Krzysztof Janiewicz
Ignatiew na manewrach IPN-u
Replika na Komunikat IPN
W dniu 09.07.2002 r. ukazała się w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” informacja o zakończeniu śledztwa IPN w sprawie masowego mordu Żydów w miasteczku Jedwabne, jakie miało miejsce 10 lipca 1941 r.
„Gazeta Wyborcza” również w tym samym dniu zamieściła Komunikat IPN, wywiad Anny Bikont z prokuratorem prowadzącym śledztwo, Radosławem Ignatiewem, oraz krótki komentarz historyka, prof. Tomasza Strzembosza, na temat wyników owego śledztwa.
Po lekturze powyższych materiałów nasuwa się parę pytań dotyczących wiarygodności i sposobu prowadzenia śledztwa.
Po pierwsze, kiedy ukaże się szumnie zapowiadana po posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka 30.01.01 przez prof. Witolda Kuleszę z IPN tzw. „Biała Księga” Jedwabieńskiego śledztwa? I czy taka księga się w ogóle ukaże? W komunikacie IPN nie ma najmniejszej wzmianki na ten temat, a przypomnijmy, że prof. Kulesza tak określił konieczność opublikowania „Białej Księgi” już ponad rok temu, co było szeroko komentowane przez srodki masowego przekazu.
- Po zakończeniu wszystkich czynności śledczych rozważamy możliwość publikacji relacji w postaci tzw. białej księgi
- Publiczne przedstawienie relacji wszystkich żyjących świadków tamtego wydarzenia jest konieczne, gdyż w tej sprawie każdy ma prawo do wyrobienia sobie zdania na ten temat.
- Nie ma innej drogi dla uwiarygodnienia wyników owego śledztwa - mówił Kulesza.
Również Prezes IPN, Kieres, tak powiedział podczas posiedzenia Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w dniu 30.01.01:
- Jeżeli stan i warunki śledztwa pozwolą, to chcemy opublikować Białą Księgę, w której znajdą się zeznania świadków tej zbrodni lub innych osób przesłuchiwanych."
A więc należy teraz oczekiwać tej publikacji, która będzie niezwykle ważnym dokumentem ze względu na ogromną kontrowersyjność całej sprawy. Dobrze by było, żeby zainteresowani dziennikarze zaczęli zadawać prof. Kuleszy stosowne pytania o zapowiadaną przez niego „Białą Księgę”. Badacze zajścia w Jedwabnem, niezależni od IPN i innych organizacji rządowych, powinni mieć dostęp do wszystkich materiałów, na których opierał się prokurator Ignatiew w ustalaniu przebiegu wydarzeń w Jedwabnem w dniu 10 lipca 1941r, celem weryfikacji wniosków końcowych.
Po
drugie, nasuwa się również pytanie, do jakiego stopnia wyniki śledztwa
przeprowadzonego przez prokuratora Ignatiewa były uzależnione od wpływów
zewnętrznych. Czyli innymi słowy: do jakiego stopnia na rezultat śledztwa miały
wpływ oczekiwania pewnego odgórnie określonego wyniku. Ogólnie przyjętą na
świecie zasadą jest, że – dopóki trwa śledztwo i nie został zakończony
przewód sądowy ani ogłoszony wyrok – nie należy przesądzać
publicznie o winie podejrzanego (lub później oskarżonego). Dotyczy to zwłaszcza
osób wysoko postawionych w hierarchii społecznej oraz zwierzchników prowadzącego
śledztwo, gdyż ich komentarze sugerujące „pożądany” wynik mogą
być odczytane jako próba wpłynięcia na orzeczenia sądu lub wyniki śledztwa,
co jest powszechnie uważane za postępowanie nieetyczne, a w niektórych
krajach może nawet być karalne.
