Ojczyzna.pl     

Zbigniew Łabędzki

  

Wojenki w rodzinie - podsumowanie 

  

  

  

Drodzy Państwo.

  

Braterskie walki w rodzinie, to znaczy w polskiej opcji patriotyczno-narodowej, rozpalone sławnym już wywiadem Romana Giertycha w Gazecie Wyborczej Michnika, przyjęły ostatnio formę, którą można nazwać różnie, ale na pewno nie rzeczową dyskusją.

  

Poszły bowiem w ruch maczugi i bazooki. Żółć wzięła górę nad szlachetnymi szarymi zwojami, które dostaliśmy w prezencie aby je wykorzystywać. No i dobrze. Poznaliśmy się bliżej, wiemy lepiej, z kim warto, a z kim nie. Takie wojenki często pomagają odkryć, nieraz skrzętnie ukrywane, gorsze cechy charakteru co bardziej wojowniczych braci (?). Korzystamy często z tego w życiu politycznym i społecznym, choć byłoby lepiej, gdybyśmy oceniali w ten sposób naszych przeciwników,  nie sami siebie. Bo takie zachowanie jakby nieco zbliżało nas do naszych oponentów. No, ale nikt nie jest ideałem!

  

Gorzej, że często zapominamy w ogniu walki o naszym głównym celu - Polsce.  Ale tego trzeba się uczyć. To samo nie przychodzi.

  

Największymi patriotami jakich osobiście poznałem, są żołnierze z II wojny. To jasne. Po pierwsze - składali przysięgę na Krzyżu, że będą za Polskę walczyć. Zgodzili się na to, że jeśli nawalą, czeka ich surowa kara. A po drugie, przeżyli wojnę - przeżyli tyle okropności, widzieli tyle śmierci.

Z drugiej strony - dokonywali tylu nadludzkich czynów, tak dokładnie poznali, co to znaczy lojalność wobec innych, co to jest całkowite oddanie się swoim kolegom, jak za każdą cenę wykonać to, czego się od nich oczekuje - że w większości z Nich polska dusza zajaśniała naprawdziwszym i najczystszym blaskiem.

  

Nam, urodzonym po wojnie, brak tych doświadczeń. Zresztą, trudno ich sobie życzyć. Ale ten skarb prawdziwego patriotyzmu, jakiego uczymy się od tamtych żołnierzy, jest wart przejęcia, choćby tylko w drobnej części, na ile jesteśmy w stanie to zrobić. Więcej, to powinno być obowiązkiem każdego, kto zdecydował, że Polska jest tego warta. I jeśli przyjmiemy takie podejście, to wszystkie mniejsze sprawy i kłopoty będą wewnątrz nas podporządkowane temu najwyższemu celowi - służeniu Polsce.

  

Nie piszę tego "z zadęciem", nie jest to "hurrapatriotyzm". Wręcz przeciwnie - miłość Ojczyzny wraz z wiarą w Boga otwierają nam prostą i łatwo zrozumiałą drogę którą warto iść. Nie kierują nami miliony przepisów, zakazów, nakazów. Mamy w sobie Dekalog, prawo naturalne zwane sumieniem, czujemy lojalność do naszych współbraci. Na to stać każdego - od najbardziej wykształconego profesora, po skromnego robotnika czy chłopa. Te kilka zasad doskonale nas zrównuje. Bo mamy jeden cel.

  

Dlatego też te parę prostych i zrozumiałych zasad, tak skutecznych w tworzeniu silnego i zwartego narodu, jest zwalczanych przez naszych przeciwników wykorzystujących do tego każde możliwe środki. Tego nasi przeciwnicy boją się najbardziej. Bo wiedzą, że dopóki twardo stoimy przy naszych zasadach, jeśli trzymamy się tych trzech wartości - Bóg, Honor, Ojczyzna - nie można nas zniszczyć. Takie to jest proste!

