Społeczność polityczna – licząc się z rzeczywistością narodową, z kulturą własnego narodu, z jego suwerennością kulturalną i polityczną – nie może wchodzić w takie układy i przyjmować takich zobowiązań międzynarodowych, które byłyby krzywdą dla kultury narodowej i suwerenności gospodarczej.
Prymas Tysiąclecia, Stefan Kardynał Wyszyński, 1976 r.
CISZEJ
NAD TĄ UNIĄ!
Polemika z artykułem Obrażeni
na wszechświat? pióra Arcybiskupa Życińskiego
Z pewnym zaniepokojeniem można przeczytać wypowiedź Arcybiskupa Życińskiego w artykule zatytułowanym "Obrażeni na wszechświat?", opublikowanym w Rzeczpospolitej w dniu 6 marca, 2002. Artykułem tym Arcybiskup Życiński włącza się do polityczno - gospodarczej debaty na temat integracji Polski z Unią Europejską. Szczególnie niebezpiecznym staje się to wtedy, gdy dla poparcia eurointegracji osoby reprezentujące Episkopat nadużywają powagi swego urzędu wykorzystując zaufanie katolików do przywódców polskiego Kościoła.
Należałoby tu przypomnieć, że nauki Kościoła
i jego reprezentantów obowiązują katolików jedynie w sprawach wiary i
moralności (res fidei et morum),
natomiast nie wymaga Kościół posłuszeństwa w kwestiach polityki czy
gospodarki. Wypowiedź Arcybiskupa Życińskiego należy tu traktować jako
wypowiedź przedstawiciela Kościoła o polityce, a nie naukę dotyczącą
prawd wiary i moralności, pomimo iż do celu politycznego próbuje on
wykorzystać przesłanie Ewangelii. Dlatego też z jego wypowiedzią można, a
nawet należy podjąć polemikę, ponieważ - niestety - nie jest ona wygłoszona
z myślą o dobru naszego Narodu i państwa.
Wraz z postępem negocjacji w sprawie członkostwa polski w UE, do społeczeństwa dociera coraz więcej prawd o stratach gospodarczych i politycznych związanych z akcesją. Staje się coraz bardziej oczywistym, że niewiele od Unii otrzymamy, natomiast wyłania się realne niebezpieczeństwo, że w efekcie końcowym nasze wpłaty do budżetu Unii przewyższą unijne dotacje, czyli że właściwie Polska stanie się płatnikiem netto. Natomiast nasi negocjatorzy i politycy (Cimoszewicz) już sygnalizują, że ogromnym sukcesem polskich negocjacji będzie uzyskanie takich warunków, aby w pierwszych latach członkostwa Polska do Unii nie dopłacała. Nasuwa się więc wniosek, że propaganda nagłośni to jako ogromny sukces, jeśli Unia odda nam nasze własne pieniądze, które do niej uprzednio wpłacimy. Doprawdy, świetny interes. W miarę ujawniania nowych faktów coraz bardziej staje się oczywistym, że król, który miał być odziany w piękne szaty, w rzeczywistości jest nagi.
Już teraz rząd, którego głównym celem politycznym jest - według jego własnych oświadczeń - wprowadzenie Polski do Unii dosłownie za każdą cenę, traci grunt pod nogami, gdyż - w miarę ujawniania nowych faktów na temat akcesji Polski do UE - zarysowuje się coraz bardziej realna możliwość przegrania referendum akcesyjnego. W tej sytuacji rząd rozgląda się za sojusznikiem, który mógłby “dorobić“ jakieś słuszne podłoże ideologiczne do polskiej integracji z Unią - sojusznikiem, którego społeczeństwo polskie darzy kredytem zaufania, a który to sojusznik zechciałby to posunięcie rządu firmować powagą swego urzędu. Czyli ideologia miałaby zasłonić brak istotnych wymiernych korzyści dla państwa i Narodu. Ponieważ globalizm, europejska ojczyzna, świat bez granic i tym podobne brednie nie znajdują zbyt wielkiego oddźwięku u Polaków, zahartowanych na tego typu propagandę latami niemalże identycznej propagandy sowieckiej, wybór padł na Kościół Katolicki jako cieszący się jeszcze ciągle szerokim poparciem społeczeństwa, a którego niektórzy przedstawiciele zdają się ochoczo firmować swoimi osobami i godnościami to wątpliwej jakości przedsięwzięcie.
W związku z powyższym, wszelkie prounijne wypowiedzi najwyższych przedstawicieli katolickiej hierarchii są sprytnie wychwytywane i nagłaśniane przez środki masowego przekazu - ba, nawet zwiększyła się ilość wywiadów z prounijnymi biskupami. Nie słychać już ze strony rządowej i prorządowych mediów ulubionego zarzutu, tak chętnie powtarzanego przy każdej innej okazji, że Kościół nie powinien mieszać się do polityki. A przecież integracja z UE jest decyzją polityczną bardziej niż jakąkolwiek inną.
