Ojczyzna.pl   

prof. dr hab. Rafał Broda

 

Unia Europejska a Polska

Koronne argumenty przed referendum

  

  

           Sprawa integracji Polski z Unią Europejską całkowicie podzieliła opinię publiczną w Polsce. Pojawiają się różne sugestie, co do rzeczywistej proporcji tego podziału, ale wyniku referendum nikt dzisiaj nie jest w stanie określić. Jedno jest pewne - polaryzacja stanowisk obu stron osiągnęła taki poziom, że nie ma żadnych punktów stycznych umożliwiających prowadzenie debaty, która mogłaby choć trochę zbliżyć poglądy. Do takiego wniosku dochodzą zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy integracji, a wymowną ilustracją tej tezy może być przegląd "dyskusji" internetowych, gdzie wypowiedzi są względem siebie w pełni ortogonalne, krzyżują się wyłącznie epitety i insynuacje.

  

  

Satysfakcja przeciwników i frustracje zwolenników integracji

 

   Niezaangażowany obserwator opinii ze stron internetowych z łatwością wszakże zauważy, że racjonalność i argumenty pojawiają się wyłącznie w wypowiedziach przeciwników integracji. Z drugiej strony mamy do czynienia z pustosłowiem i zaklęciami, których nawet nie warto przytaczać, bo i tak są powszechnie znane jako codziennie powtarzana mantra w środkach masowego przekazu. Czytający strony internetowe zauważy też, że ogólnie rzecz biorąc, zwolennicy integracji są nieporównanie bardziej wulgarni, kipiący złością, a nawet zdradzający chęć do bicia oponentów, osadzania ich w więzieniu lub szpitalu psychiatrycznym, najczęściej zaś wysyłają inaczej myślących na Białoruś - groźby te, a także ich forma, mimo woli stają się argumentem przeciw integracji. Z jednej strony gróźb tych nie należy całkiem lekceważyć, bo ukazują pewien potencjał wykonawczy, którym w przyszłości mogą się posłużyć praktycy nowego porządku w Europie. Z drugiej strony sam fakt ich formułowania wywołuje negatywny stosunek do integracji - któż chciałby się w cokolwiek wdawać, a tym bardziej jednoczyć kontynent, w towarzystwie autorów takich wypowiedzi? Wynikająca z tych obserwacji świadomość bycia w lepszym towarzystwie nieco kompensuje dyskomfort wywoływany wszechogarniającą propagandą Unii. Potężne jej dawki przekazują nam kompletnie niewiarygodni politycy, negocjatorzy, urzędnicy i niezbyt błyskotliwi rzemieślnicy propagandy, we wszystkich kanałach telewizyjnych i prawie na wszystkich falach radiowych.

 

Przeciwnicy integracji od niedawna mogą też czerpać satysfakcję, obserwując trudny do ukrycia niepokój, wręcz panikę propagatorów Unii Europejskiej wobec perspektywy referendum, którego przebiegu zapewne nie uda się w pełni kontrolować. Powtarzanie i nagłaśnianie sondaży, które wskazują na przemożną chęć Polaków do integracji, najwyraźniej nie łagodzą tego niepokoju. Prawdopodobnie wszyscy są już dobrze zorientowani, że socjologowie najmniej wiedzą o nastrojach w społeczeństwie i nie warto wiązać nadziei z podawanymi przez nich liczbami, które bardziej odzwierciedlają potrzeby materialne ośrodków sondażowych niż rzeczywisty stan rzeczy. Czynione są więc różne zabiegi, aby mimo wszystko spróbować pełniej kontrolować przebieg głosowania, a zwłaszcza liczenie głosów, np. ograniczenie dostępu do komisji czy pomysł z dwudniowym referendum; wszak pomiędzy dwoma dniami jest noc, a noc sprzyja sprawom ciemnym - zresztą w 1946 też nie było łatwo.

  

  

Zgodność poglądów

 

   Istnieje zatem, przytoczone powyżej, powszechne przekonanie, że dla ludzi, którzy sprawy już przemyśleli, polaryzacja stanowisk jest praktycznie niemożliwa do pokonania. Ale są jeszcze dwa inne aspekty, co do których panuje pełna zgoda pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami integracji Polski z Unią Europejską.

 

Pierwszy z nich wiąże się z obopólnym uznaniem niezwykłej wagi problemu. Mówi się wręcz o epokowym wymiarze kroku związanego z integracją, a zwolennicy przystąpienia Polski do UE często porównują ten krok do wydarzenia historycznego, jakim był chrzest Polski w 966 roku. Rzeczywiście, trzeba się zgodzić z takim porównaniem. Tak jak chrzest Polski rozpoczął proces jej chrystianizacji i budowanie zrębów cywilizacji łacińskiej, tak akt przystąpienia do Unii Europejskiej będzie oznaczał początek dechrystianizacji i nowy etap zaniku cywilizacji łacińskiej. Cywilizacja ta, zastępowana sztuczną mieszaniną różnych cywilizacji, prędzej czy później stoczy się w neopogańskie barbarzyństwo - odpychające objawy tego zjawiska już są dość dobrze widoczne, bo holenderski eksperyment szybko się rozszerza. Podobnie staje się jasne, że tak jak 966 rok był początkiem polskiej państwowości, tak integracja z Unią będzie początkiem zaniku tej państwowości. Nie ma wątpliwości, że rozważający te sprawy ludzie po obu stronach sporu tak właśnie widzą adekwatność przytaczanej analogii historycznej.

 

Drugi aspekt to przekonanie obu stron o niezbędności przeprowadzenia rzetelnej debaty przed referendum. Wszyscy z pełnym przekonaniem głoszą tezę, że Polacy powinni przystąpić do urn jako rzeczywisty podmiot demokracji, tzn. z pełną znajomością argumentów za i przeciw, rozpoznanych w pełnej i uczciwej debacie. Najgłośniej zaś krzyczą ci, którzy posiadają w swoich rękach klucz do technicznego uruchomienia takiej debaty, a więc zwolennicy integracji dysponujący pełnym monopolem mediów publicznych. Jednocześnie nie widać jednak żadnej próby rezygnacji z jednostronnej propagandy na rzecz równoprawnej debaty, wręcz przeciwnie - wysiłki fanatyków Unii Europejskiej koncentrują się na próbach gaszenia jedynego niezależnego od nich głosu w eterze, jakim jest Radio Maryja. Paradoksalnie, stawia to właśnie zwolenników integracji w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji - po pierwsze, ukazuje ich prawdziwy stosunek do demokracji, który jest charakterystyczny dla Unii Europejskiej, z drugiej strony każdy dzień telewizyjnej propagandy budzi niesmak i zakłopotanie nawet w szeregach euroentuzjastów, a rzesze telewidzów skłania do przyjęcia prostej konkluzji: "oni naprawdę nie mają żadnych argumentów, oni po prostu boją się autentycznej konfrontacji poglądów".

  

  

Istota sporu

 

   Jeżeli jednak wszyscy uznają sprawę za ważną, a domaganie się debaty jest tak powszechne, to - mimo że jej na razie nie ma - warto postawić pytanie: na czym miałaby taka dyskusja polegać, jeżeli z góry wiadomo, że stanowiska stron się nie zmienią? Z pewnością nie chodzi o heroiczny wysiłek intelektualny, by się nawzajem przekonać - chodzi raczej o równoległe przedstawienie swoich racji tym wszystkim obserwatorom debaty, którzy jeszcze nie zdążyli wypracować własnego poglądu. I bez wątpienia trzeba rozpocząć od wyjaśnienia podstawowych przesłanek różniących obie strony sporu. Kompromis jest całkowicie niemożliwy, ponieważ wybór przy urnie na "tak" lub "nie" wzajemnie się wyklucza.