Ten warunek nie został w tym przypadku spełniony. Już ponad rok temu, na samym początku śledztwa, pojawiły się w środkach masowego przekazu komentarze wysoko postawionych dygnitarzy państwowych – np. Prezydenta Kwaśniewskiego czy też Premiera Millera, Prezesa IPN Kieresa (bezpośredniego zwierzchnika prokuratora Ignatiewa), jak również niektórych przedstawicieli Episkopatu – przesądzające z góry o winie Polaków. Oni to, nie czekając na rezultat prowadzonego śledztwa, sugerowali jego wynik występując z publicznymi przeprosinami i oświadczeniami, które jednoznacznie sugerowały, że książka Jana Grossa jest wiarygodna... że to Polacy są winni mordu na Żydach, a Niemcy jedynie biernie się temu przyglądali, a co najwyżej swoją obecnością inspirowali – ba, według zeznań niektórych świadków, to nawet tych Żydów bronili!
Do jakich więc wniosków mógł w takim razie dojść prokurator Ignatiew? Czy podane przez niego wyniki końcowe śledztwa są wolne od jakże ludzkiej chęci przypodobania się swemu zwierzchnikowi, czy też nawet samej głowie państwa? Wszak gdyby wyniki śledztwa zasadniczo różniły się od wygłaszanych przez nich komentarzy, wytworzyłaby się wysoce niezręczna sytuacja. Po prostu wyszliby oni na skończonych idiotów, a dalsza kariera prokuratora Ignatiewa stanęłaby pod ogromnym znakiem zapytania. Jeżeli w ogóle można by tu mówić o jakiejkolwiek późniejszej karierze. Być może z tego właśnie powodu wyniki tego śledztwa są takie a nie inne...
W swoim omówieniu wyników końcowych śledztwa – wobec braku „Białej Księgi” – mogę opierać się jedynie na oficjalnym Komunikacie IPN, a więc na analizie całokształtu zgromadzonego materiału dowodowego oraz na wywiadzie, jakiego prokurator Ignatiew udzielił p. Annie Bikont.
Tak więc w pierwszych zdaniach komunikatu IPN prokurator Ignatiew stwierdza:
(...)Analizując całokształt zebranego w sprawie materiału dowodowego zgromadzonego w trakcie prowadzonego śledztwa S 1/00/Zn, ustalono prawdopodobny przebieg zdarzeń w dniu 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem.(...)
(...)Tego dnia, w czwartek nad ranem, do Jedwabnego zaczęli przybywać mieszkańcy okolicznych wsi z zamiarem brania udziału w zaplanowanej wcześniej zbrodni zamordowania żydowskich mieszkańców tej miejscowości. W wieczór poprzedzający zdarzenia niektórzy żydowscy mieszkańcy uprzedzeni zostali przez znajomych Polaków, ze przygotowywane są zbiorowe działania przeciwko Żydom.(...)
Natomiast w wywiadzie udzielonym p. Annie Binkot mówi:
Zeznania świadków są tak rozbieżne, że z zasady nie sposób było weryfikować jednych zeznań za pomocą drugich. Czyniłem to zatem w oparciu o tak zwane dowody materialne, ustalenia z ekshumacji, z akt procesowych, z oględzin terenu, z badań łusek.(...)
(...)Przy szczątkach znaleziono przedmioty codziennego użytku, jak pudełko z gwoździami szewskimi do zelowania butów, ale też wiele złotych monet i zadziwiającą ilość kluczy od kłódek i drzwi. Wyglądało to, jakby ci ludzie, opuszczając domy, zabezpieczyli swoje mienie.(...)
(...)W dniu zbrodni w Jedwabnem przebywały na pewno osoby narodowości żydowskiej, które schroniły się tam m.in. z Wizny i Kolna.(...)
A więc już sam początek komunikatu w zestawieniu z udzielonym wywiadem nasuwa na myśl następujące wątpliwości:
Jeżeli zeznania świadków są tak rozbieżne, że celem ustalenia przebiegu wydarzeń należy odwoływać się do dowodów materialnych, to skąd prokurator Ignatiew wie, że chłopi już od rana zjeżdżali się do Jedwabnego powodowani żądzą mordu i rabunku? Jeżeli tak, to Ignatiew powinien przedstawić te „dowody materialne” popierające jego tezę o przybyciu chłopów opętanych żądzą mordu. ( Swoją drogą, jak on to stwierdził na podstawie dowodów materialnych?) A może akurat był to dzień targowy i chłopi po prostu zjeżdżali do Jedwabnego na jarmark? Naturalnie zakładając, że w ogóle przyjeżdżali, bo relacje na ten temat pochodzą głównie od niewiarygodnych „świadków” Grossa.