Charakter polityczny ma też wypowiedź Arcybiskupa
Życińskiego. Na samym wstępie proponuje on aby
miejsce surrealistycznego pytania: "Czy Polska ma dołączyć do Unii
Europejskiej?", zostało zajęte przez kwestię: "Jak, tzn. na
jakich warunkach, Polska ma wejść do Unii Europejskiej?".
Przede wszystkim, dziwi w ustach arcybiskupa
sugerowanie, że pytanie dotyczące polskiej racji stanu może być pytaniem surrealistycznym.
Prymas Tysiąclecia odpowiedziałby na to zapewne słowami:
Kościół
polski staje w obronie narodowej racji stanu. Albowiem polityczna racja stanu
zmienia swoje wymiary, natomiast naród - trwa, ma swoją wiarę, swoje zasady
moralne, swoją kulturę religijno-narodową, obyczaj narodowy i stoi na straży
tych wartości, które nie od razu powstają i zniszczyć się od razu nie
dadzą.
Czy dziś Kościół w Polsce przestał już upominać się o Naród i
jego wartości? Czy po ostatnich wiekach naszej historii, w których Kościół
troszczył się o Naród
pozostawiony bez opieki, przejdzie teraz Kościół do roli rządowej tuby
propagandowej i zmieni swe posłannictwo na polityczne?
Poza tym należałoby tu odwrócić kolejność
tych pytań, czyli zapytać najpierw na
jakich warunkach Polska ma wejść do Unii Europejskiej? Ano, na takich żeby
były one dla Polski jako państwa i dla naszego Narodu korzystne. Ponieważ w
miarę postępu negocjacji z Unią okazuje się, iż warunki te są nie tylko
niekorzystne, ale wręcz grożą unicestwieniem Polski jako suwerennego państwa,
a Narodowi polskiemu grożą utratą podmiotowości i zepchnięciem do roli
parobków żyjących w nędzy we własnym kraju. Prorocze słowa Prymasa Tysiąclecia
z 1981 roku nic nie straciły dziś na aktualności: W
Polsce trzeba bronić spraw własnej Ojczyzny, a nie obcych zamówień.
Czy włączając się do dzisiejszych spraw politycznych również i Kościół
zaprowadza politykę grubej kreski, odsyłając przestrogi Prymasa Kardynała
Wyszyńskiego do lamusa? Cóż myśleć ma katolik, który pamięta tamte słowa,
a dziś słyszy, że jego Kościół pomija obronę spraw własnej Ojczyzny?
Dotychczasowe negocjacje pokazały, że Polska ze
względu na swoją słabość polityczną i ekonomiczną, występując w roli
petenta, nie jest i nie będzie w stanie dyktować warunków, na jakich
znajdzie się w Unii Europejskiej. Warunki dyktują Niemcy, Wielka Brytania,
Francja i Włochy, być może mają jeszcze coś do powiedzenia kraje
Beneluksu. Z tego to względu, wszelkie próby mówienia naszemu społeczeństwu o
naszym ewentualnym wpływie na politykę wewnętrzna lub zewnętrzną Unii są
niczym innym jak mydleniem nam oczu. Czyżby ks. Arcybiskup nigdy nie słyszał
o teorii „dośrodkowych kręgów z rdzeniem”, czyli Europy o „rożnych
szybkościach” lub „zróżnicowanej geometrii”? Wszak plany dotyczące
takiego systemu „zjednoczonej” Europy są już od dawna znane. Zawierają
one różnego rodzaju warianty, które w efekcie sprowadzają się do jednego:
stworzenia tzw. „twardego rdzenia” krajów wysoko rozwiniętych i „dośrodkowych
kręgów” w skład których będą wchodziły kraje słabiej rozwinięte.
Zarówno wariant francuski jak i niemiecki tej teorii posiadają jeden wspólny
motyw: rozwój UE, ze względów ekonomicznych i politycznych, musi być zróżnicowany,
ponieważ kraje wyżej rozwinięte nie są w stanie czekać z dalszym rozwojem
na kraje słabsze, a za europejską
wersję Planu Marshalla dla krajów kandydujących, UE płacić ani nie chce,
ani nie może.
