III Polska Konferencja Uniosceptyczna
Małgorzata Kamyk
W sobotę 12 kwietnia 2003 roku w warszawskim kinie “Kultura”, pod hasłem “A może lepiej z Ameryką?”, odbyła się już trzecia, doroczna Polska Konferencja Uniosceptyczna zorganizowana przez tygodnik Najwyższy Czas!, brytyjski miesięcznik eurosceptyczny These Tides, Unię Polityki Realnej oraz konserwatywno-liberalne ugrupowanie KoLiber.
Wybór miejsca okazał się o wiele bardziej fortunny niż w ubiegłym roku, i to z kilku powodów. Kino “Kultura” mieści się przy o wiele bardziej uczęszczanym Krakowskim Przedmieściu, a sala kinowa jest o wiele większa niż udostępniona rok temu przez hotel “Gromada”. Przyszło o wiele więcej osób, ludzie siedzieli nawet na stopniach, albo po prostu stali, gdzie się dało. Niestety, sporo osób odchodziło z kwitkiem, gdyż nie starczyło dla nich miejsca – ktoś nawet zażartował, że w przyszłym roku trzeba będzie wynająć Salę Kongresową! Dodatkowym smaczkiem wyboru lokalizacji był fakt, że kino mieści się niemal naprzeciwko pałacu “prezydenta wszystkich Polaków”.
Spokój pierwszego eurofila Rzeczpospolitej w sobotni poranek zakłóciła też manifestacja UPR i Kolibra, jaka odbyła się tuż przed konferencją. Transparenty krzyczały “Nie dla UE: Europa TAK – Unia NIE!”, “Chcemy wolnego rynku”, “UE: Uśmiechnięta Eutanazja polskiej gospodarki”, lecz trudno ocenić, do jakiego stopnia manifestacja ta zachęciła przechodniów do wejścia na konferencję. Na drzwiach kina zamieszczono tylko mały plakat, który właściwie nie zwracał uwagi, więc wiele osób przechodziło zupełnie nieświadomych tego, co się za chwilę wydarzy. Sama konferencja nagłośniona była tylko w Najwyższym Czasie! i kilku internetowych witrynach uniosceptycznych, lecz nie ma co się dziwić, że reżimowe czy prounijne media ani się na ten temat zająknęły, żeby przypadkiem na dwa miesiące przed referendum Naród się nie ocknął. Nie było też kamer największych mediów (choćby na chwilę, tak jak w ubiegłym roku), więc w wieczornych wiadomościach panowała na ten temat głucha cisza, a zamiast tego pokazano, jak za pieniądze z naszych podatków agitowały za Unią Platforma Obywatelska we Wrocławiu i SLD w Katowicach.
Trzeba tu zaznaczyć, że III Konferencję Uniosceptyczną zorganizowano za prywatne pieniądze, i że miała ona o wiele większy zasięg niż dwie poprzednie – brawo! W tym roku przyjęto formułę objazdową na południu Polski: 9 kwietnia konferencja odbyła się w Lublinie i Rzeszowie, dzień później dotarła ona do Tarnowa i Krakowa, następnie do Piotrkowa Trybunalskiego i Łodzi, a ostatnim etapem była właśnie Warszawa. To spore osiągnięcie zważywszy na olbrzymią przewagę rządowych integratorów, którzy dysponują potężnymi pieniędzmi i największymi mediami. W nieco lepszej od nas sytuacji są pod tym względem uniosceptycy na Litwie, których przedstawiciel był jednym z gości konferencji. Co prawda dopiero od sześciu tygodni (ale jednak!) mają wywalczone w ustawie referendalnej prawo do prezentowania swoich poglądów w litewskiej telewizji publicznej. Podobne prawo zagwarantowali sobie w swoim czasie Irlandczycy: pieniądze podatników przeznaczone na kampanię miały być równo dzielone między zwolenników i przeciwników UE. Niestety nasi uniosceptycy w Sejmie jak na razie zasypiają gruszki w popiele...