Ignatiew twierdzi również, że przy zwłokach znaleziono wręcz zadziwiającą ilość kluczy i przedmiotów codziennego użytku, które sugerują, że ci ludzie zabezpieczali swoje mienie, a więc oczekiwali powrotu do swoich domów. Jeżeli przyjąć, że W wieczór poprzedzający zdarzenia niektórzy żydowscy mieszkańcy uprzedzeni zostali przez znajomych Polaków, że przygotowywane są zbiorowe działania przeciwko Żydom, to czy ci ostrzeżeni nie ostrzegli z kolei innych o mającym nastąpić mordzie? Zwłaszcza, że już wtedy znajdowali się w Jedwabnem uciekinierzy z Wizny i Kolna, którzy mogli już przypuszczać, czym może grozić zaplanowana na następny dzień akcja. Nie było żadnych prób ucieczki w noc poprzedzającą egzekucję? Żydzi spodziewali się, że z tej rzekomo ukartowanej przez polskich chłopów egzekucji będą wracali do swoich domów? Jak to się stało, że mimo istnienia tych rzekomych planów zagłady wszystkich Żydów przez Polaków, i mimo rzekomego przeprowadzenia przez Polaków tejże zagłady, około 200 pozostałych przy życiu Żydów z ogólnej liczby 564 żyło sobie w Jedwabnem spokojnie aż do następnego roku, kiedy to zostali z Jedwabnego wywiezieni przez Niemców?
Natomiast pewna ilość kosztowności takich jak biżuteria, złote monety i zegarki, znalezione w kieszeniach ofiar, wydaje się zdecydowanie obalać spekulacje prokuratora Ignatiewa na temat powodów rabunkowych (zaznaczam tu, że ekshumacji nie dokończono z powodu religijnych protestów Żydów; zwłok nie naruszano, a więc była to jedynie „odkrywkowa” pseudo-ekshumacja, która uniemożliwiła ekspertom medycyny sądowej dokładne oględziny szczątków oraz ustalenie przyczyny śmierci).
Być może polscy mieszkańcy Jedwabnego nie mieli żadnych planów zbiorowego działania przeciwko Żydom a więc nie było powodu, aby kogokolwiek przed czymkolwiek ostrzegać i żaden Żyd z Jedwabnego poprzedzającej nocy nie uciekał?
Po za tym, co oznacza w ustach prokuratora stwierdzenie ustalono prawdopodobny przebieg zdarzeń...?
Czy było tak, jak to przedstawił to prokurator Ignatiew, czy też
nie było? A może równie prawdopodobny
przebieg wydarzeń był zupełnie inny? Może Niemcy siłą, pod groźbą śmierci,
zegnali tych rzekomych 40 mieszkańców Jedwabnego i kazali im wyganiać z domów
i pilnować Żydów? Tak jak to miało też miejsce w Tykocinie? Czy w sądzie
pan prokurator również stwierdza, że oskarżony prawdopodobnie
popełnił przestępstwo? Co wobec sądu znaczy prawdopodobnie?
Albo prokurator ma niezbite dowody, które poza wszelką wątpliwością wskazują
na winę oskarżonego, albo ich prokurator nie ma. Jeżeli ich nie ma, to niech
nie wygłasza mowy oskarżycielskiej opartej na prawdopodobnym
przebiegu zdarzeń.
Następnie w komunikacie IPN pojawia się sprawa łatwopalnego materiału użytego do podpalenia stodoły. Prokurator Ignatiew stwierdza:
Po zamknięciu budynek oblano prawdopodobnie naftą pochodzącą z poradzieckiego magazynu.
