Małgorzata Kamyk
No właśnie: po co do Unii?
Polemika z artykułem Ernesta Skalskiego „Po co do Unii”
Po przeczytaniu artykułu pana Skalskiego (Gazeta Wyborcza, 29.07.02 r.) powinnam wywnioskować, że należę do pełnych pychy, demagogicznych izolacjonistów, którzy cały świat widzą w kolorach czarnym i białym, którzy są na tyle nierozsądni, głupi i egoistyczni, że godzą w nadrzędny interes narodu gardząc rzadkim darem historii, a na dodatek tylko udają posłuszeństwo wobec papieża i Kościoła... Żadnego z tych określeń nie wymyśliłam, wszystkie wydumał pan Skalski – ja, co najwyżej, zmieniłam tylko ich formę gramatyczną. Na szczęście pan Skalski mentorem moim nie jest, co przyznaję z ulgą, a że komuś może się zrobić niedobrze na tak przemycane epitety – to już inna sprawa. Ale co się tu dziwować, skoro artykuł ten doskonale wpisuje się w uprawiany przez Gazetę Wyborczą styl dziennikarzowania i politykowania, polegający na ośmieszaniu ludzi o poglądach przeciwnych do credo wyznawanego przez redakcję największego polskojęzycznego dziennika?
Pan Ernest Skalski raczy udawać, że prowadzi dialog z przeciwnikami wejścia Polski do Unii Europejskiej, albo co najmniej, że próbuje zrozumieć ich argumenty. Ale już we wstępie do artykułu „rozstawia przeciwników po kątach” twierdząc, że to będzie decyzja o historycznym znaczeniu, bo w wypadku utrzymania izolacji od Zachodu, będziemy świadkami pośmiertnego zwycięstwa komunizmu. Nic tylko położyć po sobie uszy i klęknąć przed taką demagogią bez pokrycia... no bo skoro walczyliśmy o obalenie komuny, to głupio teraz by było wdawać się w walkę o [jej] pośmiertne zwycięstwo! Poza tym Skalski przeoczył, że komunizm odizolował nas od Zachodu tylko politycznie i gospodarczo, a to można nadrobić bez przystępowania do Unii.
Rozsądek nakazuje nie podejmować decyzji jedynie dla samej jej historyczności, jeśli miałoby to przynieść fatalne skutki dla państwa i Narodu. Poza tym, coś grubo zawężone jest to spojrzenie jednego z głównych komentatorów Wyborczej – jeśli wejście do Unii będzie decyzją o historycznym znaczeniu, to równie historyczne znaczenie będzie miała decyzja o pozostaniu poza Unią. I jedna, i druga decyzja pociągnie za sobą istotne konsekwencje, a historia Polski wystawi nam kiedyś albo słony rachunek, albo laurkę z gratulacjami. Mamy przecież zadecydować nie tylko o swoim losie, ale i losie przyszłych pokoleń Polaków – czy chcemy być ekonomiczną kolonią brukselskiego nowotwora w dziejach Europy, czy też chcemy być wolnym narodem podejmującym suwerenne decyzje we własnym kraju.
Osobiście wolę to drugie wyjście i jakoś nie przekonuje mnie opinia pana Skalskiego, że warto wstąpić do Unii – takiej, jaka jest, bo przecież możemy starać się ją ulepszać, na ile to możliwe. Będziemy mało liczącym się członkiem nawet nie II lecz III kategorii. Istnieje bowiem na temat UE teoria „dośrodkowych kręgów z rdzeniem”, która zaczyna nam się ukazywać również w praktyce – wystarczy spojrzeć na obecną sytuację w Unii. Pierwszym kręgiem i rdzeniem UE, dyktującym jej politykę, są przede wszystkim Niemcy, a wraz z nimi Francja, Anglia i kraje Beneluxu (Belgia, Holandia, Luksemburg). Drugi krąg to pozostali członkowie obecnej Piętnastki (Austria, Hiszpania, Włochy, Irlandia, itd.), których wpływ na politykę unijną kontrowany jest przez silniejszy „rdzeń”. I wreszcie w trzecim kręgu znajdą się kraje kandydackie (a wśród nich Polska), które wchodzą jednak na nierównych warunkach, i których interesy zejdą na dalszy plan wobec interesów silniejszych członków rdzenia i drugiego kręgu. Widać więc, kto będzie grał w Unii pierwsze skrzypce oraz kto i ile będzie miał do powiedzenia. Nie pomoże nam nawet wyznaczona w Nicei liczba „naszych” reprezentantów w parlamencie Europejskim, gdyż polityka unijna jest wypadkową wewnętrznych sporów pomiędzy co silniejszymi członkami UE o zabezpieczenie w pierwszej kolejności ich własnych interesów. Jak na złość euroentuzjastom, zanosi się też na zniesienie prawa veta w debatach unijnych, gdyż już teraz rozważa się możliwość podejmowania decyzji większością głosów. Nie zdziwię się ani odrobinę, jeśli UE zmieni sposób podejmowania decyzji jeszcze przed rozszerzeniem... Tak oto obecni członkowie będą mogli później bez trudu wybić z głowy nowym członkom ich reformatorskie zapędy. Wystarczy, że przygotują sobie odpowiednie narzędzia, zanim wpuszczą nas do swojego klubu, a na to się właśnie zanosi, skoro niektórzy unijny dygnitarze przebąkują coś o opóźnieniu rozszerzenia, twierdząc przy tym, że to z naszej winy, bo nie jesteśmy jeszcze gotowi.
Pan Skalski konstruuje swój artykuł wokół takiej oto myśli: Nigdy nie uważałem, że Unia ma same zalety, ale wiedziałem, że trzeba do niej wstąpić pomimo wszystko. Postanowiłem jednak się dowiedzieć, „pomimo co” musimy zostać jej członkiem. Pomijam, skąd Skalski wiedział, że musimy wstąpić do UE, bo może jest to jakiś nieznany mi pewnik albo i nawet prawda objawiona, na którą „zamknęłam swe uszy”... Ciekawe jest natomiast, że Skalski przyjmuje postawę oświeconego realisty popierającego Unię – ten socjotechniczny zabieg może nawet niektórych przekona... Chwali się panu Skalskiemu, że coraz więcej czyta i coraz częściej bywa na coraz liczniejszych konferencjach, a nawet że próbuje przez to nadawać większą rangę swoim argumentom. Tyle że jego argumenty i wnioski czasem nie trzymają się kupy, czasem są to wyświechtane slogany eurotomańskie, a w innych miejscach są to płaskie epitety rzucane pod adresem przeciwników UE. Czyli właściwie nihil novi, jeśli chodzi o wkład Gazety Wyborczej w unijną propagandę, tyle że jej propagandziści przybrali jakby lekko przefarbowane szaty.