Na konferencji przemawiało wielu zaproszonych gości, ale jakby krócej i treściwiej niż w ubiegłym roku. Jako pierwszy wystąpił dr STANISŁAW MICHALKIEWICZ, znany ze swoich felietonów głównie w Najwyższym Czasie! i Naszej Polsce. Z właściwą sobie swadą i polotem udowadniał, że Polskę czeka w Unii co najwyżej rola niemieckiego pogranicza. Otóż według niego Unia Europejska jako eksperyment polityczny jest niczym innym tylko umową między Niemcami i Francją na wspólne zarządzanie Europą po II wojnie światowej, w wyniku której karty w Europie mogły rozdawać tylko Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, jako dwa główne mocarstwa. Unia jawiła się więc jako jedyny i najlepszy sposób na odzyskanie wpływów w Europie, zwłaszcza dla Niemiec. Dlatego nie bez kozery Niemcy są głównym “bankierem UE, który finansuje tę zabawę”. I to nie dlatego, żeby poprzez drenaż kieszeni niemieckich podatników wspierać Grecję, Portugalię czy Polskę – lecz po to, aby zrealizować swoje długofalowe cele narodowe. Trzy wstępne cele Niemcy już zrealizowali: 1) odzyskali po wojnie byt państwowy, a Amerykanie pomogli im odbudować i zmilitaryzować kraj; 2) wybili się na pozycję lidera gospodarczego w Europie dzięki planowi Marshalla, wrodzonej pracowitości i dobremu zarządzaniu; 3) w roku 1989 zjednoczyli Niemcy wschodnie i zachodnie dzięki rozpadowi imperium sowieckiego i obaleniu poczdamskiego porządku w Europie. Jednakże według niemieckiej wizji nie jest to jeszcze zjednoczenie całkowite, skoro art. 116 ich konstytucji mówi o granicach państwa z grudnia 1937 roku – do pełni szczęścia brakuje im naszych Ziem Odzyskanych. I dlatego są “najlepszym adwokatem” naszego wejścia do Unii Europejskiej, gdyż Unia jest jedynym sposobem na pokojową zmianę granic państwa niemieckiego.
Trzeba być ślepym i głuchym albo zaprzańcem, żeby nie dostrzegać sygnałów dochodzących z Niemiec. Dr Michalkiewicz mówił o uchwale Bundestagu uznającej “wypędzenie” Niemców za akt bezprawia i nakazującej wszystkim rządom trzymanie się tej linii. Edmund Stoiber, kandydat CDU/CSU na kanclerza w ostatnich wyborach, postulował oddanie własności na ziemiach odzyskanych, i nie ma co się dziwić, skoro wejście Polski do UE stworzyłoby Niemcom szerokie możliwości rewindykacji [nota bene, wypadu tu wspomnieć też o regularnie ponawianych żądaniach Eriki Steinbach, przewodniczącej niemieckiego Związku Wypędzonych]. Dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę, że dzięki unijnemu prawu swobodnego osiedlania się, nic nie będzie stało “wypędzonym” na przeszkodzie do zamieszkania interesujących ich ziemiach polskich, a nawet do kandydowania w wyborach do lokalnych władz. Przy obecnym zdominowaniu naszego rynku prasowego (również prasy lokalnej!) przez kapitał niemiecki, Niemcy będą mogli uprawiać własną propagandę i bez większego trudu wprowadzą “swoich” do samorządów. Resztę problemu rozwiążą na drodze plebiscytu, choćby w kwestii tego, czy chcą podatki odprowadzać do Warszawy czy do Berlina.
Dr Michalkiewicz mówił też o dalszej perspektywie niemieckiej i losach Unii Europejskiej. Jako przedsięwzięcie polityczne będzie ona trwała krócej lub dłużej, lecz w końcu rozpadnie się, jak każdy eksperyment. Różne stanowiska krajów unijnych wobec wojny w Iraku już pokazały pewne pęknięcia i udowodniły, że Stany Zjednoczone mogą z łatwością rozbić Unię Europejską. Tyle, że jeśli już po naszym ewentualnym wejściu do Unii rozpadnie się ona, to jakie nam pozostaną granice państwowe? Ano właśnie niemieckiego pogranicza... Inna rzecz, że Niemcy po osiągnięciu swoich celów mogą uznać, że Unia jest im już niepotrzebna i “zapomną” wpłacić składkę – wtedy “zabawa w jedność europejską” skończy się, a my z okrojonym terytorium państwowym obudzimy się z ręką w nocniku. Swoje wystąpienie dr Michalkiewicz zakończył konkluzją, że co prawda nie wiemy, co się rzeczywiście stanie, ale prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków jest wysokie. Niemcy nie ukrywają swoich ciągot, a nasz rząd nie wie, jak na to reagować. Dlatego tę pułapkę niemiecką trzeba ominąć głosując przeciwko przystąpieniu Polski do Unii!
