Replika o katolicyzmie i patriotyzmie

 

Sowińskiemu w okopach Unii

 

Małgorzata Kamyk

 

 

 

"Dla nas po Bogu największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie i narodowej kulturze polskiej. [...] będziemy żądali, abyśmy mogli żyć przede wszystkim duchem, dziejami, kulturą i mową naszej polskiej ziemi, wypracowanej przez wieki życiem naszych praojców."

 Stefan kardynał Wyszyński, Prymas Tysiąclecia, 1974 r.

 

 

Artykuł "Polski katolik patrzy na Unię Europejską" (Rzeczpospolita, 12.08.2002 r.), autorstwa Sławomira Sowińskiego, pracownika Instytutu Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wprawił mnie w zdumienie samym swoim nagłówkiem: Katolicyzm i patriotyzm muszą zostać przedefiniowane w zmieniającym się świecie. Ktoś nam znowu wmawia, że w sprawach najistotniejszych dla naszego Narodu i naszej tożsamości myślimy i czujemy nie tak, jak rzekomo powinniśmy. Czytając ów artykuł, nie można się oprzeć wrażeniu, że to kolejny odcinek z serii "jak zdobywano Kościół i katolików dla integracji Polski z Unią Europejską". Autor zresztą nie ukrywa, że wobec trudnego kompromisu (łagodnie powiedziane!) w negocjacjach, na wagę złota okażą się wszystkie siły i autorytety społeczne, które przemówią Polakom "do rozsądku", problem tylko w tym, jak w tej sytuacji winien zachować się Kościół, skoro sami katolicy są podzieleni wobec integracji Polski z Unią.

 

Dziwne "asy" wyciąga pan Sowiński z rękawa. Bo oto środowisko Ligi Polskich Rodzin i Radia Maryja skutecznie uprawia "katolicki eurosceptycyzm", ale istnieją też przecież rzekomo katolickie środowiska proeuropejskie, choćby takie Studium Generale Europa utworzone przy uczelni pana Sowińskiego. Umieszczenie tegoż Studium przy Uniwersytecie im. Kardynała Wyszyńskiego (dawnej ATK w Warszawie) to jednak jeszcze niewystarczająca rekomendacja... Otóż po wizycie delegacji naszego Episkopatu w Brukseli w listopadzie 1997 roku, kilku biskupów i uczonych duchownych doznało istnej prounijnej metamorfozy i, co tu owijać w bawełnę, zaangażowali się na rzecz agitowania za wejściem Polski do UE. W efekcie Unia przeznaczyła fundusze na indoktrynację polskich księży, czego jednym z owoców było właśnie powstanie przy ówczesnej ATK owego Studium Generale Europa pod kierownictwem wszędobylskiego w polityce Andrzeja Olechowskiego (PO), uczestnika Klubu Bilderberg, który to klub, jak wiadomo, rości sobie prawa do roli rządu światowego. Fundacja uczelni wydaje rozmaite prace z zakresu eurointegracji, często autorstwa osób o poglądach bądź sympatiach katolewicowych. Takim właśnie duchem tchnie artykuł pana Sowińskiego, i zapewne w takim też duchu sporządzono publikację prounijną, jaką w rok po biskupiej wizycie w Brukseli rozesłano do 5000 proboszczów w Polsce (Biuletyn KAI, 19.12.1998 r.). Bilderbergowiec i katolewica na katolickiej uczelni? Chroń nas Panie Boże przed ich przesłaniem!

 

Urabianie Kościoła Katolickiego przez monterów-integratorów Europy wcale nie jest nową taktyką wynalezioną na potrzeby obłaskawiania współczesnych Polaków, choć my naturalnie obserwujemy dziś jej nasilenie. Doskonale opisuje ten wątek Jerzy Chodorowski w książce Przynęty i pułapki w europejskich traktatach integracyjnych (Wyd. Dextra, Rzeszów, 2001 r.). Już w latach dwudziestych ubiegłego wieku, pionier ruchu zjednoczeniowego Richard Coudenhove-Kalergi szukał w krajach Europy kontaktu z tzw. prawicą chrześcijańską. Tą samą drogą podążali jego późniejsi naśladowcy, a dobitnie o roli Kościoła Katolickiego wyraził się w 1963 roku dr Max Kohnstamm, holenderski wiceprzewodniczący komitetu promującego Stany Zjednoczone Europy. Napomniał on Kościół, iż nie powinien on "ograniczać się do edyktów i kazań , ale zadaniem jego jest wejść w samo życie swych członków i uczynić z nich pionierów wspólnoty politycznej wykraczającej poza granice państwowe [...]. Całe życie i cała organizacja Kościoła powinna [...] być zrewidowana pod kątem widzenia usług, które Kościół mógłby oddać światu, skierowując go ku wspólnotowej formie życia." (Chodorowski, Przynęty i pułapki..., s.32). Co za buta prawić Kościołowi kazania, co powinien a co nie! A przecież taki ton rozbrzmiewa dziś w Polsce nie tylko w ustach katolewicy! I nie ma się co dziwić, skoro istnieją obawy, że bez zaangażowania autorytetu Kościoła, Polacy mogliby zagłosować w referendum przeciwko Unii.

