II POLSKA KONFERENCJA EUROSCEPTYCZNA

 

Małgorzata Kamyk

 

Upalne sobotnie przedpołudnie, 11 maja, godzina 11:00. Warszawski hotel „Gromada”, który pewnie niejedno już widział, gości II Polską Konferencję Eurosceptyczną zorganizowaną przez tygodnik Najwyższy Czas! i brytyjski magazyn These Tides. Tym razem pod hasłem „Jeśli nie Unia, to co?”. W tym samym czasie na ulicach Warszawy rozpoczyna się poprawna politycznie Parada Schumana, na którą zwieziono autokarami gimnazjalistów z różnych miast Polski. Żółtodziobna młódź ma przekonać swoich rodziców do świeżo ogłoszonego patriotycznego obowiązku, a telewizornia od kilku dni młóci już europropagandową sieczkę.

 

Mam jeszcze parę minut. Idę podekscytowana labiryntem korytarzy i zastanawiam się, czy jeszcze się wcisnę do sali, czy może będę wychylać głowę gdzieś z korytarza. Tymczasem na sali pustawo... jest dość spora, ale miejsc siedzących niewiele, a w dodatku beznadziejne ustawienie – cztery długie stoły konferencyjne, przy których usiądzie może ze 120 osób. Na stoliku przy drzwiach znajduję broszurkę „Program Gospodarczy” LPR i jej ulotkę „Liga Polskich Rodzin jest przeciwna wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej”. Ach, jest też ulotka, na której Roman Giertych prowadzi (słynną już chyba?) dyskusję ze zdjęciem młodszego Wiatra: 10 postulatów „przeciw” kontra 10 postulatów „za”. Obok parę numerów brytyjskiego These Tides, a nad nimi jakiś facet tłumaczy coś komuś po angielsku. Zagaduję do niego i zerkam na jego plakietkę: David Wilkinson, czyli wydawca we własnej osobie. Gaworzymy parę minut i kupuję dwa polecone przez niego numery – w jednym wywiad z Janem Łopuszańskim, a w drugim z Władymirem Bukowskim. Jak się okazuje, ten drugi będzie gościem specjalnym konferencji.

 

Siadam pod oknem. Ludziska schodzą się powoli, niespiesznie, i usadzają się wzdłuż stołów. Wchodzą też organizatorzy i zaproszeni goście. Sala zagęszcza się. Sporo ludzi w średnim wieku, ale większość to jednak młodzi, którzy zaczynają już obsiadać parapety i grzejniki. Następni wchodzą już z krzesłami. Wreszcie, z 8-minutowym poślizgiem, Tomasz Sommer z Najwyższego Czasu! wita zebranych i otwiera konferencję. Rozglądam się po sali i szybko przeliczam pojemność stołów, dodaję ludzi siedzących w pozostałej części sali... Nie widzę wszystkich, ale na moje oko jest tuż ponad 150 osób, ale do 200 daleko. „Cieniutko” – myślę sobie, ale i nie dziwię się. Bo do ilu osób mogła dotrzeć informacja o tej konferencji?

 

Pierwszym mówcą jest właśnie DAVID WILKINSON, wsparty przez tłumacza. Jest dziś dumny i szczęśliwy, bo jeszcze 6 lat temu za UE było 95% Polaków, a on nie mógł się wtedy nadziwić, że Polacy w ogóle nie myślą! Rok temu konferencja miała pokazać, że eurosceptycy to nie „kłamcy ani szaleńcy”, a teraz chodzi o to, aby przedyskutować i wypracować alternatywy dla UE. Sam na własne uszy słyszał krakanie eurokratów, że wybór jest jeden: albo Bruksela, albo Moskiewska Wspólnota Niepodległych Państw tudzież związek z Białorusią i ewentualnie Ukrainą (skąd my to znamy?). Ale to tylko objaw paniki wśród eurokratów, bo w krajach kandydujących urastają w siłę „partie centro-prawicowe”, które myślą, a to nie podoba się Brukseli. Jego zdaniem, trzeba więc teraz sprawić, aby „eurosceptyczni politycy nie byli marginalizowani ani demonizowani”.