Czyżby mógł przedstawić jakieś „dowody materialne” na użycie tej nafty? Może on o tym wiedzieć jedynie z zeznań świadków, a te – według jego własnej opinii – są niewiele warte, ponieważ sobie nawzajem zaprzeczają. Wszak istnieją również zeznania świadków, którzy twierdzą, iż do podpalenia stodoły użyto benzyny, a nie nafty. Dlaczego więc daje on wiarę świadkom podającym naftę jako zastosowany wówczas materiał łatwopalny, a nie świadkom podającym, iż użyto w tym celu benzyny? Również znany historyk, którego chyba jest niezwykle trudno posądzić o „oszołomstwo”, prof. Tomasz Szarota, tak stwierdził w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi Powszechnemu” w dniu 17.04.2002:
Nieprawdopodobne jest, aby tak wielki pożar stodoły (świadkowie widzieli wybuch i słup ognia) można było wywołać przy pomocy 8 litrów nafty czy ropy. To musiała być benzyna, a tę prawdopodobnie dostarczyli Niemcy.(...)
W dalszej części powołuje się p. prokurator na zeznania niejakiego Awigdora Kochawa (vel Wiktor Nieławicki). Oni bardzo lubują się w posiadaniu kilku, minimum dwóch nazwisk; w niektórych przypadkach może to być nawet użyteczne – jeżeli np. w jednym miejscu Nieławicki mówi jedno, a w drugim miejscu Kochaw mówi zupełnie coś innego, to każdy myśli że to dwie różne osoby. A więc cóż takiego ów Kochaw-Nieławicki powiedział panu prokuratorowi:
Należy zwrócić uwagę, iż przed wyprowadzeniem ludzi, z rynku popełniane były pojedyncze zabójstwa. Mówi o nich m.in. pokrzywdzony Awigdor Kochaw, który był w tym czasie na rynku.
Czyżby był to ten sam Nieławicki, którego zeznania były tak szeroko nagłośnione, od telewizji poprzez „Rzeczpospolitą” aż do „Der Spiegel”, jako zeznania rzekomego naocznego świadka wydarzeń w Jedwabnem? Głosił on wszem i wobec, że sprawcami mordu byli Polacy i – przebijając nawet Grossa i Wassersztajna – twierdził, że żydowskich ofiar Polaków w Jedwabnem było więcej niż dwa tysiące. (I to wszystko głosił już po owej pseudo-ekshumacji, w której doliczono się ciał od 150 do 250 ofiar).
Tenże sam Kochaw-Nieławicki został już wcześniej zdemaskowany jako autor sfabrykowanego oszczerstwa o rzekomym skorumpowaniu przez delegację jedwabieńskich Żydów biskupa łomżyńskiego, Stanisława Łukomskiego, któremu wuj Nieławickiego wraz z innymi Żydami miał dostarczyć do Łomży srebrne lichtarze, a który to biskup miał, według zeznań Nieławickiego („Sąsiedzi”, str. 52-53), w zamian za tę łapówkę powstrzymać pogrom w Jedwabnem. Rozwodzi się Gross wraz z Kochawem-Nieławickim nad tą przewrotną naturą biskupa, oj rozwodzi! Tyle że biskup haraczu od Żydów z całą pewnością nie wziął, i to nie tylko ze względów moralnych, ale czysto technicznych. Po prostu go w Łomży nie było, ponieważ już od października 1939 r. ukrywał się przed Sowietami, a powrócił do Łomży dopiero w sierpniu 1941 r., czyli już po fakcie. Z tej to prostej przyczyny ta osławiona, niosąca srebrne lichtarze delegacja i sama wizyta nie mogły mieć miejsca.
Wypadałoby więc w tym miejscu zadać pytanie prokuratorowi Ignatiewowi, czy w jego opinii świadek przyłapany już dwukrotnie na kłamstwie jest świadkiem wiarygodnym, i czy reszta świadków, na których zeznaniach prokurator opiera wyniki śledztwa, jest równie wiarygodna jak Awigdor-Wiktor Kochaw-Nieławicki.