Dopiero teraz, po dogłębnym rozważeniu
wszystkich możliwości, wszystkich „za i przeciw”, należałoby zadać to
pierwsze pytanie, które Arcybiskup Życiński chciał zastąpić drugim,
czyli Czy Polska ma dołączyć do Unii Europejskiej? Ponieważ zadawanie
jedynie pytania na jakich warunkach,
ze względu na przedstawione powyżej okoliczności nie ma większego sensu -
odpowiedź może być tylko jedna: na takich, jakie nam podyktują. To nie
brukselski moloch dostosowuje się do poszczególnych krajów (chyba że tych
najpotężniejszych, które posiadają odpowiednie możliwości wpływania na
decyzje molocha), ale odwrotnie. Już teraz to my
dostosowujemy się do norm Unii, a nie Unia do naszych życzeń i wizji.
Jakość naszego członkostwa decyduje się już teraz, zanim zostaniemy
faktycznym członkiem.
Dalej w swojej wypowiedzi Arcybiskup Życiński
stara się jak może dorabiać ten ideologiczny front integracji Polski z Unią.
Okazuje się, że jest on gorącym wielbicielem polskiego mesjanizmu i
odgrzewa stare hasła romantyzmu o posłannictwie dziejowym Polski, tym razem
w obliczu integracji z UE. Głównym posłannictwem dziejowym, które w tej
chwili stoi przed Polską steraną II wojną, 45 latami okupacji
komunistycznej oraz dekadą nieudolnych (ba, wręcz zdradzieckich!) rządów,
jest reforma wewnętrzna i cywilizacyjna całego systemu, wyjście z zapaści
gospodarczej i politycznej, a nie apostołowanie innym narodom, lub wręcz całym
organizacjom. Każdy naród sam jest odpowiedzialny przed Bogiem za losy chrześcijaństwa
w swojej ojczyźnie; a co do apostołowania organizacjom, to od czasów Karola
Wielkiego (i może prób Ottona III) żaden ponadnarodowy twór polityczny nie
był w stanie zaprowadzać ani strzec chrześcijańskiego porządku w Europie.
Na pierwszym miejscu jesteśmy odpowiedzialni za własny Naród i Państwo.
Najpierw Polska musi odrodzić się politycznie, stanąć na nogi
ekonomicznie, zapewnić społeczeństwu godne warunki życia i zadbać o
wprowadzenie Christianitas we własnych granicach, co - rzecz jasna - niemożliwe
jest bez sprzeciwienia się rządzącej lewicy (jeśli wytrwamy w “małym“,
i w “wielkim“ będziemy wytrwali). Dopiero kiedy Polska odrodzona
gospodarczo, politycznie i chrześcijańsko zajmie należne jej miejsce wśród
Narodów świata, może silnie oddziaływać dobrym przykładem, ponieważ
nikt nie dał i nie da nam prawa wpływać na wewnętrzne sprawy innych krajów.
Czytamy też w artykule Arcybiskupa wyrwane z
kontekstu słowa Ojca Świętego Nie lękajcie
się!, wypowiedziane na początku pontyfikatu. Cóż za beztroska
manipulacja zaprzęgnąć to uniwersalne wezwanie dla tak wąskiego celu
europropagandy! Patrząc na Unię Europejską widzimy przecież, że daleka
jest ona od Europy Ojczyzn, o której mówi Jan Paweł II. Tym bardziej dziwi,
że tematu Ojczyzn (a więc i Narodów) ks. Arcybiskup w ogóle nie poruszył.
Nazbyt łatwo media wychwytują papieskie poparcie dla zjednoczonej Europy, i
zbyt łatwo posługuje się nim Arcybiskup Życiński. Ilekroć
europropagandziści frymarczą autorytetem Głowy Kościoła Katolickiego,
jakoś nie słychać by jednocześnie przytaczali wypowiedzi krytyczne, jak
choćby tę, że za akt ahistoryczny i obraźliwy uznał Jan Paweł II fakt,
że z Karty Europy usunięto wszelkie bezpośrednie odwołanie do religii, a
zatem i do chrześcijaństwa. Może lepiej byłoby dla katolika wyrobić sobie
obiektywne zdanie o zagrożeniach, jakie UE niesie dla etyki chrześcijańskiej?
Następnie Arcybiskup Życiński powtarza oklepaną,
niczym nie uzasadnioną mantrę wszelkiej maści euroentuzjastów: dla Polski
nie ma alternatywy, jedyną alternatywą jest przekształcenie
Polski w drugą Białoruś. Mam nadzieję, że ks. Arcybiskup zdaje sobie
sprawę z tego, że poza obecnymi piętnastoma członkami Unii Europejskiej,
istnieją na świecie jeszcze inne kraje, które członkami Unii nie są, a
powodzi im się całkiem dobrze poza jej strukturami.
My
żyjemy we własnym kraju, my chcemy w naszej ojczyźnie mieć święty spokój!
[...] Nie oglądamy się ani na prawo, ani na lewo, ani na Wschód, ani na
Zachód!
– wołał kardynał Wyszyński w 1976 roku.