Jako drugi przemawiał ARTUR ZAWISZA z Prawa i Sprawiedliwości, które jest “za, a nawet przeciw” zmontowaniu Polski z Unią. Poseł PiS-u próbował chyba wytłumaczyć stanowisko jego partii, skoro przyznał, że “akceptują proces integracji”, ale jednocześnie mają na myśli koncepcję korzystną dla Polski, czyli Europę suwerennych państw narodowych. Na szczęście dalej poseł Zawisza udowadniał, że Unia zmierza akurat w odwrotnym kierunku, między innymi dlatego, że prawo unijne jest nadrzędne w stosunku do konstytucji narodowych [tu warto dodać, że według niektórych specjalistów około 60% kompetencji naszego Sejmu będzie przekazane Parlamentowi Europejskiemu w Strasburgu]. Ale poseł PiS-u wskazał też na druzgocące zaniedbania polskich negocjatorów: brak odpowiednio wcześnie wynegocjowanego Protokołu Antyaborcyjnego, takiego jaki ma Irlandia i Malta; spolegliwość wobec zapowiadanej harmonizacji podatkowej, co odbiera Polsce jedno z głównych narzędzi konkurencyjności; brak wynegocjowania jakichkolwiek wyłączeń spod prawa unijnego, choćby w kwestii podatku VAT. Nasi rządowi integratorzy nie przewidzieli też, że będziemy płacić pełną składkę członkowską, a przy tym nie w pełni wykorzystamy unijne fundusze. W efekcie będziemy płatnikiem netto do unijnej kasy, a do tego finanse publiczne są w katastrofalnym stanie. Najprawdopodobniej więc nie będziemy w stanie wywiązywać się ze swoich zobowiązań wobec Unii, przez co nałożą na nas kary finansowe, a w efekcie będziemy zmuszeni dopłacać nawet więcej [za przykład niech posłuży tu np. Grecja, która płaci słone kary za to, że nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań w zakresie ochrony środowiska].
Według posła Zawiszy, nasze członkostwo w Unii Europejskiej będzie miało “formułę żebraczą” i tu nawiązał on do hasła konferencji “A może z Ameryką?”. Podał Stany Zjednoczone jako przykład realizowania polityki narodowej bez oglądania się na to, co powie świat, choć nie omieszkał jednocześnie napomknąć, że interesy izraelskie w wojnie z Irakiem są aż nader oczywiste. Dlatego, jego zdaniem, dobrze się stało, że Polska stanęła u boku USA, kraju potężniejszego niż cała Unia Europejska. Po krótkich żartach przytaczających komentarze amerykańskie (“Dziś Bagdad, jutro Paryż”, “Najpierw weźmiemy Bagdad, potem weźmiemy Berlin” – parafraza z piosenki Cohena), poseł PiS-u zakończył swoje wystąpienie wezwaniem do głosowania na NIE w referendum, gdyż nie powinniśmy wchodzić do Unii “na tych warunkach i z tym rządem”. Co więcej, nasze NIE musi być twarde i zdecydowane, aby przyniosło otrzeźwienie i naszemu rządowi, i Unii Europejskiej.
Z kolei nowy prezes Unii Polityki Realnej, STANISŁAW WOJTERA, zaczął od tego, że Polska jest obecnie krajem, który “nie da się lubić”, skoro przestępcy wychodzą na wolność, a krajem rządzi biurokracja (przytoczył przykład powiatu łańcuckiego, gdzie największym pracodawcą jest Urząd Miasta w Łańcucie!). Według niego nie mamy co się łudzić, że się w Unii wzbogacimy – wystarczy wspomnieć o akcyzie na paliwo, która spowoduje wzrost wszystkich innych cen. Unia narzuci nam to, co uzna za stosowne, tak jak Irlandii narzuciła wzrost podatków. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy spojrzeć na efekty naszego Układu Stowarzyszeniowego z Unią – rosnące bezrobocie i coraz niższy wzrost gospodarczy. Prezes UPR dowodził też, że Unia Europejska nie jest “oazą wolności”, tak jak by tego chcieli euroentuzjaści. Zapowiadana przez Stoibera, niedoszłego kanclerza Niemiec, polityka rewindykacji, unijny bojkot Austrii po wyborze Heidera, bezczelne wypowiedzi Chiraca pod adresem m.in. Polski – to wszystko dowodzi nam, że w Unii chodzi o realizację interesów, a nie o ideę wolności.