Po cóż, jeśli nie w celu ośmieszenia eurosceptyków, Skalski przytacza opinię prof. Kieżuna na temat wszechobecnej biurokracji w unijnych instytucjach – a nawet twierdzi, że zdanie profesora jest mu bliskie – skoro dalej głosi, że w Polsce temat ów sprowadza się zwykle do anegdot o europejskiej normie na krzywiznę ogórka...? Ot i cała imputowana przez Skalskiego rzeczowość argumentów używanych przez przeciwników Unii! No bo jeśli w Polsce ktoś opowiada takie anegdoty, to na pewno robią to eurosceptycy, a zwolennicy UE przytoczyliby raczej fachowe argumenty prof. Kieżuna! Tyle że jest zupełnie inaczej: euroentuzjaści nie rozpisują się o rzeczach niemiłych dla ich uszu, a eurosceptycy od samego początku tego „braku narodowej dyskusji” byli głównym źródłem informacji o chorobach trawiących Unię. Trzeba jednak przyznać, że pan Skalski jest nader szczery. Pisze bowiem: Niewątpliwie nasza klasa polityczna liczy już na ponad tysiąc posad w Unii i ponad 20 tys. stanowisk unijnych w kraju, ale natychmiast dodaje: Nie wydaje się, byśmy po akcesji chcieli walczyć o redukcję aparatu urzędniczego UE. To zrozumiałe, że nasza klasa polityczna nie będzie o tę redukcję walczyć, a to z prostego powodu, że na te posady liczy. Tylko po co pan Skalski przeczy tu sam sobie? Czyż nie twierdził chwilę wcześniej o naszej misji w UE, że możemy starać się ją ulepszać, na ile to możliwe...? No, ale może kluczowe słowa w tym twierdzeniu to „obietnica możliwości starania się”... Jakby nie było, są to pobożne życzenia albo i nawet pustosłowie, ale przecież chodzi o to, żeby przeciętny czytelnik zapamiętał z tego, że „będziemy mogli reformować Unię od środka”.
Pan Skalski zarzuca przeciwnikom wejścia do Unii, iż grożą, że Polska jedynie na tym straci. Niby nic, a jaki staranny dobór słów – wszak „groźba” bardziej zniechęca do poglądów eurosceptyków niż „ostrzeżenie”. Dalej Skalski podaje, jego zdaniem, całkiem niezłe saldo, ale nie ustrzegł się przy tym wizjonerstwa i języka kreującego wyimaginowaną rzeczywistość. Twierdzi bowiem, że jeśli wejdziemy do UE w 2004 roku, to kwoty, jakie otrzymamy z funduszy strukturalnych i funduszu spójnościowego powinny być wyższe niż szacowane przez nas 6-9 mld euro, na jakie liczyliśmy w wypadku wejścia w roku 2002. Skalski nie podaje, na jakiej podstawie twierdzi, że „powinny”. Nie tłumaczy też, dlaczego to zwiększą się wydatki rozwojowe, nawet jeśli po reformie unijnej polityki rolnej zmniejszą się dopłaty bezpośrednie dla rolników, które według „nadziei” Skalskiego wyniosą 2-4 mld euro rocznie. Spory rozrzut w tych liczbach: 6-9 mld oraz 2-4 mld, tylko...
SKĄD ON TE LICZBY WZIĄŁ...?
Widać, że Skalski posługuje się nie tylko zręcznymi manipulacjami językowymi, ale przede wszystkim nagina liczby i nie mówi wszystkiego, co w ich kontekście trzeba powiedzieć. Pan Skalski chyba nie odrobił lekcji, a najbardziej niezbędne dane mógł znaleźć w oficjalnym dokumencie Analiza i ocena propozycji Komisji Europejskiej z 30 stycznia 2002 r. dla krajów kandydackich zamieszczonym choćby na stronach internetowych Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (dział „Opracowania i Publikacje”).
Po pierwsze, jeśli przyjąć unijną podstawę obliczeń funduszy strukturalnych dla państw kandydujących (czyli że nie mogą one przekroczyć 2,5% ich PKB) i uwzględnić polski Produkt Krajowy Brutto wynoszący obecnie około 200 mld euro, to – jeśli mój kalkulator się nie zepsuł, a w matematyce nic się nie zmieniło – dostaniemy z funduszy strukturalnych w najlepszym wypadku około 5 mld euro, a nie jakieś wyimaginowane 6-9 mld. Gdybyśmy mieli prawa równe z pozostałymi krajami Piętnastki, to moglibyśmy liczyć na pomoc strukturalną w wysokości 4% PKB (czyli 8 mld euro), a tak musimy się obejść obietnicą sumy prawie o połowę mniejszej. Czyli będziemy członkami „gorszego rzędu” nie tylko w kwestii słynnych już 25%-owych dopłat bezpośrednich, ale i funduszy strukturalnych, o których nasze media i rząd chętnie trąbią, jakoby one właśnie miały nam otrzeć łzy po skandalicznej nierówności w kwestii dopłat dla rolników.
Po drugie, grubo się pomylił pan Skalski twierdząc: mamy również nadzieję na dopłaty bezpośrednie dla rolników w ramach Wspólnej Polityki Rolnej – 2-4 mld euro rocznie. No cóż, „nadzieję” możemy mieć nawet i na 10 mld, ale co z tego, skoro w pierwszych latach twarda polityka unijna przeznacza nam dopłaty bezpośrednie dla rolników i hodowców w wysokości 586 mln euro w roku 2004 oraz 709 mln euro w roku 2005 – przy czym dla porównania dodam, że Piętnastka wspomaga swoich rolników dopłatami w kwocie ponad 33 mld euro rocznie („Integracja polskiego Rolnictwa z Unią Europejską. Bilans zysków i strat”, Rzeczpospolita, 1.02.02 r.). Pan Skalski rozminął się więc wielokrotnie w cytowanych przez siebie kwotach, chyba że nie rozróżnia dopłat bezpośrednich od dotacji do cen żywności i sumuje je razem z dopłatami na rozwój obszarów wiejskich. Podkreślę jeszcze, że na razie zupełnie niewiadomo, co będzie z dopłatami bezpośrednimi po 2006 roku, gdyż unijna Agenda 2000 poza ów rok nie wychodzi, w UE mówi się coraz głośniej o reformie Wspólnej Polityki Rolnej, a Niemcy (podobnie jak i inne kraje płacące najwięcej do unijnej kasy) zgłaszały już propozycję rezygnacji z dopłat bezpośrednich. Ale o tym wygodniej było Panu Skalskiemu nie wspominać.