 

A samej Unii musi coś bardzo na naszym członkostwie zależeć, skoro "pielgrzymki" zachodnich oficjeli do Polski w celu pozyskania sobie przychylności Episkopatu zaczęły się już w pierwszej połowie lat 90-tych. Chodorowski przytacza rok 1994, kiedy to delegaci francuskiego (C.Martin) oraz niemieckiego (H.F. von Ploetz) Ministerstwa Spraw Zagranicznych zapewniali nasz Episkopat, jakoby UE "ze swej natury zmierzała do obrony suwerenności poszczególnych narodów". W rok później z taką samą misją odwiedził naszego Prymasa ówczesny Przewodniczący Komisji Europejskiej (J. Santer, katolik). Nasze "elyty" też nie zasypiały gruszek w popiele i w listopadzie 1996 roku za pieniądze Fundacji Adenauera zorganizowały konferencję, która miała udowodnić pozytywne nastawienie Kościoła w Polsce do integracji z UE (oraz NATO). Konferencja ta miała też wykazać, że integracja nie może się dokonać wbrew Kościołowi, gdyż pociągałoby to za sobą zbyt wysokie "koszty społeczne i inne". Chodorowski celnie tę konferencję podsumowuje: "Aluzja jest tu całkowicie przejrzysta: wejście Polski do UE będzie musiało pociągnąć za sobą wzrost bezrobocia i różne jego następstwa społeczne, co może doprowadzić do zamieszek w kraju i groźnych dla UE wstrząsów. Celem ich uniknięcia trzeba zjednać dla Unii Kościół w Polsce i uczynić zeń narzędzie pacyfikacji nastrojów wśród poddanych jego wpływom mas wiernych". I potem w roku 1997 miała miejsce owa wizyta ośmiu przedstawicieli naszego Episkopatu w Brukseli, podczas której unijni urzędnicy roztaczali przed naszymi biskupami fantastyczne wizje i prawili banały o zachowaniu tożsamości narodów wchodzących do Wspólnoty. Od tej wizyty mamy wśród naszych biskupów kilku szczególnie gorących zwolenników UE, których wypowiedzi niejednokrotnie zaskakują swoją argumentacją...

 

Czyż Kościół Katolicki w Polsce (a z nim katolicy) nie jest więc wciągany w unijną rozgrywkę, która w swojej istocie ma na celu uciszenie pomrukiwań Polaków? Po powrocie z Brukseli bp Pieronek stwierdził, że polski Kościół nie obawia się integracji, gdyż "z rozmów przeprowadzonych w Brukseli jasno wynika, że Unia bardzo troszczy się o zachowanie tożsamości narodowej, kulturalnej i religijnej każdego z członków". Najwyraźniej serwowano tam naszym biskupom pewien artykuł Traktatu z Maastricht, jako dowód "szczerych zamiarów" Unii wobec Polski. Na ten właśnie artykuł powołuje się i Sowiński, ale rozminął się on z interpretacją jego znaczenia. Chodzi o tzw. zasadę pomocniczości, w unijnej nowomowie zwaną "zasadą subsydiarności", wyrażoną w artykule 3b Traktatu z Maastricht (obecnie w brzmieniu poprawek naniesionych przez Traktat Amsterdamski jest to artykuł 5[3b]). Sowiński twierdzi - a nawet uważa, że trzeba to do znudzenia powtarzać! - iż w duchu tej zasady kształtowanie tożsamości religijnej i kulturowej Unia pozostawia swoim narodom i społeczeństwom.

 

Wypada przytoczyć ten artykuł, skoro euroentuzjaści zarzucają nam, eurosceptykom, że posługujemy się ogólnikami, podczas gdy to właśnie oni jak ognia unikają faktów i karmią nas jedynie prounijnym naginaniem. W niełatwej, brukselskiej nowomowie artykuł ten brzmi:

 

"Wspólnota działa w ramach uprawnień przyznanych jej niniejszym Traktatem i celów jej wyznaczonych.
W zakresie, który nie podlega jej wyłącznej kompetencji, Wspólnota podejmuje działania, zgodnie z zasadą subsydiarności, tylko wówczas i tylko w takim zakresie, w jakim cele zaproponowanych działań nie mogą być zrealizowane w sposób wystarczający przez państwa członkowskie, natomiast ze względu na skalę lub skutki proponowanych działań, mogą zostać lepiej zrealizowane przez Wspólnotę.

Żadne działanie Wspólnoty nie wykroczy poza to, co jest konieczne do osiągnięcia celów określonych w niniejszym Traktacie."