Będąc już przy temacie świadków i ich zeznań, rzuca się w oczy stronniczość prokuratora prowadzącego śledztwo. W wywiadzie udzielonym p. Bikont stwierdza:
Niektóre przesłuchiwane przeze mnie osoby pochodziły z rodzin osób sądzonych po wojnie za udział w zbrodni. To może mieć wpływ na to, co zapamiętały, co uważają za fakty, ale to nie to samo co podejrzenie popełnienia przestępstwa składania fałszywych zeznań.
Czyli ci świadkowie w jego opinii stają się momentalnie niewiarygodni. Natomiast wiarygodni są świadkowie tacy jak Kochaw-Nieławicki, którym kłamstwa zostały udowodnione. Ciekawe podejście do sprawy wiarygodności świadków... A czy zastanowił się prokurator Ignatiew, że świadkowie oczerniający Polaków, mogą się po prostu sugerować książką „Sąsiedzi”, możliwością osiągnięcia korzyści materialnych lub po prostu zwykłą nienawiścią w stosunku do Polaków za doznane lub też urojone krzywdy?
Dlatego też niezwykle ważne jest opublikowanie „Białej Księgi” sprawy Jedwabnego, co umożliwiłoby zainteresowanym zapoznanie się z materiałami, na których oparto wyniki śledztwa. Chodzi o zeznania i nazwiska świadków, których zeznania zostały odrzucone, wraz z uzasadnieniem; nazwiska świadków, na których zeznaniach opierał się prokurator, również wraz z uzasadnieniem; a także wszelkiego rodzaju dokumenty archiwalne, na których oparł się prokurator. Wiadomo, że w Archiwum Państwowym w Łomży istnieje około 28 relacji złożonych w 1947 r. przez 19 świadków, w tym 9 Żydów, które wskazują jednoznacznie na Niemców jako sprawców zbrodni. Według tych dokumentów, wśród ofiar mordu znajdowało się również 3 Polaków. Relacje przedstawione przez Darię Nałęcz z łomżyńskiego archiwum, zostały odnalezione w aktach spraw cywilnych, które odbywały się przed łomżyńskimi sądami grodzkimi w latach 1946-49. [Relacja PAP, 28.03.01]
W komunikacie IPN pojawia się też stwierdzenie:
W tym stanie rzeczy stwierdzić należy, że zasadne jest przypisanie Niemcom, w ocenie prawnokarnej, sprawstwa sensu largo tej zbrodni.
Wykonawcami tych zbrodni, jako sprawcy sensu stricto, byli polscy mieszkańcy Jedwabnego i okolic - mężczyźni, w liczbie co najmniej 40.
Należy się teraz bliżej przyjrzeć temu niemieckiemu sprawstwu largo i polskiemu sprawstwu stricto.
W komentarzu prof. Strzembosza, zamieszczonym również w „Gazecie Wyborczej” w dniu 09.07.02 r., czytamy:
Za „100-procentowo wiarygodne" uważa on zeznania kobiety, która jako mała dziewczyna bawiła się 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem. Jak ujawnił Ignatiew, niemiecki żołnierz - biorąc dziecko za żydowskie - chciał je zabrać na rynek w Jedwabnem. Interwencja matki dziecka temu zapobiegła.
Ja z tą panią rozmawiałem. Relacja jest stuprocentowo wiarygodna i mówi wyraźnie o aktywnym udziale Niemców - stwierdził Strzembosz. Według niego, z relacji świadków - o których nie mówił Ignatiew - wynika, ze Niemcy siłą zmuszali niektórych Polaków do pójścia na rynek, z którego potem zmuszeni byli konwojować Żydów do stodoły, gdzie ich spalono.
A więc pojawia się tu ogromny znak zapytania odnośnie tego, co prokurator Ignatiew wie, a czego nam nie mówi... Otóż wie on, i uznaje za wiarygodne, że jakiś Niemiec usiłował zabrać to cudem uratowane dziecko na rynek; wie też o aktywnym, nie tylko pasywnym, udziale w tej zbrodni Niemców, którzy siłą zmuszali Polaków do pójścia na rynek.