Po trzecie, nawet jeśli przyjmiemy, że to kwoty cytowane przeze mnie, a nie przez pana Skalskiego, są prawdziwe – to i tak, póki co, istnieją one tylko na papierze. Aby otrzymać pomoc strukturalną, musimy wnieść nasz własny wkład finansowy, wyasygnowany przez władze regionalne lub krajowe. Przepisy unijne wyraźnie określają, że – w zależności od specyfiki projektu – budżet naszego państwa powinien pokryć od 25% do 50% kosztów inwestycji. O tym pan Skalski wspomina tylko częściowo, pomija bowiem tę mniej korzystną dla nas górną granicę (50%) udziału w kosztach niektórych projektów. Szczęśliwie zauważa jednak, że realizacja naszych zobowiązań będzie się wiązała z koniecznością ograniczenia innych wydatków oraz (lub) sięgnięcia po kredyty i pożyczki – czyli ze zwiększeniem długu publicznego. No cóż, jeśli można zaciągać nowe kredyty nie spłaciwszy starych i nie tracąc przy tym wiarygodności, to tylko pogratulować! Ograniczenia wydatków wiadomo, czym mogą się skończyć dla pracowników budżetówki. Nasz dług publiczny dochodzi do kwoty 420 mld złotych, ale co tam! Polski podatnik ledwie zipie w żelaznym uścisku fiskusa, ale przecież można ten uścisk jeszcze bardziej zacisnąć, bo jakoś trzeba te pieniądze na pokrycie naszego udziału wycisnąć, choćby spod steranej, polskiej ziemi. Przecież „nie mamy alternatywy dla UE” – jak głosi oficjalne stanowisko rządu. Tylko że alternatywy nie będzie miał wówczas polski podatnik, gdyż nawet zadeklarowani przeciwnicy UE będą zmuszeni ją współfinansować z własnych dochodów...
Drugi aspekt dotyczący istnienia kwot tylko na papierze odnosi się do dopłat bezpośrednich. Pan Skalski zupełnie pomija przyznane Polsce możliwe limity produkcyjne (zbóż, rzepaku, strączkowych oraz mleka i cukru), które krępują nasze możliwości produkcyjne, co w efekcie obniży rolnikom dochody, a Polsce odbierze samowystarczalność żywieniową i uzależni ją od importu żywności z krajów obecnej Piętnastki. W końcu każdy dba o własny interes, więc dlaczego nie miałyby o własny interes zadbać kraje członkowskie Unii? Jeśli dodać do tego nasze problemy z wdrożeniem komputerowego systemu kontroli produkcji rolnej (IACS), to może się okazać, że obiecany wzrost dopłat bezpośrednich nie nastąpi i rząd polski będzie musiał wyłożyć brakującą część z naszego budżetu. Nie należy też zapominać, że duży odsetek rolników i hodowców nie będzie w stanie spełnić unijnych wymogów niezbędnych do przyznania dotacji, więc nawet nie skorzystamy z całej przyznanej nam na papierze kwoty. Jest przecież różnica między „przeznaczeniem funduszy” a faktycznym „przekazaniem kwoty”. Szacuje się, że będziemy w stanie wykorzystać zaledwie 20-30% („Integracja czy kabaret?”, Najwyższy Czas!, 20.04.02 r.), więc tylko tyle rzeczywiście otrzymamy z unijnego budżetu. Pan Skalski jednak pisze o dotacjach bezpośrednich tak, jak gdyby wystarczyło udać się do kasy po „należne nam czarno na białym” miliardy euro, i dodaje tylko, że trzeba mieć faktyczną zdolność ich wykorzystania, nie wdaje się natomiast w te mniej korzystne dla nas szczegóły.
I wreszcie ostatni element tego salda, który pan Skalski prezentuje tylko częściowo: nasza składka do wspólnego budżetu jest szacowana wstępnie na 2,5 mld euro rocznie – i raczej trudno liczyć na ulgi. To dość łagodnie powiedziane, że o ulgach możemy zapomnieć, nie o to jednak tu chodzi. Dla pełnego obrazu naszych realnych strat należy doliczyć około 900 mln euro, które stracimy z państwowej kasy na skutek zniesienia granic celnych po naszym wejściu do Unii. O tym się w mediach mówi rzadko, natomiast zewsząd słyszymy dyskusje, czy już w pierwszych latach członkostwa będziemy płatnikiem netto (czyli: czy będziemy wpłacać do unijnej kasy więcej niż z niej otrzymamy). Prozaicznym powodem tego niekorzystnego dla nas położenia może być opóźnienie w wypłacaniu unijnych funduszy. Już w styczniu Komisja Europejska proponowała bowiem, żeby Polska wpłacała całość składki, a w zamian otrzymywałaby tylko zaliczkę na poczet dopłat bezpośrednich dla rolników. Polska musiałaby więc wyłożyć resztę pieniędzy sama, natomiast Unia wypłaciłaby swoje zobowiązania dopiero po roku („Integracja – próba bilansu”, Nasz Dziennik, 30.01.02 r.).
Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o naszą składkę i status płatnika netto w pierwszych latach członkostwa. Skoro Unia nie popuszcza i chce, żebyśmy płacili całą składkę bez żadnych ulg już od pierwszych dni członkostwa, to euroentuzjaści mają problem z przekonywaniem ludzi do integracji. Zaczęli więc ostatnio posługiwać się nowym argumentem w swojej propagandzie. Twierdzą, że nie będziemy płatnikiem netto, gdyż Unia będzie nam wypłacać kompensacje budżetowe na wypadek, gdybyśmy „nie mogli sobie poradzić z wykorzystaniem jej pomocy” – czyli prościej mówiąc: na wypadek, gdybyśmy w swoim budżecie nie znaleźli pieniędzy na wymagany od nas wkład, np. w inwestycje finansowane z unijnej pomocy strukturalnej. Ma to być taki unijny gest na otarcie łez, żebyśmy sobie już na wstępie nie pomyśleli, że Unia chce nas oskubać. Ten „gest” wynosi zaledwie 800 mln euro rezerwy dla wszystkich 10 kandydatów! Cóż to za „kompensacja”, kiedy tylko sama Polska stoi przed deficytem rzędu 1-2 mld euro? („Integracja czy kabaret?”, Najwyższy Czas!, 20.04.02 r.). Na dodatek, trzeba będzie na wypłatę tego „gestu” poczekać cały rok – czyli prawdopodobnie UE wypłaci nam to z pieniędzy, które w ciągu tegoż właśnie roku od nas otrzyma. Niech jednak entuzjaści nie łudzą się, że cała „nasza” część z tych 800 mln euro spłynie do nas od razu w całości! Unia będzie nam te pieniądze zrzucać w ratach rozłożonych na 10 lat, co tylko zwiększa nasze ryzyko zostania płatnikiem netto po wejściu do UE (EUobserver, 23.04.02 r.). Dyskusja o finansach i naszej składce wywołuje więc ogólną nerwowość, i to nie tylko wśród naszej „klasy rządzącej”, ale i wśród Unijnych dygnitarzy, zwłaszcza komisarza Verheugena. Nic więc dziwnego, że ten rozdział „negocjacji na kolanach” odłożono na ostatnią chwilę, tuż przed ich zamknięciem.
Uwzględniając więc całość wywodów finansowych i „niedomówień” pana Skalskiego, nie bardzo widzę powód, dla którego można już teraz stwierdzić, że mamy całkiem niezłe saldo... Ale jeśli ktoś chce udowodnić z góry założoną tezę, to opiera się tylko na tym, co mu pasuje. A że przy okazji osoby twierdzące inaczej nazywa się różnymi demagogami, to już inna, normalna w Gazecie Wyborczej sprawa – w końcu chodzi o
„kreowanie rzeczywistości” w umysłach osób niezdecydowanych
co do swojego głosu w referendum akcesyjnym...
