Tomasz J. Kaźmierski (Wielka Brytania)

  

Obawy Polski w obliczu rozszerzenia Unii Europejskiej

  

Artykuł przedstawiony na X Kongresie “Mut Zur Ethik” w Feldkirchu w Austrii

30 sierpień – 1 wrzesień 2002

  

 

 

Ujemny bilans – co się stało z eurorajem?

 

             Wiedeński Instytut Międzynarodowych Studiów Gospodarczych ogłosił na początku bieżącego roku, że uboga Polska po przyłączeniu do Unii Europejskiej będzie płatnikiem netto do unijnego budżetu. Wynik ten potwierdziło Rządowe Centrum Studiów Strategicznych w Polsce, oceniając, że w pierwszym roku członkostwa Polska straci około 300 mln euro. W tym kontekście poważne obawy budzić musi niedawne oświadczenie Komisarza Budżetu Unii, pani Michaele Schreyer. Oświadczyła ona, że wielkość polskiej składki nie może być niższa niż 2.5 do 3 mld euro rocznie. Mówiąc krótko, jeśli taka suma, która stanowi około 7-8% narodowego budżetu, zostałaby odprowadzona do przepastnych skrzyń brukselskiego skarbca, dusząca się polska gospodarka musiałaby zginąć.

 

Jak to możliwe? Gdzie są owe tłumy polskich i europejskich ekspertów i fachowców, którzy na początku lat 90 tak ochoczo malowali kuszącą wizję euroraju? Miliardy marek, franków i funtów miały napływać do polskiej gospodarki. Unia miała pomóc Polsce w budowie dróg, fabryk, kształcić młodzież i tworzyć globalną infrastrukturę komunikacyjną. Otwarte rynki i wolny handel miały przynieść olbrzymie zyski. Każdy Polak miał mieć prawo pracy wszędzie w Europie i otrzymywać zachodnie wynagrodzenia. Gdzie są teraz głosiciele tych rozkosznych proroctw?

 

W latach osiemdziesiątych Polska cieszyła się dodatnim bilansem handlowym w wymianie z Unią Europejską i jeszcze w roku 1990, czyli na samym początku transformacji, nadwyżka w handlu z Unią wynosiła ok. 1 mld euro. Jednak traktat stowarzyszeniowy z Unią podpisany przez Polskę w roku 1991 spowodował zalanie krajowych rynków tanimi i mocno dotowanymi towarami i usługami. Bilans handlowy natychmiast zmienił się z dodatniego na ujemny i już w 1992 pojawił się deficyt w handlu z Unią w wysokości 1 mld euro. W roku 1993 deficyt wzrósł do 2 mld euro, a w roku 1996 osiągnął poziom 7 mld euro. Kolejne, uległe wobec Unii, rządy w Polsce nie tylko nie sprzeciwiały się nieuczciwym praktykom dumpingowym, ale godziły się na coraz większą asymetrię we wzajemnych barierach handlowych sprzyjając importowi z Unii. Podobne tendencje pojawiły się w innych krajach Centralnej Europy stowarzyszonych z Unią. Początkowo niski deficyt handlowy Węgier, w wysokości 370 mln euro w roku 1992, stopniowo rósł, by osiągnąć poziom 2.2 mld euro w roku 1998. Czeski i Słowacki deficyt wynosił zaledwie 49 mln euro w 1990, ale wzrósł do sumy 4.8 mld euro w 1996 i nadal rośnie w tempie około 2 mld euro rocznie.

 

Deficyt handlowy jest bezpośrednio związany z utratą miejsc pracy. Według sejmowego Biura Studiów i Ekspertyz bezrobocie w Polsce, wynikłe z ujemnego bilansu handlu z Unią, wzrosło w 1997 o 355 tys. miejsc pracy, w roku 1998 – o 403 tys. i w roku 1999 – o 357 tys. Całkowita liczba miejsc pracy utraconych w wyniku liberalizacji handlu z Unią przekroczyła w roku 2002 oszałamiającą liczbę 1.5 mln. Bezrobocie wywołane deficytem handlowym z Unią wynosi więc prawie 60% oficjalnej liczby 2.7 mln bezrobotnych w Polsce. Suma całkowitego deficytu budżetowego w handlu z Unią w ciągu 11 lat, od 1991 do 2002 roku, przekroczyła 65 mld euro.

 

 

Komu zagraża polski przemysł?

