![]() |
Prof. Rafał Broda
Kto gasi nadzieje wiązane z LPR? |
Już w trzy miesiące po zaprzysiężeniu rządu Jerzego Buzka Klub „Myśl dla Polski” publicznie wystąpił z tekstem: „Parlamentarzystom AWS ku przestrodze”, w którym przewidywaliśmy, że koalicja z Unią Wolności wymusi realizację wyłącznie programu UW i doprowadzi do dalszego pogorszenia sytuacji w Polsce, a także do klęski AWS. Przyszło nam to bardzo łatwo, bo prognozy były oczywiste, a będąc stowarzyszeniem całkowicie zewnętrznym w stosunku do AWS, nie mieliśmy szczególnych zahamowań, by ujawniać naszą krytykę. Odzew na to przesłanie był różny, ale były także głosy strofujące nas za brak realizmu, nieznajomość arytmetyki wyborczej, złośliwość, czy niepotrzebne gaszenie nadziei. Dzisiaj trudno zaprzeczyć, że te cztery lata były niepotrzebnie stracone dla Polski, a kolejne załamanie nadziei poważnie utrudniło jej odbudowanie.
W przypadku niepokojów związanych z rozwojem Ligi Polskich Rodzin stanęliśmy przed problemem o wiele trudniejszym, ponieważ sami uczestniczyliśmy w jej tworzeniu i przyczyniliśmy się do jej sukcesu wyborczego, który dał znakomitą pozycję wyjściową do budowy prawdziwie silnego i dynamicznego ugrupowania, zdolnego do przejęcia w przyszłości odpowiedzialności za rozwój Polski. Wkrótce po wyborach parlamentarnych 2001 roku Klub „Myśl dla Polski”, został całkowicie pozbawiony wpływu na rozwój sytuacji w LPR i powrócił do swojej niezależnej działalności i roli zewnętrznego obserwatora wydarzeń. Od tego momentu zaledwie kilku członków Klubu, w bardzo ograniczony i dyskretny sposób próbowało prostować ścieżki przedsięwzięcia pod nazwą LPR – czyniliśmy to w poczuciu odpowiedzialności za los tej inicjatywy, a także popychani licznymi interwencjami zatroskanych i zaniepokojonych działaczy terenowych i sympatyków. To już były działania indywidualne, na własne konto, i taki charakter ma również moja dzisiejsza wypowiedź, w której subiektywnie przedstawię własny punkt widzenia na historię i dzisiejszą sytuację LPR.
Wypowiedź ta będzie polemiką z postawą Pana Romana Giertycha, który moim zdaniem ponosi główną odpowiedzialność za wprowadzanie LPR w koleinę praktykowanego od dawna sposobu prowadzenia polityki, gasząc tym samym nadzieje i niwecząc szanse na wzbudzenie entuzjazmu tak niezbędnego do dokonania przełomu w sprawach Polski. Sądzę, że zewnętrzni obserwatorzy, najczęściej niezorientowani w wielu szczegółowych sprawach związanych z narodzinami i dotychczasową historią LPR, bez względu na swój stosunek do tej inicjatywy, muszą przyznać, że dzisiejsza sytuacja LPR jest daleka od oczekiwań, jakie z nią kiedyś wiązano. Jeżeli dość powszechnie wyrażana jest wątpliwość, czy może nie należy budować czegoś nowego, to sytuacja rzeczywiście jest poważna.
