani adiunkt, czy mamy wśród naszych polityków takich, którzy o te limity będą walczyć? Jak na razie, pozwolili oni kompletnie wykończyć polską gospodarkę. Właśnie wykańczają polskie rolnictwo. A teraz byłaby jeszcze jakaś szansa o coś walczyć. Jeśli zatem oddajecie walkowerem Polskę już teraz, nie będąc jeszcze w UE, to co będzie po "wejściu"?) W tym kontekście kwestię wysuniętą przez media jako pierwszoplanową, czyli 10-letni okres przejściowy na "dojście" do pełnych dopłat bezpośrednich, uważam za mniej istotną. (Powtarzam, to nie pomysł mediów, a polityków, który podobno korzystają z pani "ekspertyz").
- O pewnej niesprawiedliwości można jedynie mówić w kontekście nierównego traktowania polskich i unijnych rolników przez włodarzy UE. Bo dlaczego polscy rolnicy mieliby otrzymać dopłaty bezpośrednie od pierwszego roku członkostwa planowanego na 2004 r. tylko w wysokości 24 proc. tego, co dostaną zachodni farmerzy. W kolejnych latach te środki wzrosłyby - w 2005 - do 30 proc., w 2006 - 35 proc. Czesi też są rozczarowani stanowiskiem UE i odrzucili propozycje KE. (Ta "pewna niesprawiedliwość" to właśnie przykład, jak media starają się wam pomóc w stwarzaniu waszej fantazji. Ale "włodarze UE" - to wspaniałe!)
- Dobrze, że do naszego sprzeciwu dołączyły protesty innych krajów kandydackich. Proszę nie zapominać, że największy areał produkcji i rolnictwo obarczone bodaj najpoważniejszymi problemami - wprowadzamy do UE my. (Wasz sprzeciw, pani adiunkt, jest zwykłą taktyczną zagrywką, skierowaną do coraz bardziej zmniejszającej się grupy euroentuzjastów. Żeby pokazać, jacy to z was odważni bohaterowie. Zgodzicie się na dodatkowy ochłap, i zrobicie z tego znów medialne zwycięstwo.)
Co nas niejako upoważnia do dalszego negocjowania stanowiska KE, w kierunku jego urealnienia, przystosowania do naszych potrzeb. (Proszę zapomnieć o jakichkolwiek negocjacjach. Nigdy ich nie było, i nie będzie. Obecna "ruchawka" ma jedynie znaczenie propagandowe, nic nie zmieniając w sytuacji Polski. Słyszała zresztą pani, co wasi "włodarze", powiedzieli: "take it or leave it") Bo przy niskich kwotach, zaniżonych dopłatach i 10-letnim okresie przejściowym, polskie rolnictwo nie tylko będzie się zbyt wolno restrukturyzować, ale zostanie też bardzo mocno ograniczone w tzw. mocach produkcyjnych i konkurencyjności. Obawiam się, że w kontekście zablokowania odpływu ludzi z rolnictwa do innych zajęć przynoszących dochody (jakich, pani adiunkt? Podpowiem, że bezrobocie w Polsce sięga 20%), już dzisiaj przy dużym bezrobociu na obszarach wiejskich, mamy bardzo poważne problemy społeczno-ekonomiczne tak na wsi, jak i w samym rolnictwie (O, jeszcze ich nie macie - na poważnie zacznie się po "wejściu do Unii"). Dlatego propozycje KE uważam za niewystarczające do przeprowadzenia takich zmian, byśmy w niedalekiej przyszłości mieli i dobre rolnictwo, i w miarę zamożną wieś, niekoniecznie tylko rolniczą. I wierzę, że to stanowisko będzie jeszcze negocjowane. (Ano, WIERZĘ, najbardziej nadużywane słowo wśród euroentuzjastów!) Chcę zwrócić uwagę na wyraźną sprzeczność stanowiska KE, gdyż z jednej strony mówi się w nim, iż Unia nie może dać dopłat bezpośrednich wszystkim naszym rolnikom w pełnym wymiarze, bo to opóźni proces przekształceń polskiego rolnictwa, a z drugiej strony upraszcza się system dopłat bezpośrednich, nie dając ich tym, którzy produkują wydajnie i dobrej jakości żywność. Uproszczona formuła przyznaje dopłaty każdemu rolnikowi, który ma przynajmniej 30 arów ziemi, nawet nie ma się zamiaru sprawdzać, czy dany rolnik coś produkuje. Czyli, w gruncie rzeczy, wcale ta propozycja uproszczonych dopłat, nie spełnia tego, co równocześnie jest oficjalnie deklarowane, czyli pomoc w przekształceniu się polskich rolników w producentów rolnych, konkurencyjnych, efektywnych i produkujących zdrową i smaczną żywność. To przecież paradoksalne. (Wreszcie zaczyna pani łapać? No, ale wiara przenosi góry, więc "jakoś to będzie", prawda?)