To dlatego wmawia się nam, że musimy wstąpić do Unii szybko, już w 2004 roku, abyśmy mogli mieć swoich reprezentantów we władzach UE, bo tylko wtedy będziemy współdecydować o podziale unijnych pieniędzy na lata 2007-13. Czyli wstępować i to szybko! Pan Skalski prezentuje tę myśl jako jeden wniosek płynący ze wszystkich referatów na jednej z konferencji. Czyżby imputował, że w takim razie tylko idiota by się z tym nie zgodził...? Pewnie tak, skoro twierdzi, że w przeciwnym wypadku pogłębiłaby się nasza izolacja w sąsiedztwie, a w przyszłości musielibyśmy zabiegać o poparcie [...] w Pradze, Tallinie, Budapeszcie, bo jego zdaniem o taką przyszłość walczą przeciwnicy wstąpienia do UE. Dość gołosłowny to wniosek, ale dostatecznie dobry jak na wmawianie Polakom bzdur oraz kolejną próbę ośmieszenia eurosceptyków. W końcu przecież „alternatywy dla UE nie ma”, czasu coraz mniej, a referendum coraz bliżej...
Zdaniem Skalskiego, choć wygląda na to, że Polacy w referendum opowiedzą się za Unią, to jednak stuprocentowej pewności nie ma. I jakież jest na to lekarstwo? – nasi specjaliści nie szukają już argumentów „za”, zastanawiają się „jak”. Czyli „nasi specjaliści” zmienili ton, bo nie dało się już dłużej mamić Polaków pustosłowiem wobec faktu, iż sama Komisja Europejska pokazała, że właśnie „zaczęły się schody”. Za owymi specjalistami jakoś nie nadąża jednak kampania (dez)informacyjna pana pełnomocnika Wiatra, który w godzinach największej oglądalności wmawia nam, że Unia jest cacy, a może nawet cymes. A „nasi specjaliści” jak ojcowie narodu pokazują trudności, które musimy pokonać, czy błędy, których trzeba uniknąć. Czy nie byłoby im łatwiej i prościej, gdyby w negocjacjach nie padali tak często na kolana?
Według Skalskiego mamy polityków szczerze zatroskanych, tyle że niepotrzebnie. Na przykład przewodniczący sejmowej komisji europejskiej, Józef Oleksy, martwi się o polskie interesy „na zapas”, co jednak nie jest bezpodstawne, bo przecież o nasze interesy będzie wtedy „dbała” Unia, a każdy nasz sprzeciw wobec niekorzystnych decyzji może być przegłosowany przez pozostałych członków. Natomiast lider PiS, Lech Kaczyński, obawia się ponoć gwałtownego kryzysu i rozczarowania po referendum, co też jest całkiem prawdopodobne, bo nastroje społeczne zarówno euroentuzjastów jak i eurosceptyków mogą się zmienić diametralnie w zależności od wyniku referendum. Pan Skalski komentuje to jednak niefrasobliwym Pożyjemy, zobaczymy. Jak ktoś nie wie, co powiedzieć i chce zasugerować, że ktoś inny plecie bzdury, to mówi właśnie to... Ale jeśli już pożyjemy i zobaczymy, że w Unii „miało być tak pięknie, a nie jest”, to nijak wyjścia z tej pułapki nie będzie, bo Traktat z Maastricht nie przewiduje procedury wystąpienia z UE – droga do Unii jest jednokierunkowa.
Rozmaitych chwytów używa pan Skalski, by „przemówić nam do rozsądku” przed zbliżającym się referendum, co do którego wyników na razie stuprocentowej pewności nie ma. Za przykład podaje nam Hiszpanię, w której nie istniał problem przekonywania do akcesji. Aż dziw bierze, że Skalski nie zauważa pewnej istotnej różnicy, choć sam cytuje Hiszpanów, że tylko wejście na pełnych prawach stwarzało im szansę na równanie do pozostałych członków ówczesnej EWG. Dzięki tym pełnym prawom, Hiszpania otrzymała całe 100% dopłat bezpośrednich dla rolników (a nie tylko 25%) oraz dopłaty strukturalne w wysokości 4% swojego PKB (zamiast 2,5% PKB tak jak my); nie miała też innych ograniczeń, np. w zakresie swobodnego przepływu siły roboczej. Miała też potężne narzędzie obronne: uzyskała pewien okres przejściowy, podczas którego mogła używać ceł zaporowych w stosunku do innych, starszych członków Wspólnoty. I o tym pan Skalski powinien wiedzieć, gdyż z podobnym rozwiązaniem dla Polski występował minister Kalinowski, powołując się na przykład właśnie Hiszpanii, a także Portugalii, lecz Unia powiedziała „nielzia!”. Jakie „prawa” będzie miała Polska – to już wiemy z ostatnich „postępów” w negocjacjach, w których żywo uczestniczy minister Danuta Hübner, a co do której pan Skalski zapewnia nas słowami Hiszpanów, że jest ona bardzo dobra. Nic tylko się cieszyć i „stulić pysk” z tymi krytycznymi ocenami jej działalności! A jak ktoś się nie zgadza, że Hiszpan potrafił, to znaczy, że ma problem z niewiedzą, brakiem wiary w siebie oraz z pychą, a to z kolei napędza izolacjonizm, którego nie było w Hiszpanii. I niby właśnie na tych nastrojach żerują przeciwnicy akcesji. No, to teraz nic tylko „ruki pa szwam i zagłosować, jak się należy”, bo inaczej wyjdzie się chyba na zakompleksionego polskiego idiotę... Takimi stwierdzeniami pan Skalski sam „żeruje” na raczej płytkich emocjach... i jakoś głuchy jest na konkrety, którymi posługują się w dyskusjach przeciwnicy akcesji. Deficyt w wysokości 63 mld USD, jakim obdarzyła nas Unia we wzajemnym handlu w ciągu ostatnich 10 lat (od podpisania Układu Stowarzyszeniowego), jest tylko jednym z wielu argumentów, którego Pan Skalski nawet nie próbuje obalić.