Według prezesa Wojtery oczywistym jest, że Unia przegra ze Stanami Zjednoczonymi pod względem gospodarczym więc powinniśmy stanąć po stronie zwycięzcy. Tym bardziej, że USA górują nad Unią również pod względem militarnym, a w dodatku Amerykanie nie bardzo wiedzą, co to są Ziemie Odzyskane i w ogóle ich one nie interesują. Powinniśmy zagłosować na NIE w referendum właśnie dlatego, że Polska może być “bezpieczna i bogata” tylko poza Unią Europejską. Swoje wystąpienie prezes Wojtera zakończył bardzo celnym apelem do zwolenników Unii, choć wątpił, czy takowi byli obecni na sali: jeżeli jesteście ZA, to “tym razem” zagłosujcie na NIE; niech będzie re-negocjacja warunków członkostwa i uzyskanie lepszych warunków przed drugim referendum, tak jak zrobili to Duńczycy!
Ligę Polskich Rodzin reprezentował na konferencji DARIUSZ GRABOWSKI (obecny był również Antoni Gut, lecz nie zabierał głosu), który postanowił zaprezentować “rzadko podnoszone argumenty racjonalne”. Według niego, decydując się na wejście do Unii nie bardzo wiemy, do czego wchodzimy. Populacja UE to 370 mln ludzi szybko starzejących się, i żeby móc skutecznie konkurować ze światem Unia powinna w ciągu 30 lat przyjąć około 150 mln imigrantów jako siłę roboczą. Można sobie wyobrazić, jaki będą oni mieli byt i jakie procesy i problemy narodowościowe wówczas wystąpią. Unia nie tylko się rozsadzi od środka, a “blada twarz” przybierze kędzierzawe włosy lub skośnookie oczy, lecz będzie to miało również wpływ na decyzje polityczne podejmowane przez przywódców unijnych. Przykładem takiej decyzji politycznej był sprzeciw Chiraca wobec wojny w Iraku, gdyż musiał on się liczyć z kilkumilionowym elektoratem arabskim, jaki stanowią imigranci we Francji.
Konsekwencje dla decyzji politycznych mają też fobie antyamerykańskie w Unii i ambicje pełnienia równorzędnej roli w świecie. Włodarze Unii Europejskiej “podjęli zobowiązanie”, że do 2010 roku Unia dogoni Amerykę! [brzmi to zupełnie jak za PRL-u, kiedy to już “w następnej pięciolatce” mieliśmy prześcignąć zgniłych imperialistów!] Ciekawe tylko, jak eurokraci zamierzają tego dokonać, skoro według Grabowskiego w USA przybywa około 1 mln nowych miejsc pracy rocznie, a Unia w ogóle nie tworzy nowych miejsc pracy.
Po szczycie w Laeken wiadomo też, że Unia Europejska chce stworzyć własną unijną armię, dzięki czemu NATO traciłoby rację bytu. Rzadko jednak podnosi się przy tej kwestii problem sfinansowania tego pomysłu, a można przypuszczać, że gros środków unijnych pójdzie na ten właśnie cel, zamiast na wsparcie rozwoju nowych, biedniejszych członków. Oczywiste jest bowiem, kontynuował Grabowski, że Unia zmieniła doktrynę z wspierania krajów zapóźnionych na wykorzystywanie ich do własnych celów, a co gorsza, nasze elity skutecznie w tym kooperują. Jego zdaniem, najjaśniej politykę tę obrazuje decyzja eurokratów, że do 2013 roku nowi członkowie nie będą mieli wpływu na podział unijnych pieniędzy.
Dla nas, Polaków, jest jednak jeszcze jeden istotny aspekt unijnych deklaracji. Otóż włodarze Unii zapowiedzieli, że nie będzie dalszego rozszerzenia za Bug... Ale tam leży przecież Ukraina, która jest kluczowa dla nas i dla naszej niepodległości! [najwyraźniej jednak rzucono ją już na pożarcie Rosji]. W konkluzji swojego wystąpienia poseł Grabowski ostrzegał, że jeśli my jako Naród się nie pozbieramy i nie zmienimy elit rządzących, to czeka nas “bardzo zły los”.