 

Słusznie też Wilkinson zauważa, że mało który z obecnych członków Piętnastki naprawdę chce rozszerzenia, bo to oznacza dla nich wyższe wydatki (obecni płatnicy netto) albo niższe środki z unijnej kasy (Hiszpania, Irlandia, a nawet Francja). Wyjątkiem są może bogate Niemcy, które „uważają UE za swoje imperium”, a teraz zechcą zabezpieczyć swoją kontrolą „ekonomiczną, a może i militarną” swoje własne inwestycje w Europie Środkowej. Jego zdaniem, Unii nie zależy na rozszerzeniu w 2004 roku, gdyż – jak się wyraził – od krajów kandydujących „Unia dostała już wszystko przed ślubem, więc po co ten związek legalizować?” Wilkinson dodaje, że chyba tylko dlatego, że po pierwsze, mamy nad Unią przewagę: dużo taniej ziemi, tanią siłę roboczą i – póki co – korzystniejszy system podatkowy; a po drugie, Unię zabija stagnacja i obezwładnienie własnymi regulacjami prawnymi, więc takie same obezwładniające regulacje trzeba nałożyć na konkurencyjne, pozostałe kraje europejskie. I na tym Wilkinson kończy.

 

Pałeczkę przejmuje PIOTR KRUTUL, poseł LPR. Zdziwiłam się, dlaczego nie Gabriel Janowski, ale pomyślałam, że może to i dobrze, bo trzeba upublicznić więcej twarzy z LPR, a nie tylko z samej jej wierchuszki. Pan Krutul zaczyna od tego, na co liczą dziś wszyscy myślący Polacy: że Miller dotrzyma słowa i wraz ze swoim rządem poda się do dymisji, jeśli Polska nie wejdzie do UE w 2004 roku. Wczoraj Miller znów o tym przypomniał w telewizorze i dodał, że tak by postąpił „odpowiedzialny rząd”. No ja myślę, że ten NIEodpowiedzialny NIErząd czym prędzej wyniósłby się z URM-u, skoro od samego początku nie miał pomysłu na niepodległą Polskę! Ale, ale... przepraszam pana Krutula i wracam do jego szanownej osoby.

 

Poseł Krutul w swoim wystąpieniu oscyluje wokół kwestii ziemi i rolnictwa, co nie dziwi, skoro zasiada w sejmowej Komisji Rolnictwa. Mówi o sprawach, które znamy już z wystąpień posłów LPR: że nie wiadomo, czym UE będzie za rok, gdyż cały czas trwają prace Konwentu nad jej przyszłą konstytucją. I kto wie, może w UE czekaja nas kołchoz? Twierdzi, że dużo jeszcze będzie się mówić w negocjacjach o rolnictwie, i gdyby nie rolnictwo, to pewnie już dawno bylibyśmy w Unii. Podkreśla, że przez limity produkcyjne tracimy samowystarczalność żywieniową, czyli i suwerenność, że cudzoziemcy (głównie Niemcy i Holendrzy) mają w swoich rękach już 1 milion ha ziemi, a nasza ziemia jest tania, jeszcze nieskażona chemią, i jest jej dużo. Krutul przypomina też, że unijna zasada równości wszystkich członków została złamana, a „my jako pierwsi” (sam jest rolnikiem z Podlasia) jesteśmy dyskryminowani, gdyż otrzymamy niższe dopłaty bezpośrednie dla rolników. Wniosek z tego taki, że jesteśmy niczym więcej jak tylko przyszłymi koloniami UE, o czym – jak słusznie zauważa – pisał już prof. Rafał Broda. A już na pewno Unia nie jest dobrym wujkiem: o tym, w jakim tempie wypłaca kasę z budżetu, mogą świadczyć losy funduszów SAPARD, które jakoś od 2 lat nie mogą dotrzeć do Polski.