Można się chłodno zastanowić - czym dzisiaj jest LPR ? Niewątpliwie mamy główną postać lidera – Romana Giertycha, który dokonał swoistej autopromocji, bezwzględnie monopolizując wszystkie narzędzia kontroli partii i praktycznie większość okazji do wystąpień publicznych we wszystkich możliwych środkach masowego przekazu. Nie można tutaj pominąć zadziwiającej współpracy w tej autopromocji ze strony świata mediów, które bynajmniej nie kryją swego rzeczywistego i zdecydowanie negatywnego stosunku do dążeń, które programowo deklaruje LPR. Z drugiej strony mamy pozostających w cieniu dwóch innych liderów, których rola wydaje się sprowadzać do podkreślania wyrazistości głównego przywódcy, który formalnie nie jest liderem, choć każdy musi dostrzec, że faktycznie nim jest. Mamy też 28 posłów z ilościowo zredukowanego dzisiaj Klubu Parlamentarnego LPR, wśród których niestety nie widać szczególnie aktywnych osobowości, a współpraca w Klubie często sprawia wrażenie wymuszonego podporządkowania. Mamy wreszcie struktury terenowe, budowane pod ścisłą kontrolą lidera, najczęściej dobierane na zasadzie posłuszeństwa wobec centrali, bez względu na kompetencje, czy elementarne cechy charyzmatyczne. W konsekwencji mamy do czynienia z dramatycznym wytraceniem dynamiki przez LPR, która nie przyciąga nowych ludzi, zniechęca, a nawet odpycha wielu niezwykle potrzebnych, aktywnych i sprawdzonych w działaniu społeczników i gasi po raz kolejny nadzieję. Na szczęście w wielu miejscach w terenie sprawy się rozwijają poza ścisłą kontrolą centrali – właśnie te pozytywne objawy każą się zastanawiać nad przyczynami sytuacji i sposobami ratowania LPR.
Bo nie tak miało być !
Pamiętam pierwszą dłuższą rozmowę z R.Giertychem, kiedy rozważaliśmy możliwości nowej inicjatywy politycznej – już wtedy miałem kilka zastrzeżeń do jego sposobu widzenia spraw, ale do dzisiaj nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego tak zdecydowanie mnie wówczas zapewniał, że sam nie pretenduje do żadnej szczególnej roli w tym przedsięwzięciu i wolałby się ograniczyć do służby np. jako pośrednik w ewentualnych kontaktach z Radiem Maryja. Dziwiło mnie to tym bardziej, że sam zadeklarowałem wcześniej swój brak ambicji i chęci do pełnienia funkcji politycznych, ale ucieszyło, że mam do czynienia z kimś, kto też chce po prostu służyć, być może w wielkiej sprawie. Wiedziałem, że gdy sprawy pomyślnie się potoczą, może ten młody człowiek zmieni zdanie i dojrzeje w przyszłości do bardziej ważnej roli, nie mogłem jednak przypuszczać, że tak szybko okaże się, że po prostu kłamał i konsekwentnie od początku realizował całkiem inny plan, zgoła przeciwny do tych całkiem niepotrzebnych deklaracji.
Pamiętam też, gdy na jednym z wczesnych zgromadzeń, z niezwykłym patosem, uroczyście ogłaszał, że raport – „Dokąd zmierzasz Polsko?” i tekst pisany specjalnie z myślą o nowej inicjatywie – „Polsko zawróć z tej drogi” (teksty Klubu "Myśl dla Polski" - przyp red.), stają się oficjalnymi dokumentami Ligi Polskich Rodzin i w nich są zawarte podstawowe ideowe przesłania nowej formacji. Czy może R.Giertych nie doczytał istotnych treści w nich zawartych, które kreśliły wizję i obietnicę nowej jakości politycznej? Miał powstać dynamiczny ruch, otwarty na wiele środowisk, bogaty różnorodnością, poszukujący nowych ludzi i stwarzający dla nich możliwości szybkiej i skutecznej promocji. Jednocześnie ruch atrakcyjny i otwarty na przyjęcie wielu zasłużonych polityków, którzy uwikłani w ciężkie i doskwierające kompromisy z innymi środowiskami mieliby wreszcie dokąd odejść, by działać w bardziej sprzyjających warunkach. Czy po blisko dwóch latach można powiedzieć, że LPR poszła tą drogą? Czy mógł R.Giertych oczekiwać, że np. ludzie związani z Klubem „Myśl dla Polski”, przecież nie pchający się do żadnych funkcji ( z wielkim trudem namówiono mnie i prof. S.Borkackiego do kandydowania do senatu), będą bez końca pełnić rolę „pożytecznych idiotów” w realizacji jego całkowicie niejasnych planów i zamierzeń ? Czy dał jakiekolwiek podstawy, by uznać go za genialnego przywódcę, którego warto wspierać bez względu na liczne wątpliwości, za wyjątkowego lidera, na którym rzeczywiście warto oprzeć przyszłość Polski ?