Ów opiniotwórca szczególnego dziennika, jakim jest Gazeta Wyborcza, powołuje się na twierdzenie Adolfa Hitlera [sic!] – jak by nie było też zwolennika „zjednoczonej Europy” – że w społeczeństwie przeważają ludzie wystraszeni, wobec czego konkluduje dalej, że rzetelna wiedza na temat naszego członkostwa w UE, której domaga się większość społeczeństwa, pozostaje czymś ważnym, lecz nie zapewnia szerokiego poparcia. Jeśli nie zapewnia, to może właśnie dlatego pani minister Hübner oznajmiła swego czasu, że w informowaniu społeczeństwa o UE rząd nie zamierza być obiektywny („Rząd nie chce prawdy”, Nasz Dziennik, 14.02.02 r.), a pan Wiatr skwapliwie wciela to w życie w swojej kampanii? Ale i sam pan Skalski w swoim artykule unika przecież rzetelnych faktów, no bo skoro nie zapewniają one „szerokiego poparcia”, to po co? Tylko czy pan Skalski nie obraża nas, Polaków, twierdząc jednocześnie, że rzetelna wiedza dociera tylko do ludzi średnio rozsądnych...? A ta cała reszta to niby wykorzystuje każde realistyczne i krytyczne spojrzenie na integrację [...] jako argument, by nie wstępować lub stawiać UE warunki nie do spełnienia...? Biedna ta nasza „ogólnonarodowa dyskusja” – co się który krytyk czemu baczniej przyjrzy, to już na pewno jest z niego oszołom, a co najmniej człowiek mniej niż „średnio rozsądny”! To typowe w Gazecie Wyborczej – jak nie ośmieszać, to marginalizować i podważać wiarygodność, bo „porządek musi być”.
Pan Skalski dwoi się i troi, by ubić tę swoją unijną pianę na sztywno jak należy. Gdy Ryszard Bugaj mówi, że „Unia bierze nas teraz za twarz, a rząd robi dobrą minę do złej gry”, to zdaniem Skalskiego są to frazesy, które niczemu dobremu nie służą. No, ale widocznie dla niego pojęcie dobra jest względne... Gdy Skalski czaruje nas, że w sporze wokół UE powstaje atmosfera swoistego dopingu – negocjować twardo, a jak nie wyjdzie, to machnąć ręką, to najzwyczajniej w świecie sugeruje nam, że nic strasznego się przecież nie stanie, jeśli wyjdziemy z tych negocjacji na „goło ale wesoło”. Gdy Unia grozi, że – jeśli nie zaakceptujemy warunków do 13 grudnia – nasze wejście do UE się opóźni, to Skalski sam zaczyna robić dobrą minę do złej gry: Trzeba reagować na takie „propozycje nie do odrzucenia”, ale też wyjaśnić Polakom, że wydłużenie rokowań i opóźnienie może oznaczać przesunięcie daty wejścia ze stycznia najpóźniej do czerwca 2004 r. Nie dłużej, bo wówczas nasz pociąg wypadłby z unijnego rozkładu jazdy. O święta naiwności! Jakież to ultimatum Skalski będzie stawiał Unii, jeśli okaże się, że UE będzie nas wodzić za nos jednak „dłużej” niż do czerwca owego magicznego roku 2004? A co do reagowania na takie „propozycje nie do odrzucenia”, to chyba coś pobieżnie Skalski oglądał Ojca chrzestnego, skoro nie pamięta, czym takie „reagowanie” się kończyło. Jeśli ktoś zbytnio „podskoczył”, to zazwyczaj tracił coś cennego w dość bolesny sposób; a jeśli ktoś posłusznie położył po sobie uszy, to popadał w całkowitą zależność i ubezwłasnowolnienie.
Nic mnie jednak tak nie ścięło z nóg, jak argument, że integracja to...
RZADKI DAR HISTORII
No bo jak tu teraz taki dar odrzucić i nie wyjść przy tym na głupka? Skalski sam tego zresztą nie wymyślił, a tylko zręcznie przytoczył niejakiego prof. Jerzego Wilkina, dla którego integracja jest „wspaniałą sceną dramatu społecznego”, a uczestnictwo w nim to „dar rzadko dawany przez historię”. Każdy bełkot jest dobry, jeśli brzmi pięknie – a ten rozbrzmiewa wyjątkowo wielkimi słowami, toteż niewątpliwie ma chwytać za serce... Ja najwyraźniej mam serce z kamienia, bo nijak do mnie ta fanfaronada nie trafia.
Pan Skalski w żałosny sposób próbuje chrześcijańskim Polakom zilustrować wagę tego daru: Wejście do UE nie jest może zwrotem na miarę przyjęcia chrześcijaństwa. Ale podobny był kierunek przemian w 966 r. i teraz. Podporządkowując się normom cywilizacji chrześcijańskiej, władca ograniczał w jakimś stopniu swą suwerenność, stawał się jednak podmiotem w Europie, dzięki czemu przez następne wieki korzystaliśmy z jej praw. Czyli „może to nie to samo, ale bardzo podobne” – tego typu argumentację najczęściej słyszę od osób, które próbują coś nagiąć do swoich celów, ale mniejsza o to. Ważniejsze, że nieco pan Skalski przeinacza ten – może mało dla niego istotny – fakt, że przyjęcie chrześcijaństwa (z rąk Czechów) czyniło Polskę suwerennym podmiotem w Europie, uniezależnionym od niemieckich margrabiów i włączonym na scenie politycznej pod bezpośrednią protekcję rzymskiego papiestwa, które uznało istnienie zarówno nowego państwa, jak i nowej dynastii w chrześcijaństwie. I to nie o kategorię „podporządkowania się” normom tutaj chodzi – normy cywilizacji chrześcijańskiej przyjęliśmy jako czynnik państwowotwórczy, cywilizacyjny i urządzający życie publiczne według zasad etyki chrześcijańskiej, co nijak ograniczaniem suwerenności nie jest, chyba że dla pana Skalskiego suwerenność to po prostu pogańskie bezprawie. I jak ładnie przemyca tu Skalski „korzystanie przez następne wieki z praw Europy” – nic, tylko lecieć pędem do Unii, bo ominą nas wszelkie współczesne dobrodziejstwa! Smuci się jednak Skalski, bo na szczęście Mieszko nie musiał robić referendum, a w końcu dzisiejszym zwolennikom UE może się ono okazać kłodą rzuconą pod nogi.
Toteż cały wic polega na tym, aby referendum kłodą nie było, a w związku z tym trzeba
dokopać eurosceptykom,
co to tylko podkręcają niewiedzę i obawy, by zagospodarować i poszerzyć spory margines frustracji. Pan Skalski najwyraźniej przespał zwłaszcza ostatni rok, skoro pozwala sobie na taką oto manipulację: Do niedawna w propagandzie przeciwników wstąpienia występowały chwyty emocjonalne: „Nie rzucim ziemi”, „Nie będzie Niemiec...”, „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela” itd. Wyglądało to tak, że zwolennicy wstąpienia posługują się rzeczową informacją, a przeciwnicy dyskutują na poziomie sloganów. Lecz ostatnio sięgają również po konkrety. Dobre sobie! To chyba cytuje tylko to, co Wyborcza przytaczała z manifestacji ulicznych, a nie ma pojęcia o całej masie artykułów w Najwyższym Czasie!, Naszej Polsce, Naszym Dzienniku, Głosie czy na licznych witrynach internetowych, gdzie cytowane są doniesienia m.in. z EUobserver, Financial Times, serwisów BBC i Reutera oraz z oficjalnych dokumentów unijnych. Przeciwnicy wejścia Polski do UE z wielką przyjemnością i świadomością historycznego znaczenia przedstawią swoje od dawna głoszone konkrety również w publicznej telewizji (a nawet i w Wyborczej)... jeśli tylko dopuści się ich do głosu – na co przy polityce informacyjnej obecnego rządu nie ma nawet szans. Tylko co na to podatnik i płatnik abonamentu RTV, będący przypadkowo przeciwnikiem UE, który z własnej kieszeni musi finansować propagandę, której nie chce?