  

I wszędzie tam, gdzie przegrywamy - jest to nasza wina - bo zrezygnowaliśmy z którejś z zasad. Otworzyliśmy naszym przeciwnikom, używając terminologii komputerowej - "backdoor" - ukryte wejście do naszego wnętrza. Pycha, chciwość, głupota - to są nasze wady doskonale przydatne naszym przeciwnikom. Doskonale umieją je wykorzystać. Gdyby nie te wady, bylibyśmy całkowicie odporni na najbardziej zmasowaną propagandę. Na przekupstwo. Na przekręty. Na łgarstwa.

  

Trochę ten wstęp długawy, pora przejść do problemów bardziej praktycznych.

  

Od pierwszych dni narodzin "Solidarności" coraz większy kłopot sprawiała nam obecność agentów SB w naszych organizacjach terenowych "S". Problem ten z czasem coraz bardziej przeradzał się w rodzaj paniki i paranoi. Widzieliśmy agentów w każdym, który nam się nie podobał, który nie odezwał się tak, jak tego oczekiwaliśmy, który niezbyt usłużnie wyraził się o naszych przywódcach.. Trochę podobnie, jak to widać w naszych patriotycznych organizacjach dzisiaj. Nie muszę chyba dodawać, że esbecy rżeli ze śmiechu po kątach słysząc te nasze wzajemne oskarżenia!

  

Wtedy, stojąc w naszej organizacji przed perspektywą totalnej wojny rzekomych esbeków z rzekomymi esbekami, spróbowaliśmy w małym zespole znaleźć jakąś metodę rozwikłania tego bardzo dokuczliwego problemu. Podeszliśmy do tego naukowo - statystycznie. Stworzyliśmy listę około 100 zjawisk, zachowań, cech charakteru, itp., które określiłyby jak najdokładniej prawdopodobieństwo, że ktoś jest, a ktoś nie jest agentem.

  

Na liście główne miejsce znalazły nieco rozbudowane zjawiska, o których pisałem powyżej. Pycha, chciwość, głupota.

  

Eksperyment okazał się sukcesem. Wykazał dość dokładnie agentów w naszej organizacji (przyznali się w poufnych rozmowach do podpisania współpracy), ale co najważniejsze - OCZYŚCIŁ wielu niesłusznie oskarżanych o współpracę, zatem oczyścił atmosferę, pozwolił na skuteczniejszą pracę.

  

Cząstkę tego eksperymentu stosowałem jeszcze w dwóch innych przypadkach - podczas internowania w więzieniu w Iławie i nieco później, zapakowany do karnego obozu wojskowego w Świeciu nad Wisłą. Oczywiście, tam już nie było warunków ani pomocy dla systematycznej pracy, statystyk itp, ale można było z powodzeniem wykorzystać co najmniej jedno wcześniejsze doświadczenie - nie wolno nam oceniać ludzi, a tym bardziej oskarżać tylko dlatego, że ktoś nam się nie podoba, ktoś nie odezwał się tak, jak tego oczekiwaliśmy, ktoś niezbyt usłużnie wyraził się o naszych przywódcach. Reszta, jeśli tylko jesteśmy zmuszeni to robić, to spokojna i możliwie jak najbardziej bezstronna ocena człowieka - polegająca na uczciwym postawieniu obok siebie - wszystkich - złych i dobrych cech, zachowań, wypowiedzi, itd. 

  

W czasie wolnym od przymusowych zajęć zafundowanych nam w stanie wojennym przez dzisiejszych kumpli Michnika, zajmowałem się problemem rozszerzania inicjatyw obywatelskich, wciągnięcia nieaktywnych dotąd ludzi do czynnej pracy społecznej dla Polski, miasta, dzielnicy, bloku. Osobistym sukcesem dla mnie było zdobycie dziesiątek tysięcy Przyjaciół, i parę setek wrogów.