 

Nie mamy się też co szczycić, że wynegocjowaliśmy lepsze warunki dotyczące sprzedaży ziemi niż inne kraje kandydujące. Poseł Krutul zaznacza, że po 3 latach od naszego wejścia do UE, Unia może znieść okres przejściowy na zakup ziemi. Mówca kończy swą wypowiedź w stylu Prymasa Tysiąclecia mówiąc, że ziemia jest matką, której się nie sprzedaje. Brawa ma krótkie, bo do głosu zbiera się właśnie sam szef Unii Polityki Realnej.

 

Sala wyraźnie ożywia się, gdy JANUSZ KORWIN-MIKKE bierze mikrofon do ręki. „Nic dziwnego” – pomyślałam – „tu są pewnie głównie czytelnicy Najwyższego Czasu!”. W sobie właściwym stylu, Korwin-Mikke mówi o wielu rzeczach w sposób krótki i konkretny. Rząd, jako władza wykonawcza, powinien pójść pod sąd, bo nie wykonuje woli Narodu – nie może sobie zarządzić ot tak, że wchodzimy do Unii. Mówi też o upublicznianiu „ordynarnych kłamstw” na temat sondaży. Jak bowiem poparcie dla UE może obecnie wynosić 69%, skoro 3 miesiące temu wynosiło 59%, a w międzyczasie ogłoszono, iż dopłaty dla polskich rolników wyniosą 35% unijnych? Widocznie te dodatkowe 10% Polaków, które przyrosło, musiało być z tej unijnej nowiny bardzo zadowolone! Poza tym – kontynuuje Korwin-Mikke – skoro LPR domaga się referendum, a rząd nie zgadza się, to widocznie wie, że poparcie jest niskie i boi się przegranej. I po trzecie, jego zdaniem, w ankietach i sondach ulicznych wybrana grupa ludzi udziela odpowiedzi, których rząd oczekuje.

 

Trudno też odmówić szefowi UPR racji, gdy tłumaczy, dlaczego Millerowy rząd za wszelką cenę chce wprowadzić Polskę do Unii w 2004 roku (poza tym, że nie ma pomysłu na niepodległą Polskę). Otóż kończą się już pieniądze z prywatyzacji (więc skąd je dalej brać?), a poza tym właśnie w 2004 roku kończy się okres odroczenia spłat polskich długów dla Klubu Paryskiego. Myślę sobie: „No to mamy kolejny argument, dlaczego w razie porażki Miller poda się do dymisji”. No bo już nie na jego głowie będzie potem zmartwienie, co z tym „paryskim fantem” zrobić!

 

Korwin-Mikke bez ceregieli wyjaśnia też, że nie „można mówić o UE bez Wschodu Francji”, który nie jest prawdziwą masonerią (bo ta go nie uznaje), a tylko „tajnym oddziałem socjalistycznej międzynarodówki”, która również i u nas „ma się dobrze”. I rzecz w tym, że międzynarodówka socjalistyczna jest przeciwna Ameryce, a UE jest narzędziem polityki Niemiec i Francji, które z kolei są „osią socjalistycznej międzynarodówki w UE”, stąd wyraźna fobia antyamerykańska w Unii i zapędy do stworzenia własnej, unijnej armii, która tak naprawdę oznaczałaby podział NATO. A Polska, zdaniem Korwin-Mikkego powinna być po stronie USA, a nie międzynarodówki socjalistycznej.

 

Dalej szef UPR wyjaśnia, że nie musimy wchodzić do UE, gdyż mamy z nią układ stowarzyszeniowy i to wystarczy. Nie musimy wychodzić z polskiego zaścianka, by wejść do „europejskiego zadupia. Powinniśmy natomiast otworzyć się na kraje CEFTA (Strefa Wolnego Handlu w Europie Środkowej), a nasz rząd tę współpracę blokuje. Na dodatek „nie możemy zapominać o rynku wschodnim” i powinniśmy powrócić do handlu z Rosjanami, który tak skutecznie zabiła koalicja UW-AWS.