Pan Skalski stwierdza łaskawie: Oczywiście w ramach demokratycznego dyskursu przeciwnicy Unii powinni być dopuszczani do głosu, tyle że – jak powtarza za Bronisławem Sulikiem – nie musi się to wiązać z dopuszczaniem wszelkiej demagogii w mediach publicznych. Innymi słowy: „demagog, jaki jest – każdy widzi”, wystarczy posłuchać przeciwników UE. Na dodatek Skalski imputuje, że eurosceptycy to kłamcy, bo chodzi o to, by wszyscy mogli wypowiadać swoje poglądy, nawet ostro, jednak kłamstwa winny być od razu prostowane, bo publiczne środki przekazu nie mogą ich uwiarygodniać. Dobre sobie! Nie ma tygodnia, żeby pro-rządowe publikatory nie uraczyły nas jakimś kłamstwem albo – jak mawiał Churchill – „niezgodnością terminologiczną” (bo przecież „rząd nie zamierza być obiektywny w informowaniu o UE”), i jakoś mogą je uwiarygodniać... A przeciwników Unii nie dopuszcza się do największych mediów, by przynajmniej od czasu do czasu mieli okazję te swoje „kłamstwa” szerzej przedstawić. Pan Skalski może sobie wypisywać o eurosceptykach co tylko zechce, ale będzie to tylko bezczelna manipulacja – chyba że zbierze się on na przyzwoitość, by zapoznać się z ich argumentami, a potem sam sięgnie po konkrety, by spróbować te ich argumenty choćby podważyć.
Nie podejrzewam pana Skalskiego o takie ryzykanctwo, bo daje w swoim artykule dowód na to, że w twardym dyskursie
o bilansie zysków i strat
miałby niewiele do powiedzenia, i to na dodatek w nonszalanckim stylu: Rozważania na temat bilansu płatniczego, wolumenu eksportu i importu, przepływu kapitału – to tematy raczej na wyższe piętra dyskusji. No jasne, tam już euroentuzjastom zabrakłoby po prostu tchu i rezonu... Od podpisania Umowy Stowarzyszeniowej i obrania pro-unijnego kursu w 1991 roku, jesteśmy obecnie w bilansie zysków i strat na absurdalnie wysokim minusie. Jeszcze na rok przed podpisaniem Umowy (czyli w 1990 r.) zajmowaliśmy 23. miejsce wśród krajów importujących z Unii, a do roku 1998 „awansowaliśmy” na 4. pozycję – czyli gwałtownie zwiększaliśmy import z Unii, a ograniczaliśmy eksport do niej. A na takim interesie zarabia ten, od kogo się importuje. Jeszcze w 1990 roku to Unia miała w handlu z nami około 1 mld euro deficytu. A już w rok po podpisaniu umowy, to my mieliśmy 1 mld euro deficytu w handlu z Unią; w roku 1996 wzrósł on do 7 mld euro, a od roku 1997 (dzięki koalicji AWS-UW) zaczął gwałtownie przyspieszać – w roku 1998 sięgnął już 11,8 mld USD! I wcale nie byliśmy odosobnionym przypadkiem wśród państw naszego regionu (Węgry, Czechy, Słowacja), które podpisały podobną umowę stowarzyszeniową, choć w przypadku Polski deficyt ten jest skandalicznie największy. To jednak nie jest jeszcze to najwyższe „piętro dyskusji”, na które pan Skalski wolałby nie wchodzić...
Ujemne saldo nagromadzone w ostatnich latach w obrotach z Unią Europejską sięga 63 mld USD! Jest to skutek kolejnych ustępstw polskiego rządu względem Unii. Liberalizacja przepisów celnych wobec dotowanych towarów unijnych wystawiła naszych rodzimych producentów na nierówną konkurencję, a brak jakichkolwiek rządowych działań antydopingowych doprowadził w efekcie do upadku licznych polskich przedsiębiorstw. Jakby tego było mało, wprowadzono i regularnie zwiększano VAT oraz akcyzę, co w konsekwencji zaowocowało wzrostem kosztów produkcji i coraz niższą jej opłacalnością. Doprowadziło to do dalszego spadku eksportu, gdyż był on już po prostu nieopłacalny – zwłaszcza, że unijnym decydentom spodobało się też zastosować cła antydopingowe na niektóre zbyt konkurencyjne polskie produkty (np. nawozy sztuczne). Bo chodzi o to, że to my mamy być rynkiem zbytu dla unijnych towarów, a nie na odwrót – importujemy z UE nawet warzywa i owoce, co w sytuacji wyniszczania polskiego rolnictwa jest po prostu bezczelną hucpą!
Mamy za to logiczny skutek ujemnego salda w wymianie handlowej – drastycznie ograniczony eksport towarów zrodził potwora zwanego „eksportem bezrobocia”. W Polsce liczba miejsc pracy gwałtownie spada – w wyniku naszego „zacieśniania więzi z UE”, do roku 2001 pracę straciło aż 1,5 mln Polaków (to tak, jakby prawie wszystkich Warszawiaków wysłać na zieloną trawkę). Tymczasem w UE powstają nowe miejsca pracy, bo przecież ktoś musi te towary przeznaczone na eksport do Polski wyprodukować... Nie zanosi się na odwrócenie tego trendu po naszym ewentualnym wejściu do Unii, bo nic nie słychać o jakichkolwiek projektach zmian w polityce unijnej względem krajów obecnie „tylko stowarzyszonych”. Wręcz odwrotnie: z „postępów” w negocjacjach wynika raczej, że będziemy dla UE doskonale skolonizowanym rynkiem. Ale to nie przeszkadza naszym czołowym unijnym propagandzistom twierdzić, że po naszym wejściu do Unii spadnie bezrobocie!
Taki trudny bilans to rzeczywiście jedno z najwyższych pięter w dyskusji, na które przeciwnicy Unii wchodzą bez oporów – tyle, że potem czym prędzej zjeżdżają windą na dół i wynoszą się, gdyż tak niekorzystny Układ Stowarzyszeniowy należałoby po prostu wypowiedzieć. Natomiast pan Skalski, nawet gdyby znalazł się na tym piętrze, to pewnie dalej zapewniałby, że widoki piękne, a skok na główkę będzie dla nas i konieczny, i bezpieczny.
