Ojczyzna.pl  

Prof. dr J-Z Brożyna

O  NAPRAWIE  RZECZYPOSPOLITEJ

 

Obraz rzeczywistości polskiej oscyluje dzisiaj pomiędzy dwoma skrajnościami: jedna, malowana przez polityków i media przedstawia kraj, który zdaje się być w ich oczach normalnym i podobnym do każdego kraju zachodniego, a druga postulowana przez środowiska zaniepokojone nie tyle tym, co się dzieje, lub nie dzieje w płaszczyźnie materialnej, ile wyeliminowaniem poza nawias głównego nurtu życia publicznego aspektów moralnych i humanistycznych. Analiza wytwórologiczna wyjaśnia formalnie dlaczego żadna z tych ideologii nie jest jednak w stanie rozwiązać prawdziwych problemów kraju i Państwa, co potwierdza dobitnie praktyka ostatnich 15 lat.

Pierwsza jest gruntownie fałszywą, bo rzeczywistość Zachodu jest głęboko różna od tej, jaką postrzegają turyści, dziennikarze i politycy podczas swych wizyt, patrząc na nią z zewnątrz, czyli powierzchownie i to tylko na pewne specyficzne sektory życia. Różna, raz z powodu dochodów miesięcznych wielokrotnie wyższych, aniżeli w Polsce co modyfikuje priorytety ludzkie, dwa z powodu wykorzystywania tam na codzień infrastruktury już niezwykle bogatej i zmieniającej postawy indywidualne, oraz trzy i przede wszystkim dlatego, że tamtejszy model jest zorganizowany swym potencjałem motywującym wybory życiowe dla realizacji zupełnie innych zadań, aniżeli te, jakie muszą najpierw rozwiązać Polacy, aby móc wejść na etap poważnego rozwoju cywilizacyjnego. Dodajmy od razu, że wytwórologia definiuje potencjał społeczny równie precyzyjnie i operacyjnie, jak to czyni fizyka np. w odniesieniu do potencjału pola grawitacyjnego.

Druga jest nie użyteczna dlatego, że zupełnie nie interesuje się praktycznymi narzędziami potrzebnymi do wdrażania swych idei do praktyki, skazując je na wieczne bytowanie w świecie słów, czyli beletrystyki, nie dając nawet realnej nadziei na wdrożenie w przyszłości takiej właśnie wizji humanistycznej społeczeństwa i rozwoju. Filozofując, nikt nie wskazuje co właściwie trzeba dziś zrobić, by zmienić fatalny bieg wydarzeń, kto to ma zrobić i jak ? W ten sposób angażowanie emocji ludzkich w tego rodzaju analizy i publikacje jest cennym sojusznikiem liberalizmu materialistycznego.

Sprzeciw wobec instalowania w Polsce liberalizmu wbrew pozorom nie jest wcale sprawą walki politycznej, czy nawet ideologicznej, lecz dotyczy rodzaju mechanizmów sprawczych na jakich ma się opierać funkcjonowanie społeczeństwa, przesądzając obiektywnie o wyniku procesów. Analiza fizyko-matematyczna tych zjawisk dokonana na ich poziomie przyczynowym dowodzi i wyjaśnia, dlaczego liberalizm jest koncepcją, która niszczy każdy typ cywilizacji, jaki by nie był jej model ustrojowy, co potwierdzają też liczne przykłady historyczne. Sama demokracja liberalna jest reżimem zbudowanym na arbitralnej intuicji epoki dyliżansów, nie mającej nic wspólnego z analizą naukową procesów. Otwierając bramę dla wolontaryzmu schlebiającego instynktom stworzyła ona filozofię uzasadniającą rozwiązania, z których prawie wszystkie są błędne, a nawet niebezpieczne w świetle nowoczesnej nauki, bo same jej instytucje generują wiele zła i krzywd w społeczeństwie. Myląc do tego w swym świecie atrakcyjnych słów przyczyny ze skutkami łudzi bezpodstawnie, że rozwojem technologii i gospodarki zapewni rozwój, podczas gdy jest on możliwy tylko w granicach zdefiniowanych przez specyfikę wartości etycznych i zdolność przetwarzania bogatych zbiorów informacji, które są w materializmie liberalnym bardzo skromne, nie obejmując np. całej strefy humanistycznych potrzeb i możliwości człowieka, zepchniętych tam na margines bez znaczenia.