Do takiej pozycji Polska mogłaby konsekwentnie dążyć,
gdyby miała elity troszczące się o jej dobro. Można by przeprowadzić
rzetelną ocenę możliwości współpracy ekonomicznej z USA, którym
najprawdopodobniej zależałoby na posiadaniu
sojusznika gospodarczo-politycznego w centrum Europy, choćby z tego
względu, że stosunki amerykańsko-unijne stają się coraz bardziej napięte
(nota bene już słyszymy o obawach
pojedynczych urzędników w Komisji Europejskiej, że Polska będzie koniem
trojańskim USA w “zjednoczonej“ Europie). Ale do prowadzenia polityki w
tym duchu potrzeba rządu z prawdziwego zdarzenia, rządu obdarzonego wizją
niepodległej i suwerennej Polski, która ma na celu dobro swoich własnych
obywateli. A nie rządu który nie ma żadnej wizji dla naszego państwa poza
wcieleniem go do Unii Europejskiej, która ma być rzekomo jedynym zbawieniem
i cudownym panaceum na wszelkie dolegliwości Polski.
Z równie dobrym skutkiem Polska może stać się pod względem gospodarczym drugą Białorusią w granicach Unii Europejskiej, gdyż Unia sama boryka się z podstawowymi problemami społecznymi. Bezrobocie w krajach Piętnastki wynosi średnio 7.6%, ale na przykładzie Hiszpanii (której potencjał gospodarczy podobny jest do polskiego) widać, że jej wejście do UE w 1986 roku miało niewielki wpływ na poziom bezrobocia, skoro w 2001 roku wynosiło ono 15.9%. Ubóstwo również pozostaje istotnym problemem, skoro dotyka prawie co szóstego (około 16%) obywatela UE , a odsetek ten wzrasta nieprzerwanie od 20 lat! Trudno ocenić poziom analfabetyzmu na Białorusi, ale w UE dotyczy on aż 15% dorosłych osób!
[wg danych z Eurostatu oraz raportu Europejskiego
Komisarza Zatrudnienia i Spraw Socjalnych, Anny Diamantopoulou, pt.
"Walka z ubóstwem" (The Fight
Against Poverty) wygłoszonego w Parlamencie Europejskim w Brukseli dnia
17.10.2001.]
Skoro Unia nie potrafi sama sobie poradzić z tak
drastycznymi problemami społecznymi, jak bezrobocie, rosnące od lat ubóstwo
czy analfabetyzm, to jak wyobraża sobie Arcybiskup Życiński zbawienny wpływ
członkostwa w Unii na podobne bolączki społeczne w Polsce? Czas skończyć z mitem nieuchronnej “białorusinizacji“ Polski
pozostającej poza Unią, gdyż jak widać z powyższych wskaźników, jest to
taki sam mit jak ten, że dzięki Unii dokonamy wiekopomnego skoku cywilizacyjnego.
Skrępowani unijnymi dyrektywami, pod czujnym okiem Komisarzy, będziemy może
nawet bardziej przypominać Białorusinów w ich zniewoleniu totalitaryzmem a
la Łukaszenko. Należałoby tu zadać proste pytanie: czy warta skórka za
wyprawkę? Bo i po co ten cały kram? I tak to naszej sytuacji nie poprawi, a
sądząc po skutkach wywartych na polską gospodarkę w okresie układu
stowarzyszeniowego – na pewno pogorszy. Stracimy Ojczyznę, nie otrzymując
za nią nawet tej przysłowiowej miski soczewicy.
Ale zostawmy to, bo przecież zamiast nadrzędnego celu jakim jest dobro naszej Ojczyzny i Narodu, my mamy posłannictwo dziejowo-duchowe wyznaczone przez ks. Arcybiskupa Życińskiego...
Zadaje Arcybiskup Życiński ciekawe pytanie: Czy
Europa to skończony projekt?
W odpowiedzi na nie przytacza zapytania rożnych Włochów,
Niemców czy Hiszpanów pracujących w
strukturach Unii, którzy pytają, kiedy to Polska wreszcie dopomoże im w
nadawaniu UE chrześcijańskiego oblicza. Hm... jakież inne słowa może usłyszeć
w Brukseli polski arcybiskup od unijnych urzędników, którzy chcą sobie
zjednać przychylność Episkopatu z kraju kandydującego? Przecież to jest zwyczajne kadzenie polskiemu Episkopatowi dla osiągnięcia
doraźnego celu politycznego, po osiągnięciu którego Kościół Katolicki
nie będzie już potrzebny! Czy ten argument ks. Arcybiskupa to nie
przypadkiem wyraz politycznej naiwności, zważywszy na fakt, iż jak dotąd
polscy negocjatorzy ani nie zająknęli się na temat chrześcijańskich wartości?