- Czy zapóźnienie cywilizacyjne naszych rolników - w stosunku do unijnych - jest tak wielkie, że na ich ucywilizowanie potrzeba 10 lat, jak chce Komisja Europejska? (Tu i reporterka też zaczyna pomagać w obrażaniu polskich rolników? Pani Marzanno Stychlerz-Kłócińska - proszę sobie zapamiętać, że zacofanie cywilizacyjne nie znaczy zacofanie techniczne. Cywilizacyjnie, a zatem i moralnie, nasi rolnicy stoją o niebo wyżej, niż rolnicy niemieccy. I jeśli nie wie szanowna pani, co to cywilizacja, to radzę nie używać tego słowa. Podpowiem tylko, że cywilizacja, to nie ilość prezerwatyw na głowę!)
- My nie mamy problemów z ucywilizowaniem polskiego rolnictwa, (podejrzewam, że to raczej odwrotnie idzie, pani adiunkt - polskie rolnictwo może ucywilizować takich jak pani, bowiem w NASZEJ cywilizacji, liczy się przede wszystkim człowiek, a wyście z waszych "badań" człowieka najszybciej wyrzucili, bo wam do rachunków nie pasował), tylko z uruchomieniem procesu odchodzenia rolników z rolnictwa, jako jedynego źródła utrzymania, do innych gałęzi zarobkowania. (Ano właśnie, inżynieria społeczna - uruchomienie procesu sterowania grupami społecznymi, o zgodę zainteresowanych nie pytając, oczywiście. Stalinowska szkoła, pani adiunkt.) Największą bolączką polskiej wsi - tu i teraz - jest jawne i ukryte bezrobocie. Ok. 1 mln rolników nie jest w stanie wyżyć z roli. (i to pewnie ich wina, co? Pani adiunkt nie wie, jakie ceny w skupie zboża, owoców albo żywca im się oferuje? Ile unijnej żywności zalewa rynek? Jak np. masło duńskie czy holenderskie - a nawet czeskie - zalało w pewnym momencie Polskę, podczas gdy polskie masło jełczało ze zgryzoty w magazynach?) Prawdopodobnie UE zdaje sobie sprawę z tej sytuacji, i wiele na to wskazuje, że problem wsi i bezrobocia chce zostawić nam, byśmy sami się z nim uporali, i najchętniej przy niewielkiej pomocy UE. Verheugen ma natomiast rację w jednym, że rzeczywiście wejście polskich rolników do UE jest ogromną szansą dla obszarów wiejskich i dla rolnictwa (Oho, zaczynamy znów walić dogmatami, pani adiunkt? A miała być merytoryka!). Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że z jednej strony Polska dla swojego dobra powinna szybko znaleźć się w strukturach wspólnej polityki rolnej, i z drugiej, że w dłuższej perspektywie ta transakcja przyniesie korzyści obu stronom, czyli polskiej i unijnej. Liczba wspólnych interesów politycznych i gospodarczych, które okażą się korzystne dla obu stron jest spora (jakieś konkrety i merytoryka zamiast propagandy, pani adiunkt?). Dlatego język emocji jest w tym kontekście niepotrzebną próbą wzajemnego antagonizowania partnerów. Rozmawiajmy o interesach językiem merytorycznych argumentów. I warto, aby pamiętali o tym także polscy politycy. (Zacznijmy od siebie, pani adiunkt. Wie pani, jak się czyta takie głosy jak pani powyżej, pełne propagandy i euro-dogmatów, to trudno czasami wytrzymać w spokoju. Bo przecież te sprawy, którymi się tak niefrasobliwie bawicie, dotyczą losów blisko 40 milionów Polaków!)