 

Dla każdego myślącego i uczciwego intelektualnie człowieka wybór ten oznacza osobisty udział w niezwykle ważnej decyzji, która jest odpowiedzią na pytanie: czy Polska ma dalej trwać, czy też Polski ma nie być? Nie wolno nikomu ukrywać, a nawet rozmywać tej prawdziwej istoty sporu. Nie chodzi przecież o przetrwanie polskiej tożsamości, jak chcieliby zakamuflować sprawę zwolennicy integracji. Tożsamość Polaków przetrwała czasy rozbiorów, okupacji wojennej i PRL-owskiej fikcji własnego państwa, tożsamość zachowali Czeczeni pomimo jeszcze bardziej tragicznej historii, a tożsamość Żydów przetrwała (zwłaszcza dzięki Polakom) nawet wielowiekowy okres pełnego rozproszenia. Ostatecznie nie chodzi o to, czy przetrwa Naród, tylko czy ten Naród będzie mógł sam decydować o swoich sprawach, czy będzie mógł skutecznie troszczyć się o swoich członków, o ich byt duchowy i materialny, czy też stanie się przedmiotem gry sprzyjającej bardziej, a może wyłącznie, innym członkom politycznej wspólnoty, w szczególności tym, którzy już tak dobitnie wykazali swój monstrualny egoizm. W historycznym wymiarze decyzja wymaga zastanowienia się, czy mamy prawo uznać wielowiekowe, pełne daniny krwi i najwyższych poświęceń zmagania naszych przodków o własne niepodległe państwo - o Polskę, za niepotrzebny wysiłek, który należy tylko opisać w księgach historii i zapomnieć. Czy można uznać, że te dążenia związane z heroiczną ofiarnością stały się dzisiaj nieaktualne i należy z ufnością złożyć własną suwerenność na ołtarzu "wspólnej" Europy. Nie wolno udawać, że chodzi o coś innego, bo tu chodzi o zrzeczenie się całej suwerenności, a nie jej części. W istocie nikt nie potrafi wskazać ani jednego poważnego atrybutu własnej suwerenności państwowej, który pozostanie w rękach Polaków po integracji z Unią Europejską. Także nikt rozumny nie może traktować poważnie dywagacji na temat udziału Polaków w wyższego rzędu suwerenności europejskiej.

 

Jest czymś bardzo zaskakującym, że zwolennicy integracji oburzają się, gdy zarzuca im się brak patriotyzmu. Przecież są oni najczystszej próby kosmopolitami, a więc zwolennikami "postawy polegającej na afirmowaniu swojej wspólnoty z całym światem (chwilowo z Europą), połączonej z biernością wobec własnego środowiska narodowego i niepoczuwaniem się do odpowiedzialności za jego losy" (Słownik wyrazów obcych). Dlaczego więc się oburzają? Czego się wstydzą? Przecież takie praktyczne podejście, odrzucające patriotyczny sentyment do własnego państwa, jest rozumowo uprawnione, zdarzało się nieraz w przeszłości - w końcu nie można nikogo zmuszać do miłości do własnej Ojczyzny. Od wielu lat oglądamy natarczywą, publiczną demonstrację takich poglądów i nikt z głośnych miłośników wcielenia Polski do Unii Europejskiej się nie oburza. Można nawet powiedzieć, że w mediach publicznych takie poglądy królują. Od wielu miesięcy zamilkli nawet fantaści łudzący się, że można Unię Europejską przekształcić w tzw. Europę Ojczyzn - jakże szybko rzeczywistość obnażyła, że był to syreni śpiew. Zresztą w długiej historii wielokrotnie doświadczyliśmy czynów wynikających z takich postaw i czasem starano się je racjonalnie tłumaczyć. Mowa dawnego świata była jednak prosta i konkretnie mówiono o zdradzie narodowych interesów. Jeżeli ktoś tych narodowych interesów nie uznaje, to również nie powinno go razić sformułowanie, które z pewną prostotą nazywa rzecz po imieniu. Jakże więc traktować udawany ból i żale zwolenników integracji, że odmawia im się patriotyzmu, jeśli wszelkie jego objawy od tylu lat tępią i ośmieszają.

  

  

Wymuszona debata

 

   Dopiero po tak uczciwym uzgodnieniu postawy wyjściowej w sprawie zasadniczej można przystąpić do przeciwstawienia argumentów, które dotyczą merytorycznej strony problemu integracji, a więc odpowiedzi na pytanie: czy w najogólniejszym znaczeniu tego słowa nam, Polakom się to "opłaca"; czy bez własnego państwa będzie nam lepiej.

 

Jest bowiem oczywiste, że decyzja w referendum dla każdego z osobna niesie konsekwencje jeszcze bardziej poważne niż utrata lub zachowanie własnego państwa.

 

Jesteśmy w sytuacji, w której zwolennicy integracji Polski z Unią Europejską nie dopuszczają do publicznej debaty, mimo że ustawicznie głoszą wielką potrzebę jej przeprowadzenia. Musi się zatem owa ważna debata toczyć tak jak dotychczas, tzn. równolegle, bez wzajemnej bezpośredniej konfrontacji. Trzeba więc za nich samemu sformułować tezę, podsumowując najczęściej słyszane wypowiedzi.

 

Zwolennicy integracji Polski z Unią Europejską mówią nam:

"W erze globalizacji własne państwo jest nam niepotrzebne. Warto zrzec się suwerenności, by uczestniczyć we wspólnym dziele tworzenia nowej Europy, bez wojen, z pokojowym współistnieniem i współpracą wszystkich obywateli naszego kontynentu. Polacy będą uczestniczyć w wielkim skoku cywilizacyjnym i jako równoprawni partnerzy wyrównają swój poziom życia do poziomu innych narodów, by w pełni korzystać z dobrobytu - dołączymy przecież do rodziny najbogatszych społeczności tego świata. Może na początku będzie trochę trudno, ale przecież jesteśmy zdolnym, przedsiębiorczym narodem i wykorzystamy wszystkie możliwości rozwoju i zajęcia należnej nam pozycji. To prawda, także nam nie wszystko się podoba w Unii Europejskiej, ale będąc wewnątrz, będziemy mogli wpływać na rozwiązania i uczestniczyć w decyzjach (w tym miejscu zwykle następuje wzlot na najwyższy poziom dialektyki), a to właśnie oznacza prawdziwą, realną suwerenność i niepodległość".

 

...i można odpowiedzieć krótko: cóż za bzdura!... ale sprawa jest poważna, więc trzeba mimo wszystko odpowiedzieć bardziej rzeczowo, a może sformułować argumenty, które mogą się okazać argumentami koronnymi.

  

  

Duży krok w stronę nowego totalitaryzmu

 

   Ludzie, którzy obserwują i analizują codzienne wydarzenia, wypowiedzi i fakty muszą odebrać przedstawione powyżej wizje jako kompletne urojenia. To wszystko brzmi jak agitacja komunistów w przedwojennej Polsce. Wtedy większość Polaków miała pełną świadomość tego, jak wygląda praktyka utopii komunistycznej i dopóki komunizm nie stał się realnym zagrożeniem, stukali się w czoło, drwili i odpędzali agitatorów. Po wojnie agitację zastąpiono jednak terrorem i dwa pokolenia doświadczyły straszliwych skutków tej utopii. Dzisiaj jesteśmy wciąż jeszcze w agitacyjnej fazie nowego zjawiska, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak się sytuacja rozwinie, bo kilka czerwonych świateł już się zapaliło.

 

Nie ma żadnej przesady w przypomnieniu agitacji komunizmu - prawdziwie głęboka synteza zdarzeń i faktów, z którymi mamy do czynienia, prowadzi do wniosku, że rodzi się nowa, niezwykle groźna forma totalitaryzmu. Nikt nie może zaprzeczyć, że istotnie budowany jest świat, jakiego w tej skali jeszcze nie było - świat oparty na skrajnym egoizmie i całkowitym odrzuceniu fundamentu dotychczas uznawanych i pielęgnowanych wartości. W świecie tym dobro miesza się ze złem, fałsz z prawdą, wszystko staje się relatywne, więzi społeczne ulegają osłabieniu, a stosunki międzyludzkie stają się całkowicie powierzchowne; znośne - jeśli oparte na wspólnocie interesów, ale zabójcze - gdy warunki zmuszają do rywalizacji. W takim świecie w oczywisty sposób musi się uformować, przejąć władzę i odgrodzić od reszty, wąska warstwa ludzi pozbawionych wszelkich zasad i skrupułów - elita i nomenklatura totalitaryzmu, nieposkromiona w zdobywaniu nieograniczonych dóbr i zupełnie obojętna na los innych. Jest również rzeczą oczywistą, że poza tą wąską grupą musi pozostać olbrzymia większość, której kosztem to wszystko się odbywa, a która musi być trzymana w ryzach pełnego posłuszeństwa - to jest układ, który musi być totalitarny. I może ktoś powiedzieć: to przesada, a zresztą to nie jest nic nowego, to można okiełznać, wszystko przecież w różnych okresach już było i jakoś minęło.

 

Ależ nie! Tym razem to jest naprawdę coś innego, to jest prawdziwie niebezpieczne! Niezwykłość, a zarazem apokaliptyczna groźba proponowanego dla świata nowego systemu wynika z niemal perfekcyjnego wykorzystania doświadczeń wszystkich dotychczasowych eksperymentów z totalitaryzmem, z doskonałego rozpoznania wszystkich słabości natury ludzkiej i z umiejętności wykorzystania bezprecedensowego rozwoju techniki. To pozwala uzyskiwać nadzwyczajnie skuteczny sposób wprowadzania nowego porządku i rozprzestrzenienia go do wszechogarniającego, globalnego zasięgu.