Czy nie dziwi ta łatwowierność wobec faktu, iż jednocześnie wysuwa się w
Polsce postulat równouprawnionych “małżeństw“ homoseksualnych, gdyż
jakoby tego wymagało od nas “tolerancyjne“ prawodawstwo unijne?
Jak to oni na tę Polskę
czekają! Tyle krajów chrześcijańskich, katolickich (Włochy, Irlandia,
Hiszpania i Portugalia), około 300 mln. ludzi, a oni na jedną Polskę czekają,
żeby te duchowe przemiany przeprowadzać! Cóż do tej pory znaczy w Unii
stanowisko tych czterech krajów katolickich? Czy zmienia się oblicze Unii na
bardziej chrześcijańskie? Z Polską byłoby tych krajów pięć, a więc byłby
to już silniejszy głos... tyle że
pozostanie głosem na pustyni wobec przeważającej większości brzmiącej
jak dotąd raczej masońskim głosem. A przede wszystkim, przecież jakość
naszego głosu w UE zależeć będzie od osób (czytaj: partii i ugrupowań)
reprezentujących Polskę w strukturach Unii. Jak na razie pcha się tam tylko
lewica i liberałowie, którym niezupełnie po drodze z wartościami chrześcijańskimi.
Ośmiesza się natomiast ugrupowania o orientacji narodowo-katolickiej, które
byłyby jedynym gwarantem dążenia ku chrystianizacji i etyczności życia
publicznego. Zróbmy porządek najpierw na własnym podwórku, a dopiero potem
myślmy o celach dalekosiężnych.
To boli, że Kościół w Polsce tak niewiele robi
dla wspierania tych ugrupowań, że milczy zamiast bronić prawdy w zalewie
wszechobecnej propagandy i ośmieszających oskarżeń o oszołomstwo. To
boli, że Arcybiskup Życiński przyłącza się do tej lewicowej propagandy i
obraża swój Naród, kiedy cytuje Lenina, by eurosceptyków nazwać reakcyjnym obskurantyzmem. Chylę głowę przed sakrą biskupią, ale
podnoszę głowę by przytoczyć inne słowa Prymasa Tysiąclecia (z 1975 r.):
Były
takie sytuacje dla Kościoła, żeśmy przegrywali z rządem takim czy innym,
z partią – taką czy inną, z państwem – takim czy innym, ale nie wolno
nam przegrać z narodem! Nasza wrażliwość na to, co się w duszy narodu
dzieje, musi być ciągle wyostrzona. Nasza czujność musi być taka, jaką
przedstawiał Malczewski w swoim sławetnym “Koniu na wzgórzu“. Przyłożywszy
ucho do ziemi mamy wsłuchiwać się, co tam w tej polskiej ziemi się dzieje.
Czy dziś Prymas Tysiąclecia przekreśliłby te słowa?
Rzekome oczekiwanie unijnych biurokratów na polską
pomoc w chrześcijańskiej rekonkwiście Europy to zwykłe mrzonki, gdyż Unia
odrzuca dziś “chrześcijański parasol“ dla jednoczenia kontynentu -
zapewniono nas o tym głosem niemieckiego prezydenta Johannesa Raua na Zjeździe
Gnieźnieńskim w marcu 2000 r. Każdy kraj sam odpowiada przed Bogiem za losy
chrześcijaństwa w swoich własnych granicach. Przemiana systemu
gospodarczo-politycznego według zasad etyki chrześcijańskiej nie dokona się
odgórnie za pomocą prawodawstwa unijnego - może się dokonać jedynie na
drodze przemiany oziębłych serc chrześcijan w całej Europie, ale do tego
nie potrzeba Unii Europejskiej, lecz wychowywania dusz dla europejskiej Christianitas. Tu możemy jak najbardziej spełnić swoją misję -
możemy krajom europejskim podesłać polskich księży misjonarzy, tacy już
tam pracują, np. w Belgii, Francji czy Niemczech. Nie na darmo Bóg obdarzył
Polskę największą ilością powołań kapłańskich i zakonnych w Europie,
a pewnie i na świecie; możemy więc wysłać ich więcej, jeżeli zajdzie
taka potrzeba (nie zapominając o potrzebach na Wschodzie), ale
przecież do tego nie jest nam konieczne ani członkostwo w Unii, ani jej błogosławieństwo.
A ze Europa to nie skończony projekt? A owszem,
nie skończony projekt globalistów i entuzjastów europejskiego państwa
federalnego, ponieważ w tym właśnie kierunku zmierza UE. Wszak znane są
wypowiedzi unijnych komisarzy wysokiej rangi, takich jak Romano Prodi czy Günter
Verheugen; jest Traktat z Maastricht, wspólna waluta, zaczątki wspólnej
armii, a teraz w Barcelonie kładzie się podwaliny pod europejską konstytucję.
