Robert Fisk:
Bush daje się wciągnąć w pułapkę
Independent, 16 września 2001
Odwet jest pułapką. W świecie, który podobno nauczył się, że zasady prawa stoją ponad odwetem, Prezydent Bush zdaje się iść w kierunku katastrofy, którą przygotował mu Osama bin Laden. Nie miejmy złudzeń na temat tego, co stało się w tym tygodniu w Nowym Jorku i Waszyngtonie. To była zbrodnia przeciwko ludzkości. Nie zrozumiemy amerykańskiej potrzeby odwetu, dokąd nie uznamy tego ponurego i budzącego grozę faktu. Ale ta zbrodnia została popełniona, co widać coraz jaśniej, aby sprowokować Stany Zjednoczone właśnie do takiego ślepego i aroganckiego uderzenia, do jakiego się armia amerykańska przygotowuje.
Pan bin Laden – jego wina z dnia na dzień wygląda na coraz bardziej oczywistą – opisał mi, jak ma on zamiar obalić pro-amerykański reżim na Bliskim Wschodzie, zaczynając od Arabii Saudyjskiej, a potem Egipt, Jordania i inne państwa Zatoki Perskiej. W arabskim świecie, pogrążonym w korupcji i dyktaturach – większość z nich popieranych przez Zachód – jedynym działaniem mogącym doprowadzić do tego, aby muzułmanie obalili swoich własnych przywódców, byłby brutalny, masowy atak ze strony Stanów Zjednoczonych. Pan bin Laden jest naiwny w sprawach międzynarodowych, ale jest pilnym uczniem sztuki okropności wojny. Wiedział, jak walczyć z Rosjanami okupującymi Afganistan, rosyjskim potworem, który sprowadził na siebie odwet nieuczonych, odważnych przeciwników aż do momentu, kiedy stojąc w obliczu wojny bez końca, cały Związek Sowiecki zaczął się rozpadać.
Czeczeńcy pojęli tę lekcję. A człowiek odpowiedzialny za tyle krwi rozlanej w Czeczenii – aparatczyk z KGB, którego armia gwałci i morduje zbuntowaną ludność sunnickich muzułmanów w Czeczenii – jest włączony przez pana Busha do jego "wojny przeciwko ludziom" ("war against people''). Władimir Putin ma wystarczające poczucie humoru, aby docenić tę okrutną ironię jaka się teraz uwidacznia, choć wątpię, aby poinformował on pana Busha co sie dzieje, kiedy zaczyna się wojnę odwetową; twoja armia – podobnie jak siły sowieckie w Czeczenii – zostaje uwięziona w walce z przeciwnikiem, który zdaje się być jeszcze bardziej bezwzględnym, jeszcze bardziej złym.
Wystarczy zresztą, że Amerykanie przyjrzą się bezskutecznej wojnie Ariela Sharona z Palestyńczykami, aby zrozumieć głupotę ataków odwetowych. W Libanie, było zawsze tak samo. Powstaniec z Hezbollah zabije żołnierza izraelskiej armii okupacyjnej, a Izraelici ostrzelają w odwecie wioskę, w której zginą cywile. Hezbollah w odwecie odstrzelą katiusze ponad granicą izraelską, a Izraelici w odwecie za to zbombardują południowy Liban. W efekcie końcowym, powstańcy z Hezbollah – "centrum światowego terroru" jak powiada Sharon, wypchnęli Izraelitów z Libanu.
W Izraelu/Palestynie jest podobnie. Izraelski żołnierz zabija rzucającego kamieniami Palestyńczyka. W odwecie Palestyńczycy zabijają osadnika. W odwecie Izraelici wysyłają oddział śmierci (murder squad) który zabija palestyńskiego strzelca. W odwecie Palestyńczycy wysyłają zamachowca-samobójcę do pizzerni. W odwecie, Izraelici wysyłają F-16 który bombarduje palestyński posterunek policji. Odwet prowadzi do odwetu i dalszych odwetów. Wojna bez końca.