 

Zdaniem Korwin-Mikkego „UE zdycha!”. Wizualna metafora prężnej gospodarki to powstające wieżowce, które jak grzyby po deszczu mnożą się w USA i w Azji, ale nie w UE. I dlatego „nie chcemy socjalizmu zwłaszcza w wydaniu Wielkiego Wschodu”. Brawa rozlegają się chętnie, gromko i długo nie milkną. Kończę notować i udaje mi się klasnąć może z 5 razy. Jakaś telewizja wyciąga Korwin-Mikkego na zewnątrz, po chwili widzę za oknem, jak udziela wywiadu.

 

Tymczasem przedstawia się poseł PiS, ARTUR ZAWISZA. Żartobliwie porównuje eurofilię do pedofilii, a i eurofobię uważa za „złe towarzystwo”. Najlepsze, jego zdaniem, towarzystwo to „realistyczni eurosceptycy”. Unia byłaby w porządku, gdyby była Wspólnotą Narodów, ale nie jest, bo jej prawo jest nadrzędne w stosunku do narodowych i podważa suwerenność każdego z członków. Podobnie jak Korwin-Mikke uważa, że „siłą napędową UE jest międzynarodowy socjalizm”. Gdybyśmy weszli do UE, to wg Zawiszy, powinniśmy jak najprędzej żądać dalszego poszerzenia o Białoruś i Turcję, to wtedy UE rozsadzi się od środka. Miejscami poseł Zawisza trochę nudzi, jak na mój gust, a że nie mówi nic nowego, to się wyłączam (przepraszam zawiedzionych Czytelników i sympatyków PiS).

 

Przychodzi kolej na posła DARIUSZA WASILEWSKIEGO z ZChN, który informuje, że będzie mówił o problemach związanych z wykorzystaniem unijnych środków. Mówi o 4 fazach pieniędzy z funduszu PHARE. To pomoc, która „niby idzie, ale nie doszła”, bo Unia tak daje pieniądze, że „nie mogą one trafić do właściwych rąk”. Pieniądze te mają trafić do rąk dużych firm szkoleniowych, które w Polsce zatrudniają wielu wykładowców z USA, tyle że na takich akurat to pieniądze unijne iść nie mogą (znowu te fobie amerykańskie!). Częstokroć warunki, jakie trzeba spełniać, są w Polsce niespełnialne. Stąd teoretycznie przyznane nam środki strukturalne wykorzystamy w około 10% (reszty albo nam nie przyznają albo trzeba będzie zwrócić?). Jak zauważa Wasilewski, „efekty wchłonięcia przez UE” widać na terytorium byłej NRD, gdzie bezrobocie sięga 17%. Brawa były trochę mikre, ale i kolejny mówca szykujący się do wystąpienia, wzbudził już zainteresowanie.

 

Poseł GABRIEL JANOWSKI z LPR zaczyna głośno (jak zawsze) i dobitnie: UE to dyskusja o przyszłych pokoleniach, a tymczasem „umysły klasy politycznej są w katastrofalnym stanie” i nie ma swobody wypowiedzi. Nie ma prawdziwej, twórczej myśli, jest tylko politycznie poprawny bełkot. Janowski uważa, że i w UE nie ma takiej myśli – Unia się wypaliła, a jej własne przepisy ją skrępowały. Więc na co nam taki interes, skoro potrzeba nam swobody i rozwoju gospodarczego? Biurokracja i unifikacja takich warunków nam nie stworzą, a jeśli chcemy się rozwijać, to nie w tym organizmie, bo on będzie dla nas zabójczy. Potrzebny jest nowy ład w Europie, ale inaczej skonstruowany i oparty na innych przesłankach, nie na ekonomicznych. Obecny ład – streszczając jego wypowiedź – jest ładem niemieckim, bo cała Piętnastka kolonizowana jest przez kapitał Niemiec, któremu teraz robi się za ciasno i dlatego jest zainteresowany nową marchią wschodnią sięgającą Bugu.