Nie podejrzewam jednak, byśmy spotkali tam pana Skalskiego, gdyż on woli chyba raczej łatwe ogólniki: Do dużo większej liczby odbiorców przemówi obraz przemian cywilizacyjnych w Grecji czy w Irlandii. Proponuje utworzenie armii agitatorów zwanych „ludźmi czterech minut”, którzy mieliby na dworcach, na targach, w pubach robić mniej więcej to, czego Wiatrowa kampania nie może robić wprost w publicznej telewizji: tłumaczyć, jak i dlaczego eurosceptycy szkodzą Polsce. Nie powinni przy tym pomijać egoizmu i głupoty, jeśli godzą w nadrzędny interes narodu. Tę propozycję chciałoby się pozostawić bez komentarza, gdyby nie to ostatnie słowo: naród ze swoim nadrzędnym interesem... Nie wiem, o którym narodzie mówi tu pan Skalski, ani o jaki jego nadrzędny interes się tu upomina, ale z dotychczasowych wywodów pana Skalskiego odnoszę wrażenie, że mamy na myśli dwie zupełnie różne sprawy (do tego jeszcze powrócę).
PODEPRZEĆ SIĘ KOŚCIOŁEM
Pan Skalski nie bez racji twierdzi, że integracja powiedzie się, jeśli stanie się procesem masowym – tylko że jakaś część tych mas upiera się przy swoim, a argumenty polityków trafiają jak grochem o ścianę. No to hejże, szukać lidera opinii – papież Jan Paweł II i Kościół Katolicki będą jak w sam raz! Wystarczy powtórzyć Polakom odpowiednią ilość razy, że stanowisko Papieża i Kościoła w sprawie wstąpienia Polski do Unii wydaje się jednoznaczne. To ulubiona interpretacja zwolenników UE, zwłaszcza tych zebranych w kręgach polskojęzycznej Gazety Wyborczej i katolewicowego Tygodnika Powszechnego.
Wodą na ich młyn był wydany w marcu przez Episkopat dokument Biskupi Polscy wobec integracji europejskiej, wystarczyło tylko tą wodą dobrze zamieszać. Entuzjastom Unii bardzo łatwo przychodzi wymienne używanie nazw „Europa” i „Unia Europejska”, a przecież to dwie różne rzeczy! Europa ma wspólne dziedzictwo kulturowe i zawsze była domem państw narodowych, a Unia Europejska jest sztucznym tworem polityczno-gospodarczym, powoli zmierzającym w kierunku zatarcia różnic narodowościowych. Dla euroentuzjastów jednak to „żadna różnica”, stosują bowiem taktykę czysto instrumentalną: cytują z tego dokumentu (podobnie jak i z wypowiedzi Jana Pawła II) tylko wygodne dla siebie fragmenty, pasujące do z góry ustalonej tezy. Pomijają natomiast, że dokument biskupów wyraźnie odróżnia Unię Europejską od Europy, że wyraża zaniepokojenie i wiele wątpliwości co do jednoczenia Europy w ramach Unii Europejskiej, oraz że zawiera oczekiwania i postulaty dotyczące integracji.
Obserwując dziś Unie Europejską, trudno jednak oczekiwać, że spełnią się nadzieje biskupów na pożądane przez nich zmiany. Najpełniej wyjaśnił to Klub Myśli dla Polski w swoim majowym Liście otwartym do Pasterzy Kościoła Katolickiego w Polsce: „Jesteśmy przekonani, że takie zmiany nie nastąpią, bo cele twórców i realizatorów Unii Europejskiej są całkowicie sprzeczne z wartościami chrześcijańskimi, są też zdecydowanie sprzeczne z suwerennością i równoprawnością narodów [...] Podzielamy całkowicie głos Ojca Świętego i Biskupów, że brak odniesienia do Boga w podstawowych aktach Unii Europejskiej jest głęboką niesprawiedliwością. Nie widzimy natomiast żadnych oznak na to, że w gremiach decyzyjnych Unii Europejskiej ktoś ową niesprawiedliwość dostrzega i pragnie naprawić. [...] w stosunkach z Unią Europejską trudno dopatrzyć się choćby elementarnej zasady solidarności, a tylko na tej podstawie można budować nową jedność Europy. Raczej państwa Unii Europejskiej bez pardonu narzucają Polsce korzystne dla nich rozwiązania ekonomiczne i polityczne. [...] Naród Polski ma prawo i obowiązek kierować się przede wszystkim swoim interesem narodowym, a dopiero w drugiej kolejności interesem innych narodów, czy wręcz interesem ponad narodowych ośrodków finansjery.” W związku z tym, Klub Myśli dla Polski oczekuje, że tuż przed referendum polscy biskupi „ocenią stan faktyczny, pod kątem jego zbieżności z oczekiwaniami nakreślonymi w dokumencie z 20-21 marca 2002. Ufamy też, że jeśli wprowadzane zasady Unii Europejskiej nie zwrócą się z powrotem do chrześcijańskich korzeni naszego kontynentu, to w tym ważnym momencie usłyszymy głośne non possumus.”
Pan Skalski pewnie odpowiedziałby na to swoim Pożyjemy, zobaczymy, ale nie powinien się przedwcześnie cieszyć ze stanowiska wyrażanego dotąd przez polski Episkopat. Kościół zawsze wspiera działania integracyjne, bo w jego naturze leczy raczej łączenie niż dzielenie, ale dwa tysiąclecia historii musiały odcisnąć na praktyce Kościoła swój ślad bacznego obserwatora rozgrywających się wokół niego wydarzeń.
Entuzjaści Unii bardzo chętnie cytują wybranych biskupów, byleby sprawa „poparcia Kościoła dla UE” nie ucichła. Świadczy to jednak tylko o instrumentalnym traktowaniu Kościoła Katolickiego – przemilcza się bowiem krytyczne wypowiedzi innych biskupów o Unii Europejskiej. To prawda, że jest oficjalnie obowiązujące stanowisko Episkopatu, ale „To jest kompromis. [...] Kompromis, bądźmy szczerzy, wszystkich nie zadowala. Polega na ustępstwach z obu stron.” (abp Muszyński o dokumencie Episkopatu w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, 21.03.02 r.).
Nie może też pan Skalski manipulować bezkarnie wypowiedzią bpa Nycza, że stanowisko Kościoła, Ojca Świętego, Episkopatu jest jednoznaczne. Skalski liczy na to, że Polak-katolik wywnioskuje z tego, iż w imię posłuszeństwa Kościołowi powinien opowiedzieć się za Unią. Ale jak wyraził się abp Muszyński: „nie mówimy ani za, ani przeciw, lecz podajemy kryteria wartościowania” (wywiad dla Rzeczpospolitej, 28.03.02 r.). Tak więc tylko w zakresie kryteriów wartościowania można uznać, że stanowisko jest jednoznaczne – a co do wyboru „za” albo „przeciw”, Kościół pozostawia to sumieniom katolików.
