Franciszek Bednarz
POLSKA SAMOPOMOC SĄSIEDZKA W DOBIE GLOBALIZACJI NĘDZY
SZANSA CZY UTOPIA?
Tygodnik „Nasza Polska” (Nr 4/2003) opublikował niedawno szlachetny apel o „tworzenie ogólnonarodowego ruchu sprzeciwu wobec likwidacji Państwa Polskiego”. Podobną myśl – co prawda bardziej w trosce o przetrwanie Narodu Polskiego niż w interesie państwa, które się polskim mieniąc tym skuteczniej, bo podstępnie, ten Naród wyniszcza – wyraziłem wcześniej w felietonie „Ekonomiczne ludobójstwo w sercu Europy”. (Był na internetowych łamach portali ojczyzna.pl, prawy.pl; teraz na: poloniamiami.com, http://nowamedia.w.interia.pl).
Zasygnalizowane tu rozróżnienie między narodem a państwem jest ważne i konieczne, o czym poźniej, ale w kontekście powyższego apelu może razić zbyteczną pedanterią. Z tekstu tego apelu wynika bowiem jednoznacznie, że jego autorom chodzi właśnie o ratowanie wyniszczanego narodu, a nie państwa polskiego w obecnym jego kształcie, rodzącym uprawnione skojarzenia z gigantycznym obozem koncentracyjnym, tym bardziej dla nas hańbiącym, że bez drutów. Jeśli jednak odzew na ten apel ma być szeroki, a takiego się spodziewam, to precyzja i klarowność pojęć co do nazwy, koncepcji, programu i wyłaniających się – mam nadzieję – form organizacyjnych tego ruchu jest pożądana i nawet niezbędna.
Solidaryzując się z ideą ogólnokrajowego ruchu sprzeciwu wobec likwidacji narodu i państwa polskiego, pragnę zaoferować garść własnych, związanych z tą kwestią przemyśleń. Dotyczyć one będą zwłaszcza ogólnej oceny naszej przygnębiającej polskiej rzeczywistości oraz sugestii co do pilnych środków zaradczych w społecznej mikroskali, czyli na poziomie społeczności lokalnych.
Każde i w szczególności „ciekawe” czasy przynoszą nowe odmiany okrucieństw, możliwych do ogarnięcia i zdefiniowania dopiero po ich pełnym doświadczeniu. Osobliwością naszej teraźniejszości jest to, że bez jednego wystrzału popadliliśmy w stan ogólnonarodowej klęski, porównywalnej pod względem ogromu chyba tylko z klęską wrześniową i okupacją hitlerowską, która po niej nastąpiła. Groteskowość sytuacji pogłebia fakt, że klęskę tę zadano nam polskimi rękami, że okupacja ta zda się nie mieć kresu i że pod płaszczykiem demokracji polscy Quislingowie, neoliberalni przebierańcy, sprawują drakońskie rządy wbrew woli większości narodu, ale za to przy niezawodnym i fanatycznym poparciu garstki uprzywilejowanych, skutkującym „zadowoloną większością wyborczą”.
Aksjomaty to nie tylko dziedzina matematyki. Są znane także w innych sferach. Stąd owo dowcipne i lapidarne: „Jaki koń jest, każdy widzi”. Każdy, którego serce bije dla Polski, zgodzi się chyba ze mną, że Polska stała się państwem mafijnym, totalnie skorumpowanym, w którym zorganizowana przestępczość oplata coraz szczelniej swoimi rozległymi mackami zakłady pracy, instytucje publiczne i w szczególności wszystkie działy, jak nigdy dotąd biurokratycznie rozdętego, aparatu państwowego, z sądownictwem i prokuraturą włącznie. To jest teraz pewnik, to nie wymaga dowodu, to punkt wyjścia do dyskusji, analizy, szczegółowej diagnozy oraz poszukiwania środków zaradczych i naprawczych, bo przecież na werbalnym sprzeciwie poprzestać nie można.