Tymczasem model zachodni w ogóle nie nadaje się do załatwienia problemów Polski (żaden kraj zachodni nie rozwijał się związany takimi dyrektywami, jakie narzucają traktaty z Maastricht i Amsterdamu), więc jego apoteoza i wdrażanie służy wyłącznie obcym, którzy mają na celu tylko ewakuację z tego kraju maksymalnych zysków. Oficjalne statystyki tego reżimu w ogóle nie rejestrują tego zjawiska, pokazując tylko jak wskaźniki PIB rosną wraz ze wzrostem obrotów nie patrząc, że wyciek za granicę wytworzonej w kraju wartości dodatkowej oznacza równoczesne i ciągłe zubożanie społeczeństwa. Mówienie w języku ogólników politycznych o pomocy Unii w rozwoju kraju jest demagogią propagandową niewspółmierną do rzeczywistych potrzeb kraju ukrywanych przed opinią publiczną, a nawet gorzej, bo sprowadza się do niszczenia tych wartości, na jakich był oparty porządek społeczny tego narodu, czego skutki widać już w kilkudziesięciu krajach III-go świata zniszczonych przez liberalizm gospodarczy. Do tego samego stanu zmierza też dzisiejsza Polska nie zależnie od tego, czy rządy sprawuje lewica, czy prawica polityczna, bo chodzi tu o sprawcze mechanizmy działające obiektywnie. Jest więc celowym rozpatrzenie dlaczego i w jaki sposób trzeba uzupełnić tę drugą ideologię, aby uzyskała siły działania konstruktywnego w świecie rzeczywistości.

Każda myśl i idea znajduje realizację praktyczną wyłącznie w rzeczywistości fizycznej. Tak więc też realizacja humanistycznej i etycznej wizji ustroju oznacza potrzebę konkretnej transformacji obecnego, nie zadawalającego stanu rzeczywistości w stan nowy, różniący się od dzisiejszego w szczegółach wymagających bardziej jednoznacznej definicji, aniżeli postulaty filozoficzne. Dokonanie transformacji fizycznej wymaga jednak zaangażowania w tym celu odpowiedniej energii, której wielkość jest określona różnicą tych dwu stanów, oraz potrzebuje użycia siły o wielkości zdefiniowanej też obiektywnie siłą bezwładności, czy oporu tych struktur, jakie należy zmienić. Ponieważ chodzi to o operacje, które w swej naturze są przekształceniami fizycznymi rzeczywistości, omówimy je też nie w języku politycznym, lecz fizycznym, co z jednej strony ilustruje absolutną obiektywność analiz wytwórologicznych, a z drugiej daje legitymację zwolennikom reformy ustroju.

Dotychczasowe publikacje humanistów wskazują, że ani jedno ani drugie nie jest wciąż jeszcze wymiernie określone przez zwolenników sanacji Rzeczypospolitej. W ślad za tym nikt nie organizuje konfederacji tychże zwolenników, którzy mieliby dostarczyć (bo niby kto inny ?) energii i sił niezbędnych w tym celu, a z których każdy na razie woli dać priorytet dla swych poglądów w sprawach trzeciorzędnych, lub dla dowodów osobistej erudycji. Skoro nikt takich wymiernych ocen nie dokonał, można wątpić, czy pozostała część społeczeństwa jest dostatecznie poinformowana o istocie obecnych rozgrywek w kraju i realnych perspektywach jego rozwoju (patrz szereg naszych tekstów sektorowych), aby poprzeć swą energią i siłą potrzebny wysiłek, jak to było w latach „Solidarności”.

Po załatwieniu powyższego trzeba więc stworzyć narzędzie, które wykorzystując wyżej wymienioną energię będzie wytwarzać siłę zdolną przekształcić rzeczywistość społeczną i polityczną. Jest jasne, że narzędzie to w postaci instytucjonalnej musi działać w sposób spójny w kierunku stanu pożądanego, czyli musi być pozbawione rozproszenia wskutek tak dziś typowych sporów i indywidualizmów subiektywnych, a nawet kłótni personalnych, jakie obecnie niszczą siły zwolenników reform. Nie jest niestety pewne, czy obecni liderzy doceniają znaczenie tego czynnika dla powodzenia tak teoretycznie pożądanych reform, a liberalne w gruncie rzeczy rozbieżności opinii osobistych w sprawach bez znaczenia dla celu swej walki są wysoce korzystne dla obcych sił żyjących z dzisiejszej sytuacji, którą właśnie trzeba zmienić.

Trzeci problem, to wyrażenie w formie praktycznej, czyli spójnego programu działania politycznego tego, co jest najważniejsze dla przedmiotowej transformacji, a więc dla sprecyzowania sposobu działania wymienionego narzędzia obarczonego przekształceniem stanu rzeczywistości, o jakiej mowa. Dotychczas tego również nie potrafiły sformułować liczne publikacje o wydźwięku moralizatorskim i filozoficznym.