 

Można odnotować wyraźną ciągłość, a zarazem ewolucyjne udoskonalanie konstrukcji totalitarnych systemów, dla których bazowym założeniem zawsze pozostaje odrzucenie Boga przez człowieka, a podstawowym narzędziem - kłamstwo. Rewolucja francuska rzuciła w lud hasła "wolność, równość, braterstwo" i natychmiast zainstalowała gilotyny, dokonała pionierskiego pod względem rozmiarów ludobójstwa w Wandei i wprowadziła narzędzia terroru będące wzorem dla wielu przyszłych kontynuatorów. Ideologiczne odrzucenie Boga musiało się w praktyce realizować przez szczególnie krwawą rozprawę z chrześcijaństwem, jego duchowieństwem, zakonami, przez niszczenie wszelkich symboli i bazy materialnej Kościoła. Rewolucja w Meksyku i wojna domowa w Hiszpanii opierały się na tych właśnie wzorach, ale tak jak blisko półtora wieku wcześniej we Francji, były to zaledwie ograniczone terytorialnie eksperymenty budujące podwaliny pod kolejne, znacznie szersze zamierzenia. Niemiecki narodowy socjalizm - znany jako hitleryzm, a w znacznie poważniejszej skali komunizm, stanowiły już poważne próby wprowadzenia totalitaryzmu w wymiarze globalnym. Niewątpliwie miały ze sobą wiele cech wspólnych, w początkowych fazach rozwoju nawet podobne źródła finansowania, ale poza krótkim okresem intensywnej współpracy, w zasadzie rywalizowały ze sobą. W bezpośrednim starciu musiał przegrać hitleryzm, bo zbyt szeroko zakreślił obszar zamierzonego i nadto szybkiego podboju, a zarazem zbyt otwarcie ogłosił swoje prawdziwe plany wobec podbitych społeczeństw. O ileż bardziej wyrafinowany w słowach i w ideologicznym przesłaniu był komunistyczny rywal. Do jakiej perfekcji doprowadził kłamstwo, posługując się coraz doskonalszymi środkami technicznymi i stale udoskonalaną sztuką wyrafinowanej manipulacji. A wreszcie, jakie osiągnął "rezultaty" pod względem zasięgu terytorialnego, liczby ofiar, a zwłaszcza czasu trwania, którego końcowej granicy nawet dzisiaj nie można określić.

 

W pierwotnej postaci komunizm trwa nadal w kilku miejscach, ale nas bardziej interesuje ten ewolucyjnie przepoczwarzony wariant, który instaluje się dzisiaj w Europie i poza nią. To nie jest przypadek, że dotąd nie nastąpiło rozliczenie komunizmu, że konkretni ludzie postarali się, by nie było takiego momentu w dziejach najnowszych Europy, który stanowiłby cezurę oznaczającą upadek komunizmu - tak nie mogło się stać, bo gdyby się stało, to w całej Europie od władzy musieliby zostać odepchnięci ludzie, którzy budowali komunizm, którzy z nim ściśle współpracowali, a więc właśnie dokładnie ci politycy, którzy dzisiaj są w pełnym znaczeniu tego słowa awangardą Unii Europejskiej. Jest więc pełna ciągłość z poprzednim systemem, który nigdy się nie skończył, natomiast zmienił jedynie narzędzia, jakimi się posługuje dla zdobycia i utrzymania władzy, zapewniającej dostęp na stoki i szczyt współczesnego Olimpu, dla wybranej, hierarchicznie uszeregowanej grupy uczestników.

 

W Polsce przepoczwarzanie trwa od dawna, a ciągłość z tym, co miało odejść w niepamięć, widać jak na dłoni. Zmieniono wszystko, aby niczego nie zmienić. Demokrację socjalistyczną zamieniono w demokrację kontrolowaną, a zarazem w demokrację bez wartości, która stała się już pewnie owym zakamuflowanym totalitaryzmem. Własność państwową, pozostającą poprzednio w pełnej dyspozycji rządzącej nomenklatury, zamieniono na własność prywatną tej samej nomenklatury. Gospodarkę planową zamieniono w "wolny rynek", w pełni kontrolowany przepisami, koncesjami, korupcyjnymi powiązaniami, polityką finansową i monopolistycznym dyktatem. Państwowe środki przekazu przekształcono w "publiczne" media w całości kontrolowane przez ośrodki polityczne, a jednocześnie zadbano, by prywatne media były w dyspozycji grup bliskich ideologicznie i powiązanych z ośrodkami władzy nićmi wspólnych, także brudnych interesów. Usunięto cenzurę, aby wprowadzić "wolność słowa" dla wybranych, którym wolno na zasadzie pełnej wyłączności przemawiać do pozbawionej głosu większości. Wygląda na to, że nawet wewnątrz Kościoła zdołano uruchomić odpowiednią grupę nowoczesnego wariantu "księży patriotów", czasem w zaskakujący sposób umocowanych.

 

Najważniejszy wreszcie element systemu - przemoc i terror - zastąpiono całym wachlarzem narzędzi, wobec których sprzeciw pojedynczego człowieka, a nawet zorganizowanych grup ludzi, jest praktycznie niemożliwy, tworząc poczucie bezsilności, a w końcu całkowitej bezradności. Spośród tych narzędzi na czoło wysuwa się przymus ekonomiczny. Jego skuteczność zapewnia się przez pozbawienie ludzi własności i możliwości zarobkowania, przez zamierzoną pauperyzację całych grup zawodowych, sztuczne prowokowanie bankructw, niejasne i dowolnie interpretowane przepisy podatkowe, a także kredytowe pułapki finansowe. Są też inne narzędzia, które działają już teraz i mogą się wydawać nie do końca groźne, ale w przyszłości tak się rozwiną, że będą mogły ubezwłasnowolnić każdego. Rozwija się więc monstrualną biurokrację, która w razie potrzeby może zahamować wszelką indywidualną działalność. Buduje się gąszcz przepisów i prawo tak sformułowane, że niemożliwe do rozpoznania, a zrazem interpretowane z taką dowolnością, że nikt do końca nie będzie bezpieczny przed jego niszczącą ingerencją. Stwarza się ogłuszający szum medialny, uniemożliwiający rozeznanie rzeczywistości, której opis rozmyty w papce informacyjnej tworzy świat całkowicie wirtualny. A to wszystko wspierane jest działaniami niezbędnymi do osiągnięcia maksymalnej atomizacji jednostek, poprzez narzędzia takie jak - demoralizacja dekomponująca tkankę społeczeństwa, uderzanie w rodzinę, tłumienie wszelkich wyższych potrzeb udoskonalających człowieka, a jednocześnie budzenie instynktów upodabniających ludzi do zwierząt - po krótkiej tresurze staną się w pełni sterowalni i niezdolni do samoorganizacji.

 

Doprawdy, trudno zaprzeczyć, że taki właśnie kierunek wytyczono dla rozwoju Unii Europejskiej. Oszałamiający postęp na tej drodze można mierzyć ciągłym wzrostem liczby bezproduktywnych urzędników, stosami zapełnianych papierów, dziesiątkami tysięcy drobiazgowych, w większości zbędnych lub idiotycznych przepisów, gigantycznymi kosztami, które muszą rosnąć wobec nieograniczonej pazerności nowej nomenklatury.

 

U podstaw wszystkiego jest kłamstwo, które staje się tak powszechne, że niezauważalnie prowadzi do schizofrenicznej dwoistości postaw. Nie wystarczy przecież potępiać zauważane przejawy korupcji, a pomijać milczeniem osobliwą tolerancję i tuszowanie tych spraw na europejskim poligonie nowego systemu. Cóż oznacza stan, w którym wszyscy zdają się zauważać idiotyzmy brukselskiej biurokracji, śmiech miesza się z oburzeniem, a wszystko toczy się dalej swoim niezakłóconym trybem. Cóż oznacza pogarda dla hipokryzji, gdy nie dostrzega się dysonansu głoszonych haseł o demokracji z demonstrowaną pogardą dla jej wyroków. Można podziwiać ustalanie norm czystości powietrza, norm bezpieczeństwa pracy, rygorów produkcji żywności - bo to wszystko ma wyrażać wielką troskę o zdrowie obywateli. Od podziwu dla tej troski natychmiast jednak przechodzimy do zastanowienia się nad niezwykłą zapalczywością w umożliwianiu zabijania niewinnych dzieci, które nie zdążyły się narodzić, a także nad swoistą i cyniczną ekonomią zabijania starych ludzi, którzy już nie pomnożą zysków, a raczej mogą domagać się spłaty długu za swe pracowite życie. Kłamstwo, na którym oparty jest każdy totalitaryzm, widać co krok, a groźny postęp zaznacza się w tym, jak szybko ludzie akceptują coś, co jeszcze wczoraj budziło przerażenie - im energiczniej i dalej odrzucą Dekalog, tym szybciej zaakceptują. O ileż łatwiej i wygodniej staczać się w barbarzyństwo niż z wysiłkiem, ale w harmonii ze wszystkimi i z sobą budować cywilizację miłości. Konstruktorzy nowego systemu wiedzą, że propagowanie i narzucanie tej łatwiejszej i czasem doraźnie atrakcyjnej drogi ku barbarzyństwu gwarantuje ciągły postęp w budowie planowanego przez nich porządku.

