Wandea w białych rękawiczkach
Małgorzata Kamyk
Kiedy w 1793 roku francuska armia rewolucyjna próbowała wcielić chłopów w swoje szeregi, wieśniacy prowincji Wandea postanowili bronić się siłą. Ich opór wkrótce przerodził się w zbrojne powstanie, które objęło 700 parafii, i do którego dołączyła część francuskiej arystokracji sprzeciwiającej się rewolucyjnym porządkom jakobinów. Chłopi walczyli pod sztandarami swoich parafii przeciwko bezbożnym zapędom rewolucjonistów, w imię obrony wiary i tradycji katolickiej. Francuski Konwent (nomen omen?) nakazał wówczas zniszczyć Wandeę i wymordować jej mieszkańców. Okrutną, ludobójczą rzeź Wandei prowadzoną pod dowództwem generała Westermanna nazwano “pieczeniem chleba wolności”.
Dziś podobny “chleb wolności” antychrześcijańskiej i masońskiej – tyle, że pieczony w białych rękawiczkach – przygotowuje nam Konwent Europejski w projekcie konstytucji unijnej, opracowywanej pod przewodnictwem Francuza, Giscarda d’Estaigna, wiernego syna swojej świeckiej republiki, która dawno już straciła cnotę najstarszej córy Kościoła na rzecz wolnomularstwa. Preambuła tejże konstytucji odwołuje się do cywilizacji greckiej i rzymskiej oraz do prądów Oświecenia, czyli do źródeł masońskich. Oto więc Unia Europejska ma być spadkobierczynią i kontynuatorką haniebnej rewolucji francuskiej, gdyż nie ma w niej miejsca dla Boga. A skoro nie ma Boga i bożych praw jako fundamentu dla wszelkiego innego prawa, to można nie liczyć się z ustalonym przez Niego porządkiem moralnym. Wolno więc wszystko... Można “w świetle prawa” bezkarnie promować cywilizację śmierci poprzez aborcję, pigułkę wczesnoporonną i eutanazję. Można w imię “praw człowieka” wywracać naturalny porządek i wizję rodziny poprzez nadanie związkom homoseksualnym takiego samego statusu i praw, jakie przysługują małżeństwu (zbyteczne będzie dodawać: “mężczyzny i kobiety”, bo cóż innego można nazwać małżeństwem?). Można wszystko, byle w imię świeckiej wolności. Lecz gdzież miejsce dla Tego, który obdarza prawdziwą wolnością? Byli już w niedawnych dziejach niegodni naśladowcy rewolucyjnych tradycji, Hitler i Stalin, którzy próbowali urządzać świat bez Boga. Skutki ich wizji wcielanych w życie znamy z lekcji historii. Kto sieje wiatr, zbiera burzę...
Projektodawcy euro-konstytucji najwyraźniej uważają, że od Antyku do Oświecenia była w Europie przez paręnaście wieków jedna wielka dziura i pustka cywilizacyjna. Nawet ateista przyznałby, że to kompletne wypaczenie obrazu Europy, której historię i tożsamość przez wieki kształtowało chrześcijaństwo! To ono położyło podwaliny pod cywilizację zachodnią, jej kulturę, szkolnictwo i uniwersytety, i dzięki niemu rozwinęło się piśmiennictwo. To zasługa chrześcijańskich “ciemnych wieków średniowiecza”, jak pogardliwie nazywają je oświeceni masoni i laicy. To dzięki chrześcijanom powstała wielka sztuka i literatura Odrodzenia, prawdziwe perły, na których wzorowali się późniejsi twórcy, i którymi dziś szczyci się cała Europa jako swoim wspólnym dziedzictwem.
Pierwiastek chrześcijański w kształtowaniu Europy i jej tożsamości jest aż nazbyt oczywisty, a negowanie go to kompletna ignorancja i obraza rozumu, jeśli nie czystej krwi kretynizm. Pierwiastek ów jest jednak mało wygodny dla masońskich polityków, kreujących się na współczesnych demiurgów kierujących losami Europy. Bo jeśli mieliby uznać chrześcijaństwo, to siłą rzeczy przywołaliby imię Jezusa Chrystusa – a z misją i nauczaniem Nazarejczyka jest im wyraźnie nie po drodze w urządzaniu świata... W końcu nie po to ich przodkowie krwawo wyrzynali powstańców w Wandei, żeby oni teraz mieli przywoływać do życia religijne treści z wandejskich sztandarów. Konsekwencji w realizacji celów euro-masonom nie brakuje, dlatego silne są w Konwencie głosy na rzecz utrzymania “laickiego” charakteru Unii Europejskiej i jej konstytucji. Niektórzy członkowie Konwentu zapędzają się w swojej polit-poprawności aż do twierdzenia, że przywołując chrześcijaństwo, trzeba by w euro-konstytucji wymienić też Allaha i Jahwe, żeby uszanować prawa muzułmańskich i żydowskich obywateli UE. No cóż, to może i paru bogów hinduskich trzeba by wymienić, żeby i inni nie byli pokrzywdzeni? A może nawet i Światowida, skoro co niektórzy Słowianie próbują wskrzesić jego kult? Tylko... jaki był wpływ tych innych religii na tożsamość Europy i jaki ich wkład w budowanie jej spuścizny?