Z kolei JANUSZ KORWIN-MIKKE, założyciel UPR, jak zwykle mówił barwnie i dosadnie. Jego zdaniem, Unii Europejskiej w pełnym tego słowa znaczeniu de facto jeszcze nie ma, gdyż jej konstytucja dopiero się tworzy i nie jest jeszcze wiadome, co ta konstytucja będzie stwierdzać. Żeby było ciekawiej, to już teraz do projektu euro-konstytucji wniesiono ponad 10 tysięcy poprawek! Nie uznano też jeszcze poprawki o możliwości wystąpienia z UE, więc nie wiemy, czy z Unii w ogóle będzie można wystąpić [obecne prawodawstwo unijne nie przewiduje takiej możliwości]. Dlatego wypadałoby najpierw poczekać na ostateczny kształt konstytucji unijnej i dopiero potem zadecydować o ewentualnym wejściu.
Korwin-Mikke stwierdził też, że referendum jako sposób na świadome podjęcie decyzji przez Polaków miałoby sens tylko wtedy, gdyby w mediach istniał równy podział czasu na informowanie o Unii między uniosceptyków i zwolenników UE. Tymczasem rząd nie jest zainteresowany rzetelnym informowaniem, bo już wie, że w Unii “będzie kiepsko”. W referendum chodzi więc tylko o to, żeby móc potem zrzucić odpowiedzialność na Naród, który sam sobie zgotuje ten los, opowiadając się za przystąpieniem. Jednak, jak mówił lider UPR, Polska przeżyje “i anschluss, i brak anschlussu”, bo on wierzy w Polskę i Polaków – nawet jeśli wejdziemy, to przeżyjemy Unię jak wszystko inne w naszej historii.
Jakiego efektu anschlussu można się spodziewać? Na scenie politycznej większych zmian nie będzie, gdyż partie prounijne już się odpowiednio “zmówiły”. Prawdziwych efektów doświadczamy już od 7 lat, gdyż tak długo właśnie wdrażamy ustawy unijne. Przedtem mieliśmy 7%-owy wzrost gospodarczy i byliśmy tygrysem Europy Środkowo-Wschodniej. Tempo wzrostu jednak sukcesywnie spadało, a od obecnego 1%-owego wzrostu już niedaleko do kilku procent na minusie, gdyż taki “wzrost” ma była NRD, która wszelako przyjęła już wszystkie unijne ustawy!
Grozi nam też rozrost biurokracji i socjalistycznego etatyzmu. Jak ironizował Korwin-Mikke, dobrze płatnych posad w Brukseli starczy dla wszystkich naszych notabli, a nawet ich krewnych, kolegów i kochanek. W samej Polsce mamy już 4 razy więcej urzędników niż w 1989 roku, ale – jak zapowiedział komisarz Prodi – będziemy musieli zwiększyć ich liczbę o 100 tysięcy! Po naszym wejściu do Unii wzrosną podatki, gdyż będziemy musieli wyłożyć pieniądze na swoje zobowiązania względem UE. Jednak jeśli nie wejdziemy, to i tak grozi nam wzrost podatków, gdyż czekają nas spłaty zadłużenia dla Klubu Paryskiego, a pieniądze z prywatyzacji w Polsce po prostu się kończą. Rzecz więc w tym, zdaniem Korwin-Mikkego, aby nie tylko zagłosować przeciw UE, ale również żeby zmienić rząd, a obecny postawić pod Trybunałem Stanu. Zakończył życzeniem, oby na jesieni były nowe wybory, i oby ta większość, która odrzuci anschluss, wybrała nowy rząd!
MIŁOSZ MARCZUK, publicysta Najwyższego Czasu!, który wyspecjalizował się w tematyce unijnej, mówił krótko i skupił się tylko na zagadnieniach gospodarczych. Tym którzy obawiają się izolacji gospodarczej Polski poza Unią pokazywał, że wcale nie musimy być członkiem UE. Wystarczy bowiem tak jak Norwegia, Islandia i Lichtenstein wejść do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, co byłoby dla nas o tyle korzystne, że nie musielibyśmy uczestniczyć we wspólnych politykach unijnych, które są jedynie pompami ssąco-tłoczącymi. I byłoby to o wiele tańsze! Według obliczeń Marczuka, jeśli Norwegia płaci 30 mln euro składki na EOG, to nasza składka wyniosłaby około 20 mln euro [jak to się ma do tych 2,5 mld euro naszej składki na UE, które musimy zapłacić w latach 2004-06!]. Mrzonką jest też liczenie na to, że dzięki Unii zmodernizujemy swoją gospodarkę. Nasz status członka i warunki uczestnictwa w Unii widać bowiem jak na dłoni na przykładzie warunków narzuconych naszemu rolnictwu.
