Marcin Gugulski
W teatrze absurdu
Na temat raportu Stowarzyszenia Przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii - Otwarta Rzeczpospolita
- Oczy pełne nienawiści, o czym pan redaktor myśli?
- Oczy pełne nienawiści, o czym pan czytelnik myśli?
Autorzy raportu "Mowa nienawiści" chcą, by efekt ich ponad rocznej pracy spełnił rolę swego rodzaju aktu oskarżenia. Na ławie oskarżonych zamierzają posadzić GŁOS, "Nasz Dziennik", "Naszą Polskę", "Najwyższy Czas" i "Tygodnik Solidarność". Pełnej, kilkusetstronicowej wersji aktu oskarżenia chcą nadać w druku tytuł: "Zamiast procesu". 14 listopada w warszawskim Domu Literatury odbyła się próba generalnego pierwszej tego procesu: odczytano fragmenty aktu oskarżenia. Co widziałem i słyszałem - opowiem.
Większość zebranych nie wiedziała, że przychodzi na proces, bo zaproszono ich na spotkanie dyskusyjne. Ja też nie wiedziałem o quasisądowo-prokuratorskim charakterze spotkania, a i o spotkaniu bym nie wiedział, bo prokurator Sergiusz Kowalski i prokurator Magdalena Tulli nie zadali sobie trudu, by zaprosić nas na nasz własny proces i powiadomić o takim właśnie charakterze całej imprezy.
Sąd tajny
O zebraniu dyskusyjnym na temat Retoryka nienawistnych obsesji (o sposobach artykułowania antysemityzmu i podobnych poglądów na świat ... na podstawie raportu "Mowa nienawiści", tj. systematycznego przeglądu polskiej prasy radykalno-prawicowej w r. 2001) zorganizowanym na Krakowskim Przedmieściu przez Otwartą Rzeczpospolitą - Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii [OR-SpAiK] powiadomił mnie - jak zwykle świetnie poinformowany - Krzysztof Wyszkowski.
Czy zaproszono innych oskarżonych? Wypatrzyłem wprawdzie dyskretnie przyczajonego w kąciku za filarkiem redaktora J. B. z �Naszej Polski", ale przez cały czas milczał jak grób. Przyszło też kilka innych osób pisujących do pism oskarżanych przez pp. prokuratorów, ale poza mną nikt nie wystąpił w dyskusji z otwartą przyłbicą jako redaktor pisma będącego tematem raportu.
Nie dziwię się postawie kolegów redaktorów. Jeśli potraktować rzecz serio i uznać, że OR-SpAiK oraz autorzy raportu naprawdę zamierzają uczynić ze swego dzieła akt oskarżenia, to nawet najniewinniejszej redakcji procesowa ostrożność nakazywałaby milczeć.
Jeżeli jednak uznać, że uprawnienia prokuratorów są wątpliwe, ich stronniczość oczywista a o jurysdykcji ewentualnego sądu brak jakiejkolwiek wiedzy - to trudno stosować wobec tego aktu oskarżenia normalne, prawniczo ostrożne procedury.
W tej sytuacji trzeba jasno powiedzieć, gdzie i jak autorzy raportu się mylą, po czym można o całej sprawie zapomnieć lub - jak kto woli - dworować sobie z niej do woli. Tak też zamierzałem postąpić, sęk w tym, że niedostępność aktu oskarżenia utrudnia replikowanie.
Sąd kiblowy
Impreza na Krakowskim Przedmieściu zgrabnie łączyła cechy spotkania dyskusyjnego i procesu kiblowego. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że jedną z właściwości wytaczanych przez komunistów pseudoprocesów zwanych przez oskarżonych kiblowymi było to, iż sądzeni (w więziennych celach, a nie w gmachach sądów) nie mogli zapoznać się ze swoim własnym aktem oskarżenia, choć był on oczywiście znany prokuratorom. Autorzy raportu i organizatorzy spotkania na Krakowskim Przedmieściu doskonale o tym wiedzą, ale nie przeszkodziło im to w zastosowaniu nieco podobnej procedury.
