Kłamstwa przywódców, którzy pragną wojny
By Robert Fisk
The Independent, 30 marca, 2002
Jak długo jeszcze Ariel Sharon może udawać, że prowadzi "wojnę z terrorem"? Jak długo mamy zamiar wierzyć w ten nonsens? Jak długo Amerykanie pozostaną tak apatycznie spokojni w konfrontacji z tym niebezpiecznym konfliktem, który niedługo zaćmi ludobójstwo z 11 września? Terror, terror, terror. Jak znaki przestankowe, słowo to zatruwa każde izraelskie przemówienie, każde amerykańskie przemówienie, prawie każdy artykuł prasowy. Kiedy ktoś wreszcie wykrztusi prawdę, że Izraelici i Palestyńczycy zamieszani są w brudną, kolonialną wojnę, która pozostawi obie strony we wstydzie i upokorzeniu?
Tylko posłuchajcie, co w ostatnich 24 godzinach powiedział Sharon. "Arafat jest wrogiem. Zdecydował się na strategię terroru i stworzył koalicję terroru." To prawie dokładnie to samo, co powiedział Prezydent Bush o Bin Ladenie. Ale co to właściwie, u licha, znaczy? Że Arafat osobiście wysyła samobójców-zamachowców wybierając im cel i ilość materiałów wybuchowych? Gdyby tak było, Sharon na pewno wysłałby już kilka miesięcy temu szwadron śmierci przeciwko palestyńskiemu liderowi. W końcu jego mordercy tuzinami zabijali już palestyńskich strzelców, włączając w to okazyjnie kobiety i dzieci, jeśli weszły w drogę.
Realnym problemem z Arafatem jest to, że ma on wiele wspólnych cech z Sharonem: stary, bezlitosny i cyniczny; obaj nienawidzą się nawzajem. Sharon wierzy, że Palestyńczyków można złamać siłą militarną. Nie rozumie on tego, co świat pojął już podczas dokonanego właśnie przez Sharona oblężenia Bejrutu w 1982 roku: że Arabowie pozbyli się strachu. I odkąd ludzie pozbyli się strachu, nie można im go na powrót zaszczepić. Odkąd zamachowiec-samobójca zdecydował się na atak, wojna nie może być wygrana. I Arafat rozumie to doskonale.
Nie, oczywiście, że to nie Arafat wysyła zamachowców na ich podstępne misje do restauracji i supermarketów. Ale wie dokładnie, że każdy samobójczy atak niszczy wiarygodność Sharona i udowadnia, że obiecane przez izraelskiego lidera bezpieczeństwo to kłamstwo. Arafat wie doskonale, że okrutni zamachowcy służą jego zamiarom - cokolwiek powie on przeciwko zamachom publicznie.
Ale on, jak Sharon, również wierzy w to, że nieprzyjaciel może być złamany ogniem. Wierzy w to, że jego nieprzyjaciele mogą być zmuszeni strachem do wycofania się z Zachodniego Wybrzeża, Gazy i wschodniej Jerozolimy. W rezultacie, być może Izraelici będą musieli zrezygnować z okupacji. Ale Żydzi Izraela nie mają zamiaru uciekać ani poddawać się nieskończonej wojnie wzajemnych starć. Nawet, gdyby wyborcy pozbyli się Szarona - o co modli się wielu Izraelitów - następny izraelski premier nie będzie negocjował ze strachu przez zamachowcami-samobójcami.
Stąd i retoryka staje się coraz bardziej okrutna, coraz bardziej odrażająca. Hamas nazywa swoich żydowskich wrogów "synami świń i małp", kiedy izraelscy przywódcy bestializują swych nieprzyjaciół jako "węże", "krokodyle", bestie" i "karaluchy". Teraz zaś mamy izraelskiego oficera - nawiązując do izraelskiego dziennika Ma'ariv - zalecającego swym ludziom studiowanie taktyki przyjętej przez nazistów w Drugiej Wojnie Światowej. "Jeśli waszym zadaniem jest zdobycie gęsto zaludnionego obozu uchodźców, lub zajęcie kasbahu Nablus, i jeśli to zadanie jest dane do wykonania oficerowi izraelskiemu aby zrobił to nie powodując strat w ludziach po obu stronach, musi on przede wszystkim zebrać i przeanalizować doświadczenia historycznych walk, nawet - co może szokować - dokonać analizy jak operowała niemiecka armia w warszawskim getcie.
Przepraszam? Co to u licha znaczy? Czy do tego również wliczało się znakowanie numerami przez Izraelitów rąk i czół palestyńskich więźniów na początku tego miesiąca? Czy to oznacza, że izraelscy żołnierze mają teraz traktować Palestyńczyków jako podludzi - czyli dokładnie tak, jak naziści traktowali zamkniętych i zdesperowanych Żydów w getcie warszawskim w 1944 roku?
A z Waszyngtonu dochodzi jedynie cisza. A cisza, prawnie, to przyzwolenie. Ale czy możemy się dziwić? W końcu teraz USA stanowi prawo, gdziekolwiek się znajduje. Więźniowie mogą być nazwani "nielegalnymi kombatantami" i przetransportowani z zalepionymi ustami do Guantanamo Bay dla półtajnych przewodów sądowych. Wojna w Afganistanie, ogłoszona zwycięstwem, nagle wybucha na nowo. Teraz mówi się nam, że będą inne "fronty" w Afganistanie, wiosenna ofensywa "terrorystów". Waszyngton powiada również, że jego szpiegowskie agencje - ci bohaterowie, którzy nie umieli odkryć zamachu 11 września - mają dowody (nieujawnione, oczywiście), że Arafat stworzył "nowy sojusz" z Iranem, co włącza Palestyńczyków do "osi zła" (axis of evil).
Czy nikt nie sprzeciwi się tym śmieciom? Trochę ponad tydzień temu, dyrektor CIA George Tenet oznajmił, że Irak ma powiązania z Al-Qa'idą. "Kontakty i powiązania" zostały ustalone, powiedział nam. I tak twierdziły tytuły w mediach. Ale Tenet kontynuował mówiąc, że wspólna antypatia al- Qa'idy i Iraku w stosunku do Ameryki i Arabii Saudyjskiej "sugeruje, że taktyczna współpraca pomiędzy nimi jest możliwa". "Sugeruje?", "Możliwa?" - czy to jest to, co pan Tenet nazywa dowodami?
Ale teraz każdy chce skorzystać na "walce z terrorem". Kiedy policjanci macedońscy zastrzelili siedmiu Arabów, oznajmili, że to w ramach globalnej "walki z terrorem". Kiedy Rosjanie masakrują Czeczenów, wykonują to w imię "wojny z terrorem". Kiedy Izrael ostrzeliwuje sztab Arafata, powiada, że bierze udział w "wojnie z terrorem". Czy musimy poddawać się niebezpiecznemu amerykańskiemu samo-zaabsorbowaniu się zbrodniami 11 sierpnia? Czy ta podła wojna pomiędzy Palestyńczykami i Izraelitami musi być wykrzywiana w tak oszukańczy sposób?
Robert Fisk
The Independent, 30 marca, 2002
Tłum. Z.Łabędzki