Jeśli Bush chce inwazji, może ona kosztować więcej niż Wietnam
Robert Fisk
Afganistan
18 września 2001.
Prezydent Bush mówi o "wyprawie krzyżowej" - trudno byłoby znaleźć słowo bardziej wywołujące wściekłość Muzułmanów – ale jeśli chce ją przeprowadzić w Afganistanie, Stany Zjednoczone stoją w obliczu militarnej kampanii bardziej brzemiennej i potencjalnie nawet bardziej kosztownej niż Wietnam.
Wojska lądowe mogą być niezbędne, aby schwytać Osama bin Ladena, ale wejdą oni na terem zawierający jedną dziesiątą wszystkich min lądowych na świecie, pozostawionych przez Sowieckie siły okupacyjne na obszarze obejmyjącym 80 procent kraju.
W dodatku – każdy, kto chce dokonać inwazji Afganistanu potrzebuje przyjaciół. Sowieci mieli komunistyczny rząd Babraka Karmala. Niestety, wraz z morderstwem jedynego oponenta Talibów, Szacha Masooda, dokonanym przez bombowych samobójców dziewięć dni temu, Stany Zjednoczone nie mają nawet jednego przyjaciela na tym cmentarzu obcych armii.
Czyżby więc Amerykanie planowali jedynie zwyczajny atak za pomocą pocisków cruise? Wystrzelili ich 70 sztuk na obozy Osama bin Ladena po zbombardowaniu amerykańskich ambasad w Nairobi i Dar-es-Salaam – a wiedzieli, gdzie one były, oczywiście, bo obozy zbudowała CIA podczas wojny sowiecko-afgańskiej – ale nie tknęli pana bin Ladena. Czy planują użyć specjalne oddziały spadochroniarzy zrzucone na tereny wokół Kandahar, gdzie jak wiadomo, pan bin Laden mieszkał ostatnio?
I co z tymi minami? Jeśli Amerykanie w ogóle myślą o wojskach lądowych, mogą one wejść od pakistańskiej strony – najbardziej niebezpiecznej głównej trasy dostawczej jaką można znaleźć – i przez przełęcz Kabul z Jalalabadu. Ale Sowieci obłożyli okolice Jalalabadu, Kandaharu, Khostu i Heratu minami przeciwpancernymi. Siedzą na polach, górskich zboczach, bocznych drogach, wokół większych miast, wzdłuż rowów irygacyjnych. Przeciętnie, pomiędzy 20 i 25 afgańskich mężczyzn, kobiet i dzieci ginie na minach każdego dnia – nawet, jeśli przyjmiemy najniższy szacunek, to oznacza 73.000 cywilnych ofiar tych min w ostatnich 10 latach.
Najazd wojskowy zatem, będzie wymagał specjalistów od wykrywania min, jak również żołnierzy, którzy będą posuwać się w najbardziej trudnym terenie świata – pod stałym atakiem – aby uczynić te drogi i teren bezpieczny dla Amerykanów i ich sprzymierzeńców. Z 29 afgańskich prowincji, 27 jest zaminowane.
Podczas ich dzikiej okupacji, Rosjanie również postawili tysiące min w "strefach bezpieczeństwa" wokół afgańskich lotnisk, elektrowni i instalacji rządowych. Zachodnie organizacje pozarządowe pracując w kraju dwa lata temu oceniły, że kosztowałoby 80 funtów za minę, aby oczyścić 10 milionów afgańskich min – i 45 dni aby oczyścić zaledwie jedną milę kwadratową terenu. W Afganistanie jest dwa miliony inwalidów – mężczyzn, kobiet i dzieci. Żadna piechota nie może przejść przez to terytorium.
No i te główne drogi zaopatrzenia. Pakistan wyraził się już jasno, że nie pozwoli swemu wojsku brać udziału w kampanii, chociaż są podejrzenia, że wystarczająca suma pieniędzy mogłaby przekonać generała Musharrafa – teraz z respektem nazywanym przez Amerykanów prezydentem, mimo, że dostał sie do prezydentury nielegalnie – aby zmienił swoje zdanie. Jednakże, kultura "dżihadu" wsączyła się już do pakistańskiej armii, i istnieje realna możliwość rozruchów prowadzących do wojny domowej, jeśli Amerykanie przybędą zająć muzułmański Afganistan.
Obszary nadgraniczne, przez które będzie musiała przejść Zachodnia armia, obstawione są przez ludzi lojalnych wobec Talibów. Po pakistańskiej stronie granicy znajduje się 2.000 talibańskich "madrasów" (szkół), w których uczy się religii nie tylko potencjalnych mudżahedinów, ale również Czeczeńców i Tadżyków.
Policjanci pilnujący tych madrasów to jedynie fasada kontroli rządowej.
Nawet, jeśli Amerykanie weszliby do Afganistanu, ich pociski nie spenetrują ruin. Rosjanie próbowali zniszczyć poprzedników Talibów dziesięcioletnim bombardowaniem, niszcząc całe osiedla, zagrody z bydłem, pola, drzewa i gliniane szałasy. I wciąż nie mogli zwyciężyć mudżahedinów, i wciąż nie mogli, aby użyć nie bardzo trafnego, prostackiego powiedzenia pana Busha – "wykurzyć ich z nor".
Z Pakistanem, jako jedynym, niezbyt godnym zaufania sprzymierzeńcem wśród sąsiadów Afganistanu, bez przyjaciół wewnątrz kraju i 10 milionami ukrytych min lądowych, leżących pośród jego gór, pól i miast, wyprawa krzyżowa pana Busha wygląda więcej niż niebezpiecznie. Mówi się nam teraz, że Stany Zjednoczone nie boją się już poświęcić swoich ofiar. Ameryka, Prezydent powiada, będzie musiała zaakceptować straty w ludziach. Oby miał rację.
The Independent
Tłum. Z. Łabędzki