 

Jednym z bardziej modnych ostatnio słów, wszechobecnym we współczesnej polskiej nowomowie politycznej i gospodarczej, jest restrukturyzacja. Eufemizm ten oznacza dostosowanie gospodarki polskiej do gospodarki unijnej. Nietrudno jednak dostrzec jaką to restrukturyzację polskiej gospodarki mają na myśli brukselscy biurokraci. W wyniku unijnej presji polski przemysł górniczy zmniejszy, tylko w roku 2002, wydobycie węgla o 36 mln, czyli aż o jedną trzecia. Liczba utraconych w ten sposób miejsc pracy wyniesie 48 tys. Bruksela, jak się zdaje, nie lubi także polskiego przemysłu hutniczego, potencjalnego konkurenta dla mocno subsydiowanych hut i korporacji stalowych Unii. Unijny program o nazwie “Restrukturyzacja polskiego przemysłu stalowego” („Restructurization of the Polish Steel Industry”) uzgodniony z polskim rządem w roku 1999 wymaga od Polski redukcji, do końca roku 2003, produkcji surówki z obecnego poziomu 7.7 mln ton rocznie do zaledwie 1.8 mln ton. Oznacza to utratę kolejnych 50 tys. miejsc pracy.

 

Skala destrukcji planowanej wobec polskiego rolnictwa przekracza swym rozmachem wszystkie dotychczasowe poczynania Unii wobec polskich kopalń, hut czy fabryk. W listopadzie 1998 roku brytyjski dziennik The Independent oceniał, że od 50% do 70% polskich gospodarstw rolnych ulegnie likwidacji. Polska prasa krajowa donosi z rosnącą częstotliwością o niepokojach wśród polskich farmerów będących właścicielami dużych, efektywnych gospodarstw wyposażonych w nowoczesną infrastrukturę. Oni boją się planów Unii bardziej niż drobni farmerzy produkujący głownie na potrzeby własne, ponieważ duże gospodarstwa rolne nie są w stanie funkcjonować bez długoterminowych kontraktów rządowych i bankowych pożyczek. Wiadomo już oficjalnie, że subsydia bezpośrednie dla farmerów w nowych krajach członkowskich wyniosą zaledwie 25% dopłat, które obecnie otrzymują farmerzy unijni. Co gorsza, Komisja Rolnictwa, Rozwoju Wiejskiego i Rybołówstwa kierowana przez Franza Fischlera, nalega, aby Polska zgodziła się na drastycznie niskie kwoty produkcyjne, niższe od obecnego zapotrzebowania wewnętrznego Polski na żywność. Jak można się spodziewać, brukselska koncepcja, aby Polska stała się importerem żywności netto, nie jest mile przyjmowana przez jakichkolwiek polskich farmerów, dużych czy małych.

 

Marian Brzoska, wicedyrektor europejskiego biura FAO i sekretarz w Europejskiej Komisji Rolnictwa, powiedział w wywiadzie dla Gazety Wyborczej w lutym 2002, że Polska, w ciągu minionych 12 lat, stopniowo degradując swoje rolnictwo dała Unii prezent. Polska zmniejszyła areał roli uprawnej o ponad 2 mln hektarów, pogłowie bydła o około 3 mln sztuk, a pogłowie owiec dwunastokrotnie. Kraje Unii transferują rocznie z Polski zyski w wysokości 4 mld euro rocznie, podczas gdy unijna pomoc dla polskiego rolnictwa nie przekracza kilkuset milionów euro. W czerwcu 2002, brytyjski Financial Times opublikował artykuł, w którym autorzy stwierdzają, że subsydia dla zachodnioeuropejskich farmerów wycinają miejscową konkurencję na polskim rynku żywności. W rezultacie Polska ponosi na handlu żywnością z Unią uszczerbek w wysokości około 0.5 mld euro rocznie.

 

Profesor ekonomii Elżbieta Kawecka-Wyrzykowska pisze, w swojej niedawno wydanej książce, że całkowita strata polskich miejsc pracy w wyniku uzgodnień z Unią osiągnie jeszcze przed akcesją 2 miliony, a po akcesji bezrobocie będzie nadal rosło w tempie 1.6% rocznie.

 

16 czerwca 2001, Frankfurter Allgemaine Zeitung opublikował artykuł Michaela Ludwiga, w którym stwierdza on, że nadwyżka w handlu Unii z Polską, a szczególnie nadwyżka Niemiec, jest bardzo duża. Oznacza to, że Niemcy dzięki handlowi ze Wschodem stworzyły u siebie dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy. Jakby tego było mało, Polska została zmuszona do zgody na siedmioletnie moratorium w sprawie swobodnego przepływu siły roboczej. Podczas, gdy obywatele Unii będą mogli podejmować prace w Polsce od dnia przyłączenia, Polacy nie będą cieszyli się równym prawem ubiegania się o zatrudnienie w innych krajach Unii.