  

Wniosek na dzisiaj jest dokładnie taki sam, jaki wyciągnęliśmy wtedy. Agenci są, działają i psują. To ich zawód. Ale nie stanowią dużej liczby. To są promile raczej, niż procenty. Ale mają doskonałych pomocników - to nasza pycha, chciwość i głupota. I te zjawiska agenci wykorzystują po mistrzowsku.

  

No i po czyjej stronie jest główna wina za nasze niepowodzenia? Ja twierdzę, że oczywiście po naszej. Bo przeciwnik jest jak zła pogoda, jak sztorm na morzu, jak burza z piorunami, jak ból głowy! Jest i już! Od początku świata, od węża w Raju! Tylko głupiec przeklina złą pogodę. Człowiek rozumny ma parasol. A skoro tak, to naszym obowiązkiem jest zawsze mieć to na uwadze. I poświęcić trochę czasu na właściwą i skuteczną obronę przed rzeczywistymi, nie wydumanymi zagrożeniami.

  

  

Najbardziej trudnym zadaniem wszelkich organizacji społeczno-politycznych jest problem oddzielenia tego, co MUSI być w organizacji zachowane w tajemnicy, od tego, co powinno być wspólną wiedzą nie tylko członków organizacji, ale i społeczeństwa, o którego poparcie organizacja zabiega. Im mniej członek dowolnej organizacji wie o jej zadaniach, ogólnych i szczegółowych, im bardziej traktuje się go jak małe dziecko, tym mniej rozumie co się wokół niego dzieje, tym gorszy jest jego wkład w ogólne dobro organizacji. To zresztą tyczy się również członków większych społeczności, a nawet całych narodów.

  

Większość dzisiejszych partii politycznych na świecie, nie tylko w Polsce, przyjęło zasadę trzymania w kompletnej tajemnicy WSZYSTKICH wewnętrznych spraw partii, na zewnątrz, swoim wyborcom rzucając jedynie przeżute dokładnie i wyżęte z wszelkiej prawdy, za to naładowane propagandą ochłapy. Działają jak najbardziej racjonalnie. Społeczeństwa są już wytresowane do brania tych ochłapów za rzeczywistość. Dla partii to, przynajmniej w krótkim okresie czasu, korzyść. Dla oszukiwanego społeczeństwa - zawsze strata.

  

Konieczność utrzymania tajemnicy wewnątrz partii, jakkolwiek w pewnych, ściśle określonych przypadkach niezbędna, rodzi problemy, które w dłuższym okresie prawie zawsze w efekcie przynoszą o wiele więcej strat, niż korzyści. W większości dzisiejszych partii, rządzonych przez małe, zewnętrzna grupki "trzymających kasę", takie problemy (kiedy już nie można ich zmieść pod dywan) załatwiane są prosto - wymienia się zarząd, robi kampanię propagandową... i partia jakoś się trzyma. Z naszej strony, gdzie z zasady partia jest własnością członków jedynie, takie problemy to nieunikniona śmierć partii - chyba, że od śmierci uratuje ją jakiś zewnętrzny i tajny "deal". Partię, a raczej jej nazwę, jej społeczne wyobrażenie, warto kupić. To ogromny skarb! Oczywiście, przestanie ona być autentyczną partią, stając się fasadą dla geszeftów jakichś najczęściej nieznanych grup interesu, oczywiście prywatnego interesu. Tak stało się z "Solidarnością". Tak działa Unia Wolności, Platforma Obywatelska, chyba i PiS, aby wymienić tylko kilka.