Rozważaliśmy nawet taką możliwość i dlatego przez dłuższy czas przyglądaliśmy się wnikliwie wszystkim zjawiskom związanym z LPR, a z krytyką niepokojących nas objawów, którą już wcześnie i wielokrotnie przekazywaliśmy, nie wychodziliśmy na zewnątrz. Było to kłopotliwe milczenie, bo wiele ludzi i środowisk zgłaszało do nas pretensje, czyniąc nas odpowiedzialnymi za to co się dzieje, a zwłaszcza za to co się nie dzieje, a powinno się dziać. Słuchacze Radia Maryja mogli odnotować kilka moich wystąpień broniących nadziei związanych z LPR, bywało, że nawet wystąpień polemicznych do uwag Ojca Dyrektora, który zapewne miał podstawy do wcześniejszych niż moje wątpliwości. Po wyborach samorządowych trudno było ulegać dalszym złudzeniom i w kolejnych wystąpieniach coraz bardziej otwarcie uwidaczniałem narastający krytyczny stosunek do liderów Ligi. Następuje zwykle taki moment, gdy wszystko pęka, gdy miara się przebiera - wywiad R.Giertycha dla Gazety Wyborczej po przegranym referendum akcesyjnym stał się chwilą prawdy, która może być przełomowa i doprowadzić do niezbędnego katharsis. Tym wywiadem lider LPR wykazał, że rację mieli ci, którzy już wcześniej twierdzili, że nawet tak ważną sprawę, jak ratowanie suwerenności Polski wtłaczanej na siłę do Unii Europejskiej, R.Giertych traktuje drugorzędnie – priorytetem wszelkich zabiegów jest jego własna pozycja polityczna, jeśli się uda, to może także w strukturach Unii Europejskiej.
Z nieuniknionym w takich sytuacjach subiektywizmem, ale też z pełną odpowiedzialnością, opartą na wielu faktach i obserwacjach, pragnę postawić tezę, że Roman Giertych od początku był „złym duchem” Ligi Polskich Rodzin, że jest on głównym odpowiedzialnym za jej dzisiejszy stan, a nadzieje wiązane z Ligą zgasną do końca, jeżeli nie uda się dokonać nowego otwarcia, które wymaga przesunięcia R.Giertycha do drugiego szeregu. Osobiście nie wierzę, że chorobliwie ambitny lider zrozumie swoje błędy i pozwoli się tak przesunąć, ale trzeba przynajmniej wprowadzić podstawowy element prawdy tzn. powrócić do prawdziwej nazwy partii Giertycha. Tutaj trzeba wyjaśnić pewną zaszłość, która miała miejsce przy narodzinach LPR, a która podważa prawo Giertycha do wyłączności na używanie nazwy LPR. Mianowicie, przed wyborami parlamentarnymi zaistniała praktyczna konieczność, by sformalizować tworzącą się inicjatywę polityczną, nadając jej status partii politycznej. Wielu z nas nie podejrzewało wtedy, że R.Giertych może mieć ukryte intencje i powszechnie zgodziliśmy się, by „doświadczeni prawnicy” zastosowali prawny wybieg, wykorzystując atrapę partii zarejestrowanej w sądzie, która pozostała po wcześniejszym połączeniu się dwóch konkurencyjnych wersji Stronnictwa Narodowego. Zmieniono więc nazwę na LPR, prowizorycznie powołano Przewodniczącego, bez zbytnich formalnych procedur powołano też ad hoc Radę Polityczną – i tak się zaczęło. To co było improwizacją, akceptowaną, bo niezbędną w tych wczesnych trudnych i ograniczonych czasowo warunkach, stało się głównym narzędziem R.Giertycha do monopolizacji swojego przywództwa po wyborach i budowy struktur opartych na ludziach zapewniających utrzymanie tego monopolu. Oczekiwaliśmy, że po sukcesie wyborczym nastąpi pełna integracja wszystkich sił politycznych pod szyldem LPR i całkowita przebudowa, a właściwie budowa od nowa całej struktury partyjnej łączącej wszystkich uczestników inicjatywy i otwartej na wielu nowych ludzi. Bo przecież to było celem inicjatywy i to było przesłaniem, które zmobilizowało wyborców.