Pan Skalski nie oparł się pokusie obsmarowania ludzi Kościoła, gdyż jego zdaniem, starają się oni uniknąć wrażenia, że są euroentuzjastami, i stąd ich mówienie na obie strony. Gdyby się stosowali do nakazu: „tak, tak – nie, nie”, może Radiu Maryja i „Naszemu Dziennikowi” byłoby trudniej zwalczać integrację z Unią, udając posłuszeństwo wobec Papieża i Kościoła. I tu wpadł Skalski we własne sidła, bo gdyby „ludzie Kościoła” mieli wybierać między „tak, tak – nie, nie”, to zapewne usłyszałby gromkie „NIE!” – powinien pan Skalski przeczytać sobie fragmenty dokumentu Episkopatu wyrażające zaniepokojenie standardami etycznymi Unii. A poza tym, we wspomnianym przeze mnie wywiadzie dla Rzeczpospolitej – na zarzut, że „biskupi mówią Unii: tak, ale...” – abp Muszyńki odpowiedział właśnie: „Nie mówimy ani za, ani przeciw, lecz podajemy kryteria wartościowania”.
Niech więc pan Skalski łaskawie zamilknie w temacie posłuszeństwa Kościołowi, bo Radio Maryja i Nasz Dziennik – tak jak i wszyscy katolicy – mają prawo dokonywać własnej oceny UE na podstawie kryteriów wartościowania podanych przez Episkopat w oficjalnym dokumencie. Posłuszeństwo Kościołowi obowiązuje katolików (i katolickie media) w zakresie wiary i jej dogmatów oraz etyki wypływającej z nauczania Kościoła. A na tym polu żadne z tych mediów jeszcze nie ogłosiło ani herezji, ani manifestu jakiejś nowej etyki.
MILCZENIE SKALSKIEGO
Wiele istotnych kwestii pan Skalski w ogóle pomija, ale też i nie ma co się dziwić – entuzjaści Unii systematycznie te kwestie zbywają milczeniem, a gdy podnoszą je eurosceptycy, to są natychmiast ośmieszani lub marginalizowani. Każda z tych kwestii wymagałaby osobnego artykułu, więc ja zaledwie zasygnalizuję kilka najważniejszych.
Użył pan Skalski raz pojęcia „nadrzędny interes narodu”, ale chyba nie wie, co ono tak naprawdę oznacza. Nadrzędnym interesem narodu jest zapewnienie suwerennego trwania sobie i swojej tożsamości, a także swojej Ojczyźnie. Unia Europejska zdąża natomiast w kierunku ponadnarodowego superpaństwa, w której zasadnicze kompetencje władzy zlokalizowane są centralnie dla całej UE. Tracimy więc suwerenność jako Naród i jako państwo, a trąbienie o „zmierzchu państwa narodowego” jest niczym innym jak tylko socjotechnicznym chwytem.
Nie istnieje też dla pana Skalskiego problem wykupu ziemi polskiej, ani rewizjonistyczne zapędy najsilniejszego członka Piętnastki, Niemców. Po naszym wejściu do Unii stalibyśmy się wszak zaledwie jej regionem, a wtedy nietrudno przewidzieć, kto i w jakiej części Polski będzie najchętniej skupował ziemię i „żądał zwrotu” posiadanych przed wojną nieruchomości. W takich wypadkach wyższość nad naszym prawem będzie miało prawo unijne.
Skalski nie podaje też entuzjastom Unii żadnych propozycji, jak mają sobie radzić z zarzutami eurosceptyków wobec kwestii etycznych, moralnych i religijnych w Unii Europejskiej. Aborcja jest w większości krajów Piętnastki legalna, a prawna akceptacja eutanazji i małżeństw homoseksualnych rozszerza się powoli na inne państwa. Kto wie, jaki „pasztet” przyjdzie nam przełykać w Unii? Zanosi się też, że nie będzie żadnego Invocatio Dei, czyli wezwania Imienia Bożego w przyszłej Konstytucji Unii Europejskiej – jeśli twórcy tejże konstytucji nie czują się odpowiedzialni przed Bogiem, to jakież prawa i obowiązki nam zgotują?
Pan Skalski przemawia do nas z pozycji „realistycznego entuzjasty”, ale niestety rozmija się z prawdą w kilku zasadniczych punktach, co próbowałam sprostować w oparciu o ogólnie dostępne informacje. Styl i argumenty Skalskiego są bardzo typowe dla środowiska Gazety Wyborczej: ośmieszyć i zmarginalizować przeciwnika, powtarzać pewne ogólniki tak długo, aż Polacy uwierzą, że to chyba musi być prawda, a nade wszystko nie mówić o rzeczach niewygodnych.
Skalski próbował nam wytłumaczyć, po co i jak mamy wchodzić do Unii. Przyjrzawszy się jego argumentom zapytuję: No właśnie, i po co do tej Unii? Z której strony by się nie przypatrzeć temu rzadkiemu darowi historii, to chce się powiedzieć „Nie, dziękuję! Poproszę coś innego!”. Jeśli rząd polski twierdzi, że nie ma alternatywy, to jest rządem głupców, bo prawdziwy polityk zawsze musi widzieć alternatywy. Równie historyczną decyzją może być wymówienie Traktatu Stowarzyszeniowego i wypracowanie nowego układu o wymianie handlowej z Unią, ale już bez dążenia do członkostwa w niej. Podobny układ powinniśmy zawrzeć z Rosją, gdyż tak dużego sąsiada za płotem nie można po prostu ignorować. Swoje działania powinniśmy też oprzeć o szczególny układ z krajami CEFTA, a zwłaszcza z Ukrainą. Rząd (miejmy nadzieje, że nowy rząd to uczyni) powinien się przyjrzeć warunkom współpracy z krajami NAFTA, gdyż to w tej wspólnocie wzrost gospodarczy jest szybszy niż w krajach UE. Jest jeszcze cała reszta świata z prężnymi gospodarkami azjatyckimi. O tych alternatywach mówiono na II Konferencji Eurosceptycznej, jaka odbyła się 11.05.2002 roku w Warszawie. Ale pan Skalski raczej się nie ucieszył, że przeciwnicy Unii też mają swoje konferencje, skoro jego gazeta pisała o tym wydarzeniu tylko zdawkowo...
Poza Unią Europejską jest jeszcze reszta świata... Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy otworzyć się wyłącznie na Unię. Nasz skandaliczny bilans we współpracy z nią oraz wynegocjowane nierówne warunki członkostwa wskazują, że Unia działa jak pompa ssąco-tłocząca – tyle że zasysa ona wszystko co może, a tłoczy z siebie niewiele. Powinni się takiemu „cudakowi” przyjrzeć nie tylko ludzie niezdecydowani co do swojego głosu w referendum, ale i zwolennicy Unii, którzy dali się omamić krągłym banałom o „awansie cywilizacyjnym”, głoszonym przez naszą „elytę polityczną” oraz pana Skalskiego i jego środowisko.
Małgorzata Kamyk
Współpr. Krzysztof Janiewicz
Redakcja Naszej Witryny, 1.08.2002 r.
http://www.iyp.org/polish/history/antypolonizmy/index_europa_19.php