 

 

Niepokój o ziemie

 

Mit rzekomego pojednania miedzy Polską i Niemcami, po upadku muru berlińskiego, okazał się krótkotrwały. Polski tygodnik Wprost, już 12 kwietnia 1992, opublikował wizję przyszłych stosunków polsko-niemieckich, jaką roztoczył Heinrich Weiss, przywódca Niemieckiego Związku Przemysłowego. Weiss powiedział wtedy, że Polska musi zacząć spłacać swe zadłużenie oraz wprowadzić ostry reżym fiskalny w celu utrzymania płac i cen na niskim poziomie. Dopiero wtedy Polska stanie się atrakcyjna dla niemieckich inwestorów. To brutalnie szczere oświadczenie czołowego przedstawiciela niemieckiego przemysłu uświadomiło wielu Polakom, że Polska w oczach niektórych kół na Zachodzie ma na zawsze pozostać niewolnikiem krajów rozwiniętych.

 

Głoszone w Niemczech, z coraz większą siłą, żądania wobec Polski i Czech w sprawie rewizji granic i zwrotu własności należy traktować z największą powagą. Jarosław Kaczyński, prominentny polski polityk i były minister rządu, przyznał w niedawnym wywiadzie, że status własności ziemskiej na Ziemiach Odzyskanych nie był przedmiotem negocjacji akcesyjnych z Unią. Zgodził się z tezą, że kiedy Polska wstąpi do Unii, europejskie sądy mogą stać się narzędziem forsowania niemieckich żądań własnościowych zarówno wobec państwa polskiego, jak i polskich obywateli. Niepokoje w Polsce przybrały na sile, po tym jak rząd Leszka Millera wycofał się niedawno z już uzgodnionego z Unią okresu przejściowego, po którym cudzoziemcy będą mogli nabywać w Polsce własność majątkową. Zgodnie z nowym stanowiskiem polskiego rządu, nie będzie w ogóle moratorium na sprzedaż cudzoziemcom ziemi nierolniczej. Aby w pełni zrozumieć obawy Polaków o ziemię, należy zdać sobie sprawę z wielkości spornych terytoriów i zwrócić uwagę na unikalną sytuację Polski po zakończeniu drugiej wojny światowej. Alianci na konferencji w Poczdamie, w lipcu 1945 roku, uzgodnili, że połowa polskiego terytorium zostanie oddana Związkowi Radzieckiemu, a w ramach rekompensaty Polska otrzyma około 100 tys. km kwadratowych od pokonanych Niemiec. Całkiem niedawno, 25 maja 2002, bydgoski dziennik Głos Pomorza opublikował wywiad z prof. Witoldem Kieżunem, specjalistą od zarządzania z Uniwersytetu Montreal, w którym profesor przypomina, że Traktat o Przyjaźni i Wzajemnej Współpracy podpisany przez Polskę i Niemcy w czerwcu 1991 nie dotyczy spraw własności. Załączony do traktatu list ówczesnego polskiego ministra spraw zagranicznych, Krzysztofa Skubiszewskiego, stwierdza expressis verbis, że sprawy własności majątkowej nie są przedmiotem traktatu. A co gorzej, w czasie negocjacji reunifikacyjnych dwa plus cztery, po upadku muru berlińskiego, w listopadzie 1989 rząd kanclerza Kohla kategorycznie odmówił usunięcia z tekstu modyfikowanej wówczas niemieckiej konstytucji słynnego artykułu 116, zawierającego odniesienie do granic Niemiec z 1937 roku.

 

29 maja 1998 roku Bundestag jednogłośnie uchwalił deklarację wzywającą Polskę, aby po wstąpieniu do Unii Europejskiej, umożliwiła obywatelom Niemiec, szczególnie tym, którzy zostali wysiedleni w 1945, powrót do dawnej ojczyzny. Deklaracja Bundestagu nazwała powojenne wysiedlenia Niemców wielką niesprawiedliwością historyczną sprzeczną z prawem międzynarodowym, nie wspominając przy tym wysiedleń Polaków ze wschodniej Polski. Uchwale Bundestagu towarzyszyło równolegle oświadczenie Eriki Steinbach, przewodniczącej niemieckiego Związku Wypędzonych, domagającej się, aby Polska, jako warunek przystąpienia do Unii Europejskiej, wypłaciła wypędzonym odszkodowania lub zwróciła utracony majątek. Niewielu Niemców przesiedlonych w 1945 jeszcze żyje. Jednak aż do 1992 status wypędzonego był w Niemczech dziedziczny, co oznacza, że obecnie żyją w Niemczech trzy pokolenia ludzi potencjalnie mogących domagać się od Polski zwrotu utraconej własności. W ciągu ostatniego dziesięciolecia polskie urzędy hipoteczne były zalewane podaniami z Niemiec o odpisy dawnych aktów własności. W roku 1998, w wyniku zorganizowanej akcji, rząd polski otrzymał z Niemiec tysiące listów domagających się zwrotu majątków.