I kiedy pan Bush – a może i pan Blair – przygotowują swoje wojska, wyjaśniają oni również, jakże krzykliwie, że jest to wojna o "demokrację i wolność", że chodzi o ludzi, którzy "atakują cywilizację". "Atak został skierowany na Amerykę", poinformował nas pan Bush w piątek, "ponieważ jesteśmy najjaśniejszym drogowskazem do wolności i możliwości w świecie (because we are the brightest beacon for freedom and opportunity in the world). Arabowie, można dodać, raczej chcieliby trochę tej demokracji i wolności, o której opowiada im pan Bush. W zamian, dostają oni prezydenta, który wygrywa 98 procent w wyborach (przyjaciel Waszyngtonu, pan Mubarak), czy policje palestyńską, która, wyszkolona przez CIA, torturuje, i czasem morduje swoich ludzi w więzieniach. Syryjczycy też chcieliby trochę tej demokracji. I Saudyjczycy. Ale ich wszyscy wymęczeni książęta są przyjaciółmi Ameryki – w wielu przypadkach wyedukowani w amerykańskich uniwersytetach.
Zawsze będę pamiętał jak Prezydent Clinton zapowiadał, że Saddam Hussein – ich inny groteskowy wynalazek – musi być zdetronizowany, aby lud Iraku mógł wybrać swych własnych przywódców. Ale gdyby tak się stało, byłby to pierwszy przypadek w historii Bliskiego Wschodu, gdzie Arabom pozwolono to zrobić. Nie, to jest "nasza" demokracja i "nasza" wolność i swoboda, o której mówią panowie Bush i Blair, nasze zachodnie sanktuarium, które jest atakowane, nie rozległy obszar terroru i bezprawia, jakim stał się Bliski Wschód.
Pozwólcie mi wyjaśnić, co mam na myśli. Dziewiętnaście lat temu, zaczął się największy akt terroryzmu – że użyję izraelskiej definicji tego tak nadużywanego słowa – w najnowszej historii Bliskiego Wschodu. Czy ktoś na Zachodzie pamięta tę rocznicę? Jak wielu czytelników tego artykułu będzie pamiętało? Zaryzykuje nieco i powiem, że żadne inne pismo brytyjskie, i oczywiście żadne amerykańskie – nie przypomni dzisiaj faktu, że 16 września 1982 roku sprzymierzeńcy izraelskiej Milicji Falangistów rozpoczęli swą trzydniową orgię gwałtów, zarzynania i morderstw w palestyńskim obozie uchodźców w Sabrze i Shatili, co kosztowało 1800 istnień ludzkich. Nastąpiło to zaraz po izraelskiej inwazji w Libanie – celem której było wyparcie PLO z kraju, i która dostała zielone światło od amerykańskiego Sekretarza Stanu Alexandra Haiga – co kosztowało 17500 libańskich i palestyńskich istnień, prawie wszystkich cywilnych. To prawdopodobnie trzy razy więcej, niż szacowane straty ludzkie w Światowym Centrum Handlu. A przecież nie pamiętam żadnych uroczystości żałobnych czy palenia świeczek w Ameryce lub na Zachodzie poświęconym niewinnie zamordowanym w Libanie. Nie pamiętam żadnych wzruszających przemówień o demokracji i wolności. W istocie mam w pamięci to, że Stany Zjednoczone spędziły te krwawe miesiące lipca i sierpnia 1982 roku nawołując do "powściągliwości".
Nie, nie można oskarżać Izraela za to, co stało się w tym tygodniu. Winni byli Arabami, nie Izraelitami. Ale amerykańskie fiasko honorowego działania na Bliskim Wschodzie, ich bezładna sprzedaż pocisków tym, którzy użyją ich przeciwko cywilom, ich beztroskie lekceważenie śmierci dziesiątek tysięcy irackich dzieci z powodu sankcji, których Waszyngton był głównym zwolennikiem – to wszystko jest bardzo blisko związane ze społecznością, która zrodziła Arabów, którzy wciągnęli Amerykę w ognistą apokalipsę w tym tygodniu.
Nazwa "Ameryka" jest dosłownie odbita na pociskach wystrzelonych przez Izrael w palestyńskie budynki w Gazie i na Zachodnim Wybrzeżu. Niecałe cztery tygodnie temu, zidentyfikowałem jeden z nich jako AGM 114-D - rakieta powietrze-ziemia wyprodukowana przez firmę Boeing and Lockheed-Martin w ich fabryce – jakżeby inaczej – na Florydzie, stanie, gdzie niektórzy z samobójców uczyli się latać.
Pocisk wystrzelono z helikoptera Apache (made in America, oczywiście) podczas inwazji izraelskiej w 1982 roku w Libanie, kiedy Izraelici zrzucili setki bomb kulkowych na cywilne dzielnice Bejrutu, naruszając tym umowy podpisane ze Stanami Zjednoczonymi. Większość bomb miało znaki amerykańskiej marynarki wojennej, i Ameryka zawiesiła wtedy wysyłkę myśliwców bombardujących do Izraela – na niecałe dwa miesiące.