 

Janowski wylicza, co powinniśmy zrobić, aby zrealizować alternatywę inną niż UE. Podstawa: naszym strategicznym partnerem powinna być Ukraina, ale w nowy ład europejski powinna być włączona również Rosja. Dalej, po pierwsze, powinniśmy wymówić obecny traktat stowarzyszeniowy z UE i wypracować nowy. Po drugie, podobny układ powinniśmy zawrzeć z Rosją. Po trzecie, powinniśmy działać w oparciu o szczególny układ z CEFTA, a w tym powinniśmy zawrzeć szczególny układ z Ukrainą. Po czwarte, potrzebny jest „nowy model życia, który nie zagrozi temu nowemu ładowi” (szczegółów nie rozwijał).

 

Bardzo spodobała mi się inna myśl posła Janowskiego: głoszenie, że nie ma alternatywy jest zbrodnią polityczną, bo polityk nie może tak myśleć. Brawa były przyzwoite, ale też krótkie, bo oto zapowiedziano gościa specjalnego Konferencji.

 

Znany rosyjski dysydent, WŁADYMIR BUKOWSKI, witany jest oklaskami, jeszcze zanim zaczyna mówić. Przemawia po angielsku, korzysta z tłumacza. Mówi, że był w Polsce 10 dni wcześniej (na konferencji „Europa a przyszłość państw narodowych" zorganizowanej przez posła Adama Macierewicza – przyp. moje), ale jeśli będzie trzeba, to przyjedzie jeszcze raz, jutro lub za miesiąc, i przyjedzie jeszcze nie raz, a jak będzie trzeba, to zamieszka w Warszawie, by przemawiać przeciwko Unii tak często, jak zajdzie potrzeba. Rozlegają się gromkie brawa i śmiech. Bukowski mówi, że dziwi się, że kraje byłego Bloku Wschodniego, które dopiero co wyrwały się od sowieckiego potwora, biegną teraz co tchu do innego potwora – który podobny jest do tamtego, tyle że „nie ma on – na razie nie ma! – własnej Syberii i gułagów”.

 

Bukowski zaczyna udowadniać, że UE nie różni się od ZSRR. Związek Sowiecki zarządzany był przez grono nie wybieralnych i przed nikim nie odpowiedzialnych osób. Tak samo jest w Unii (Komisja Europejska – przyp. moje). I jedno, i drugie, to związki socjalistycznych republik (lewactwo w krajach UE kwitnie, choć nieco słabiej niż w latach 90-tych – przyp. moje). Tak jak wtedy Moskwa w Bloku Radzieckim, tak dziś Bruksela w UE decyduje o wszystkim. Za czasów ZSRR wszelkie nieprawomyślne odchyły były „regulowane” przez Moskwę; dziś tak samo postępuje Bruksela, która naciskała i groziła Austrii bojkotem i embargiem za wybór Heidera. Bukowski żartuje przy okazji, że Bruksela ogłosiła, że „wyjątkowo nie będzie bojkotować Włoch” za wybór Berlusconiego (na sali śmiech). Konstytucja Związku Sowieckiego przewidywała dla republik prawo odłączenia się, choć nie było procedury secesyjnej. Tymczasem Karta UE nie ma ani jednego punktu choćby napomykającego o prawie do wyjścia z UE. Krótko mówiąc, konstytucja sowiecka była pod tym względem „bardziej postępowa” (sala znowu się śmieje). ZSRR przekonywał do swoich racji wszelkimi metodami: siłą, okupacją militarną, naciskami, posunięciami ekonomicznymi. Podobnie UE, choć jeszcze nigdzie nie zastosowała interwencji zbrojnej. Nie słabną naciski UE na łakomy kąsek, jakim jest Szwajcaria. Mądrzy Szwajcarzy ciągle głosują na „nie”, a Unia naciska proponując coraz to nowe referendum.

