Rafał Broda                                                                           

Kraków, 11 kwietnia 1987   

ul. Koniewa 49/9

30-150 Kraków

 

                                                                       Redakcja Tygodnika Powszechnego

                                                                       31-007 Kraków, ul. Wiślna 12

 

 

            Szanuję szlachetne intencje, jakimi kierowała się Redakcja Tygodnika Powszechnego, inicjując artykułem Jana Błońskiego [TP nr2 1987] dyskusję na temat stosunków polsko-żydowskich, a jednak jestem głęboko zaniepokojony dotychczasowym jej przebiegiem.

            Odnotowując olbrzymi rezonans czytelników, w postaci ponad setki listów i artykułów, z których większość wyraża stanowisko krytyczne wobec tez Błońskiego, Redakcja w sposób narastający zamieszcza w kolejnych wydaniach pisma wypowiedzi popierające w mniejszym, lub większym stopniu te właśnie tezy. Wszyscy zgadzają się, że waga i delikatność problemu zasługuje na autentyczną wymianę poglądów, ale trudno realizację kontrowersyjnej linii programowej utożsamiać z rzeczową dyskusją.

            Moje główne zastrzeżenie budzi prezentowana ostra, moim zadaniem nieuzasadniona i najczęściej mało merytoryczna, krytyka głosu mec. W.Siły-Nowickiego. Poprzedzający ten głos artykuł prof. S.Salmonowicza [TP nr 6] przeczytałem z uznaniem dla elegancji i trafności ujęcia problemu, bo chociaż unika on polemiki z Błońskim, przecież przedstawia zasadniczo różne podejście. Mec. Siła-Nowicki oparł natomiast swój artykuł [TP nr 8] na krytyce głosu Błońskiego uznając, że w znacznej mierze stanowi on pożywkę dla nieustannej "zajadłej anty-polskiej propagandy.....prowadzonej....przez wrogów narodu polskiego". Ta wypowiedź zrobiła na mnie duże wrażenie - emocjonalna, ale szczera i rzetelna, z odczuwalnym solidnym fundamentem chwalebnego życiorysu, a także własnych przeżyć, odczuć i obserwacji.

            Nie widzę żadnej sprzeczności w uzupełniających się niejako głosach Salmonowicza i Siły-Nowickiego i uważam swoje stanowisko za całkowicie zbieżne z oboma. Jeśli, pomimo nieporównanie mniejszej wagi, odważam się je przytoczyć, to robię to, by jednocześnie wyrazić przypuszczenie, że wielu Polaków podobnie do mnie czuje wdzięczność do mecenasa za tę wypowiedź, choć może być także wielu, którzy jak p.K.Dziewanowski [TP nr 14], będą domagać się wyłączenia z tego grona. Studiowałem kilkakrotnie tekst Siły-Nowickiego, a właściwie czytałem go w kontekście każdej kolejnej wypowiedzi i nie mogę pojąć często demagogicznych i brutalnych ataków, łącznie z postawieniem kropki nad "i" przez redaktora J.Turowicza, który wręcz tłumaczy się z decyzji o jego publikacji. Choć sformułowanie takie nie pada, mam wrażenie, że zarzut antysemityzmu wisi w powietrzu i dlatego doskonale rozumiem domaganie się przez niektórych korespondentów ścisłej definicji tego pojęcia. Nie jest to dziwne żądanie, bo nośne oskarżenie o antysemityzm często jest nadużywane, stawiając Żydów poza wszelką krytyką, bez względu na jej intencje.

 

            Być może nie odczuwałbym potrzeby zabrania głosu, gdyby nie doświadczenia i obserwacje pochodzące z mojego półtora-rocznego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Doświadczenia te każą mi podzielać obawy mecenasa. Mimo wcześniejszych dłuższych pobytów w kilku innych krajach, dopiero tam uświadomiłem sobie siłę, perfidię i zorganizowany charakter anty-polskiej kampanii. Było to dla mnie wstrząsem i dotknęło na tyle głęboko, że wyzwoliło znaczną niechęć do kręgów żydowskich, które tę kampanię inicjują. Są to oczywiście głównie kręgi związane ze środkami masowego przekazu, w których Żydzi w bezwzględny sposób dominują (w/g oficjalnych wypowiedzi ok. 60% w porównaniu do 3% udziału w społeczeństwie amerykańskim). W żadnym wypadku nie przenoszę tej niechęci na kogokolwiek spoza grona osób odpowiedzialnych za anty-polską kampanię, ale boli również bierność i milczenie wielu, którzy milczeć nie powinni.

            W czasie mojego pobytu jednym z przejawów tej kampanii było wyświetlenie w amerykańskiej telewizji serialu "Winds of war", którego fantastyczna wprost reklama zapewniła rekordowy masowy odbiór i tym samym podkreśliła propagandowy cel. Jeżeli fragmenty wcześniejszego filmu "Shoah" wywołały w niektórych środowiskach w Polsce protesty, to nie radziłbym pokazywać Polakom tej produkcji, a w każdym razie pierwszej części serialu, dotyczącej początku wojny z września 1939. Po emisji byłem zakłopotany i zaniepokojony wyciszoną reakcją polskich środowisk emigracyjnych, które sprawiały wrażenie kompletnie zastraszonych. Zrozumiałem to nieco później, widząc kilka karier politycznych, które zgasły pod naciskiem opinii środków masowego przekazu, po wyrażeniu całkiem niewinnych uwag w stronę środowisk żydowskich.