Równie krótko przemawiał dr MARCIN MASNY, członek UPR zaproszony jako ekspert. Zaczął żartobliwie od przytoczenia słów Andrzeja Olechowskiego, który w debacie z nim orzekł, że po przegranej w referendum rozpęta się w Polsce “pandemonium”, z rozsypką partii prounijnych włącznie, na co sala zareagowała głośnym śmiechem. Dr Masny ostrzegł, że polscy prawnicy nie zbadali jeszcze wielu postanowień Traktatu Akcesyjnego [ma być podpisany w Atenach 16 kwietnia tego roku], a jako przykład przytoczył art. 23 tegoż Traktatu, na mocy którego Unia może wprowadzić jednostronne zmiany do warunków naszego członkostwa już po podpisaniu przez nas Traktatu, a jeszcze przed faktycznym przyjęciem nas w 2004 roku! Taki zapis gwałci podstawowe zasady zawierania umów i – zdaniem Masnego – nawet jeśli nas “wepchną” do Unii, to możemy próbować ten Traktat podważyć, choć oczywiście lepiej byłoby podważyć go już teraz.
UPR podjęła zresztą kroki w tej sprawie. Jej prezes, Stanisław Wojtera, złożył prezydentowi petycję o zwrócenie się do Trybunału Konstytucyjnego celem zbadania zgodności Traktatu Akcesyjnego z Konstytucją RP, i to jeszcze przed jego ratyfikacją! Z właściwym dla UPR sprytem petycja ta argumentuje, że powoływanie się na krótki czas do ratyfikacji i obszerność Traktatu [5,500 stron] “uwłaczałoby Trybunałowi Konstytucyjnemu”. Na sali zapanowała ogólna wesołość i rozległy się gromkie brawa. Zobaczymy, jaki będzie efekt tej petycji...
Niejako dopowiadając do swego przedmówcy i jednocześnie wprowadzając do następnego gościa, głos zabrał na krótko prezes KoLibra, ADAM WOJTASIEWICZ. Nawoływał do skupienia się nie tylko na walce przeciwko anschlussowi do UE, lecz również na walce z obecną klasą rządzącą i polityczną: głosowanie na NIE w referendum będzie głosem rozsądku, gdyż kierunek polityki trzeba zwrócić na Polskę, a nie na Brukselę.
WŁODZIMIERZ BUKOWSKI, rosyjski dysydent od lat mieszkający na Zachodzie, przemawiał chyba najdłużej. Zauważył, że to już siódme spotkanie w ciągu czterech dni, a na każde spotkanie przychodziło dużo ludzi, i młodych, i starszych. Wyraził nadzieję, że być może przyczynił się do naszej wolności, gdyż wielu ludzi prosiło go o podpisanie książek wydanych u nas w stanie wojennym w podziemnym obiegu – w każdym razie za naszą wolność czuje się on częściowo odpowiedzialny.
Po tym osobistym wyznaniu Bukowski przyjął lżejszy, humorystyczny ton. Wspomniał, jak to kiedyś w Paryżu tłumaczył młodemu Adasiowi Michnikowi, co to jest polityka. I tenże “Adaś” opublikował niedawno w swojej gazecie ostry artykuł przeciwko niemu, w którym napisał, że “skreśla go z listy dysydentów”. Bukowski żartował, że tę listę musiał Michnikowi stworzyć chyba sam Kiszczak, ale już po chwili dodał z powagą: “Ja takiej listy dysydentów nie mam, więc nie mogę Michnika wykreślić – powiem za to tyle: zdradził naszą sprawę”.
Główna część wystąpienia Bukowskiego nie różniła się wiele od tego, o czym mówił w ubiegłym roku, lecz ze względu na nieco poszerzone argumenty warto to przypomnieć. Po krótce rzecz biorąc, pomysł na Unię Europejską w jej dzisiejszym kształcie zrodził się jako wspólny projekt Moskwy i przywódców socjalistycznych z Europy Zachodniej. Nazywano go wówczas projektem “konwergencji” – chodziło o to, żeby oba systemy się upodobniły, żeby komunizm w Rosji nieco złagodniał, a Zachód żeby bardziej się zsocjalizował. Bukowski nadmienił, że osobiście oglądał dokumenty Politbiura na ten temat. W efekcie Gorbaczow rozpoczął pierestrojkę i promował ideę Europy jako “wspólnego domu”, a lewica na Zachodzie przejęła projekt jedności europejskiej i wywróciła go do góry nogami – zamiast wolności zaczęli budować struktury i zasady podobne do tych w Związku Radzieckim.