Więc może Europa jest nieskończonym projektem, ale wszelkie znaki na niebie
i ziemi wskazują do czego dąży - do superpaństwa urządzonego według reguł
raczej Bizantium
niż Latinum.
Dalej posuwa się ks. Arcybiskup wręcz do szantażu
moralnego: Czy mamy dziś zarzucić
te tradycje i uznać chowanie głowy
w piasek za najwyższą czynność kulturotwórczą, w której wyraża się
polska odpowiedzialność za przyszłość kontynentu zjednoczonego tak mocno
z naszą historią i kulturą? Nie rzecz w tym, abyśmy “uczyli księdza
pacierza“, ale gdzieś tu Arcybiskup Życiński znowu pominął dobro
Ojczyzny, której miłość jest - wg nauczania Kościoła i słów Prymasa
Tysiąclecia - obowiązkiem
moralnym i religijnym.
To z ust Prymasa Wyszyńskiego słyszeliśmy: W
stosunku do mojej Ojczyzny zachowuję pełną cześć i miłość. Uważam
sobie za obowiązek bronić jej kultury chrześcijańskiej przed złudzeniami
internacjonalizmu, jej zdrowia moralnego i całości jej granic.
Po której stronie ma opowiedzieć się katolik, który dostrzega wyraźne
zagrożenia dla Polski płynące z członkostwa w Unii? Czy poczuje się do
odpowiedzialności za przyszłość Europy czy raczej za losy swojej Ojczyzny?
Jakoś ta Europa nie poczuwała się do odpowiedzialności za Polskę, począwszy od zaborów, a skończywszy na obecnej sytuacji, kiedy to na mocy układu stowarzyszeniowego i okresu dostosowawczego doprowadziła Europa do zapaści polskiej gospodarki. Oczywiście nie dokonała tego samodzielnie, lecz rękami polskich rządów, które spiesząc do Unii, dopomogły jej w rabunku Polski. W ciągu ostatnich 10 lat Polska odnotowała deficyt handlowy z Unią w wysokości 60 mld dolarów. Jakoś Unia nie stosowała wzniosłych celów tak akcentowanych przez ks. Arcybiskupa, nie dopomagała Polsce w imię wspólnej przeszłości, historii i kultury. Powinniśmy pewnie kochać Unię, gdyż chrześcijanina wyróżnia miłowanie nieprzyjaciół. Ale to, co się tyczy chrześcijańskiego ducha, ma swoje granice, gdy chodzi o losy Narodu. W przeciwnym razie powinniśmy byli kochać zaborców zamiast walczyć o niepodległość Ojczyzny.
Ucieka się również Arcybiskup Życiński w
swojej wypowiedzi do pewnej manipulacji psychologicznej, używając przykładów
świętych męczenników i Apostołów, którzy nie lękali się nieść Dobrą
Nowinę poganom, a nawet oddać życie jako świadectwo wiary. Ale czyż nie
jest tu kluczowym słowem “poganom“? Przecież Europa jest - przynajmniej
teoretycznie - chrześcijańska, Dobra Nowina dotarła dawno do wszystkich jej
granic. To prawda, że do świadectwa wiary chrześcijanie są zobowiązani
zawsze i wszędzie, ale czy teraz z tego obowiązku zwolnione są wszystkie
narody chrześcijańskie, bo Naród polski zrobi to w ich imieniu? Czy Bóg
nie będzie rozliczał Francuzów, Niemców, Holendrów czy Belgów za to, jak
przechowali otrzymany depozyt wiary i wprowadzili go w życie? Czy nas będzie
Bóg rozliczał za nich? Myśmy jeszcze w Polsce nie dali świadectwa wiary chrześcijańskiej w
urządzaniu życia publicznego, za co niewątpliwie rozliczy nas Bóg
Wszechmogący, a już mamy iść na wyprawę krzyżową do unijnych gabinetów?
Z kim na czele? Z lewicą? Zacznijmy od naszego, “małego“ podwórka, a
wytrwamy i na tym “wielkim“ - tylko wtedy będziemy solą
ziemi europejskiej.
Chwalić
można zaangażowanie abp. Życińskiego w popularyzację wiedzy o świętych
męczennikach, ale równocześnie zastanawiać się można, czy moralne jest
namawianie innych do męczeństwa, kiedy samemu w żaden sposób w tym męczeństwie
uczestniczyć się nie będzie.
Krytykuje Arcybiskup Życiński obawy, że w
zjednoczonej Europie Polacy nie będą mieć mercedesów tylko będą je myć.
Wymawia Polakom ich pragmatyczne podejście,
ale najwyraźniej nie dostrzega, że te rzekome pragmatyczne korzyści były jak dotąd jedynym – i to naiwnym!