 

W swojej książce Chodorowski objaśnia znaczenie tej zasady: Unia ma obowiązek włączania się w realizację jej celów tylko wtedy, gdy państwa członkowskie nie mogą ich osiągnąć w zadowalający sposób, i gdy jej pomoc jest niezbędna. Na pozór wydaje się to proste, i na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że istnieje wiele obszarów, w które Unia nie będzie się mieszać, i że pozostawi je kompetencji państw narodowych. To dlatego euroentuzjaści zachwycają się zasadą pomocniczości twierdząc, że "Unia nic nie ma" do naszej tożsamości narodowej. Ale jak większość unijnych przepisów, tak i ten trzeba rozpatrywać w kontekście całości prawodawstwa traktatowego. Chodorowski w swojej książce (s.128-139) tłumaczy całą zawiłość tegoż artykułu. Z jego treści wynika bowiem główny warunek dla zastosowania pomocniczości: może ona działać tylko tam, gdzie Unia i kraje członkowskie mają jednakowe kompetencje. Nie ma natomiast zastosowania w sferach działania zarezerwowanych wyłącznie dla Wspólnoty.

 

Problem jednak w tym, że warunek ten jest często w interpretacjach pomijany, a to właśnie on stanowi główny haczyk, gdyż nigdzie w traktatach unijnych nie wprowadzono "prawnego rozróżnienia między kompetencją wyłączną a niewyłączną" (tamże, s.130). Istnieje kilka pułapek zasady pomocniczości, które można by szerzej opisać w osobnym artykule. Jednak najważniejszy wniosek to ten, że ów osławiony artykuł 5[3b] wcale nie rozdziela kompetencji pomiędzy UE a państwo członkowskie, lecz jedynie określa sposób wykonywania kompetencji przyznanych Unii przez Traktat. A te polegają na tym, że "może ona robić jedynie to, co może być zrobione najlepiej na jej szczeblu i na jej instytucjach spoczywa ciężar dowodu, iż istnieje konieczność uregulowania prawnego jakiejś kwestii na poziomie wspólnotowym" (tamże, s.132). W rzeczywistości więc, o kompetencjach Unii decydują tylko władze Unii, a to oznacza koniec dyskusji o podziale kompetencji między nią a jej członków. Nijak więc z zasady pomocniczości nie wynika, że kształtowanie tożsamości religijnej i kulturowej Unia pozostawia swoim narodom i społeczeństwom, jak chciałby tego pan Sowiński.

 

Atrakcyjnie dla zwolenników Unii brzmi natomiast punkt 3 artykułu 6[F] wprowadzony do Traktatu z Maastricht w Amsterdamie w 1997 roku, a więc w roku wizyty naszego Episkopatu w Brukseli. Punkt ten stwierdza niezobowiązująco: "Unia respektuje tożsamość narodową swoich Państw Członkowskich". Nic więc dziwnego, że chętnie powołują się na niego nie tylko przedstawiciele Kościoła, ale i wszelkiej maści euroentuzjaści. Sowiński w ogóle o nim nie wspomina, być może zdawał sobie sprawę z pustosłowia tego oświadczenia. Otóż artykuł ten w swoim pierwotnym brzmieniu z Maastricht mówił o wolności, demokracji i tożsamości narodowej zaledwie w jednym krągłym zdaniu. Natomiast po zmianach naniesionych w Amsterdamie oddzielono wolność, demokrację i prawa człowieka od tożsamości narodowej i zawarto je w oddzielnych punktach, sugerując niejako, że respektowanie tożsamości narodowej jest czymś innym niż poszanowanie wolności, demokracji i praw człowieka (Stanisław Krajski, Traktat z Maastricht. Traktat Amsterdamski. Komentarze, Agencja SGK, Warszawa 2002 r., s.50). Czyli, patrząc z naszej perspektywy, rozdzielono w artykule 6[F] pierwiastek katolicki, który ukształtował naszą tożsamość narodową - od świeckich idei (o bardzo "bogatych" korzeniach), które legły u podstaw dzisiejszych zasad wolności, demokracji, poszanowania praw i podstawowych swobód. Co więcej, tożsamość narodową zaledwie się respektuje (punkt 3 artykułu 6[F]), podczas gdy o wspomnianych zasadach świeckich mówi się, że na nich oparta jest Unia (punkt 1 tegoż artykułu). Nietrudno więc sobie wyobrazić, że w pierwszej kolejności Unia będzie bronić tych zasad, na których jest oparta, a nie tych, które ma co najwyżej respektować. Wątpliwości rozwiewa tu ostatni 4. punkt omawianego artykułu 6[F]: "Unia zapewnia sobie środki konieczne do osiągnięcia swoich celów i prowadzenia swoich kierunków działania." Dziwacznie i ostrzegawczo brzmi ten zapis jak na artykuł, w którym mowa o respektowaniu i przestrzeganiu praw w Unii...