A jednak on nam tego nie mówi... Natomiast mówi o udziale Polaków sensu stricto.
Na taki aktywny udział Niemców wskazywałyby również zeznania niektórych oskarżonych w procesie łomżyńskim w 1949 r. Jeżeli prokurator Ignatiew uznaje wyrok stalinowskiego sądu za wiarygodny, to za wiarygodne należy również uznać zeznania świadków i oskarżonych, ponieważ sąd dał tym oskarżonym wiarę, co zapisano w uzasadnieniu wyroku:
Stanisław Zejer - urodzony w 1893 r.: (...) Tak, przyznaję się do winy, że w roku 1941 w Jedwabnem idąc na rękę władzy państwa niemieckiego (Jest to stale używana formuła związana z tym, że tu oskarżano z tzw. dekretu sierpniowego z 1944 r.) pod wpływem nakazu burmistrza Karolaka i gestapo doprowadziłem (...)
Czesław Lipiński - urodzony w 1920 r.: (...) wyjaśniam, że w dniu krytycznym kiedy stałem u siebie na podwórzu podszedł do mnie niemiec i zabrał mnie ze sobą na rynek, żeby pilnować żydów (...)
Władysław Dąbrowski - urodzony w 1890 r.: (...) krytycznego dnia kiedy znajdowałem się w domu przyszedł do mego mieszkania żandarm z burmistrzem Jedwabnego Karolakiem i kazał mi iść na rynek pilnować żydów. Ponieważ nie chciałem iść i starałem się uciec niemiec uderzył mnie pistoletem w głowę (potwierdziły to zeznania kilku świadków) a ręką uderzył mnie w twarz i wybił ząb (...)
Feliks Tarnacki - urodzony w 1907 r.: (...) przyszedł do mnie burmistrz Karolak Marian i sekretarz magistratu Wasilewski imię nie znam wraz z gestapowcem i wypędzili mnie na rynek (...)
Roman Górski - urodzony w 1904 r.: (...) przyszedł do mnie Karolak Marian, który był burmistrzem i żandarm niemiecki, który mnie kopnął i zabrali mnie na Rynek m. Jedwabnego (...)
Uzasadnienie wyroku Sądu Okręgowego w Łomży, dn. 16-17 maja 1949 r. (Fragmenty)
I. Bolesław Ramatowski, Stanisław Zejer, Czesław Lipiński, Władysław Dąbrowski, Feliks Tarnacki, Józef Chrzanowski, Roman Górski, Antoni Niebrzydowski, Władysław Miciura, Józef Zyluk, Marian Zyluk, Jerzy Laudański, Zygmunt Laudański, Czesław Laudański, Wincenty Gościcki, Roman Zawadzki, Jan Zawadzki, Aleksander Łojewski, Franciszek Łojewski, Eugeniusz Śliwecki, Stanisław Sielawa i Karol Bardoń, oskarżeni zostali o to, że w dniu 25 czerwca 1941 r. w Jedwabnem, pow. łomżyńskiego - idąc na rękę władzy państwa niemieckiego brali udział w ujęciu około 1 200 osób narodowości żydowskiej, które te osoby przez Niemców zostały masowo spalone w stodole Bronisława Śleszyńskiego.
(...) W morderstwie tym wzięli udział Niemcy w liczbie kilkudziesięciu (św. J. Sokołowska) w tym samych gestapowców 68 i miejscowa ludność, która do działania została wciągnięta przemocą. (...)
(...) Miejscowa ludność, a więc w tej liczbie i oskarżeni wzięci byli do udziału pod terrorem, jak to widać ze wszystkich wyjaśnień oskarżonych, gdziekolwiek by były one składane i z zeznań świadków oskarżenia i odwodowych. Przemoc zastosowana przez Niemców do oskarżonych wypływa w wielkiej ilości w jakiej w tym dniu krytycznym zjawili się w Jedwabnem i z faktu, że żydów należało wyciągać z mieszkań na plac zbiórki, czego sami Niemcy nie mogli dokonać ze względu na stosunkowo małą ich ilość. (...)