 

Zarówno ZSRR jak i UE to koniec państw narodowych. Sowietom nie udało się wytworzyć „sowieckiego człowieka”, a Unia liczy teraz na to, że uda jej się stworzyć „człowieka europejskiego”. (Pomyślałam w tym momencie, że UE nie wyciąga wniosków z błędu Sowietów, tak jak kiedyś Hitler nie nauczył się na błędach Napoleona.)  Poza tym, w tak zwanym normalnym świecie – kontynuuje Bukowski – korupcja zazwyczaj idzie od dołu w górę. Ale w UE korupcja odgórna jest „wbudowana w system” i idzie z góry do dołu! (znowu śmiech na sali)

 

Bukowski wraca do kwestii gułagów. Własnej Syberii to UE jeszcze nie ma, ale gułagi już są, tyle że nie fizyczne a intelektualne. Za nieprawomyślne poglądy kara się ostracyzmem, odrzuceniem i ignorowaniem przez uczelnie, instytucje i media. A to jest początkiem prawdziwych gułagów.

 

Inny wątek Bukowskiego. Patrząc z zaświatów na paradę nazwaną jego imieniem, Schuman musi się w grobie przewracać, bo jego wizja była inna – w Traktacie Rzymskim chodziło o otwarty rynek, a nie o państwo europejskie. Do 1985 roku i ZSRR i UE były przeciwne konsolidacji Europy. Sowieci sądzili, że byłby to ruch ukierunkowany przeciw nim, a lewica UE uważała, że byłby to spisek biznesu przeciwko proletariatowi w krajach EWG. Ale głęboki kryzys systemowy w ZSRR spowodował, że Sowieci potrzebowali pomocy z Zachodu. Natomiast lewica UE obawiała się, że upadek ZSRR oznaczałby osłabienie sił lewackich w Europie. ZSRR tymczasem przestrzegał przed „dzikim kapitalizmem”, ale jednocześnie w 1986 roku pracował nad przerobieniem projektu UE na swój własny. Na tym między innymi opierały się kontakty Gorbaczowa z socjalistyczną międzynarodówką i lewicą w Europie. Odtąd Gorbaczow zaczął mówić o „Wspólnym Europejskim Domu”, a chodziło o dwie struktury, które miały się połączyć jak ręka i dopasowana do niej rękawiczka. W zasadzie jednak, chodziło o wielką ideę lewicy: ludzką twarz komunizmu i sukces lewicy w Europie. Ale wschodnia część tego planu się posypała, podczas gdy zachodnia kontynuuje „dla władzy i własnych przywilejów”.

 

Bukowski nie ukrywa, że denerwuje go zarówno Polska, jak i Czechy i Węgry, bo to tak, jakbyśmy nie mieli dość Związku Radzieckiego, skoro chcemy teraz Brukseli zamiast Moskwy. Również krytykuje myślenie w rodzaju „nie ma innej alternatywy”, bo sztuka polityki to sztuka tworzenia alternatyw (podobną myśl wygłosił wcześniej Janowski). Jego zdaniem nasza główna alternatywa to kontynuacja Układu Wyszegradzkiego i otwarcie się na inne kraje świata, bo świat jest większy niż Unia Europejska. Potrzebna jest jednak siła i wola ludzi, by tę alternatywę podjąć. Referendum będzie decydującą bitwą, ale potrzeba przed nim kampanii. Bukowski deklaruje gotowość wzięcia w niej udziału i nawoływania co sił przeciwko UE, ale my musimy zrobić to samo. Alternatywy nie mają ci, co nic nie robią. Bukowski kończy osobistym wyznaniem: „Utrata Polski będzie dla mnie rzeczą straszną, bo w walce z komunizmem poszło trochę mojej krwi”. Wybuchają gromkie brawa i długo nie słabną.

 

Rozpoczyna się część dyskusyjna, przeznaczona na pytania. Kierowane są głównie do Władymira Bukowskiego i w większości nie na temat UE lecz na temat Rosji. Tu mam żal do organizatorów, że tak łatwo popuścili temat... Ktoś cytuje Norwida, że największym naszym zagrożeniem jest „cecha lokajstwa”. Bukowski się zgadza, ale mówi, że ta cecha rozwinęła się i na Zachodzie. Przytacza Anglików, którzy w 70% są przeciwni UE, ale nie wychodzą na ulice protestować. Pytanie, co zrobią Polacy, na których wrodzoną buntowniczość Bukowski bardzo liczy. Przy innym pytaniu żartuje, że może i powinniśmy wejść do UE, to przynajmniej „szybko rozwalimy ją od środka, gdy nam się coś nie spodoba”.