 

Europa jest tylko jednym z pól, na którym odbywa się bitwa o nowy system totalitarny - tak pojęta globalizacja ma w końcu objąć cały świat, ale dzisiaj jeszcze wszystko się toczy, także rywalizacja o pozycje w topografii Olimpu. Jeżeli tego procesu nie zatrzymamy, to wkrótce znajdziemy się w sytuacji o wiele gorszej niż w czasach totalitaryzmu komunistycznego, bo nie będzie niczego na zewnątrz, nie będzie żadnego punktu odniesienia, nie będzie żadnych hamulców w wymuszaniu nowego porządku ani żadnej pomocy. Historia uczy, że w Europie jest niewiele narodów, które potrafiłyby oprzeć się takim planom - Jugosławię już spacyfikowano, najpierw prowokując wojnę, potem przyglądając się jej przebiegowi, a wreszcie dobijając techniką wojenną, przy akompaniamencie haseł o prawach człowieka. W Polsce zastosowano całkiem inną metodę, ale jak na razie jeszcze bardziej skuteczną - wyniki w sferze materialnej każdy widzi i czasem boleśnie odczuwa. A w sferze duchowej? - wystarczy uświadomić sobie, że już nawet nie reagujemy na fakty i zdarzenia, które jeszcze niedawno budziłyby powszechne oburzenie. Aneksja do Unii Europejskiej ma być aktem rozpoczynającym ostatni etap pacyfikacji. I jeszcze "Oda do radości" trochę się różni od "Międzynarodówki", jeszcze nie podjęto decyzji, czy w krąg unijnych gwiazd włoży się sierp i młot, czy raczej kielnię, ale.... do czasu... komisarze już są.

 

Dla ludzi, którzy dostrzegają to prawdziwie apokaliptyczne zagrożenie, podobne rozumowanie stanowi wystarczający koronny argument, by sprzeciwić się integracji Polski z Unią Europejską. Oczywiście, patrząc realistycznie, nawet po wejściu Polski do Unii spełnienie takiego zagrożenia nie będzie do końca łatwym zadaniem dla jego animatorów; historii nie da się do końca zaplanować, a Opatrzność też ma swoje plany.
Jego realizacja w Polsce będzie jednak w zasadniczy sposób ułatwiona i pokonanie tak ważnej przeszkody, jaką jest Polska, warte jest zapewne szczególnego wysiłku animatorów.

 

Można nie wątpić, że zwolennicy integracji wzruszą ramionami na ten argument - im nie wystarczy analiza historii i zestawienie jej z dzisiejszymi symptomami - oni zażądają dowodu wynikającego z bezpośredniego eksperymentu. Niestety, taki eksperyment można zrobić tylko raz i trzeba mieć pełną świadomość konsekwencji. Można natomiast mieć pewność, że gdyby ktoś w 1990 roku, opierając się na ówczesnych symptomach, przedstawił opis rzeczywistego stanu dzisiejszej Polski jako groźną wizję przyszłości - też z politowaniem wzruszyliby ramionami. Niestety, trzeba założyć, że także wśród ludzi wahających się co do swojej decyzji w głosowaniu referendalnym niewielu uzna groźbę nowego totalitaryzmu za argument koronny. Natomiast jest czymś niewybaczalnym, że politycy lekceważą tak poważną groźbę, bo ich myślenie i wyobraźnia powinny sięgać o wiele dalej niż rozważania rządzonych przez nich ludzi. Nie ma wątpliwości, że wielu polityków kieruje się wyłącznie bezbrzeżnym egoizmem i liczy na usadowienie się w nowej nomenklaturze, jakby nie przewidując, że w tak budowanym, niesprawiedliwym systemie w ostatecznym efekcie sami też nie znajdą ani szczęścia, ani bezpieczeństwa.

  

  

Argumenty szczegółowe w sporze o integrację Polski z Unią Eu ropejską

 

   Większość ludzi zastanawiających się nad swoim głosem w referendum uzna zapewne, że prawdziwie koronne argumenty wynikają z analizy wielu szczegółowych problemów związanych z integracją. Powszechnie twierdzi się, że rozważenie konkretnych spraw, kosztów i korzyści to najwłaściwsza droga do podjęcia ostatecznej decyzji. Pojawiło się już sporo opracowań szeroko omawiających poszczególne aspekty, a także zarysowujących w miarę pełny przegląd najważniejszych argumentów dotyczących konkretnych dziedzin. Niewątpliwie takie podejście, umożliwiające analizę zysków i strat, często nawet w indywidualnym, osobistym wymiarze, może wydawać się atrakcyjne dla poszczególnych uczestników referendum. Należy jednak ostrzec przed tą drogą, bo zawiera ona wiele pułapek.

 

Można przypomnieć dzisiejsze rozgoryczenie wielu ludzi, którzy stracili pracę, bo dali się kiedyś przekupić akcjami swoich zakładów sprzedawanych obcym inwestorom - korzyści z tej niewątpliwej łapówki za milczenie i zgodę na sprzedaż szybko straciły swój blask.

 

Inni, łapczywie korzystający z okazji, by szybko zarobić dla siebie, często nie przejmowali się skutkami dla otoczenia, nie troszczyli się o szersze dobro - dzisiaj zwijają interesy, bo nie ma kto kupować, bo bankrutują kooperanci, których być może zbyt pazernie wykorzystywali. Jeżeli nawet ograniczymy się do oceny wyłącznie własnego bilansu zysków i strat, to i tak potrzeba wielkiej wyobraźni i przenikliwości, by sporządzić ten bilans do końca. A już prawdziwe trudności napotka się przy próbie ustalenia rzetelnych informacji dotyczących warunków, które mogłyby być podstawą takiej analizy, np. ustalenie wiarygodnych danych liczbowych. Wieloletnie doświadczenie uczy, że ten, kto ma autentyczny szacunek do liczb, nigdy nie potraktuje poważnie liczb podawanych przez polityków, ekonomistów i socjologów - tu wszelkie liczby są iluzją, chwilową abstrakcją podlegającą dowolnym zmianom w czasie i dowolnym interpretacjom. Ostatnio nawet liczby podlegające rygorom księgowości nie są wiarygodne i pojawiły się nowe terminy np. twórcza księgowość.

 

Co więcej, nawet jeśli przyjmiemy podawane nam oficjalnie liczby, to jaki sens ma zestawianie "słupków" korzyści i strat, gdy nie wiemy, czy to, co dzisiaj kwalifikujemy jako korzyść, jutro nie okaże się oczywistą stratą. Są dziedziny, w których potrzebna jest wielka mądrość, by przewidzieć wszystkie konsekwencje. Ale musi się rodzić sceptycyzm, gdy wiemy, że są przecież inne dziedziny, w których potrzeba wielkiej głupoty, aby oczywistych konsekwencji nie dostrzegać, a nagminnie są one "niedostrzegane". Przykładów mamy już tyle, że nie sposób uznać głupotę polityków za wiarygodną przyczynę zaniedbań - w grę wchodzi coś znacznie bardziej poważnego. Dlaczego mielibyśmy oczekiwać, że politycy czy negocjatorzy układów akcesyjnych do Unii są wolni od podobnej ułomności niedostrzegania groźnych dla Polski konsekwencji?