I. Karola Bardonia, którego działanie (...) uznać należało za pozbawione cech przymusu. Jak zeznała świadek Sokołowska oskarżony był w tym czasie zatrudniony w służbie żandarmerii. (...)
A wiec jeżeli się powiedziało „a” należy też i powiedzieć „b”, panie prokuratorze... W przeciwnym razie zaczyna się „grossowszczyzna”, czyli selektywne wybieranie materiałów, które potwierdzają postawioną na samym początku tezę, że to Polacy z własnej i nieprzymuszonej woli mordowali Żydów, za co należy ich teraz czołobitnie przepraszać. Natomiast odrzuca się wszelkie materiały dowodowe i zeznania świadków wskazujące na to, że osądzeni działali pod wpływem terroru. Jeżeli opiera się na wynikach śledztwa i prawomocności wyroku Sądu Okręgowego w Łomży z 1949 r., należy również uznać za właściwe przesłanki, na których opierał się ten sąd ferując takie a nie inne wyroki.
Jeżeli twierdzi się, że...
(...) W oparciu o materiały archiwalne procesów karnych w 1949 i 1953 r. i inne zweryfikowane w toku obecnego śledztwa materiały dowodowe, należy przyjąć, iż aktywnie uczestniczyli oni w dokonaniu zbrodni, uzbrojeni w kije, orczyki i inne narzędzie. Przypisane im w wyniku niniejszego śledztwa czyny wypełniają znamiona nieulegającej przedawnieniu zbrodni opisanej w treści art. 1 pkt. 1 dekretu z 31 sierpnia 1944 r. stanowiącego, iż podlega karze dożywotniego pozbawienia wolności ten, "kto idąc na rękę władzy państwa niemieckiego (...) brał udział w dokonywaniu zabójstw". Spośród czterdziestu, osób, których nazwiska, jako sprawców, wymienione zostały w aktach spraw, część została prawomocnie osądzona. (...)
... to należy również uznać, że na podstawie zeznań świadków i oskarżonych z tego procesu, a także orzeczenia tego sądu, skazani działali pod przymusem Niemców, będąc przez nich sterroryzowani. Większość ludzi w Polsce, którzy przeżyli okupację niemiecką, dobrze wie, czym groziła odmowa rozkazu wydanego przez Niemców, zwłaszcza (jak zeznali skazani) rozkazu popartego kopniakiem, ciosem pięścią lub kolbą pistoletu. Czy przypadkiem nie jawi się nam tu całkiem nowy obraz dnia 10 lipca 1941 r. w Jedwabnem, gdzie rzekomo 40 obywateli tego miasteczka, zostało przemocą i terrorem zmuszonych do wykonania niemieckich rozkazów...? Rozkaz wykonali, nie każdy ma zadatki na bohatera i jest gotów poświęcić własne życie za życie bliźniego. Być może wśród tych rzekomych czterdziestu znalazło się paru, którzy faktycznie mścili się na Żydach za domniemane lub też prawdziwe krzywdy doznane przez nich samych lub przez ich rodziny pod okupacją sowiecką.
Swoją drogą aż do ustalenia konkretnych nazwisk rzekomych 40 osób nie można twierdzić, że było ich akurat tylu. Co więcej, nie można twierdzić, że takowe osoby w ogóle istniały. Kolejność działań musi tu być zupełnie odwrotna. Najpierw trzeba dokładnie ustalić imiennie kto, a dopiero później policzyć ilu. Operowanie magicznymi liczbami nie przystoi prokuratorowi, który bez mała dwa lata prowadzi śledztwo, a do dziś nie jest w stanie podać żadnych konkretnych ustaleń.
W świetle powyższego wyłania się tu całkiem inny aspekt moralny, a także karny, samego czynu. Zupełnie inny od spekulacji pana prokuratora, jakoby od rana mieli zjeżdżać do Jedwabnego okoliczni chłopi opętani bliżej niewyjaśnionym zbiorowym amokiem i żądzą mordu na Żydach. Być może należałoby przekwalifikować owo prokuratorskie sprawstwo Polaków sensu stricto na sprawstwo sensu largo, a przypisane Niemcom sprawstwo largo doprecyzować sprawiedliwie na sprawstwo sensu stricto...