 

Pan Sowiński myli się też, gdy porusza kwestię stosunku do aborcji w krajach Piętnastki. Z jego wywodu wokół opacznie rozumianej zasady pomocniczości miałoby wynikać, że zakaz aborcji w Irlandii możliwy jest dzięki temu, że Unia pozostawia pewne kompetencje państwom członkowskim. Nic bardziej mylnego. Irlandia zastrzegła sobie to prawo w specjalnie wynegocjowanym Protokole Aborcyjnym dołączonym jako aneks do Traktatu z Maastricht, który trzeba podpisać, aby formalnie stać się członkiem UE. Wszelkie wyjątki od traktatu członkowskiego (jeśli w ogóle Unia miałaby się na nie zgodzić!) muszą być wynegocjowane i załączone do traktatu członkowskiego jako aneks. Jeśli i my chcielibyśmy mieć w Polsce zakaz aborcji po ewentualnym wejściu do Unii, to powinniśmy taki aneks już teraz negocjować. Tymczasem kwestia ta w ogóle nie jest w naszych negocjacjach poruszana! Jeśli tak dalej pójdzie, to będzie nas w Unii obowiązywać prawo o wolnym przepływie usług medycznych i swobodnym dostępie do nich, a właśnie do "usług medycznych" zalicza się w Unii aborcję. Nie będzie więc można zakazać np. cudzoziemcom otwierania gabinetów ginekologicznych wykonujących m.in. aborcję na życzenie, gdyż byłoby to pogwałceniem zasady wolnego przepływu usług medycznych. Sam zakaz aborcji też nie będzie wchodził w rachubę, gdyż łamałby zasadę swobodnego dostępu do tych usług. Tak oto unijna, świecka zasada "przestrzegania praw człowieka" weźmie górę nad katolickim sprzeciwem wobec zabijania dzieci poczętych, czyli "łamania praw ludzi jeszcze nie narodzonych"! I jest to tylko jeden bardziej charakterystycznych przykładów na rzekome nie mieszanie się Unii do kwestii określających naszą tożsamość i wypływający z niej światopogląd. Swoje cele i założenia Unia zrealizuje poprzez narzucenie nam swojego prawodawstwa lub, w przypadku zaskarżenia jej praw, poprzez proste wykazanie w Trybunale Europejskim, że jej prawa wspólnotowe mają wyższość nad naszymi krajowymi.

 

Na szczęście pan Sowiński świadom jest silnego lobby socjaldemokratycznego wewnątrz Unii, które wpływa na Parlament Europejski w takich "spornych" kwestiach jak aborcja, Invocatio Dei w przyszłej konstytucji unijnej czy obojętności religijnej w unijnej Karcie Praw Podstawowych. Uważa jednocześnie, że powinniśmy wsłuchać się w oczekiwania europejskich chadeków, którzy już dziś czekają na mocny i rozsądny głos polskich katolików w instytucjach politycznych Brukseli i Strasburga.

 

W tę samą strunę uderzał bp Życiński w swoim artykule "Obrażeni na wszechświat" opublikowanym również w Rzeczpospolitej (6.03.2002 r.) [CISZEJ NAD TĄ UNIĄ! - Polemika z artykułem Obrażeni na wszechświat? pióra Arcybiskupa Życińskiego.] To oczywiście przy założeniu, że "polscy katolicy" wejdą do instytucji unijnych, na co się chyba nie zanosi, skoro już teraz rozgorzała gorąca dyskusja nad prawem do objęcia unijnych stołków przez obecnych negocjatorów i klasę polityczną zaangażowaną w promowanie integracji z UE. Jak to oni na tę Polskę tam czekają! Mają parę krajów katolickich (Włochy, Irlandia, Hiszpania i Portugalia), ale cóż do tej pory znaczy w Unii ich stanowisko, skoro wieści z Europarlamentu nie napawają optymizmem? Czy zmienia się oblicze Unii na bardziej chrześcijańskie? Z Polską ten katolicki głos byłby już silniejszy... tyle że pozostanie głosem na pustyni wobec przeważającej większości brzmiącej jak dotąd raczej masońskim głosem, zwłaszcza wśród najsilniejszych państw "rdzenia UE": Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i krajów Beneluxu. Przecież my jeszcze nawet na własnym podwórku nie zrobiliśmy porządku, a już mamy się porywać na porządkowanie podwórka Europy? Jeszcze "nie wytrwaliśmy w małym"...