 

"Reformatorzy" podliczają kapitał inwestowany w Polsce i z dumą patrzą na rosnące w każdym zakątku kraju hipermarkety - wielostronne fatalne skutki ich nie interesują, a nawet wieloletni brak wpływów do budżetu ich nie martwi. Patrzą z zachwytem na błyszczący w słońcu budynek Mariotta, wzdychając: "a jednak Polska się zmienia, wychodzi z szarzyzny", i nie pomyślą nawet o rzece pieniędzy, którą skonsumowały i wyprowadziły z Polski zainstalowane tam brygady "doradców" i "ekspertów". Z demonstracyjną uniżonością kłaniają się inwestorom strategicznym, by zechcieli kupić nasz całkiem nieźle prosperujący zakład, wyciągając spocone ręce po zwitek papierów wartościowych - dla nich nie jest ważne, czy inwestor zechce zakład zlikwidować jako niebezpieczną konkurencję, czy wpływy, które dotąd płynęły do budżetu, nie zmienią się w wydatki ponoszone na pomoc socjalną.

 

Po co szczegółowo rozważać, czy opłacają się nam dopłaty do rolników, kwoty mleczne, inne kwoty produkcyjne, kontyngenty importowe etc., jeśli z góry wiemy, że chodzi o likwidację większości gospodarstw rolnych - przecież taka jest oficjalnie zadeklarowana polityka - taki ma być wynik netto całej operacji! Dla biurokracji UE nie jest ważne, co się stanie z ludźmi. Dla polskich naganiaczy do Unii też nie jest ważne, że nikt nie ma żadnego pomysłu dla rolników zmuszonych do odejścia od pracy na roli. Nawet nie jest ważne, że chcą nas wtłoczyć w model rolnictwa, który całkowicie nie zdał egzaminu i musi być w całej Europie zmieniony.

 

W imię czego mamy dokonywać skomplikowanych i całkowicie niepewnych rachunków prowadzących do zestawienia naszych składek i wielu innych kosztów związanych z wejściem do Unii Europejskiej ze środkami finansowymi, które stamtąd uzyskamy? Przecież jedyne, co w tym wszystkim jest pewne, to fakt, że UE nie wytwarza żadnych pieniędzy, a wszystkie kraje toczą walkę o to, by odzyskać możliwie dużą część z pieniędzy wpłaconych przez siebie. W tej walce z pewnością zaliczamy się do najsłabszych zawodników i w najlepszym wariancie odzyskamy to, co wpłaciliśmy, pomniejszone o niebagatelne koszty unijnej i naszej biurokracji. Śmieszne są wywody nęcące obietnicami środków pomocowych, ekologicznych, rozwojowych i innych, nazywanych różnymi dziwacznymi skrótami, gdy wiemy, że te wszystkie środki pochodzą z naszych podatków i bez "pomocy" UE moglibyśmy je w całości, bez strat, sami skierować na te cele, które nam najlepiej służą.

 

Czy z punktu widzenia interesu Polski i Polaków można w ogóle pojąć tak mocno akcentowaną argumentację związaną z możliwością podjęcia pracy w krajach Unii? Czy doszliśmy już do takiego absurdu, że taka właśnie perspektywa jest przyjmowana jako przynęta? Może sztuczne powiększanie bezrobocia w Polsce ma na celu przyjęcie nawet tego absurdalnego argumentu przez zrozpaczonych ludzi pozbawionych możliwości pracy. Czy ludzie, często młodzi ludzie, podatni na takie argumenty, nie chcieliby raczej usłyszeć wręcz odwrotnej oferty? Kochani! Zbudujemy taką Polskę, że nie będziecie musieli się tułać po świecie w poszukiwaniu lepszych warunków. Będziecie podróżować poza Polskę, aby poznawać świat, inne kultury, ciekawych ludzi, także aby uczyć się, nabierać doświadczeń. Ale będziecie pracować w Polsce i dla Polski, bo tutaj znajdziecie najlepsze warunki, bo tu będziecie chcieli powracać, gdzie są wasze korzenie, tutaj będziecie się czuć najlepiej. Doprawdy, trudno zrozumieć moc tego, tak często powtarzanego argumentu, którego rozszyfrowany przekaz brzmi: "W Polsce długo nie będzie lepiej, tu się niczego nie dorobisz, ale za to będziesz mógł z Polski wyjechać i pracować dla innych. To przecież nasza specjalność. Dawniej wyjeżdżali Polacy na saksy, płynęli za chlebem przez ocean, najmowali się do czarnej roboty - później, dla dobrze sprawujących się organizowaliśmy robotę w NRD, w Libii, Algierii, nawet w Rosji - a dzisiaj, jeśli powiesz 'tak' w referendum, my otworzymy wszystkim drogę poza Polskę. Tylko się przygotuj, musisz wykształcić się w Polsce, nauczyć języków, a jak chcesz zarobić na życie, to możesz wybrać każdy kraj poza Polską, dla którego chcesz pracować. Być może nie wszyscy znajdą godną i dobrze płatną pracę, ale gospodarze docenią każdego utalentowanego i przedsiębiorczego Polaka, który przyczyni się do rozwoju ich kraju. Jeśli jesteś młody, to nie warto zostawać w Polsce, my w odpowiednim momencie zgasimy tu światło".

 

Można dalej mnożyć te wszystkie szczegółowe argumenty, które będą ważyć na decyzjach poszczególnych uczestników referendum. Można rozwijać i analizować wiele istotnych tematów, a także zadawać proste retoryczne pytania w rodzaju: "Dlaczego Bruksela tak bezwzględnie sprzeciwia się utrzymaniu zakazu sprzedaży polskiej ziemi, jeśli, jak twierdzą, istotnie nie ma wielu chętnych do jej zakupu?" czy: "Dlaczego sprowadza się do Polski holenderskich rolników, gdy podobno właśnie rolników mamy w wielkim nadmiarze?". Można próbować przekonywać, że naprawdę jest coś niepokojącego w tym niezwykłym oporze struktur brukselskich i polityków Unii przed odwołaniem się do Boga i wartości chrześcijańskich. Przecież nawet niewierzący powinni być zainteresowani budowaniem Europy na fundamencie chrześcijaństwa, ponieważ także im, mimo że nie wierzą, właśnie ten fundament zagwarantuje harmonię, ład społeczny i moralny - jego istotą jest, że sprzyja dobru wszystkich. Można wreszcie wskazać na wszystkie tak dobrze nam znane i bolesne trudności związane z praktyką demokracji w Polsce, by rozwiać wszelkie złudzenia, że będziemy mieli na cokolwiek wpływ, że uda nam się zmienić choćby to, co już dzisiaj wszyscy zgodnie uznajemy za konieczne do skorygowania w Unii Europejskiej. Jeśli nie potrafimy u siebie kontrolować zachowań polityków, to jakim cudem może się nam to udać w brukselskim kotle?

 

Można długo rozmawiać o konkretach, ale nikogo się tymi argumentami nie powali. Warto o tym wszystkim dyskutować i bardzo dobrze, że wielu ludzi wykonuje szczegółowe analizy i zestawienia - jeśli zrobi się takie analizy rzetelnie, to i tak słupki korzyści nie zrównoważą słupków kosztów. Jednak trzeba uznać, że wszystkie te argumenty zawierają w sobie element prognoz, nie do końca pewnych przewidywań i nawet ich suma może nie mieć mocy koronnego argumentu. Zresztą, zwolenników integracji zawsze takie argumenty prowokują do łatwych, demagogicznych odpowiedzi: "jakoś to będzie", "przecież i tak to nieźle funkcjonuje", "my to wspólnie zmienimy", no i ta najbardziej nudna i prymitywna reakcja -"i tak nie mamy alternatywy".

 

Są jednak prawdziwie koronne argumenty, które nie zależą od prognoz, które nie wymagają pogłębionych analiz warunków, na jakich chcą nas wtłoczyć w struktury Unii Europejskiej. Chodzi o argumenty, które opierają się na sprawdzalnych i powszechnie znanych faktach z przeszłości i teraźniejszości.