 

Pada też z sali zarzut, że właściwie nie usłyszeliśmy konkretnie, „wokół czego mają się jednoczyć eurosceptycy”. Odpowiada poseł Gabriel Janowski, grzecznie wytykając, że pan chyba nie słuchał, po czym cierpliwie powtarza główne postulaty ze swojego wystąpienia. Ale posła Janowskiego nieco ponosi, bo oto pojawia się kamera TV Puls, a poseł zaczyna wystąpienie w stylu wiecowym, krzycząc i gestykulując. Na sali słychać szmer, który organizatorzy najwyraźniej usłyszeli, bo już w chwilę potem poseł Janowski kończy. Odpowiedź na zarzut przejmuje Korwin-Mikke, który chwilę przedtem ustąpił Janowskiemu i pozwolił mu pierwszemu odpowiedzieć. Jeszcze raz uzasadnia, że Unia jest nam niepotrzebna, skoro już teraz mamy 75% obrotów w handlu właśnie z nią. Przytacza Miltona Friedmana, że nasze przepisy mają być takie, jakie kraje unijne miały w czasach, gdy były jeszcze biedne. Dodaje, że nie chcemy „małpować unijnych dyrektyw”, bo kafelki w piekarni podwyższają koszt bochenka chleba. Kończy stawiając UPR-owską kropke nad „i” – nam potrzeba amerykańskich przepisów sprzed 100 lat.

 

Jest 13:25 i to już koniec konferencji. Część młodzieży wyszła wcześniej, aby rozpocząć antyunijną demonstrację. Ludzie wychodzą powoli, jakby mieli niedosyt. Wychodzę i ja, ale z mieszanymi uczuciami. Usłyszałam dużo ciekawego, ale właściwie nic, czego nie usłyszałam, albo nie przeczytałam wcześniej. Właściwie na tej konferencji byli sami eurosceptycy, o czym świadczyły zadawane pytania. Nie było dyskusji, bo była zgodność poglądów. Idę Chmielną na Nowy Świat zobaczyć resztki Parady Schumana i myślę sobie, że pomysł był dobry, ale chyba tylko na zaistnienie w mediach (jeśli w ogóle!, o czym miałam się przekonać wieczorem) i na pokazanie, że eurosceptycy coś robią. Chyba większy efekt można było osiągnąć na wiecowym podium ustawionym gdzieś w pobliżu trasy Parady Schumana, tylko kto w tym „wolnym kraju” wydałby zezwolenie na taką akcję? Przecież nie chodzi o to, aby eurosceptycy utwierdzali się w swych poglądach, tylko o to, aby do tych poglądów przekonać innych...

 

Wchodzę na Nowy Świat. W oczach mi niebiesko i unijnie-gwazdkowo. Same małolaty ze swymi nauczycielami. A pośród nich tu i ówdzie słyszę „To dla was szansa...”, „Tylko w Unii...”, „I Polska zyska, z wy razem z nią...”

 

A co tym dzieciakom odpowiedzą rodzice, których te dzieciaki na pewno będą przekonywać?

 

* * *

 

Wieczór. Dzienniki informacyjne TVP i TVN. W obu króciutka wzmianka o Konferencji, rzut kamery na salę (pokazywaną zza filara, żeby nie było widać, że jest całkiem spora). Jedno zdanie z wywiadu Korwin-Mikkego, udzielonego na zewnątrz, o tym, że wejście do UE to wejście do „europejskiego zaścianka”. Jakaś trzysekundowa migawka z demonstracji antyunijnej, w której nawet dobrze nie słychać wykrzykiwanych przez młodzież haseł. I to wszystko po kilkuminutowej, może nawet dłuższej, relacji z parady Schumana i po wypowiedziach rozanielonych rządowych oficjeli o „patriotycznym obowiązku”. Zniesmaczona, wyłączam telegrajka i wychodzę na balkon, oddycham normalnym powietrzem...

 

 

Małgorzata Kamyk, 13 maja 2002