FELIETON
Włodzimierz Kałuża
Czego to bać się należy
Gdy kiedyś straszono babą Jagą, smokami, czy złymi czarnoksiężnikami, gdy rzeczy działy się za siedmioma górami i siedmioma lasami, wtedy wiadomo było, że chodzi o bajkę, i że najczęściej wszystko i tak dobrze się skończy. Strach przed wyimaginowanymi postaciami miał ostrzegać przed niebezpieczeństwem i nauczać ostrożności, a także pokazywać, że na koniec i tak zwycięży dobro. Dziś w świecie nowym - już niemal orwellowskim - strach też ma swoje zastosowania. Straszy się nieustannie bronią masowego rażenia, która mogłaby nas wszystkich zniszczyć i dlatego rzekomo koniecznie musimy w obronie wolnosci, pokoju i bezpieczeństwa zniszczyć te dotychczas głęboko ukrytą - czytaj jeszcze wciąż nie znalezioną - broń. Straszy się nas tak intensywnie, że nawet i wielu polityków stojących na czele państw dało się przestraszyć, albo przynajmniej udaje, że się przestraszyli, aby samemu przyłączyć się do centrum straszenia. Straszą więc i oni obiecując czynną pomoc - nie, nie sami naturalnie nie wyślą się niestety na wojnę, aby gołym okiem i własną ręką dopilnować dzieła zniszczenia, na to nie ma co liczyć, bo jak zwykle na wojnę wysyła się jednostki mniej ważne dla społeczeństw, czyli w efekcie osoby takie, bez których społeczeństwo obyć się może. Któż jednak mógłby sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym zabrakłoby na przykład panów Kwaśniewskiego, czy Millera. Nie daj Lenin, o takiej tragedii pomyśleć! Podnoszą się więc krzyki oburzenia - trzeba szukać, trzeba znaleźć, trzeba robroić, bo jak się nie znajdzie i nie rozbroi, to niechybnie będzie to zguba dla całego świata. Zagrożenie jest ogromne, a straszny Sadam ze swoją dubeltówką tylko czyha na sposobność, aby mam wszystkim dołożyć. Broń taka zresztą sama w sobie straszna jest, a w łapach takiego z dubeltówką jeszcze nawet straszniejsza, a więc szukać trzeba - tym bardziej, że on bezczelnie zaprzecza, że ją ma. Ci, którzy zaprzeczają są z gruntu podejrzani. Co innego ci, którzy przyznają się od razu, że mają - tacy są w najlepszym porządku. Gdyby przykładowo chodziło o szukanie broni masowego rażenia w arsenałach bardzo pokojowo nastawionego naródu żydowskiego, który codziennie demonstruje swe pokojowe nastawienie przy pomocy czołgów i buldożerów niwelujących palestyńskie wioski, to rzecz jest całkowicie zbędna, bo po co szukać, skoro się z tym wcale nie kryją, a jak się nie kryją, to wiadomo, że mają dobre zamiary. Sprawa wydaję się całkowicie jasna i oczywista, że tak pokojowo nastawiony naród może, a nawet powinien posiadać około 300 ładunków z głowicami atomowowymi. Jest to chyba tak oczywiste, że nawet nie wymaga dalszych uzasadnień. Warto tylko dodać, że te istniejące głowice atomowe nie są jednak z tych, których trzeba się bać. Bać trzeba się tych, których jeszcze nie znaleziono!
No, zresztą czego się bać trzeba, a czego nie, to najlepiej wie abp. Józef z Lublina zwany Życińskim. Otóż bać nie trzeba się Europy. No tak, nic nowego i tu szanowny arcybiskup pewnie nikogo z nas przekonywać by nie musiał, bo w europejskiej Polsce nikt Europy się nie boi, a więc i łatwy sukces jest gwarantowany - dokładnie tak, jak w znanym powiedzeniu "nie bój żaby" - zrozumiałe jest jednak, że pasterzowi łatwiej wychodzic do owczarni z zapewnieniem o Europie, niż o żabie. Problem w tym, że często się szanownemu pasterzowi myli Europa z Unią Europejską, ale rzecz przecież nie jest taka, że Polacy boją się UE. W zasadzie nie ma powodu do strachu - nie wejdziemy, to i bać się nie trzeba, bo wtedy przecież nie stracimy. Natomiast jak wejdziemy, to na strach będzie za późno, a więc i wtedy jest on zbędny. Ma więc rację szanowny pasterz, że bać się nie należy. Odważny on wielce i strach u innych zwalcza, jak tylko może, ale jak to w życiu bywa, żeby nie było wszystko tak pięknie i bez strachu, to jednak i on boi się najwyraźniej także i ten swój strach po raz kolejny przekazuje owczarni. Czegóż lękasz się Arcybiskupie? Białorusi! - zda się odpowiadać i na sąsiedni kraj lękliwym palcem spod arcybiskupiego chałata wskazywać. Nie lękaj się pasterzu! Gorsze już rzeczy Polacy wytrzymywali, niż Białoruś i jakoś dali sobie radę. Chcesz jedności z dalekim Portugalczykiem, a sąsiada Białorusina się lękasz? Białorusinem straszysz, a dziwnych fobiach wspominasz, gdy inni rachunki ekonomiczne przedstawiają? Rzekłbym - wykorzystując słowa Ojca Świętego - dobrze zresztą arcybiskupowi znane i przez niego często cytowane "przestań się lękać". Ani Białorus żaden naszej ziemi nie wykupuje, ani banków nie przejął, ani fabryk do upadłości nie doprowadził, ani nam on praw nie dyktuje, ani suwerenności nie odbiera, ani limitów w rolnictwie nie ustanawia, ani do drogiego importu zmusza, ani nawet władzy w polskojęzycznych mediach nie ma, a więc czemu się bać Białorusina?
Najpewniej bać się trzeba rzeczy takich, których jeszcze nie znaleziono - dokładnie jak w przypadku tej broni u Sadama, natomiast nie wolno bać się tego, co całkiem realne, i z czym się nikt nie kryje, jak głowice atomowe w Izraelu i kolonialna ekspansja Unii Europejskiej. My się twardo boimy Sadama i Białorusi! To są dopiero zagrożenia!
Włodzimierz Kałuża
www.naszawitryna.pl
10 lutego, 2003