  

  

Prawdziwie koronne argumenty wynikają z odpowiedzi na pytania:

 

1. Czy obecny stan Polski daje nam szansę na rozwój kraju po integracji z UE?

Wyobraźmy sobie całkiem inny scenariusz rozwoju wydarzeń po 1989 roku i załóżmy, że wtedy, po wyborach czerwcowych, komuniści uznają swoją całkowitą klęskę i władzę obejmuje rząd, który naprawdę chce budować silną i sprawiedliwą Polskę. Motywowany tym głównym celem rząd przeprowadza wszystkie zmiany w sposób przemyślany, jawny, akceptowany przez społeczeństwo i kontrolowany w sposób rygorystyczny. W przemiany włącza się Polonia z całego świata, wspierając je intelektualnie i kapitałowo. Towarzyszy temu autentyczna debata w środkach masowego przekazu, które w pierwszej kolejności podlegają głębokim zmianom i oczyszczeniu ze wszystkich pozostałości dawnego systemu. Przekształcenia własnościowe dokonuje się poprzez powszechne uwłaszczenie poprzedzone sprawiedliwą reprywatyzacją i kompletną inwentaryzacją mienia państwowego. Prywatyzację zakładów produkcyjnych, usługowych, przedsiębiorstw państwowych rozpoczyna się dopiero po ustaleniu pełnej wizji docelowej, określającej utrzymanie własności państwowej w najważniejszych sektorach strategicznych dla funkcjonowania państwa. Polacy w kraju, dysponujący kredytami powszechnego uwłaszczenia i własnymi oszczędnościami, a także Polacy inwestujący z zagranicy mają zdecydowane preferencje w nabywaniu własności i znaczne uprzywilejowanie podatkowe w pierwszych latach działalności. Inwestorzy zagraniczni dostają ulgi podatkowe wyłącznie w przypadkach inwestycji nowych lub inwestycji dokonywanych po przejęciu całkowicie upadających zakładów. W każdej dziedzinie gospodarki określone są górne granice zaangażowania kapitału zagranicznego - bardzo liberalne w dziedzinach wymagających nowych technologii i "know-how" niedostępnych w Polsce, a bardzo ograniczające w dziedzinach, w których Polacy szybko dadzą sobie sami radę. Z całą pewnością bankowość, handel, przemysł przetwórczy, stoczniowy, cementownie, cukrownie i wiele innych zakładów dobrze funkcjonujących i z powodzeniem eksportujących swe produkty, nie wymagały wielkiego udziału inwestorów zagranicznych. Rozwój kraju odbywałby się nieco wolniej, ale dzisiaj bylibyśmy w całkiem innej sytuacji.

 

I załóżmy, że rządzący wcześnie dostrzegają, że polskiej wsi nie należy niszczyć, a zmiany trzeba prowadzić tak, by wydobyć przyszłościowy potencjał tkwiący w polskim rolnictwie. Na przykładzie polskiej wsi demonstrują wyższość modelu, w którym rodzinne gospodarstwa wytwarzają różnorodną żywność o wysokiej jakości, zyskującej nowe rynki zbytu - wieś staje się atrakcyjnym miejscem dla ludzi i rozładowuje przeludnienie i związane z tym trudności w miastach.

 

I gdyby temu wszystkiemu towarzyszyła głęboka reforma aparatu sprawiedliwości, służb bezpieczeństwa państwa, uczciwa i pełna lustracja, a zwłaszcza rygorystyczne zwalczanie w zarodku wszelkich nadużyć, korupcji, oszustw i zaostrzone prawo karne dostosowane do wymogów czasu przemian. Gdyby sprawiedliwie rozłożono ciężary przemian, dostosowując w odpowiednich proporcjach do średnich płac także pobory polityków, urzędników i innych zatrudnionych przez państwo. I gdyby też miało miejsce niezbędne wspieranie autentycznego zaangażowania ludzi w procesy demokratyczne i rozwoju prawdziwie pluralistycznego życia politycznego.

 

I gdyby jeszcze stworzono atmosferę entuzjazmu i nadziei, pielęgnując patriotyzm, odrzucając tolerancję dla demoralizacji, ciesząc się z jasnego i przejrzystego moralnego wsparcia całej hierarchii i duchowieństwa Kościoła.

 

I gdybyśmy też my wszyscy w pełni skorzystali z przesłania Prymasa Tysiąclecia i całego bogatego nauczania Ojca Świętego... to!

 

O tak! Wtedy Polska mogłaby rzeczywiście rozważać wstępowanie nawet do tak paskudnej i wymagającej zasadniczych zmian struktury, jaką jest Unia Europejska. Polska pełna nadziei, jeszcze odbudowująca swój byt, jeszcze ucząca się od sąsiadów, ale znajdująca się na właściwej drodze, sprawiedliwa, pewna swych wyborów, dumna z dokonań, silna moralnie, przewodzona przez autentyczną elitę Narodu - taka Polska mogłaby podjąć to wymagające wyzwanie. Wtedy byłaby przynajmniej jakaś szansa na to, że nasze propozycje integracji z Europą wprowadzą do niej ożywcze prądy i atrakcyjne wzorce w kilku zasadniczych dziedzinach znajdą w Europie naśladowców.

 

Nie warto chyba przypominać, jak odmienny był scenariusz wydarzeń po 1989 roku. Nie warto opisywać rzeczywistego stanu, w jakim dzisiaj znajduje się Polska, bo jesteśmy w fazie kolejnych odsłon prawdziwie historycznego kryzysu pod każdym względem. Mimo że gołym okiem nie widać zniszczeń, Polska jest dzisiaj w takim stanie, jak po ciężkiej katastrofie wojennej - doszczętnie ograbiona, potężnie zdemoralizowana, pozbawiona nadziei i perspektyw, ze zmęczonym społeczeństwem, bez przywódców i z negatywnie wyselekcjonowaną warstwą polityczną. W tej sytuacji integracja z Unią Europejską byłaby prawdziwą katastrofą, aktem kompletnej kapitulacji, krokiem utrwalającym na długie lata nasz los, cyrografem uniemożliwiającym cofnięcie szkodliwych zjawisk i utrudniającym wyjście z sytuacji. Pozwalając się wcielić do Unii, w dzisiejszej sytuacji Polska nie będzie miała żadnego wpływu na wywołanie pozytywnych zmian zarówno w Polsce, jak i wewnątrz Unii Europejskiej, wręcz odwrotnie, dzisiejsze staczanie się po równi pochyłej nabierze gwałtownego przyspieszenia.

 

2. Jak kraje Unii Europejskiej dotychczas traktowały Polskę? Czy może być lepiej po integracji?

Gdy robimy z kimś interes, wchodzimy w układ, to poza możliwie starannym wejrzeniem w szczegółowe warunki zawieranego układu, poza oceną korzyści, strat i ryzyka wspólnych przedsięwzięć, staramy się dowiedzieć, kim jest nasz potencjalny partner. Każda poważna firma analizuje informacje dotyczące potencjalnego kooperanta, starając się dotrzeć do jak najpełniejszych i wiarygodnych źródeł. Jeżeli w całym przedsięwzięciu uczestniczą pośrednicy, to także ich obejmuje podobnie szczegółowa analiza.

 

Dlatego dzisiaj nie możemy poprzestać na analizie warunków integracji z Unią Europejską i musimy się dokładnie przyjrzeć partnerowi tego układu, a także pośrednikom, czyli ludziom, którzy w naszym imieniu pertraktują i podpisują umowy. Z długiej historii Europy znamy dość dobrze kraje Unii Europejskiej - nasze doświadczenia są raczej marne. Nie jest to jednak wystarczający powód, by się rozczarowywać i zniechęcać, historia jest nauką życia, ludzie i całe narody się zmieniają, nawet politycy mogą z czasem szlachetnieć. Trzeba zatem spojrzeć na rzeczywistość w dzisiejszych nowych czasach, aby odczytać prawdziwe intencje tych, z którymi mielibyśmy się związać układem.

 

Rozpoznanie współczesnych cech, właściwości i zamiarów wobec nas naszego potencjalnego partnera przyjdzie nam z łatwością. Nie musimy w tym celu robić żadnych wywiadów, czy sięgać do tajnych źródeł informacji. Przez ponad dziesięcioletni okres działania układu stowarzyszeniowego zebraliśmy taki zasób danych, że wystarczy podsumować gołym okiem widoczne rezultaty. Trudno o bardziej rzetelne zarysowanie potencjalnych skutków integracji z Unią Europejską niż podsumowanie dotychczasowych doświadczeń współpracy w ramach układu stowarzyszeniowego.