Z wywiadu udzielonego p. Bikont:
(...) Postępowanie zostanie umorzone. Nie ustaliłem żyjących sprawców zbrodni, którzy nie byliby wcześniej sądzeni. W zeznaniach świadków generalnie nie padały nowe nazwiska poza znanymi z materiałów archiwalnych. (...)
Jeżeli nie padały nowe nazwiska, a wyrokiem sądu w Łomży zostało skazanych 12 osób (pozostałych oskarżonych sąd uniewinnił z powodu braku dowodów winy), , to skąd prokurator wziął 40 sprawców? [brawo!] Nie zapominajmy, że Gross w swojej książce, również na podstawie zeznań „naocznych” świadków, podaje liczbę ponad 90 sprawców!
Komunikat IPN stwierdza też:
(...) W toku prowadzonego obecnie śledztwa nie zgromadzono wystarczających dowodów, które pozwoliłyby na zidentyfikowanie i postawienie zarzutów żyjącym sprawcom. (...)
A więc teraz się okazuje, że prokurator Ignatiew nie znalazł dowodów wystarczających do postawienia zarzutów żyjącym sprawcom. Ba, nie ma nawet dostatecznych dowodów, na podstawie których mógłby zidentyfikować pozostałych sprawców...
Na jakiej więc podstawie oskarża on o działanie przestępcze całą anonimową grupę ludzi, nie posiadając wystarczających dowodów i nie dając im (potencjalnym oskarżonym) szansy na przedstawienie w sądzie ich własnej wersji wydarzeń. To nie jest oskarżenie, to wręcz oszczerstwo! Nie wolno nikogo oskarżać bez przedstawienia niezbitych dowodów jego winy, istnieje przecież zasada domniemania niewinności!
Podejrzewam, że dowody zgromadzone przez prokuratora Ignatiewa mogłyby nie wytrzymać rygorów przewodu sądowego, a w szczególności wnikliwych pytań obrońców. Prokurator Ignatiew świetnie zdaje sobie sprawę, że – wobec sprzecznych zeznań świadków oraz treści dokumentów archiwalnych – właściwie nie ma on żadnych dowodów na poparcie swego oskarżenia, a w zasadzie to i już wydanego orzeczenia. Ot, tak sobie „grossuje”, a swoim działaniem raz jeszcze daje dowód na to, że instytucja powołana do ujawnienia prawdy historycznej stoi twardo na straży obrony interesów politycznych mających mało wspólnego z interesami polskimi. W polskim bowiem interesie leży całkowite i bezkompromisowe wyjaśnienie afery Jedwabnego, dotarcie do faktów historycznych, a także odkrycie wszelkich manipulacji mających miejsce w całej tej aferze.
Tak wiec Naród niech się cieszy, bo go łaskawie zwolniono z odpowiedzialności zbiorowej i wskazano na jakichś tam domniemanych 40-tu Polaków. W efekcie powinniśmy odetchnąć z ulgą, tyle że – jak wynika z powyższej analizy – to wszystko się kupy nie trzyma... Prezydent może odetchnąć, bo „nie na darmo przepraszał”... „Wykazaliśmy jako naród” poczucie odpowiedzialności i „spojrzeliśmy prawdzie w twarz”...
„Teraz dopiero” możemy układać niezakłamane stosunki z naszymi żydowskimi przyjaciółmi, bo „stanęliśmy na wysokości zadania”. Wszystko co nam teraz pozostaje, to przyglądać się kolejnemu odcinkowi tej hucpy pt. „Walka o napis na pomniku”... Potem następny odcinek pt. „Odszkodowania”...A jeszcze potem....No, to już czas pokaże, ale zapowiada się raczej dla nas niewesoło.
Krzysztof Janiewicz,
14 lipca, 2002