            Myślę, że przy zetknięciu się z takimi objawami, jest niemal nieuniknione dla Polaka zastanowienie się nad celem tak wrogiej wobec narodu polskiego akcji. Zwłaszcza, że nie ma ona żadnego związku z jednostkowym spontanicznym odruchem spowodowanym konkretnymi przeżyciami, do którego zapewne wielu Żydów ma prawo. Sądzę, że przy braku racjonalnego wytłumaczenia, otwiera się pole do najrozmaitszych spekulacji, które bezwiednie rodzą atmosferę dogodną dla budzenia, czy szerzenia antysemityzmu. Nie wiem w jakich okolicznościach u części moich Rodaków budziła się ta niechęć, o którą teraz są oskarżani, ale omawiane przypadki są współczesnym przykładem udziału niektórych Żydów w genezie antysemityzmu.

            Uważam, że każda prawdziwa dyskusja nie może unikać pytania o przyczyny antysemityzmu i nie może dotyczyć wyłącznie kontekstu polskiego, w oderwaniu od całokształtu tła i bez porównania ze skalą zjawiska w innych krajach. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że musi to być dyskusja specjalistów, pozbawiona emocji i oparta o merytoryczne argumenty. Tak merytoryczne, jak list do Redakcji p. S.Soszyńskiego, pt. "Karuzela" [TP nr 12], czy wywiad z prof. J.Karskim [TP nr 11]. Przypuszczam, że w takim gronie byłyby potrzebne bardziej ścisłe dane, aniżeli oszacowania pani T.Prekerowej [TP nr 13], bo zupełnie inne liczby cytuje np. Norman Davies. A jeśli, jak powiada pani Prekerowa, nie o ścisłość tutaj chodzi i jednocześnie podaje swoje liczby, subiektywnie je kwalifikując jako małe, to nie jest to najlepsza metoda przeciwstawiania racji.

            W wielu wypowiedziach autorzy podkreślają moralny aspekt uznania swojej winy, nawet jeśli praktycznie nie zaistniała i odrzucenie porównań z tymi, którzy rzeczywiście zawinili, bo to ich sprawa. Zgadzam się z prof. Salmonowiczem, że każdy może to zrobić tylko za siebie i nikt nie ma prawa wymagać takiego aktu od innych, zwłaszcza od tych, którzy rzeczywiście są bez winy. Mimo wszystko nie potrafię powstrzymać się przed zwróceniem uwagi na pewien fałsz w wyznaniach p. E.Berberyusz [TP nr 8], czy K.Dziewanowskiego, którzy bijąc się w cudze piersi, nie zapominają szczegółowo wyjaśnić, żę sami byli wtedy dziećmi, co ich niejako automatycznie rozgrzesza. Czy równie skwapliwie będą się bić w piersi w przyszłości, za dzisiejszą, wymuszoną okolicznościami bierność wobec wielu tragedii, które się wokół dzieją i także dotykają całe narody, choć sprawcy nie są tak brutalnie szczerzy w odsłanianiu swoich motywacji.

            Mecenas W. Siła-Nowicki symbolizuje dla mnie człowieka czynu - czynu przemyślanego w konkretnej sytuacji, a nie wydumanych, abstrakcyjnych i w gruncie rzeczy nic nie kosztujących deklaracji. I w tej konkretnej sytuacji trwającej anty-polskiej agresji, znów dokonuje moralnego wyboru, który mu każe bronić narodu przed utrwalaniem oszczerstw. Szeroko omawiana sprawa wierszy Miłosza jest dość wymowną ilustracją utrwalania nieprawdziwych symboli. Sądzę, że p. Dziewanowski nie znał faktów podanych przez p. Soszyńskiego, bo nie zaprzecza im, ale domaga się by obraz ginącego getta i rozbawionej na karuzeli polskiej gawiedzi dalej umacniał fałszywy wizerunek typowego Polaka.  

            Długa historia i mądrzy ludzie uczą nas, że świat jest cyniczny, a wszyscy wokół dbają jedynie o własne interesy. Tylko naiwni Polacy sądzą, że ciągłe nadstawianie policzka i walka o wolność innych wyda w końcu upragnione owoce. Wierzę, że nie jest tak źle i zawsze warto dbać o wartości moralne, ale krańcowy cynizm tych, którzy jeszcze dzisiaj trwają w uporze, by opluwać i pogrążać w niemocy naród polski, odbiera mi ochotę na ten chrześcijański gest.

            Dlatego, do tych wszystkich, którzy, jak owa dziennikarka z Izraela, z założonymi rękoma, z daleka przyglądają się, czy Polacy dostatecznie mocno bić się będą w piersi, chciałbym we własnym imieniu powiedzieć: Naród mój, jak każdy inny, wydał dobrych i złych ludzi. Mimo wielowiekowej tradycji tolerancji i dzielenia się własnym domem z braćmi Żydami, także wielu z moich rodaków nie ustrzegło się przed grzechem antysemityzmu. Przepraszam Was za tych, którzy przyczynili się do powiększenia Waszej tragedii. Ale oddajcie sprawiedliwość mojemu wielokrotnie zdradzanemu, umęczonemu i wciąż opluwanemu narodowi i przestańcie go niesprawiedliwie oskarżać o to, że nie dość wydał na świat bohaterów.

 

        Rafał Broda

 

P.S. Zareagowałem na film "Winds of war" przesłaniem listów do telewizji ABC i tygodnika Time - w odpowiedzi zaprzeczono, że film jest dla Polaków obraźliwy. Przekazałem go również do informacji redakcji Nowego Dziennika. Wydrukowano go później w New Horizon nr 7-8-9 sep-oct-nov 1983 Vol. IX - odbitka w załączeniu.