Jeżeli w wywiadzie dla Gazety Wyborczej R.Giertych mówi z patosem o uczciwości wobec wyborców, to elementarna wiedza o elektoracie LPR i przyczynach względnego sukcesu wyborczego musi mu podpowiedzieć, czego oczekiwali wyborcy głosując na LPR – jak więc tę uczciwość realizować. W gruncie rzeczy R.Giertych od początku buduje własne Stronnictwo Narodowe, wykorzystując prowizoryczną nazwę LPR, by oprzeć się na nieświadomym tych intencji elektoracie. Jest rzeczą oczywistą, że R.Giertych uczciwie występując w wyborach z taką właśnie intencją nie miałby najmniejszych szans na zdobycie szerszego poparcia. Ponieważ ta prawda zwolna dociera do coraz szerszych środowisk – droga do znaczącego sukcesu, który mógłby służyć Polsce staje się coraz bardziej zamknięta. Można milczeć, przyglądać się i czekać na gorzką satysfakcję, że znów mieliśmy rację – chodzi jednak o Polskę, która nie może czekać na to, że Wałęsa, Krzaklewski, a teraz Giertych zmieni postępowanie. Choć można mieć pretensje do innych polityków LPR, że dali się „wykiwać” i nie zadziałali dostatecznie sprawnie natychmiast po wyborach, aby do końca wyjaśnić i sformalizować wspólne działanie, nie wiem zapewne o wielu sprawach i zaszłościach, które doprowadziły do całej sytuacji. Przejawiany bardzo wcześnie przez niektórych liderów brak identyfikacji z LPR był już niepokojącym sygnałem zapowiadającym późniejsze odejścia, z bólem witane przez wyborców.
Słychać czasem głosy, że może taką drogę warto zaakceptować, że jest wyraźny lider, są struktury, jest jakieś działanie i to wszystko się dotrze, a przecież nie można stale rozpoczynać od nowa. Całkowicie się z tymi głosami nie zgadzam, bo głęboko wierzę, że żaden pojedynczy lider nie uratuje Polski, a całe dotychczasowe działanie R.Giertycha i jego skutki nie dają żadnych podstaw, by oczekiwać wielkiej mobilizacji i entuzjazmu Narodu – z lekką tylko przesadą można powiedzieć, że po blisko dwóch latach jest lider i nic poza nim. Ale do akceptacji tej sytuacji trzeba jeszcze skądś czerpać wiarę, że to właśnie ten lider ma przymioty kreujące go na męża opatrznościowego Polski w tak trudnych czasach, że ma naprawdę czyste intencje, właściwe możliwości i kompetencje, wreszcie, że właśnie ten lider jest „:człowiekiem sumienia”. A ja tej wiary nie mam skąd czerpać, jest wręcz odwrotnie. Z pewnością nie jestem jedynym człowiekiem, który zetknął się z budzącymi poważne wątpliwości metodami działania R.Giertycha. Nie sposób opisywać szczegółowo różnych zdarzeń i może nie jest to najwłaściwszy moment, by wywlekać je na światło dzienne. No bo jak mam powoływać się na prywatną rozmowę, by udowodnić kłamstwa, lub nie dotrzymywanie słowa, których sam doświadczyłem. Wiele spraw pozostało z premedytacją niewyjaśnionych, mimo że dotykały najbardziej elementarnej potrzeby prawdy w życiu publicznym. Te sprawy niosą poważne konsekwencje, od których LPR się nigdy nie uwolni, a objawiają się później tak drastycznymi skutkami jak np. tuszowanie udokumentowanego fałszerstwa w wewnętrznych wyborach w LPR. Wystarczy zresztą to, co jest dostępne dla wnikliwego obserwatora zewnętrznego, by dostrzec, że cała energia R.Giertycha jest skupiona wyłącznie na budowie swojej pozycji, a to było widoczne już w pierwszej kampanii wyborczej. Już wtedy zaznaczyło się, że nie chodzi mu o Sprawę – o jak najlepszy wynik LPR, chodzi wyłącznie o wprowadzenie do parlamentu kilku swoich ludzi, by złapać przyczółek do budowy własnej partii. Nie uczestniczyliśmy wtedy w żadnych pertraktacjach dotyczących list kandydatów – we własnym środowisku krakowskim byliśmy zdziwieni wieloma kandydatami, którzy żadną miarą nie mogli budować pozytywnego obrazu partii w tak ważnej początkowej fazie. Uznaliśmy to za koszt koniecznej improwizacji, ale to zjawisko powtórzyło się przecież w wyborach samorządowych i niesie fatalne konsekwencje dla obrazu partii. O co więc chodzi, gdy w paranoicznie ścisłej kontroli budowy struktur ogranicza się w całkowicie nienaturalny sposób współpracę tych ludzi, którzy budzą największe nadzieje, a uchyla się drzwi dla innych, za których się czasem trzeba wstydzić.