Otóż w rozesłanym zaproszeniu państwo Elżbieta Janicka i Maciej Geller napisali w imieniu władz OR-SpAiK, iż całość raportu może być przesłana na życzenie e-mailem (podano dres) lub zwykłą pocztą można otrzymać raport jako krążek CD-ROM. Na samym początku spotkania powtórzył tę zapowiedź prowadzący obrady prof. Jerzy Jedlicki. Chwilę później współautor raportu zdementował tę wiadomość i zapowiedział, że otrzymanie jego dzieła będzie możliwe dopiero po wydaniu raportu w formie książki, a Wydawnictwo WAB ma ukończyć jej druk dopiero wiosną 2003 roku.
W tej sytuacji oskarżeni i publiczność mogli zapoznać się jedynie z kilkudziesięciostronicowym autorskim omówieniem (jego fragmenty drukujemy obok) kilkusetstronicowego raportu. Czas na poważną replikę - a uważam, że jest ona potrzebna - przyjdzie wiosną, po ogłoszeniu raportu. Teraz można tylko zwrócić uwagę na kilka spraw podstawowych, przedstawić własne stanowisko i opisać kilka incydentów dobrze charakteryzujących przebieg spotkania.
Chamy i Żydy oraz wariaci
Jeszcze zanim autorzy raportu przystąpili do referowania swego dzieła, zebrani mieli okazję wysłuchać, jak brzmi jedna z możliwych realizacji tytułowej mowy nienawiści (hate speech), która w myśl autorskiej definicji ma obejmować wypowiedzi (ustne i pisemne) i przedstawienia ikoniczne lżące, oskarżające, wyszydzające i poniżające grupy i jednostki z powodów po części przynajmniej od nich niezależnych - takich jak przynależność rasowa, etniczna i religijna, a także płeć, preferencje seksualne, kalectwo czy przynależność do �naturalnej" grupy społecznej, jak mieszkańcy pewnego terytorium, reprezentanci określonego zawodu, mówiący określonym językiem itp..
Otóż, gdy po raz pierwszy wyliczano tytuły badanych (i oskarżanych) czasopism, można było usłyszeć co następuje:
Prokurator-referent: ... GŁOS ...
Pan z sali: ... Antoniego Macierewicza...
Pani z sali: Ale przecież to jest wariat!
Przewodniczący: Prostuję. Pan poseł Antoni Macierewicz nie jest redaktorem naczelnym...
Ta wymiana replik dowodzi, że profesor przewodniczący spotkaniu poświęconemu mowie nienawiści nie uważa za niestosowne nazwanie człowieka wariatem. Skądinąd 14 listopada nie jednego tylko Macierewicza nazwano w Domu Literatury wariatem a osobom gotowym pominąć te incydenty milczeniem, radzę przećwiczyć epitetowanie wariatem na samym sobie. Z najprostszych praw logiki wynika przecież, że albo jest się wariatem, albo się nim nie jest. Dalej sprawa jest prosta, bo zgodnie z przytoczoną wyżej definicją mowy nienawiści nazwanie wariata wariatem oznacza posłużenie się mową nienawiści, skoro bycie wariatem jest od wariata po części przynajmniej niezależne. Natomiast nazwanie wariatem człowieka zdrowego na umyśle też może świadczyć o tym, że mówca posługuje się mową nienawiści, bo trudno wykluczyć, że użył tego obelżywego (a w tym przypadku także nieprawdziwego) określenia z powodów po części przynajmniej od obrażonego niezależnych, na przykład z tej racji, że obrażony drażni mówcę, bo nie jest wariatem.
To nie koniec moich uwag na temat profesora przewodniczącego zebraniu. Trzeba za redaktorem Piotrem Semką powtórzyć wyrazy zdziwienia, że pan przewodniczący tak ostro i nierzetelnie replikował na krytykę raportu wygłoszoną przez redaktora Bronisława Wildsteina..., gdy ten już wyszedł z sali.