– argumentem europropagandy, tyle że teraz rozpadają się one z wielkim
hukiem. Ale ks. Arcybiskup szantażuje Polaków duchem chrześcijańskim i
oskarża ich o pogańską chytrość czy infantylną przekorę. Nieładnie, to
taktyka godna raczej Adama Michnika niż przedstawiciela Kościoła, który
przez takie posunięcie rozmienia swój arcybiskupi autorytet na drobne. Te
mercedesy to przecież prosta metafora! Przejawia się w niej instynkt
samozachowawczy Narodu polskiego, który już niejednego w swojej historii doświadczył,
a teraz wyciąga wnioski z propagandowych wieści o “postępach“
negocjacji. Doskonale rozumiał to Prymas Tysiąclecia, który już w 1980
roku pouczał: Kłamliwa
propaganda, która kładzie rękę na rzeczywistości i zasłania ją, świadczy
o krótkowzroczności w posługiwaniu się środkami przekazu społecznego.
Trzeba się zawsze liczyć z wrodzoną inteligencją naszego narodu, który
gdy nie może wyczytać prawdy czarno na białym, czyta ją między wierszami
Poza tymi wzniosłymi celami wyznaczonymi nam przez
Arcybiskupa Życińskiego, należało by mu może przypomnieć, że zarówno
“chytrzy poganie“ jak i “uduchowieni“ chrześcijanie mają żołądki,
które trzeba napełnić, bo przecież i nie samym tylko duchem żyje człowiek.
Układy między państwami nie uregulują kwestii
ducha, gdyż te muszą się najpierw rozstrzygnąć w duszach obywateli. Układy
ponadpaństwowe ocenia się jako korzystne tylko ze względu na korzyści
materialne lub polityczne, które przynoszą danemu państwu i jego Narodowi.
Człowiek ma prawo również do godnej egzystencji (do czego społeczna nauka
Kościoła również nawołuje), a Arcybiskup Życiński ma za złe polskim
eurosceptykom nadzieje na lepsze jutro i domaganie się traktowania Polaków
na równi z innymi obywatelami Unii. Kiedy sceptyczna część Polaków rozważa
realne, wymierne korzyści, jakie powinny płynąć z integracji naszego Kraju
z UE i w efekcie wyraża obiekcje, gdyż zamiast obiecywanych korzyści widać
jedynie straty - ma za złe ks. Arcybiskup polskim patriotom chęć obrony
suwerenności naszej Ojczyzny i obronę polskiej kultury przed obcymi,
destruktywnymi wpływami, sprowadzając to do pragnienia czysto
ziemskiego sukcesu i nazywając to chowaniem
głowy w piasek przed obowiązkiem katolickiej rekonkwisty Europy.
Smutne
(ale i gniewne) zadziwienie ogarnia katolika, który przy okazji pro unijnych
nawoływań ks. Arcybiskupa nie słyszy sprzeciwu wobec unijnej eutanazji,
“małżeństwom“ homoseksualnym czy też aborcji. Raczej niemożliwe, aby
nie wiedział o sytuacji w katolickiej Irlandii, która broni jak może
swojego antyaborcyjnego ustawodawstwa przeciwko proaborcyjnemu ustawodawstwu
Unii. Powoli, pod naciskiem unijnego molocha zaczynają pojawiać się rysy w
postawie Irlandii. Powoli, krok za krokiem, przy użyciu wszelkich dostępnych
kruczków prawnych i politycznych, unijne naciski w celu osiągnięcia zmiany
prawa irlandzkiego rosną. Odbyły się już dwa referenda w tej sprawie,
trzecie się właśnie odbyło. I tak aż do skutku, referendum po referendum,
aż prawo irlandzkie ujednolici się z prawem unijnym. Dzisiejszy (07.03.2002)
EUobserver donosi o możliwości istnienia nieformalnego porozumienia pomiędzy
Kościołem Katolickim w Polsce i rządzącą koalicją. To nieformalne
porozumienie ma dotyczyć właśnie udziału Kościoła w propagandzie pro
unijnej w zamian za zaniechanie przez rząd dalszych poprawek do ustawy
antyaborcyjnej.
Warto przypomnieć, że już dzisiaj Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej uznaje w niektórych przypadkach pierwszeństwo prawa międzynarodowego nad prawem polskim. Natomiast po integracji Polski z Unią Europejską, obowiązywać będzie w Polsce prawo unijne, a więc wszelkiego rodzaju umowy zawierane z rządem będą musiały być ważne w świetle tego prawa, chyba że zostanie to zagwarantowane specjalną klauzulą w indywidualnym Traktacie Członkowskim, tak uczyniła to Irlandia z Aneksem Antyaborcyjnym do Traktatu z Maastricht.