Dlatego dziś Unia Europejska jest tylko nieco łagodniejszą wersją ZSRR, ale model jest ten sam. Związkiem Radzieckim kierowało 15 mianowanych i nieusuwalnych urzędników, a Unią kieruje 19 urzędników, których nie wybiera się w powszechnych wyborach, i których również nie można zwolnić. ZSRR był federacją republik socjalistycznych, i Unia w 1992 roku składała się z krajów w większości rządzonych przez socjalistów. Doktryna Breżniewa o ograniczonej suwerenności krajów wchodzących w Blok Wschodni zakładała różnorakie sposoby nacisku – podobna polityka obowiązuje w Unii, co uwidoczniło się na przykładzie bojkotu Austrii po wyborze Heidera na Kanclerza czy niezadowolenia ze zwycięstwa Berlusconiego we Włoszech, którego Unia “wyjątkowo” postanowiła nie bojkotować.
Związek sowiecki powstał za pomocą terroru, przymusu i okupacji. Unia co prawda nie stosuje okupacji militarnej, lecz swoje środki nacisku już pokazała: wywiera presję polityczną lub ekonomiczną. Na przykład referenda prowadzone są do skutku tyle razy, aż społeczeństwo powie “tak”. W Danii odbyły się dwa referenda w sprawie członkostwa, a w Irlandii dopiero w drugim referendum przyjęto Traktat Nicejski. Rekordy bije jednak Szwajcaria, w której odbyło się już pięć referendów w sprawie przystąpienia do Unii, lecz uniokraci nadal naciskają!
Związek Radziecki miał przynajmniej teoretyczny zapis o możliwości wystąpienia z niego, lecz Unia takiej możliwości nie przewiduje i nie wiadomo, czy euro-konstytucja będzie to dopuszczać. Bukowski wraz z austriackimi eurosceptykami próbował doprowadzić do referendum w sprawie wystąpienia Austrii z UE, zdobyli wymagane 200 tysięcy podpisów pod wnioskiem obywatelskim i nic z tego – nie można wystąpić i kropka. Przedstawicielka austriackich eurosceptyków była zresztą również obecna na konferencji i nawoływała do większej ostrożności przy podejmowaniu decyzji w referendum, abyśmy nie popełnili takiego błędu jak Austriacy. Jak się wyraziła, 9 lat temu “kłamliwa propaganda” skłoniła 66% Austriaków do zagłosowania na TAK, lecz dzisiaj jedynie 33% jest zadowolonych z członkostwa w Unii.
Wracając do podobieństw między UE a ZSRR, to najłatwiej rzuca się w oczy biurokracja, która panoszyła się w Związku Sowieckim, a teraz wykazuje nadzwyczajną płodność w Unii Europejskiej – rocznie eurokraci wytwarzają około 100 tysięcy stron regulacji i przepisów! Jeśli unijny ogórek ma niewłaściwy kształt, to nie można go nazwać ogórkiem, a podobne zapisy dotyczą na przykład wymiarów jajka czy składu kiełbasy! Jeden z najnowszych unijnych absurdów nakazuje hodowcom świń zapewnić tym zwierzętom piłeczki do zabawy, żeby się nie nudziły i nie narażały na stres!
W Związku Radzieckim parlament był “jakoś” wybieralny, podobnie Parlament Europejski – ale żaden z tych parlamentów nie podejmuje ważnych decyzji. Przyjaciel Bukowskiego, brytyjski deputowany do Euro-Parlamentu powiedział mu, że od pół roku debatują nad tym, ile tłuszczu powinno być w jogurcie... Podobieństwo widać też w próbie wykreowania nowej rzeczywistości historycznej: człowieka sowieckiego w ZSRR i człowieka europejskiego w Unii – nic w tym jednak dziwnego, skoro oba systemy charakteryzuje dążenie do osłabienia państw narodowych. Oba te systemy polegają na socjalistycznym i etatystycznym podejściu do państwa, przeciwnym wolnemu rynkowi. ZSRR miał własną uprzywilejowaną nomenklaturę, i podobna wytworzyła się w Unii: jest to kilkaset tysięcy urzędników pobierających wysokie pensje, nie płacących podatków i mających dożywotni immunitet. Przy takiej organizacji życia publicznego w obu systemach kwitnie korupcja – kilka lat temu ujawniono skandal korupcyjny, po którym cała Komisja Europejska podała się do dymisji (ci sami ludzie mają się jednak teraz zupełnie dobrze, po przetasowaniach zajęli inne stanowiska).