Jest dość szczególny powód, dla którego muszę skwitować pewien witz pana przewodniczącego. Otóż prof. dr. hab. Jerzy Jedlicki ku uciesze części publiczności wielokrotnie z przekąsem tytułował doktorem wyraźnie tym zażenowanego magistra Cezarego Michalskiego. Byłem mimowolnym sprawcą tego incydentu, bo to ja - nieświadom faktycznego stanu rzeczy - pierwszy zatytułowałem redaktora Michalskiego doktorem. Co jednak wolno niemal rówieśnikowi (i to o najniższym możliwym statusie akademickim wiecznego studenta bez tytułu magisterskiego), to po prostu nie uchodzi starszemu profesorowi - i to jeszcze przewodniczącemu zebraniu. Wykorzystując tytuł książki innego profesora Jedlickiego, a nie mając zwyczaju używać słowa "Żyd" w roli obelgi, mogę cały ten incydent skwitować jedynie w ten sposób, że zachowanie prof. Jedlickiego nazwę po prostu chamskim.
Daltoniści
Rzeczowo polemizujący z przedstawionymi tezami omówienia raportu redaktorzy Michalski, Semka i Wildstein zwracali uwagę przede wszystkim na jednostronność raportu, który całkowicie pomija milczeniem przejawy mowy nienawiści na łamach pism lewicy, w tym wielkonakładowego �Nie". A przecież mowa nienawiści lewicy ma w Polsce swego mistrza właśnie w Jerzym Urbanie. Nie zachęcając czytelników do lektury jego pisma, warto jednak przypomnieć, że to on przed kilkunastu laty ogłosił pamiętny artykuł o księdzu Jerzym Popiełuszce zatytułowany �Seanse nienawiści". Co się potem stało, wszyscy pamiętamy.
Profesor-przewodniczący, autorzy raportu i niektórzy członkowie OR-SpAiK replikowali, że każdy ma prawo wybrać to, co w danym momencie uważa za najważniejsze zagrożenie dla polskiej kultury, polityki i dyskusji publicznej, a oni za takie uważają treść i wysoki status społeczny pięciu wspomnianych tytułów prasowych (w tym GŁOSU). Ignorując słabe protesty S. Kowalskiego prof. Jedlicki oraz pisarz Jacek Bocheński dodawali, że zgodnie ze swą nazwą stowarzyszenie OR-SpAiK za największe z zagrożeń musi uznać w Polsce antysemityzm i już.
Antysemityzm - usłyszałem - jest główną ideą porządkującą treść i formę omówionych pięciu czasopism. Stanowczo przeczę tej fałszywej tezie, choć wiem, że autorzy raportu mogą już samą próbę przeczenia uznać za przejaw mowy nienawiści.
Natomiast innej tezie - wygłoszonej prze Sergiusza Kowalskiego, który orzekł, że GŁOS jest pismem całkowicie pozbawionym poczucia humoru - nie przeczę, bo nie muszę, a chyba więcej mówi ona o jej autorze niż o naszym piśmie.
Dział porad
Publiczność śmiechem, ale i okrzykami Autor! Autor!, powitała odczytane w charakterze materiału dowodowego wyjątki z artykułu zamieszczonego w "Naszym Dzienniku" przez dobrze znanego czytelnikom GŁOSU Mariusza Węgrzyna. Okrzyki zgrozy towarzyszyły fragmentom zamieszczonej w GŁOSIE przedwyborczej tyrady prof. Rajmunda Dybczyńskiego. Gorszono się retoryką Stanisława Michalkiewicza i tuzina innych cytowanych, ale niewymienionych z nazwiska redaktorów, autorów i korespondentów GŁOSU i czterech pozostałych czasopism.
Niejakie zdziwienie zgromadzonych pań i panów wywołał opisany z obrzydzeniem przez autorów raportu schemat narracyjny stosowany przez pisma prawicowe, zgodnie z którym Europa zdradziła Polskę po raz pierwszy w dobie rozbiorów, po raz drugi w roku 1939 i po raz trzeci w Jałcie.
Pani z sali: A nie zdradziła?
Przewodniczący: Nie o to chodzi!
A o co chodzi? Można o tym przeczytać w wydrukowanych obok fragmentach omówienia raportu.
Muszę odnotować, że zaproszeni mówcy i uczestnicząca w spotkaniu publiczność nie domagali się zamykania krytykowanych czasopism lub ich redaktorów, lecz jedynie radzili nad najskuteczniejszymi sposobami zmarginalizowania naszych tytułów.