Jeżeli R.Giertych przywróci swojej partii nazwę Stronnictwo Narodowe, to można będzie zbudować prawdziwą partię LPR, w której znajdzie się miejsce dla większości działaczy identyfikujących się z właściwą ideą Ligi Polskich Rodzin. Partia ta będzie mogła stać się autentyczną emanacją polityczną aktywnych i zorganizowanych środowisk w terenie. Z pewnością nie będzie to budowa nowej siły politycznej, będzie to uwolnienie istniejącej LPR od balastu tych wszystkich, którzy jednoznacznie wiążą swoje kariery polityczne z partią Giertycha, a niekoniecznie z dojrzałym pomysłem na Polskę.
Kiedy Prof. J.R.Nowak wystąpił w Radiu Maryja z krytyką postępowania R.Giertycha, nie mogłem dłużej milczeć i dołączyłem spontanicznie własny komentarz do tej sprawy. W pełni identyfikuję się też z tezami listu otwartego publikowanego w tej sprawie przez tygodnik Nasza Polska i sygnowanego przez trzech autorów. Przekazano mi ostatnio teksty brutalnie i prymitywnie atakujące Prof. J.R.Nowaka i mnie za te wystąpienia, które opublikował tygodnik Nowa Myśl Polska – jeden sygnowany przez Redakcję, drugi przez Pana Piotra Mazura. Forma i poziom merytoryczny tych tekstów całkowicie zwalnia mnie od podjęcia polemiki. Natomiast oba teksty przywodzą na pamięć dawne kilkakrotnie inicjowane intrygi tygodnika Myśl Polska czynione wobec naszego stowarzyszenia, w których nieuczciwie wykorzystywano zbieżność nazwy Klubu „Myśl dla Polski” z nazwą Klubu „Myśli Polskiej”. Niestety takie są metody działań nowoczesnych aktywistów różnych wariantów SN i z takich doświadczeń obficie czerpie R.Giertych w swej działalności – stąd też biorą się ich kłopoty z uzyskaniem poparcia wyborców i powstają pomysły na obchodzenie tych trudności przez mistyfikacje, w których wykorzystują współdziałanie z innymi, nie podejrzewającymi, że ktoś może się tak daleko posunąć w podporządkowaniu losu Polski własnym ambicjom. We wspomnianych tekstach autorzy wykazują rażącą niewiedzę o narodzinach LPR i całej przedwyborczej fazie tej inicjatywy. Nic dziwnego, bo musieli wtedy być bardzo zajęci awanturą z R.Giertychem, który podobno bezprawnie przejął ich organ prasowy- tygodnik „Myśl Polska”. Otrzymałem wtedy kilka listów od publicystów Myśli Polskiej, którzy w proteście przeszli do nowo-powołanego tygodnika „Nowa Myśl Polska” i zarzucali mi, że „współpracuję” z R.Giertychem, który tak paskudnie postępuje. Już naprawdę nie wiem kogo reprezentuje redakcja „Nowej Myśli Polskiej”, która dzisiaj wiąże tak duże nadzieje z tym samym R.Giertychem - obecnym liderem LPR, a nigdy nie wiedziałem, kim jest p.P.Mazur – i nie chcę tego wiedzieć.
Rafał Broda
Kraków, 27 czerwca 2003