Ten sam typ pocisku – tym razem AGM 114-C wyprodukowany w Georgii – został wystrzelony przez Izraelitów w tył karetki pogotowia w pobliżu libańskiej osady Mansori, zabijając dwie kobiety i czworo dzieci. Zebrałem szczątki pocisku, wraz z płytą kodów jego komputera, poleciałem do Georgii i pokazałem to producentom w fabryce Boeinga. I co zrobił konstruktor tego pocisku, kiedy pokazałem mu fotografie dzieci zabitych przez ten pocisk? "Cokolwiek zrobisz", powiedział mi, "nie cytuj mnie, że powiedziałem cokolwiek krytycznego na temat polityki Izraela"
Jestem pewien, że ojciec tych dzieci, kierowca karetki, byłby przerażony wydarzeniami ostatniego tygodnia, ale nie przypuszczam, biorąc pod uwagę los jego własnej żony – jednej z dwóch zabitych kobiet – żeby był w stanie przesłać komukolwiek kondolencje. Wszystko to, oczywiście, powinno teraz być zapomniane.
Każdy wysiłek w najbliższych dniach będzie skierowany na przełączenie się z pytania "DLACZEGO" i całkowitą koncentrację na KTO, CO i JAK. CNN i większość światowych mediów już podporządkowały się tym koniecznym nowym zasadom wojny. Już nawet przekonałem się, co się dzieje, jeśli owe zasady zostaną złamane. Kiedy Independent opublikował mój artykuł o związku bliskowschodniego bezprawia z holokaustem w Nowym Jorku, 24-godzinny kanał BBC pokazał amerykańskiego komentatora, który wspomniał, że "Robert Fisk wygrał nagrodę złego smaku". Kiedy podniosłem ten sam temat w irlandzkiej audycji radiowej, inny uczestnik, prawnik z Harwardu nazwał mnie bigotem, kłamcą, "niebezpiecznym człowiekiem" i – oczywiście – potencjalnym antysemitą. Irlandczycy w końcu go zamknęli.
Nic dziwnego, że musimy odnosić się do terrorystów jako "bezmyślnych". No bo jeśli nie, musielibyśmy wyjaśnić, co sie dzieje w w tych umysłach. Ale na usiłowania cenzurowania rzeczywistości wojny, które już się zaczęły, nie wolno nam się zgodzić. Popatrzmy na logikę. Sekretarz Stany Colin Powell domagał się w piątek, że jego posłanie do Talibów będzie proste: muszą oni wziąć pełną odpowiedzialność za udzielanie schronienia panu bin Ladenowi. "Nie możecie oddzielać waszych działań od działań winnych zbrodni", ostrzegał. Ale Amerykanie całkowicie odrzucają kojarzenie ich własnych reakcji na ich ciężkie kłopoty z ich działalnością na Bliskim Wschodzie. Mamy trzymać język za zębami, nawet kiedy Ariel Sharon – człowiek, którego nazwisko będzie zawsze kojarzone z masakrami w Sabrze i Shatyli – powiadamia, że Izrael również chce dołączyć do walki ze "światowym terrorem".
Nic dziwnego, że Palestyńczycy są pełni obaw. W ciągu ostatnich czterech dni, 23 Palestyńczyków zostało zabitych na Zachodnim Wybrzeżu i w strefie Gazy, przerażająca liczba, która byłaby na pierwszych stronach gazet, gdyby Ameryka nie została zaatakowana. Jeśli Izrael dopisze się do nowego konfliktu, wtedy Palestyńczycy – walcząc z Izraelem – będą zgodnie z zapowiedziami, częścią "światowego terroru", przeciwko któremu pan Bush rozpoczyna wojnę. Nie na darmo pan Sharon twierdzi, że Yasser Arafat ma koneksje z Osama bin Ladenem.
Powtarzam: to co stało sie w Nowym Jorku to zbrodnia przeciwko ludzkości. To znaczy policja, aresztowania, prawo, całkiem nowy międzynarodowy trybunał haski, jeśli trzeba. Nie pociski cruise i precyzyjne bomby i życie Muzułmanów stracone w odwecie za zachodnie życia. Ale pułapka jest już nastawiona. Pan Bush – a może i my też – właśnie w nią wchodzimy.