 

 

Co Polacy powinni czynić?

 

Znaczna część wyrażonej tutaj krytyki wobec polityki Unii Europejskiej powinna w istocie zostać skierowana przeciwko polskiej elicie politycznej. Kolejne, polskie rządy miały przecież możliwość nie poddawania się presji Unii i nie przyjmowania warunków bezpośrednio prowadzących do gospodarczej i kulturowej katastrofy na skalę nie znaną w całej, dotychczasowej historii Polski. Wynika stąd, że zasadniczym problemem Polaków jest odzyskanie należnych im praw politycznych, a w szczególności odzyskanie możliwości nadzoru nad polityczną elitą. Polska płaci ciężką cenę za brak prawdziwie kompetentnych, profesjonalnych negocjatorów w rozmowach z Unią. Wielu czołowych działaczy politycznych odgrywających dużą rolę w polityce zagranicznej, na przykład Sławomir Wiatr, czy Włodzimierz Cimoszewicz, troszczy się bardziej o interesy własnej grupy politycznej niż o rację stanu całego państwa. Z kolei ministrowie, tacy jak Jerzy Kropiwnicki, którzy ośmielili się publicznie krytykować brak symetrii w negocjacjach faworyzujących stronę unijną porozumienia, już dawno potracili posady.

 

Marek Cichocki, dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych, słusznie zauważył, w artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej, 20 lutego 2002, że metody używane do rekrutacji polskich przedstawicieli w instytucjach unijnych oparte są raczej na kryterium lojalności partyjnej niż na kryteriach profesjonalizmu i interesu państwowego.

 

Doświadczenie Włoch, Francji i Japonii, krajów grupy G-7, które niedawno zmodyfikowały powojenne systemy konstytucyjne, dowodzi, że kluczowym mechanizmem ustrojowym, od którego zależy tworzenie demokratycznie kontrolowanego rządu, jest system wyborczy. Polscy obywatele muszą wywalczyć możliwość usuwania skorumpowanych polityków i praktykowania prawdziwie demokratycznego systemu władzy z pozytywną selekcją elit. Wielu krajowych intelektualistów oraz specjalistów od prawa i socjologii wielokrotnie wskazywało, że głównym czynnikiem sprzyjającym szerzeniu się korupcji i tworzącym nieodpowiedzialne oraz niekompetentne rządy jest polski system wyborczy oparty na listach partyjnych. Zanim naród zapyta siebie w referendum, czy Polska powinna przystąpić do Unii Europejskiej, zanim jakiekolwiek szczegóły takiego przystąpienia zostaną uzgodnione z Komisją Europejską, Polska musi zreformować swój system konstytucyjny. Spośród wszystkich koniecznych i pilnych, postulatem najbardziej fundamentalnym i najpilniejszym jest obalenie systemu list partyjnych i przyjęcie prawa wyborczego, aby tak jak w krajach G-7, wszyscy reprezentanci wybierani byli w jednomandatowych okręgach wyborczych.

 

 


Od Redakcji:

 

Tomasz J. Kaźmierski urodził się w 1949 r. w Gdańsku.
Jest absolwentem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej, którą ukończył w 1973 r.
W 1977 r. uzyskał tytuł naukowy doktora nauk technicznych. Do 1984 r. był adiunktem na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. W 1984 r. otrzymał specjalny grant IBM w Hursley koło Southampton umożliwiający podjęcie pracy naukowej w Wielkiej Brytanii, gdzie obecnie mieszka na stałe i jest wykładowcą na Wydziale Elektroniki i Informatyki Uniwersytetu w Southampton. Pracował też oraz był konsultantem uniwersytetów i firm przemysłowych w Stanach Zjednoczonych i Australii.

Od wczesnych lat 90-tych zajmuje się publicystyką w prasie krajowej i polonijnej o tematyce związanej  z prawem wyborczym. Po wyborach prezydenckich w 1995 r. złożył skargę indywidualną do Trybunału Konstytucyjnego przeciw ustawie o wyborze Prezydenta RP pozbawiającej obywateli polskich zamieszkałych za granicą prawa głosowania w drugiej turze. Był w ostatnich latach organizatorem i sygnatariuszem kilku protestów zbiorowych m.in. przeciw projektowi ustawy o tajemnicy państwowej ograniczającej wolność prasy w Polsce i przeciw ustawie o samorządzie terytorialnym wprowadzającej trzeci szczebel administracyjny.

Jest członkiem Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okregów Wyborczych.
Jego artykuły promujące jednomandatowe okręgi wyborcze w Polsce zamieszczone są m.in. w "Otwartej Księdze" pod redakcją Jerzego Przystawy i Romualda Lazarowicza.