 

Nasza rzekoma rekonkwista Unii Europejskiej dla chrześcijaństwa jest najsilniejszym argumentem zwolenników Unii wysuwanym pod adresem eurosceptycznej części katolików. I katolicy łatwo dają się na to nabrać. Pan Sowiński sugeruje jednak (przy okazji przecząc samemu sobie, bo przecież twierdził, że Unia czeka na polskich katolików), że naiwnością jest oczekiwać, iż Unia zadekretuje satysfakcjonujący nas model. No i ma rację! Omówione powyżej artykuły 5[3b] oraz 6[F] traktatu członkowskiego z Maastricht świadczą, że Unia raczej nie zmieni zasad, na których się oparła - chyba że międzynarodówkę socjalistyczną i masonów w instytucjach unijnych zastąpią sami katolicy (w końcu u Pana Boga wszystko jest możliwe!). Jeśli do tych artykułów dorzucić choćby tylko unijne Oświadczenie o statusie kościołów i organizacji niewyznaniowych, to widać, że nawet miejsce Kościoła Katolickiego spada do rangi równorzędnej z dowolnym ruchem religijnym lub pseudo-religijnym, a jego prawa będą takie same jak "organizacji filozoficznych i niewyznaniowych" (czytaj: masonerii). Klauzula Kościelna mówi wprawdzie też o przestrzeganiu i nienaruszaniu statusu Kościołów, ale jak zauważa Jerzy Chodorowski (tamże, s.23), nie została ona włączona do Traktatu członkowskiego, a jedynie otrzymała status Oświadczenia Międzynarodowej Konferencji w Amsterdamie i tym samym jest dokumentem niższej rangi niż sam Traktat.

 

Sowiński jednak brnie dalej i zarzuca eurosceptycznym katolikom ich ideologiczny partykularyzm [ładnie brzmi, prawda?] i zamknięcie religijnej perspektywy do wymiarów własnego narodu. On chyba chce zawracać Wisłę kijem, bo najwyraźniej nie rozumie, że katolicyzm ukształtował nasz Naród i jego tożsamość, i że są to pojęcia nierozerwalne. W kraju, który przez półtora wieku nie istniał na mapach Europy, katolicyzm ocalił polską tożsamość. Każda próba podważenia czy choćby przewartościowania katolicyzmu Polaków pociąga za sobą jakąś zmianę w ich poczuciu narodowej tożsamości. I to eurotomanom chodzi: wmówić Polakom, że swoją "religijną perspektywę" mają teraz przekuć z narodowej na ponadnarodową, a tym samym mieliby się stać bardziej europejscy w sferze odczuwanej przez siebie tożsamości. Ręce opadają na taką argumentację! Toż katolicki oznacza z greckiego powszechny - i to właśnie w Święty Kościół Powszechny, a nie polski, wyznaje wiarę polski katolik podczas Mszy Świętej! A "powszechny" to więcej niż "europejski", o czym przypomina polskim katolikom każda papieska pielgrzymka do rozmaitych części świata! Dodajmy do tego, iż w naszym katolickim narodzie prawie połowa z głosujących w ostatnich wyborach opowiedziała się za komunistami, a zobaczymy, ile jeszcze mamy do zrobienia najpierw na własnym podwórku! A potem zastanówmy się nad słowami Prymasa Tysiąclecia: "Nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny"...

 

Zdaniem Sowińskiego, polscy katolicy ignorują fakt, iż Kościół Katolicki także w Europie zawsze żył i rozwijał się dzięki logice ponadnarodowej, solidarnej wymianie darów. I chodzi mu nie tylko o to, że Kościół Katolicki w powojennej Polsce korzystał z pomocy finansowej Zachodu przy budowie seminariów, parafii, itp. Co dla niego ważniejsze, partykularna perspektywa eurosceptyków odcina właściwie nasz katolicyzm od bogactwa łaski i doświadczeń, które są dziś udziałem katolików we Włoszech, Hiszpanii czy Niemczech. Chodzi mu tutaj o nowe ruchy w Kościele, takie jak Neokatechumenat, Foccolare, Opus Dei , itp. Pan Sowiński chciał katolików chyba troszkę zaszantażować, ale wytoczył argument, który działa przeciwko niemu samemu. Fakt, że takie ruchy powstały oddolnie wśród katolików w Europie i rozlały się na inne kraje dowodzi, że wcale nie jest katolikom potrzebna Unia Europejska, aby ubogacać europejską część Kościoła Katolickiego! Przecież Unia nie ma z powstaniem tych ruchów nic wspólnego. Czy Pan Sowiński nie dostrzega, że skoro ruchy te dawno dotarły i do Polski, nie będącej członkiem Unii, to najwyraźniej nie jesteśmy odcięci od "bogactwa łaski i doświadczeń" będących udziałem katolików w Europie? A w "solidarnej wymianie darów" braliśmy udział i my, Polacy - wystarczy wspomnieć choćby niezliczoną ilość naszych księży posługujących w krajach europejskich wobec zaniku powołań, a także liczne siostry zakonne ożywiające życie wspólnotowe w ich siostrzanych, świecących pustkami klasztorach na Zachodzie. I oczywiście Ruch Światło-Życie, który zdobywa zainteresowanie młodych katolików poczynając od Niemców. Nie potrzebowaliśmy do tego członkostwa naszego kraju w Unii. Ta "solidarna wymiana darów" rządzi się własnymi prawami, gdyż Duch wieje, kędy chce... i nie musi się kierować unijnymi traktatami!