 

Nie ma żadnej wątpliwości, że ciężki stan, w jakim Polska się dzisiaj znalazła, jest wynikiem intensywnej grabieży Polski przez siły zewnętrzne, współpracujące ze zdegenerowanymi "elitami" kontrolującymi zmiany po 1989 roku. Trzeba tutaj użyć właśnie tych mocnych słów, bo one najbardziej adekwatnie opisują sytuację. Wszystkie wydarzenia, decyzje i aroganckie postępowanie układają się w ciąg faktów, których nie sposób wytłumaczyć błędami, zaniedbaniami czy brakiem ostrożności naszych "elit" i niewiedzą partnerów zagranicznych na temat istoty procederu, w jakim uczestniczą. Kraje Unii Europejskiej, a zwłaszcza Niemcy, odegrały tutaj wiodącą rolę. Wykorzystano każdy atut, każdą możliwość osłabienia Polski, przejęcia jej majątku i opanowania prawie wszystkich dziedzin strategicznych dla rozwoju kraju. Zrobiono to w doraźnym interesie uczestników tej gry, kierujących się skrajnie egoistycznymi korzyściami, ale zrobiono to też w interesie wybiegającym daleko w przyszłość, w której ubezwłasnowolniona Polska ma być pod pełną kontrolą Unii Europejskiej zdominowanej przez żywioł niemiecki. Szczegóły tego procesu i jego skutki wielokrotnie już opisywano i nie miejsce tutaj, by przytaczać jego elementy. Była instytucjonalna penetracja polskiej gospodarki, było zorganizowane wysysanie środków finansowych, likwidacja potencjalnej konkurencji, przejmowanie banków, przemysłu, handlu, środków masowego przekazu, nielegalny zakup ziemi, planowe niszczenie rolnictwa itd. I było instytucjonalne wsparcie tego procederu w krajach UE - oficjalne kredyty bankowe na takie cele, nawet legalne odpisy podatkowe za ponoszone koszty łapówek w Polsce, bezpośrednie interwencje służb dyplomatycznych, a nawet ingerencje z zewnątrz w wewnętrzne decyzje personalne. Towarzyszące temu procederowi skandaliczne, często obraźliwe i zawsze pozostające bez reakcji, wypowiedzi polityków, zwłaszcza polityków niemieckich - ujawniały niezwykłą pewność siebie w realizacji celów całkowicie sprzecznych z polskim interesem. Ale najważniejsze w tym wszystkim są skutki układu stowarzyszeniowego - horrendalne koszty wielu bezmyślnych, niepotrzebnych, a często idiotycznych dostosowań, polityka ograniczeń nakładanych na Polskę i niezliczonych oficjalnych i mniej oficjalnych wymogów, spełniania norm, a także zmuszanie do kosztownych inwestycji, które w trudnej sytuacji nigdy nie powinny być traktowane jako priorytetowe.

 

Chyba nikt jeszcze nie zrobił pełnego bilansu kosztów poniesionych w całym przedakcesyjnym układzie stowarzyszeniowym, ale ten rachunek trzeba będzie kiedyś wystawić i naszym politykom, i Europie. Tę prawdę o trzynastu latach naszej "współpracy" z Europą i światem dostrzegają też zewnętrzni obserwatorzy - po stosunkowo nielicznych i łagodnych wcześniejszych opracowaniach coraz częściej pojawiają się artykuły i materiały prawdziwie demaskatorskie. Podobno opis przemian w Polsce po 1989 roku traktowany jest na niektórych uniwersytetach kalifornijskich jako przedmiot wykładów przedstawiających wzorzec procesu i skutków neokolonialnej polityki. Możemy się pocieszać, że inni nam współczują, ale nie mamy żadnego powodu do dumy, że my też znamy prawdę, bo nie ma usprawiedliwienia dla tylu lat naszej bezczynności i tolerancji dla realizatorów niszczenia Polski. Odpowiedzialni za to wszystko chcą dzisiaj ukoronować swoje dzieło wcieleniem Polski do Unii Europejskiej, chcą zebrać nagrody i uniknąć odpowiedzialności. Musimy wygrać bitwę o wynik referendum, aby nie spełniło się do końca powiedzenie "Polak mądry po szkodzie".

 

Można więc w podsumowaniu sformułować kolejny koronny argument:

W ciągu trzynastu lat przemian po 1989 roku Polska była zdecydowanie źle traktowana przez kraje Unii Europejskiej - można wręcz uznać, że Polska była obiektem agresji i grabieży ekonomicznej. Te doświadczenia nakazują nam nie wchodzić w nowy i jeszcze bardziej groźny układ z tak rozpoznanym partnerem - po wcieleniu Polski do Unii może być tylko gorzej niż dotychczas. Jest oczywiste, że to, co się do tej pory stało, mogło być wciąż jeszcze regulowane i kontrolowane w ramach suwerenności, która była ograniczona wyłącznie warunkami gospodarczymi, natomiast po integracji i zrzeczeniu się suwerenności takiej kontroli w ogóle nie będzie. A wtedy bez wątpienia Unia Europejska dokończy dzieła.

 

3. Kim są ludzie, którzy pchają nas do Unii Europejskiej?

W końcu trzeba się przyjrzeć pośrednikom układu, a więc ludziom, którzy szczególnie intensywnie forsują naszą integrację z Unią Europejską. Trzeba sobie przypomnieć kim są ci ludzie? Co robili dotychczas? Czy zrobili coś pozytywnego dla Polski? Czy dają powody do wiary, że chcą naszego dobra, że im na Polsce zależy? Czy są dostatecznie mądrzy i przenikliwi, by sprostać trudnym zadaniom?

 

W tym przypadku trudno uniknąć postawienia konkluzji już na samym początku, bo nawet pobieżny przegląd polskiej awangardy euroentuzjastów wskazuje na negatywne odpowiedzi na powyższe pytania. Sytuacja jest klarowna, a pamięć o udziale różnych postaci publicznych w sterowaniu przemianami, których skutków doświadczamy, jest tak świeża, że samo zestawienie w miarę pełnej listy nazwisk osób, które publicznie wspierają integrację lub aktywnie działają na rzecz Unii Europejskiej, stanowi koronny argument dla sprzeciwu - wystarczy przeczytanie tej listy i odrobina pamięci, by stwierdzić: jeżeli oni są za integracją, to rzecz nie może być dla Polski dobra.

 

Oczywiście każdy może sobie sam taką listę zestawić, każdy może wywołać w pamięci swój własny film, odtwarzający pamiętane wydarzenia i fakty, w których uczestniczyły poszczególne osoby, mniej lub bardziej entuzjastycznie propagujące Unię Europejską. Niewątpliwie taki przegląd musi objąć postacie z prawie wszystkich ugrupowań politycznych, z różnych instytucji publicznych, zrzeszeń i organizacji, także niektórych, na szczęście nielicznych, przedstawicieli hierarchii kościelnej, ludzi różnych zawodów i środowisk.

 

Zastanówmy się wszakże nad pytaniem, które wywołuje symbolika owego entuzjastycznego, radosnego uścisku i pocałunku, którym w świetle reflektorów red. Adam Michnik obdarował powracającego z Kopenhagi premiera Leszka Millera - co tak naprawdę łączy ludzi z listy euroentuzjastów?

 

Przede wszystkim łączą ich te właściwości i cechy, które są niezbędne dla uczestnictwa w nomenklaturowej elicie nowego porządku. A więc skrajny egoizm, pogarda i lekceważenie dla prostych ludzi, zachłanność na dobra materialne, stanowiska i władzę, a równolegle pycha, kłamstwo, obłuda, brak honoru i bezwzględne dążenie do celu wszelkimi dostępnymi środkami. Jest to powszechnie wyrażana opinia o politycznych "elitach" w Polsce, opierająca się na wieloletniej obserwacji życia publicznego. Co więcej, opinia ta podzielana jest także przez większość polityków, którzy, o dziwo, zawsze odnoszą te charakterystyki do innych, a nigdy do siebie. Trudno doprawdy nie uświadamiać sobie, że, z małymi wyjątkami, praktycznie wszyscy aktywni politycy od początku procesu stali w awangardzie bezmyślnego pędu do Unii Europejskiej. Niektórzy, przymilając się do wyborców, obwarowywali swój udział wieloma warunkami, ale dzisiaj niewielu z nich chce pamiętać, jakie to były warunki.

 

Ale nawet traktując polityków- euroentuzjastów o wiele bardziej pobłażliwie, można stwierdzić, że większość z nich łączy też pewna charakterystyczna wspólna zaszłość. Mianowicie, z punktu widzenia dobra Polski w różnych okresach całkowicie źle oceniali sytuację i popełniali niezwykle kosztowne dla społeczeństwa błędy. Zbiorowy grzech udziału w hamowaniu rozwoju Polski w okresie PRL jest grzechem kardynalnym całej grupy określanej jako postkomuniści - ich czołowa pozycja w marszu do Unii ułatwia nam dostrzeżenie bezpośredniej ciągłości pomiędzy starym i nowym systemem. Jednak grzechy i tragiczne "pomyłki" z tamtego okresu miały też wybitnych udziałowców spośród grona tzw. opozycji demokratycznej, a hańbiące indywidualne czyny i stadne zachowania tzw. intelektualistów podważają wiarygodność ich dzisiejszych wskazań w pędzie do Unii.