Projekt euro-konstytucji bez Boga i wzmianki o chrześcijaństwie nie jest zaskoczeniem dla uniosceptyków, którzy przyglądali się unijnym “obyczajom” i pilnie śledzili dyskusję wokół Invocatio Dei, czyli odwołania się do Boga w preambule euro-konstytucji. Ze zdziwieniem obserwowaliśmy wypowiedzi niektórych przedstawicieli naszego Episkopatu, którzy – niezupełnie zgodnie z wypowiedziami Jana Pawła II – nie uważali Invocatio Dei za kwestię zasadniczą i tym samym dawali przyzwolenie na zupełnie świecki charakter przyszłej ustawy zasadniczej w Unii Europejskiej. Nie liczyliśmy też na zdecydowane stanowisko przedstawicieli Polski w Konwencie, bo po pierwsze, naiwnością byłoby się tego po nich akurat spodziewać, a po drugie, mogą oni tylko wyrażać swoje opinie lecz nie mogą brać udziału w głosowaniach nad ustawami. I tak to byliśmy i jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę euro-masonów, którzy wysmażą konstytucję UE według swojego widzimisię już po naszym referendum, a nam pozostanie jedynie ją przyjąć ze wszystkimi jej “dobrodziejstwami”, które jak na razie nie są nam w pełni znane.
Rozsądek nakazywałby przełożyć referendum aż do ogłoszenia pełnego tekstu konstytucji, abyśmy wiedzieli, nad czym głosujemy i w co się ewentualnie pakujemy. Ale na to nie ma co liczyć, bo “kalendarz poszerzenia” ułożono stosownie do zamysłów Unii: najpierw referendum, a potem dopiero odsłonią karty. Pozostaje więc z rozsądku powiedzieć w referendum ’NIE’ i czekać na rozpisanie drugiego referendum, już po opracowaniu pełnego tekstu euro-konstytucji. Kto wie, może nawet przy tej okazji udałoby nam się renegocjować warunki, aby nieco bardziej przypominały “równe prawa” z obecnymi krajami członkowskimi? Tak nakazywałby rozsądek...
A rozum oświecony wiarą nakazywałby chrześcijanom zdecydowanie sprzeciwić się budowaniu nowej wizji Europy bez Boga, w której prawnie sankcjonuje się zabijanie życia i związki homoseksualne. Jako chrześcijanie powinniśmy dążyć do jednoczenia, a nie dzielenia – to prawda. Ale forma, jaką przybiera Unia Europejska jest zgoła bezbożna i antychrześcijańska. W artykule “W imię prawdy” (Nasz Dziennik, 29.05.2003) ks. abp Bolesław Pylak jasno pokazuje, jak oceniać Unię od strony moralnej:
“Ocena moralna czynu zależy od trzech czynników. Aby czyn był dobry, winien być sam w sobie dobry. Również cel czynu powinien być dobry, a także dobre okoliczności. W ocenie moralnej czynu bierze się pod uwagę owe trzy czynniki. Jeśli choćby jeden z nich był zły, wówczas cały czyn jest moralnie zły. Przykładając te wymogi do Unii, stwierdzamy, że sama instytucja jako wspólnota narodów jest ze wszech miar dobra. Dobry również jest cel jej tworzenia (wymiana dóbr, negacja wojen). Natomiast okoliczności nie są dobre, a nawet są złe. Struktury Unii są bowiem złe. Prawodawstwo jej nie jest zgodne z prawem natury i Przykazaniami Bożymi. Dlatego cała sprawa wejścia do Unii jest zła. Jeśli świadomie wchodzę w zło, popełniam grzech, za który odpowiadam osobiście w pełni po śmierci. Natomiast społeczność jako taka ponosi konsekwencje swego złego czynu już na tej ziemi.”
Niech każdy chrześcijanin rozstrzygnie we własnym sumieniu, po której stronie się opowiedzieć w referendum. Może to nie przypadek, że termin referendum przypada na dzień Zesłania Ducha Świętego – oby odnowił On oblicze naszego Narodu!
Małgorzata Kamyk,
Nasza
Witryna, 1 czerwca 2003 r.