 

Po próbie zdefiniowania polskiego katolicyzmu na nowo, pan Sowiński podjął się przewartościowania naszej tożsamości narodowej i naszego pojmowania patriotyzmu. Gdy ktoś majstruje przy takich pojęciach i próbuje nagiąć je do określonej ideologii, to właściwie ma gwarantowane, że się przy tym strasznie wygłupi. Bo oto dowodem na to, że nie zatracimy naszej tożsamości ma być fakt, że Francuzi nadal mają swoje sery, a Hiszpanie corridę. Idąc jego tokiem rozumowania - wystarczy, że Bruksela pozwoli nam produkować oscypki, a może nawet serwować w restauracjach bigos i flaki, i już będziemy wiedzieli, że nie stracimy naszej tożsamości! Pan Sowiński próbuje nam też wmówić, że na skutek polityki regionalnej i swobody przepływu osób tradycyjne tożsamości narodowe mocno się w Unii redefiniują, ale mnie osobiście zadziwiają jego argumenty. Bo oto taki młody Belg musi skonfrontować swą belgijskość z odradzającą się w jego kraju tożsamością flamandzką lub walońską - jak na mój gust jest to tylko dowód na to, że wobec unijnych zapędów do stworzenia człowieka "europejskiego" odżywa w odruchu obronnym to, co węższe i najbliższe, a więc najściślej określające tożsamość. Ów biedny Belg musi też samookreślać się wobec faktu, że studia ukończy być może w Paryżu, jego żona będzie Hiszpanką, pracować będzie w Monachium, a w pracy posługiwać się będzie językiem angielskim. Znam Polaków, którzy studia doktoranckie robili poza Polską, zawarli mieszany związek małżeński, pracowali zagranicą i posługiwali się w tej pracy językiem innym niż język tego kraju, a jednak nie przestali czuć się Polakami. Przecież to jest zwykłe przemieszanie narodowości i języków, co jeszcze nie oznacza "redefiniowania tradycyjnych tożsamości narodowych", choć na pewno może być narzędziem służącym do realizacji takiego celu w dalszej perspektywie. Temu m.in. ma służyć unijna polityka w zakresie swobodnego przepływu osób, osiedlania się i podejmowania pracy.

 

Wmawia nam się jednak, że taki właśnie jest wysoko rozwinięty zachodni świat - a w tym także Unia Europejska. A to przecież nic innego jak kolejny szantaż socjotechniczny serwowany nam przez euroentuzjastów! Bo jak inaczej określić usilne wbijanie nam do głowy, że jeśli do tego "wysoko rozwiniętego świata" nie wejdziemy, to staniemy się zacofanym zaściankiem, nad którym europejskie wrony czym prędzej będą zawracać do Brukseli? Zupełnie niedorzecznie brzmią w tym miejscu zapewnienia, że Unia zostawia sporo miejsca na tożsamości narodowe, ale pod warunkiem, że są one nowoczesne. Czyżby więc Unia miała jakiś sposób na określenie nam, jak w jej strukturach może wyglądać akceptowalna dla niej forma naszej tożsamości? Jeśli UE zostawia "sporo miejsca", ale stawia warunki, to jakiż sens ma deklarowane w artykule 6[F] respektowanie tożsamości narodowej? Te "nowoczesne" tożsamości narodowe w Unii Europejskiej mają być zindywidualizowane, głęboko przemyślane i uwewnętrznione. No, takim sformułowaniem nie pogardziliby i komuniści, którzy przez lata próbowali nam wmawiać, że wiara to nasza prywatna sprawa i nie należy jej uzewnętrzniać. Czyli na dobrą sprawę, możemy sobie być całym sercem Polakami, bylebyśmy tego nie okazywali, a już na pewno bylebyśmy się tym nie szczycili, bo wtedy nie będziemy nowocześni. Automatycznie nasuwa się tu przykład Amerykanów, którzy szczycą się swoją amerykańskością i okazują publicznie szacunek dla narodowych symboli. Zamach na World Trade Center tylko wzmocnił te przejawy patriotyzmu, a jednocześnie przypomniał Amerykanom, że nieodłączną częścią ich tożsamości jest wiara w Boga.