Pani Barbara dwojga nazwisk Kopeć-U...ska radziła skorzystać z doświadczeń wielkiej próby reformy języka, jaką było zaprowadzenie w USA kanonów poprawności politycznej. Dała też praktyczny jej przykład, pocieszając Sergiusza Kowalskiego, że jest on częściowo kobietą. Inni mówcy też chwalili zalety poprawności politycznej lub nieśmiało oponowali jej chwalcom.
Redaktor Andrzej Osęka z "Gazety Wyborczej" mówił, że w USA panuje dużo gorszy antysemityzm niż w Polsce i zastanawiał się, czy szczególne eksponowanie w Polsce antysemityzmu wśród innych przejawów prawicowej mowy nienawiści jest właściwą strategią.
Pani profesor W... z Opola radziła nie polemizować z objawami mowy nienawiści, bo to oswaja publiczność z jej istnieniem.
Nerwowo reagowano na przypominanie - także jednemu z prokuratorów i współautorów raportu - kto, kiedy i kogo (prof. Ryszarda Legutkę) nazwał antysemitą oraz kto, kiedy kogo (prof. Ryszarda Legutkę) i gdzie (w "Rzeczpospolitej") musiał za to przepraszać.
Magdalena Tulli wmawiała mi, że wszystkie wątki z cytowanych przez nią listów do GŁOSU pojawiły się przedtem w drukowanych przez nas artykułach.
Na zakończenie Cezary Michalski wrócił do swej idei spisania apelu o nienadużywanie języka agresji i nieakceptowanego przekraczania granic języka nienawiści, który mogłoby podpisać nie jednostronnie dobrane sto osób, lecz dla pełnej symetrii wszyscy od redaktora A. Michnika do redaktora M. Gugulskiego.
I co dalej?
GŁOS skończył w październiku 25 lat. Nigdy nie był pismem cenzurowanym a zdecydowana większość jego redaktorów nigdy nie pracowała w żadnym cenzurowanym piśmie lub wydawnictwie. Służbie wolności słowa poświęciliśmy większość swego dorosłego życia.
Zapowiadam, że w tej mierze, w jakiej będzie to ode mnie zależało, nadal będziemy drukować w GŁOSIE wypowiedzi redakcyjne oraz artykuły i listy czytelników, które uznamy za godne druku i nie zamierzamy ulegać w tej mierze żadnym zewnętrznym naciskom.
Czy mamy nie drukować znakomitych, gęstych od mało znanych w Polsce faktów korespondencji pana Jerzego Urbańskiego z Zaolzia i pana Janusza Subczyńskiego z USA tylko dlatego, że obaj ci autorzy nie przebierają w słowach krytyki?
Czy mamy wrzucać do kosza (jak mi poradził jakiś życzliwy głos z sali, gdy podniosłem tę kwestię podczas spotkania OR-SpAiK) artykuły, a zwłaszcza listy, których autorzy dramatycznie opisują swoje losy w krwawym wieku XX? Czy mam te listy wyrzucać do kosza, bo autorzy nie lubią (vulgo: zieją jadem nienawiści wobec) swoich prześladowców oraz ich narodów i formacji politycznych?
Nie będziemy wrzucać listów i artykułów do kosza, nawet gdyby dwa tuziny profesorów Jedlickich ustawiło się pod oknami redakcji i kozimi głosami beczało, że mamy nienawistne obsesje i że jesteśmy wrednymi anty-wszystko-istami. Nic z tego, Panie i Panowie. Nie po to przez 12 lat wydawaliśmy GŁOS w podziemiu, nie po to nie ulegliśmy terrorowi komunistów, nie po to siedzieliśmy za kratkami i skutecznie ukrywaliśmy nasze maszyny poligraficzne, żeby teraz ulec terrorowi politycznie poprawnych ciotek.
A za rzeczowe, krytyczne uwagi wszystkim uważnym czytelniczkom i czytelnikom GŁOSU bardzo serdecznie dziękuję.
MARCIN GUGULSKI
W nadtytule umieściłem wariant zwrotki jednej z piosenek ułożonych w 1995 roku w przystępie dobrego humoru przez nasze koleżanki redakcyjne, Izę Marciniak i Olę Zielińską.
Autorskie omówienie raportu można znaleźć na stronie internetowej:
2002-11-29 (12:24) Tyg. Głos