Sowieci stosowali wobec opozycjonistów gułagi i wszelkie formy opresji. Tymczasem Unia ma już w Traktacie Nicejskim zapisy, które mogą prowadzić do tego samego. Nie dość, że Unia tworzy europolicję, to Traktat umożliwia uproszczoną ekstradycję w sprawie 42 rodzajów przestępstw, spośród których na uwagę zasługują... rasizm i ksenofobia! To zapewne uniokraci będą decydować, kto jest rasistą, a kto ksenofobem, i nietrudno się tu domyślić, że każdy, kto wystąpi z czymkolwiek przeciwko Unii, zostanie oskarżony o ksenofobię. Bukowski podał przykład z Anglii, gdzie aresztowano gospodarza jednego z programów telewizyjnych za wypowiedź niepoprawną politycznie – miał on się wyrazić na wiejskim targu, że chciałby mieć takie same przywileje co “czarnoskóra samotna matka, która jest niepełnosprawną lesbijką”.
Skoro znamy rzeczywistość sowiecką, to możemy przewidzieć, jak będzie wyglądała rzeczywistość unijna. W Związku Radzieckim też budowano “jeden dom”, i nie wytrzymał on napięć narodowościowych – to samo czeka Unię. Nie osiągnięto też dobrobytu, bo nie jest to możliwe w paraliżu biurokratycznym. W Unii już teraz panuje stagnacja gospodarcza, a następnym krokiem będzie depresja, jak w Związku Radzieckim. Tak jak on, tak i Unia się rozpadnie, ale zostawi po sobie taki bałagan i dewastację, że będzie się z tym męczyć kilka pokoleń. Dlaczego więc Polska – pytał Bukowski – która zna socjalistyczne eksperymenty, i która wywalczyła wolność, chce ją teraz oddać za nic? Zakończył ponownym osobistym wyznaniem: “To boli, że Polska wybiera drogę do socjalizmu. Błagam Was, zagłosujcie na NIE!”
Ostatnim mówcą był DAVID WILKINSON z brytyjskiego miesięcznika eurosceptycznego These Tides, który przyjechał prosto z Estonii, gdzie pomaga przy organizowaniu kampanii predreferendalnej. Krótko rzucił nieco światła na ruchy eurosceptyczne w Europie, które obserwuje od dłuższego czasu. W wielu krajach walka toczy się na wielu frontach, gdyż referenda blisko, a grupy eurosceptyczne są niestety mocno podzielone. Wilkinson jest pewien, że Brytyjczycy odrzucą euro, lecz przegrają walkę o zachowanie wolności obywatelskich i uzyskanie wpływu na ostateczny kształt konstytucji europejskiej. Uważa jednak, że nie należy z tej walki rezygnować, gdyż jest to walka o “wolne kraje w wolnym świecie”.
Na zakończenie przewidziano krótki czas na pytania z sali. Nie będę ich tu wszystkich przytaczać wraz z odpowiedziami, lecz kilka myśli zasługuje na szczególne odnotowanie:
Powinniśmy
być sojusznikiem, a nie sługusem USA.
(Janusz Korwin-Mikke)
Mówmy
o sobie UNIOsceptycy, a nie EUROsceptycy.
(Marcin Masny)
Jeśli
referendum będzie dwudniowe, głosujmy drugiego dnia, aby nic podejrzanego nie
działo się z naszymi głosami!
(Adam Wojtasiewicz)
Suwerenność
już straciliśmy, bo wszystkie ustawy muszą być rozpatrywane pod kątem
zgodności z prawodawstwem unijnym.
(Janusz Korwin-Mikke)
* * *
Na odchodne nawoływano jeszcze wszystkich do wzięcia udziału we wspólnej manifestacji antyunijnej wszystkich unioprzeciwników, bez względu na ich preferencje partyjne. Odbędzie się 26 kwietnia w Warszawie i wyruszy o godz. 12:00 spod Kolumny Zygmunta na Placu Zamkowym.
Małgorzata Kamyk
13 kwietnia, 2003