 

My możemy się od nich uczyć publicznego, radosnego manifestowania uczuć patriotycznych, a tymczasem wmawia się nam, że powinniśmy swoją tożsamość "zindywidualizować" i co najwyżej przeżywać wewnętrznie. Minister Cimoszewicz oraz premier Miller właśnie zatwierdzili "logo Polski", które ma być nowym godłem promującym nasz kraj w świecie. Próżno szukać tam Orła Białego czy biało-czerwonej wstęgi. Mamy za to bezczelną przeróbkę znanego wszystkim Polakom napisu "Solidarność", tyle że teraz jest to pokracznymi literami napisany wyraz "Polska", w którym litera "K" to postać trzymająca w ręku latawiec w biało-czerwoną szachownicę. Od strony znaczenia i symboliki krytycznie scharakteryzował to logo Erazm Ciołek ("Nowa wizytówka naszego Kraju", Rzeczpospolita, 19.08.2002 r.), ale powinniśmy zacząć od tego, że symbole leżące w centrum naszej tożsamości i patriotyzmu, mają być teraz zastąpione pop-kulturowym kiczem symbolizującym zaledwie region UE. Kto wie, może będziemy zmuszeni przeżywać wewnętrznie również i religijny aspekt naszej tożsamości. Łatwo sobie wyobrazić, że jeśli wejdziemy do Unii, to być może zakaże się nam na przykład procesji Bożego Ciała, gdyż będą one zbyt nachalnym manifestowaniem polskiej tradycji religijnej, a na dodatek stanowić będą pogwałcenie uczuć i przekonań mniejszości religijnych? Przecież to nie my, lecz Unia w swoich zapędach do unifikacji będzie decydować o tym, co służy lub nie służy osiągnięciu jej "celów wspólnotowych". A nam Bruksela zostawi małą namiastkę tożsamości, możliwą do przeżywania w różnych miejscach, modelach i intensywnościach. Ot, Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek...

 

Taką to "redefinicję" naszego patriotyzmu i tożsamości sugeruje pan Sowiński i domaga się, by Kościół w Polsce był tej redefinicji motorem. Wyjątkowo bezczelna to sugestia zważywszy, że jak dotąd, eurotomani traktujący Kościół instrumentalnie w unijnej propagandzie, krzyczeli co najwyżej o zapotrzebowaniu na nowego ducha polskiego katolicyzmu, którego potrzeba w Unii. Teraz jednak zachęca się Kościół, by i nasze poczucie patriotyzmu określił na nowo. Sowiński domaga się jednoznacznego stanowiska Kościoła, gdyż jego zdaniem, właśnie od Kościoła będzie zależeć, czy młodzi katolicy ukształtowani zostaną w duchu patriotyzmu muzealnego albo "meczowo-szalikowego", czy też posiądą trudną sztukę przekładania narodowej tożsamości na język zawodowej kariery, udanego życia rodzinnego, obywatelskiej odpowiedzialności i aktywnego oraz uczciwego udziału w wolnorynkowym współzawodnictwie. Chyba czegoś pan Sowiński tu nie rozumie, albo zwyczajnie manipuluje. Kościół Katolicki głosi naukę o doskonaleniu poprzez pracę, o życiu w rodzinie, o obywatelskiej odpowiedzialności katolików za życie publiczne, a także o uczciwych postawach w każdej sytuacji, nie tylko na wolnym rynku. Co tu dużo mówić, cała ta nauka wypływa z Ewangelii i na tym polega jej uniwersalizm, zupełnie niezależny od tożsamości narodowej, więc co za "trudną sztukę" tu "przekładać"? Chyba że, jak chce pan Sowiński, Kościół miałby nam teraz tę naukę zeświecczyć dla potrzeb integracji europejskiej, a z naszej tożsamości narodowej miałby wykreślić ponad tysiąc lat historii... Efekt byłby istną profanacją i naszej tożsamości, i nauki Kościoła. I pomyśleć, że takie "jednoznaczne stanowisko" miałoby być dla Kościoła Katolickiego kolejną definicją jego uniwersalizmu! Jakie jeszcze genialne postulaty z gatunku bezczelnego szantażu usłyszymy od zwolenników Unii Europejskiej...? Przecież Sowiński w istocie proponuje osłabienie, a następnie rozerwanie więzi religijnej i patriotycznej, co prowadzi prostą drogą do uprywatnienia wiary i zaniku patriotyzmu!

 

Na podsumowanie przypominają się słowa Prymasa Tysiąclecia z 1975 r., które aktualne są i dziś: "Wydaje nam się, że grozi tu przede wszystkim przemielenie Narodu, jako zjawiska stałego, w którym żyje nasze społeczeństwo i młodzież, tak aby społeczeństwo nie odczuwało powiązań z Narodem. Idzie o to, aby nie odczuwało konsekwencji płynących z życia w konkretnym Narodzie, powiązań z jego stylem moralnym, z jego kulturą i wiekowymi osiągnięciami, z jego zwyczajami i obyczajami." I o to w gruncie rzeczy chodzi panu Sowińskiemu i innym jemu podobnym eurointegratorom.