Jak doniósł EUobserver w dniu 28.12.2001, Jan
Truszczyński, główny negocjator ze strony Polski, zaprzeczył jakoby polski
rząd czynił w rozmowach negocjacyjnych jakiekolwiek starania o taki
specjalny zapis antyaborcyjny dla swojego państwa. "Niczego
takiego nigdy nie omawialiśmy" - powiedział EUobserverowi pan
Truszczyński.
Kościół powinien też zdać sobie sprawę z
jednej, bardzo istotnej sprawy. Jeżeli Polska zostanie członkiem Unii
Europejskiej, tak jak tego chce rząd, wtedy już Kościół do niczego nie będzie
rządzącej koalicji potrzebny, a unijne prawodawstwo dokona reszty. A kiedy
już do Unii wejdziemy, za późno będzie zastanawiać się nad sposobami
odkręcenia tego całego galimatiasu, ponieważ furtki wyjściowej nie ma, nie
przewiduje jej Traktat o Unii Europejskiej z Maastricht. Jak powiedział
Romano Prodi: Członkostwo w Unii jest
jak nierozerwalne małżeństwo. I nad tym powinien zastanowić się
Arcybiskup Życiński i cały Episkopat Kościoła Katolickiego w Polsce,
zanim przyjmie na siebie rolę pro unijnej tuby propagandowej.
Na zakończenie tego artykułu, należy raz jeszcze
oddać głos naszemu Wielkiemu Rodakowi i Patriocie, Prymasowi Tysiąclecia,
aby jego glos, przemawiający tak wielkim autorytetem, zarówno kościelnym
jak i narodowym, zabrzmiał raz jeszcze, ku
pokrzepieniu serc:
Naród nasz ma prawo do zachowania własnej, rodzimej kultury i do samodzielności narodowej w granicach ojczyzny, do własnego życia i bytu narodowego czy państwowego. [...] Nawet gdyby w świecie doszła do głosu doktryna społeczno-ekonomiczna, której dążeniem jest ogarnąć całą ludzkość, jeżeli chce się utrzymać i usłużyć dobrem, niech się strzeże przed wynaradawianiem i narzucaniem siłą swoich przekonań. Bo wtedy będzie sobie przedwcześnie kopać grób. Jest to pewnik historycznie potwierdzony.
Prymas
Tysiąclecia, Stefan Kardynał Wyszyński, 1976 r.
Trzeba odwołać się do mądrości, rozsądku,
szanować człowieka, jego prawa i pracę, zabezpieczając mu wolność społeczną.
Wówczas wszystko będziemy mieć we własnej ojczyźnie – bez niczyjej
pomocy, bez pożyczek zagranicznych i importów, które nas tak wiele kosztują.
[...] Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich.
Chciejmy patrzeć w ziemię ojczystą, na której wspierając się patrzymy ku
niebu. Chciejmy pomagać naszym braciom żywić polskie dzieci, służyć im i
tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulegać pokusie zbawiania świata
kosztem własnej ojczyzny. Przypomina mi się tak wspaniale przedstawiony w
powieści Gołubiewa Bolesław Chrobry
i Parnickiego Srebrne orły
fragment. Oto cesarz Otto III kusi Bolesława Chrobrego, czyni go patrycjuszem
rzymskim i chce go ściągnąć do Rzymu. Ale król nie dał się wyciągnąć
z Polski, z ubogiego Gniezna, na forum rzymskie. Został w swoim kraju, bo był
przekonany, że jego zadanie jest tutaj. Naprzód umocnić musi swoją ojczyznę,
a gdy to zrobi pomyśli o innych, o sąsiadach. Niestety, u nas dzieje się
trochę inaczej – zbawia się cały
świat kosztem Polski. To jest zakłócenie ładu społecznego, które musi być
co tchu naprawione, jeżeli nasza ojczyzna ma przetrwać w pokoju, w zgodnym
współżyciu i współpracy, jeżeli ma osiągnąć upragniony ład
gospodarczy. Nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej
ojczyzny. Taka czy inna władza potrzebna jest nam, Polakom, dla utrzymania ładu
w Polsce, a nie w całym świecie! Jeżeli tego dokonamy, nasze dzieci będą
otoczone opieką, należycie odżywione i wychowane – nie mówię już o
dobrobycie, ale przynajmniej o tym, co jest konieczne – to naród polski nie
odmówi swojej pomocy innym potrzebującym ludziom. Ale nie można zakłócać
tego porządku, nie można zbawiać świata zapominając o własnej ojczyźnie
i obowiązkach wobec własnego narodu.
Prymas Tysiąclecia, Stefan Kardynał Wyszyński, 1976 r.