- Rozważmy wariant B, tzn. obrażamy się na unijnych "krwiopijców", zabieramy swoje szmatki i gałganki, i Unii Europejskiej mówimy w referendum nie?
- Wszystkie emocjonalne sformułowania są tu nie na miejscu, a najbardziej... obrażanie się, gdyż nie mamy na kogo się obrażać. (Pani adiunkt może mówić za siebie, ale każdy, kto ma w sobie trochę honoru i odpowiedzialności za losy swoich bliskich, zaczyna coraz mocniej reagować na te serie waszych głupstw, kłamstw i jak najbardziej obraźliwych dla Polski sformułowań). Zaprezentowane nam stanowisko KE jest początkiem żmudnego procesu negocjacji, ciężkiej, wręcz tytanicznej pracy rzeszy ekspertów, przede wszystkim ekonomistów. (Pani chyba też chce się zaliczyć do "kryminalistów" - albo ma wybiórczą percepcję i słyszy tylko propagandę Verheugena, a nie konkretne wypowiedzi, że to nie jest negocjowalne) Każdy poważny człowiek doskonale zdaje sobie sprawę, że propozycja KE jest li tylko półproduktem, surowcem, który w końcowej fazie ulegnie zmianie. Problem polega na tym, że unijni negocjatorzy chcą nas złapać na haczyk, bo mówią, skrócimy z 10 do 7 czy 6 lat okres dochodzenia do pełnych płatności, a tymczasem jest to sprawa drugorzędna w porównaniu z kwotami i limitami produkcyjnymi. I proponuję na ten haczyk nie dać się złapać. (No, to jest niezwykle błyskotliwa propozycja!)
Jestem prawie pewna, że sami, czyli bez pomocy środków z UE, nie poradzimy sobie z biedą i zapóźnieniem cywilizacyjnym polskiej wsi. (Nie, proszę pani. Pani po prostu nie ma najmniejszego pojęcia o sytuacji polskiej wsi, jak również o sytuacji całej Polski. Biorąc polskie pieniądze i pracując na polskiej uczelni, nikt z was palcem nie ruszył, aby przygotować dokładny plan rozwoju polskiej gospodarki w przypadku całkowitego odrzucenia przez Polskę propozycji unijnych! Rolnicy wprawdzie mogą nadal sprzedawać nam żywność po takich cenach, jak obecnie, czym przyczyniają się i to od wielu lat do duszenia inflacji. Ale to w żaden sposób nie rozwiązuje kwestii zasadniczej, wręcz odwrotnie. Trzeba wiedzieć, że duszenie kosztem rolników inflacji kosztuje nas o wiele więcej, m.in. 2 mln jawnego i ukrytego bezrobocia na wsi. Ok. 40 proc. mieszkańców wsi to ludzie biedni, i - jak to czasami nazywają socjologowie - marginalizowani. Nie są oni aktywnymi konsumentami na rynku, nie kupują samochodów i wielu różnych towarów, dzięki którym istniałaby w Polsce przedsiębiorczość. Idźmy dalej, brak popytu na te czy inne artykuły wiąże się z kolei z upadaniem zakładów pracy i powiększającą się liczbą bezrobotnych. Osobną, nie mniej istotną sprawą jest kwestia dochodowości rolnictwa, które też nie może być ciągle niedoinwestowane, niezdolne do kupowania maszyn, nowoczesnych preparatów, dobrych jakościowo nawozów itd. To się po prostu musi zmienić. (Oczywiście, że musi. Ale za tę poprawę muszą wziąć się SPECJALIŚCI, pani adiunkt, nie karierowicze.)
Jeśli nie wejdziemy do UE, to grozi nam zapaść rolnictwa i skazanie polskich producentów na bycie "obywatelami drugiej kategorii", przynajmniej jeśli chodzi o konkurowanie z farmerami zachodnimi. Chyba że zdarzy się jakiś cudowny, oszałamiający wzrost gospodarczy, na co się jednak w najbliższej i dalszej przyszłości nie zanosi.