 

Przy najbardziej życzliwym, choć naiwnym, podejściu można przyjąć, że dzisiejszy kryzys dotykający Polskę nie jest skutkiem złej woli, a wynika z braku wyobraźni, pomyłek, zaniedbań i błędów ludzi, którzy prowadzili polskie przemiany. Ale przecież w tych błędach, mimo płynących ostrzeżeń, uczestniczyli praktycznie wszyscy zwolennicy integracji Polski z Unią Europejską. To oni są odpowiedzialni za brak powszechnego uwłaszczenia, brak lustracji, za brak reformy aparatu sprawiedliwości, za zawłaszczenie środków masowego przekazu, za złodziejską prywatyzację i ekonomiczną grabież Polski, za niszczenie polskiej wsi, polskiego handlu i polskiej nauki. Dlaczego mamy wierzyć w ich rozeznanie skutków wejścia Polski do UE, w ich dobrą wolę, dlaczego mamy się zgodzić na utrwalenie tego stanu rzeczy i zapewnić im bezkarność, gdy rozpłyną się po Europie, by odbierać nagrody za łajdactwo wobec własnego Narodu?

 

Czy wolno nam zapomnieć, że kosztowny i często niszczący proces dostosowania Polski do UE prowadzony był bez uzyskania klarownej dyspozycji Narodu? Że bez żadnej debaty, bez przyzwolenia wprowadzano niekorzystne i trudno odwracalne zmiany metodą faktów dokonanych? Czy można przyjąć, że manipulowane sondaże ośrodków badania opinii publicznej dają komukolwiek prawo do powoływania się na przyzwolenie społeczeństwa? Czy wreszcie entuzjaści integracji nie powinni przejrzeć swoich wczesnych publicznych wypowiedzi głoszących wspaniałe perspektywy dla Polski w wyniku integracji i porównać je z dzisiejszymi wynikami negocjacji, z warunkami, których nawet nie przewidywali w swoich najczarniejszych wersjach sceptycy integracji?

 

Nie warto przytaczać listy politycznych bojowników o integrację Polski z UE - zbyt wiele nazwisk, zbyt wiele stowarzyszonych z nimi wydarzeń, zbyt rozległe byłyby akty oskarżenia. Są tacy, którzy już odebrali nagrody - synekury w bankach za współtworzenie państwowej korupcji i za finansowy drenaż Polski, wysokopłatne stanowiska w unijnej biurokracji, zagraniczne ordery za szkodzenie Polsce, wyróżnienia za poniżanie Polaków, nawet stanowisko rektora za głupotę. Przewijają się stale przez szklany ekran, uczestniczą bez zażenowania w kompromitującym praniu mózgów i "debatując" między sobą, często zbierają za to kasę. Trudno wyobrazić sobie, że nie wiedzą, w czym uczestniczą, że nie zdają sobie sprawy, jak głęboko nieuczciwy jest ten proceder i jak podobny do zaangażowania, czasem tych samych ludzi, w agitację wczesnych lat powojennych i długich lat PRL.

 

W tej działalności agitatorów integracji najgorsze są dwa zjawiska. Pierwsze z nich to demoralizacja młodzieży - od tych najmłodszych, prawie dzieci, indoktrynowanych przymusowo jednostronną propagandą Unii Europejskiej w szkołach, uczonych bezmyślności i nastawianych przeciw własnym rodzicom - do tych starszych, którzy są bezpośrednio wciągani w machinę propagandowej aktywności. Tutaj już mamy do czynienia ze wstępną infekcją korupcyjną, gdy młodzież zdobywa pierwsze lekkie pieniądze, premie finansowe za brak myślenia i udział w farsie, jaką jest reklama UE czy tzw. informowanie o UE. Bardziej zaawansowanym procesem demoralizacji są kursy dla przyszłych biurokratów Unii, którym "na początek" obiecuje się zarobki przekraczające pięciokrotnie wynagrodzenie profesora uniwersytetu. Trudno powiedzieć, co wyrośnie z młodzieży, którą przekupuje się taką łapówką na starcie, ale z całą pewnością jakaś grupa przebije się do wysokich stanowisk, by zbierać znacznie poważniejsze sumy za wymyślanie definicji miodu, za wypracowanie norm poprawiających takie wybryki natury, jak krzywy ogórek czy mało kształtny pomidor, za żmudne wypracowanie zasad bezpieczeństwa przy stawianiu drabiny. Oni się już nie będą zastanawiać, czy to wszystko ma sens - jedynym ich problemem będzie wysokość zapłaty.

 

Drugim gorszącym zjawiskiem jest udział niektórych duchownych w popędzaniu wiernych do Unii Europejskiej. Nie chodzi tutaj o kapłanów, którzy być może nie mieli jeszcze czasu, by w pełni przemyśleć wszystkie konsekwencje, którzy wciąż jeszcze błędnie zakładają, że Unia Europejska to jest to samo, co zjednoczona Europa czy wspólnota europejska. Chodzi o tych, którzy pysznią się swoją wiedzą, którzy szczycą się swoim potencjałem intelektualnym, którzy mają zwyczaj pouczać wiernych w sprawach nie mających żadnego związku z ich powinnościami, którzy bez żenady, na zasadzie wyłączności, wykorzystują dostęp do publicznych środków masowego przekazu. Można mieć inny pogląd, można postrzegać Unię Europejską bardziej naiwnie, ale to nie zwalnia od uczciwości w debacie poszukującej prawdy i z pewnością nie zwalnia od elementarnej przyzwoitości wobec wiernych i wobec całego Kościoła. Trudno nie zadać sobie pytań, czy tych duchownych w ogóle obchodzi los ludzi w Polsce, czy obchodzi ich los Kościoła w Polsce, czy rzeczywiście zależy im na zwycięstwie cywilizacji miłości, czy też już godzą się na cywilizację śmierci. Przecież już dzisiaj w Polsce mamy ogromne trudności z tym, by utrzymać w ryzach zastępy "cywilizatorów", którzy palą się do zabijania dzieci poczętych, do pozbywania się starców - cóż uczynimy, gdy dołączą do nich hordy barbarzyńców zaprawionych w bojach, uzbrojonych w narzędzia biurokratyczne, finansowe i prawne. Czy nie mamy już dość wyraźnych sygnałów, na co się zanosi, czy nie widać, że czują się już teraz tak pewnie, że sami ostrzegają o zamiarach i nie wahają się zapowiadać żniwa śmierci?

 

Doprawdy, przegląd osób działających szczególnie aktywnie na rzecz integracji Polski z Unią Europejską, spojrzenie na ich dokonania, na ich stosunek do Polski, na zdolność do oceny skutków własnych działań, mocno zniechęca do poszukiwania jakichkolwiek pozytywnych stron integracji, natomiast wyobrażenie sobie Kościoła w polskim regionie Unii Europejskiej zdominowanego przez takich kapłanów, jak ci, którzy nas naganiają do integracji, to już prawdziwie przykra perspektywa.

  

  

Jeśli w referendum powiemy "NIE" dla Unii Europejskiej

 

   To powiemy "tak" dla przyszłego, całkowicie odmiennego sposobu jednoczenia Europy, to podejmiemy się prawdziwie wielkiego i trudnego wyzwania. Będzie to rzeczywiście sprawa godna historii naszego Narodu. Powstrzymanie procesu, w którym Polska jest niszczona pozostaje niezmiennym obowiązkiem każdego pokolenia Polaków i nie zwalniają nas z tego obowiązku trudności związane z identyfikacją przeciwnika, który wybrał nową i niespotykaną wcześniej w takiej skali formę agresji. Nie ma sposobu, by wewnątrz struktur Unii Europejskiej wpłynąć na zmiany w Europie i spowodować jej powrót do chrześcijańskich korzeni. Możemy to zrobić tylko wtedy, gdy zachowamy swoją niezależność i otwartość na Europę i na świat, gdy odbudujemy nasze państwo i w korzystnej współpracy ze wszystkimi zagospodarujemy cały potencjał naszego Narodu.
Odrzucenie integracji w referendum będzie ozdrowieńczym wstrząsem dla Europy, będzie przyśpieszeniem likwidacji biurokratycznych struktur obezwładniających narody europejskie, może być początkiem ewolucyjnego powrotu do normalności i najlepszych tradycji naszego kontynentu. I nie trzeba się tej decyzji bać, bo przeciwnik jest znacznie słabszy i znacznie mniej liczebny niż się to dzisiaj wydaje - zniechęcenie do elit politycznych, biurokratycznych i finansowych, które kontrolują i propagują Unię Europejską, jest już powszechne wśród narodów europejskich, a świat zewnętrzny też jest potężnie zróżnicowany i psychicznie przygotowany do przełomowych zmian.

 

Wypłyńmy zatem na prawdziwą głębię, a nie rzucajmy się w miejsce, w którym rozpoznaliśmy już obecność niebezpiecznych, niszczących i wciągających w otchłań wirów.

  

  

prof. dr hab. Rafał Broda