Problem zamiany nieludzkiego liberalizmu, służącego potrzebom obcym, na model humanistyczny zorientowany na realizację potrzeb narodu polskiego co jest radykalnie sprzeczne z filozofią traktatu z Maastricht, został  powyżej przedstawiony w języku przekształceń fizycznych stanu społeczeństwa polskiego po pierwsze dla podkreślenia charakteru obiektywnego, bo fizykalnego, zachodzących tu procesów, a więc i koniecznego procesu przekształcenia. Tak więc też, to nie przesłanki ideologiczne, czy taktyczne, określają wielkość energii jaką wymaga potrzebna transformacja, lecz różnica stanu obecnego i docelowego. Podobnie, jak chodzi o wielkość siły, jaka musi być w tym celu użyta jest ona zdefiniowana obiektywnie przez szkodliwe struktury, jakie zainstalował w kraju egoizm i ideologia liberalizmu. Ten obiektywny charakter potrzebnych w Polsce przekształceń uzasadnia równie obiektywnie działalność reformatorów i użyte przez nich środki.

Obiektywny charakter rozważanych zjawisk uzasadnia też dwa zagadnienia wysoce nie doceniane w kraju przez wszystkie orientacje polityczne. Przede wszystkim trzeba więc wyciągnąć wnioski z faktu, że wszelkie załatwianie konkretnych spraw na rzecz postępu cywilizacyjnego jest problemem technicznym, a więc ideologicznie neutralnym: najpierw trzeba zbudować np. brakujące nowoczesne i dostępne dla wszystkich szkoły i szpitale, a dopiero potem można dyskutować na temat nauczanych w nich programów i metod leczenia. To samo dotyczy definicji polskiej racji stanu, zaś programom politycznym (z natury rzeczy subiektywnym) nie wolno wychodzić poza sprecyzowanie metody działania, by osiągnąć cel. Warto tu pamiętać, że w ostatnich 15-tu latach brzemienne w skutki błędy popełniali pod tym względem zarówno politycy lewicowi, jak i prawicowi, ateiści i masoni, jak i hierarchowie Kościoła.

Drugie zagadnienie, to różnorodność światopoglądowa społeczeństwa polskiego, nie zależna od tego kto jest czy będzie u steru rządów. Tak więc interes rozwoju kultury i bogactwa społeczeństwa wymaga, aby wszystkie orientacje polityczne miały reprezentację parlamentarną i dostęp do mediów, czego nb. wcale nie zapewnia demokracja liberalna. Podobnie nie można mówić o przyszłości zreformowanej Polski tak, jak gdyby nie miało być w niej miejsca dla obecnych przeciwników politycznych, co tylko niepotrzebnie konsoliduje wrogów. Co więcej, zrobienie bilansu dla pierwszego z wymienionych etapów najprawdopodobniej (vide np. tekst „Kwestia rolna”) okaże, iż rozmiar potrzebnych przekształceń w kraju jest już tak wielki, że dla ich realizacji jest potrzebna energia  jakiejś formy tzw. wielkiej koalicji. Implikuje to zawieszenie tak typowych dla Polski kłótni międzyludzkich (nawet wewnątrz orientacji politycznych i partii), czy nawet ataków na działalność ojców w PRL w której los kazał im żyć i to ataków ze strony ludzi, którzy ani nie znają całej prawdy o tamtej rzeczywistości, ani sami nie potrafili nawet rozliczyć Gomułki, Bermana, czy Kociołka i tylu innych z wyrządzonego przez nich zła.

Wspomniane bilanse, aby były wiarygodne i obiektywne, muszą być robione w sposób wymierny, czyli dotyczyć nie świata pięknych słów i idei filozoficznych, lecz rzeczywistości. Nie może to być więc nowa wersja gołosłownych obietnic o mannie z rzekomej niezbędności integracji z Unią, której konkretnych korzyści nie udowodniła ani prawica, ani lewica swymi pseudoanalizami: rozwiązanie polskich problemów nie leży ani w jej kompetencjach, ani w jej zamiarach, ani w tamtejszych możliwościach finansowych. Co gorsza, wprowadzenie do praktyki ustawodawstwa unijnego (nb. w wielu sprawach wręcz błędnego, lub przestarzałego), którego skutków nikt w kraju w ogóle nie przeanalizował, musi wprowadzić dodatkowo wiele poważnych trudności.

Dlatego też przed 1-wszym maja 2004, korzystając z faktu, że w dniu zeszłorocznego referendum integracyjnego nie był jeszcze znany projekt Konstytucji europejskiej, a więc i nie było wiadomo na co się właściwie głosuje, w tym że zachodzi zasadnicza sprzeczność tamtej koncepcji federacyjnej z obiektywnymi potrzebami rozwoju Polski i z bogactwem jej systemu wartości zdefiniowanych przez naukę ewangeliczną, bez porównania bardziej wszechstronną od prymitywnego materializmu unijnego, niezbędny jest teraz akt polityczny deklarujący konfederacyjną interpretację tej integracji, zachowującą dla kraju potrzebną nam odrębność ustrojową.

 

Prof. dr J-Z Brożyna