(Udowodniła pani wiele razy, że nie ma pani pojęcia, o czym mówi. I to jest niestety pokaz tragicznej polskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której rządzący i stanowiący prawo mają obowiązek sprawdzać, czy każde nowe prawo jest zgodne z przepisami Unii Europejskiej, natomiast NIKT nie sprawdza, czy jest zgodne z interesami Polski!!! Rzeczywistości, w której polscy naukowcy robią dokładnie to samo! Którzy zamiast badać wszelkie możliwe wyjścia, i dostarczać dokładne i prawdziwe ekspertyzy rządzącym Polską, występują publicznie jako tuby propagandowe przedsięwzięcia opartego na dogmatach, kłamstwach i oszustwach!)
I na koniec, co chcę bardzo mocno podkreślić, łudzenie się, mamienie czy opowiadanie bajek polskim rolnikom, że za chwilę zaczniemy eksportować żywność do Rosji - dzięki czemu rolnictwo w Polsce stanie na nogi - jest z premedytacją formułowanym oszustwem. Bo wiadomo, że dzięki subsydiowaniu przez UE eksportu żywności do Rosji, unijna żywność zawsze będzie tańsza. Jakie przesłanki mają więc przemawiać za argumentacją, że Rosjanin będzie kupował naszą droższą i pewnie gorszej jakości żywność, a nie unijną. Moim zdaniem równe zeru. UE subsydiuje swój eksport na takim poziomie, na jakim polski budżet nie będzie w stanie wytrzymać konkurencji przez wiele lat.
(I TA PANI RACZY BYĆ ADIUNKTEM W INSTYTUCIE ROZWOJU WSKI I ROLNICTWA PAN???!!! To nie wie, że nasza żywność jest ekologiczna, w UE o 'uekologicznieniu' produkcji rolnej mówi się coraz częściej, a polska żywność - z natury ekologiczna - jest dla UE największym zagrożeniem? Co to, o targowiskach przy granicy na Odrze nie słyszała i o tym, że kto z Niemców może to po zakupy jeździ do Polski, bo taniej i zdrowiej?
Idea sprzedawania do Rosji oszustwem. Ma pani jakieś naukowe ekspertyzy aby tak twierdzić? Nie. Pisze pani "moim zdaniem". Czy to "pani zdanie" jest oparte na konkretnych badaniach? Jestem pewien, że nie. A więc wykorzystuje pani pozycję naukowca, aby wmawiać społeczeństwu kłamstwa. Może w pani cywilizacji takie postępowanie jest dopuszczalne, w cywilizacji łacińskiej, jaka dominuje w Polsce, jest to zwykłe łajdactwo.
Nikt z przeciwników "integracji" nie opiera się zresztą na takich argumentach. To wasz wynalazek. "Jeżeli nie Unia, to Rosja, to Białoruś". Wypowiadane z ironią, ale nie poparte żadnymi argumentami, jeśli nie liczyć jednego i powszechnego dogmatu - że należy się Unii bać, bo jest silniejsza i wszystko zrobi lepiej. Jako jeden z przeciwników oddawania Polski w ręce unijnych biurokratów powiem pani tak: Jeżeli nie Unia - TO POLSKA! Unia nie jest idealna. Popełnia błędy. Jak każde socjalistyczne i sztuczne przedsięwzięcie, prędzej czy później rozpadnie się, bo nie da się sterować odgórnie tak wielkim organizmem. Historia potwierdza ten fakt. Polska nie musi być wciągana w kłopoty razem z tym sztucznym tworem. To przedłuży agonię molocha, a nas wykończy. Widzimy to od wielu lat. Jak długo jeszcze mamy oddawać nasze wszystkie siły molochowi? Nie stać nas na to. Polska może wykorzystać błędy popełniane przez Unię. Choćby ucząc się na nich. Przypadek "szalonych krów" jest jednym z wielu dowodów, do czego prowadzi polityka biurokratów i inżynierów społecznych.
A kiedy Unia zacznie się rozlatywać, niech pani zgadnie, pani adiunkt, gdzie będą oni kupować żywność?
Tygodnik Solidarność
http://www.tygodniksolidarnosc.pol.pl/2002/ts06/t02.html
Dziękuję za pomoc redaktorom magazynu internetowego Nasza Witryna, Małgorzacie G. i Krzysztofowi Janiewiczowi. Magazyn zawiera kopalnię wiedzy na temat Unii Europejskiej oraz antypolskich działań wewnątrz i na zewnątrz Kraju. Doskonała pomoc dla każdego, kto chce przebić się przez góry propagandowych śmieci.