  

Co jeszcze zagraża partii od wewnątrz? Ano znów - pycha, chciwość, głupota. Nie agenci. Ci tylko korzystają, kiedy je widzą. A zjawiska te rosną najbardziej wtedy, gdy w organizacji nie ma jasno określonych i uczciwych zasad, zrozumiałych, przyjętych i stosowanych przez większość członków. Bo wtedy wszystko staje się mętne, rozmyte. Czyny i odpowiedzialność za nie. A więc hulaj dusza! To doskonałe żerowisko dla wszelkich karierowiczów i cwaniaków. Uczciwi są wciąż niebezpieczni - trzeba ich wykopać, zniszczyć, oskarżyć o wszelkie możliwe przestępstwa. Oooch, szepnięcie tu i tam - "to jest agent" - nie tylko załatwia takiego "nie naszego", ale jeszcze jaka satysfakcja! Główną cnotą staje się swoista lojalność łajdaków - wzajemne i solidarne ukrywanie swoich przekrętów oraz solidarna i bezwzględna walka z każdym, kto mógłby zaszkodzić!

  

Przywódcy partii - władza decyzyjna - nie stosujący się ściśle do ogólnie przyjętych zasad i wartości, wyznający zasadę trzymania wszystkiego "za pysk", mają tendencję do grupowania również i władzy wykonawczej w swoich rękach. Nawet drobnych decyzji (szybko powoduje to "przeładowanie obowiązkami" i coraz częstsze błędy). Wybranych zaś przez ogół członków przedstawicieli traktują dwojako - jeśli ci nie są konfliktowi, zgadzają się we wszystkim z przywódcami, pozostają. Jeśli mają swoje zdanie, niekoniecznie tożsame ze zdaniem przywódców, jeśli pozwalają sobie na krytykę (a błędów coraz więcej!) lądują szybko na zewnątrz. W ten sposób, dość zrozumiała chęć przywódców, aby mieć "swoich ludzi" w najbliższym otoczeniu, uruchamia jeden z najbardziej niebezpiecznych procesów - selekcję negatywną. Zjawisko to jest ostatnio coraz bardziej rozpowszechnione nie tylko w partiach, ale nawet firmach komercyjnych.

  

Przywódcy stawiający na pierwszym miejscu bezwzględną lojalność podwładnych wobec siebie (wartości wyższe przestały w takiej organizacji już dawno się liczyć) przedkładają ludzi charakteryzujących się znanym określeniem: BMW - bierny, mierny ale wierny. Co najgorsze - przestaje się liczyć jakakolwiek inicjatywa szczebla niższego - jest ona niebezpieczna. Lepiej się nie wysuwać przed szereg.

  

Dochodzi więc z czasem do tego, że organizacja staje się coraz mniej wydajna, coraz bardziej przypomina kiepski teatr, gdzie wszyscy grają jakieś dziwne role, coraz więcej błędów wychodzi na zewnątrz. Jeśli już dochodzi do publicznych dyskusji na temat tych błędów, czy braku skuteczności organizacji - wysuwa się starą broń nieudaczników - wszystkie krytyki są napadami na doskonale przecież pracującą organizację. To konkurencja, agenci, CIA, Mosad, KGB! Wszystko dobre, aby tylko nie wyszła na jaw prawda.

  

W partiach politycznych w takich momentach powstaje zazwyczaj typowa akcja przeciwko krytykom: "zemścić się, znaleźć mi coś na tego, czy tamtego. Każdy brud, każde błotko, nie musi być nawet prawdziwe. Wystarczy, aby było prawdopodobne"

  

Opisane przeze mnie bardzo pobieżnie typowe zjawiska występują w większym lub mniejszym stopniu w każdej organizacji, partyjnej, publicznej, a nawet komercyjnej. Wystarczą jednak każdemu, kto je choć pobieżnie pozna, do dokonania oceny danej organizacji. Pojedyncze przypadki opisane powyżej nie świadczą jeszcze o jakichś poważnych kłopotach. Wiele tych zjawisk, występujących do tego z narastającą częstotliwością - to sygnał, że w organizacji jest źle, i trzeba bić na alarm. Inaczej - nastąpi jej naturalny rozpad, lub, co gorsze - przejęcie przez "prywatną inicjatywę".

  

Powyższy tekst to nieco rozszerzona wersja postu z Forum Ojczyzna.pl

  

Z. Łabędzki

17.10.2003