 

Pan Sławomir Sowiński chciałby, żeby pewne trwałe wartości takie jak katolicyzm i patriotyzm zostały "przedefiniowane w zmieniającym się świecie". Może nie zauważył, że kierunek tych zmian nie jest ani dobry, ani akceptowany przez ludzi odpornych na "prawdy" głoszone przez liberałów, globalistów i unionistów. Najwyraźniej jednak zalicza się on do wyznawców nowej "przewodniej siły narodu", owego ślepego pędu do brukselskiego dyktatu - pędu, w którym powinniśmy się zaprzeć samych siebie, aby stanąć u bram Unii jako "nowoczesny europejski lud".

 

Jak na ironię, poprzednia "przewodnia siła" miała identyczny cel: abyśmy zaparli się samych siebie i wspólnie budowali komunistyczny raj. Analogia nasuwa się sama, zmienił się tylko kierunek geograficzny - tak jak wtedy komunistom, tak teraz eurointegratorom przeszkadza silny, zdrowy patriotyzm wzmocniony silnym pierwiastkiem katolickim. I narzędziem do zniesienia tej przeszkody w Polsce ma być teraz nie kto inny jak Kościół Katolicki, do którego przymilają się euroentuzjaści niekoniecznie żyjący na co dzień wiarą katolicką. Nawoływania Maxa Kohnstamma z 1963 roku o usługi, które Kościół mógłby oddać światu przebijają nader wyraźnie w artykule Sowińskiego. Nie pierwszy to zresztą artykuł, a zapewne i nie ostatni, w którym autorytet Kościoła próbuje się wykorzystać jako instrument w europropagandzie. Jest on rzeczywiście na wagę złota dla zwolenników Unii, którym najzwyczajniej w świecie brak konkretnych argumentów przemawiających na korzyść członkostwa Polski w UE, i którzy będą mieli twardy orzech do zgryzienia w przekonywaniu Polaków oraz uspokajaniu nastrojów społecznych.

 

* * *

 

Dziś wieczorem (19.08.2002 r.) pożegnaliśmy na krakowskim lotnisku Jana Pawła II. Czekali euroentuzjaści na jakąkolwiek papieską wzmiankę o poparciu dla wejścia Polski do Unii Europejskiej. Będą twierdzić, że się doczekali, gdyż po raz kolejny wyrwą z kontekstu jego słowa. Podczas przemówienia pożegnalnego na lotnisku Papież powiedział:

 

"Z pewnym niepokojem mówiłem o trudnościach i kosztach przemian, które boleśnie obciążają najuboższych i najsłabszych, bezrobotnych, bezdomnych i tych, którym przychodzi żyć w coraz skromniejszych warunkach i w niepewności jutra. Odjeżdżając, te trudne sprawy Ojczyzny chcę polecić Bożej Opatrzności i zachęcić wszystkich odpowiedzialnych za stan państwa do troski o dobro Rzeczypospolitej i jej obywateli. Niech zapanuje duch miłosierdzia, bratniej solidarności, zgody i współpracy oraz autentycznej troski o dobro naszej Ojczyzny. Mam nadzieję, że pielęgnując te wartości, społeczeństwo polskie - które od wieków przynależy do Europy - znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach wspólnoty europejskiej i nie tylko nie zatraci własnej tożsamości, ale ubogaci swą tradycją ten kontynent i cały świat."

 

Ojciec Święty potwierdził więc tylko swoje dotychczasowe stanowisko w sprawie Europy wartości chrześcijańskich i przywołał "autentyczną troskę o dobro naszej Ojczyzny". Wyraził przy tym nadzieję - i podkreślił to uniesieniem dłoni znad pulpitu i wybijaniem rytmu akcentowanych sylab - że nasze społeczeństwo znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach wspólnoty europejskiej. Papieskie nadzieje i rzeczywistość unijna to jednak dwa rozmijające się kierunki, a miejsce pariasów, jakie w Unii szykuje nam Bruksela, dalekie jest od tego, które uważalibyśmy za nam właściwe. Europa Jana Pawła II, Europa ducha i wartości, ma historię dłuższą niż Europa wspólnego rynku i wspólnego pieniądza, w której wartości chrześcijańskie są niepotrzebnym balastem. Przeciwko takiemu rozumieniu Europy Ojciec Święty zaprotestował w 1991 roku podczas swojej wizyty we Włocławku: "Pragnę jako Biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy, Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury, kultury chrześcijańskiej, z którejśmy czerpali, którąśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień".

 

Euroentuzjaści zarzucają katolikom, że słuchają papieża, ale go nie słyszą... Może by tak sami nastawili uszu na całą myśl Jana Pawła II, zamiast tylko nasłuchiwać słów, które dadzą się wykorzystać w unijnej propagandzie.

 

 

Małgorzata Kamyk, Nasza Witryna, 2002-08-19