Zdrowe państwo to narzędzie i środek dla normalnego bytu Narodu, dla realizacji narodowych interesów. Państwo chore, państwo oparte na fałszywej, narzuconej przez wrogów narodu ideologii nie ma racji bytu. Absurdem jest państwo, które nie zadowala się choćby zalecanym przez globalizm dla neokolonii „zerowym przyrostem naturalnym”, ale idzie o krok dalej i dąży do wyludnienia kraju. Zbrodniczym jest państwo, które permanentnie skazuje jedną czwartą swoich obywateli na bezrobocie i bezdomność, czyli na powolną moralną, zawodową, ekonomiczną i wreszcie biologiczną śmierć. Nic nie usprawiedliwia takiego okrucieństwa wobec osobników własnego gatunku. Nic nie usprawiedlwia uporczywego praktykowania haniebnego społecznego kanibalizmu wobec wywłaszczonego „motłochu”, na którego nędzy utuczył się i nadal się tuczy polski i sojuszniczy zagraniczny, złodziejski, opływający w dostatki kapitalizm. Nic nie usprawiedliwia dlaszego rozwarstwiania, kastowego segregowania, degradowania, pauperyzowania i biologicznego wyniszczania narodu.
Jest oczywistym, że cyniczne utrzymywanie przez lata całe tak absurdalnie wysokiego poziomu bezrobocia pozwala na swobodne i niczym nie skrępowane eliminowanie z życia zawodowego, a zatem i społecznego, ludzi (a niekiedy całych rodzin) w oparciu o kryteria subiektywne, w tym także polityczne, nie mające nic wspólnego z ich przydatnością zawodową; rozległa korupcja działaczy związkowych, sędziów i innych funkcjonariuszy publicznych gwarantuje przy tym niezawodne tuszowanie tego rodzaju nadużyć. Nawet gdyby owa ogromna, wielomilionowa rzesza bezrobotnych i bezdomnych jakimś cudem nagle zniknęła z polskiego krajobrazu, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nasi „demokratyczni” władcy, bez najmniejszego wahania, fanatycznie i gorliwie reagując na nowe żądania globalizmu, szybko rozwarstwiliby resztę narodu, aby odtworzyć klasowo pożądane proporcje ludnościowe w tym względzie i dostać swoją judaszową nagrodę.
Podobną konsekwencję w tępieniu Polaków wykazywali wcześniej nasi zaborcy, a do rangi rasowej zasady podniósł ją Hitler. Nawiasem mówiąc, co ostatnio mniej się podkreśla, Hitler nie był nadmiernie zachłanny, szukał kompromisu z Anglią i Ameryką, pragnął z tymi mocarstwami dzielić swą władzę nad światem. Dopiero teraz, w sposób jak najbardziej pokojowy, i to nie tylko na obszarach postkomunistycznych, idea ta w dużym stopniu się zmaterializowała w formie znanego nam z autopsji globalizmu, który jest źródłem niewysłowionego szczęścia dla naszej „kapitalistycznej nomenklatury”, ze swoją wdzięcznie harcującą „klasą polityczną” na przedpolu, będąc równocześnie zmorą i udręką dla mniej fortunnych, bezlitośnie wywłaszczonych i nadal z resztek majątku wywłaszczanych Polaków.
Globalizatorzy naszej gospodarki i eurofanatyczni zwolennicy „końskiej kuracji szokowej”, zaaplikowanej Polsce przez Balcerowicza i towarzyszy, mogą tu zapytać o dowody na poparcie powyższych tez. Odsyłam ich do prac J.K. Galbraith’a, N. Chomsky’ego, M. Chossudovsky’ego i innych poważnych uczonych. Dowiedzą się z nich, że angielski imperializm tak naprawdę to nigdy nie wierzył w dogmat gospodarki wolnorynkowej, gorliwie narzucany podbijanym i ogłupianym narodom. Dowiedzą się, że w latach 60-tych w USA bezrobocie wynoszące zaledwie 5% było powodem zamieszek ulicznych i poważnego zatroskania rządu. Dowiedzą się wielu innych rzeczy i być może rozjaśni się im w głowie.
Z pracy kanadyjskiego autora o globalizacji ubóstwa (Michel Chossudovsky. The Globalisation of Poverty. Third World Network, Penang 1997) wynika, że w ramach nowego porządku światowego, dzięki oszukańczym mechanizmom (egzekwowanie długów, reformy makroekonomiczne itp.), kraje biedniejsze, czyli rozwijające się i postkomunistyczne, są coraz bezlitośniej rujnowane. Z jednej strony, muszą one otwierać się jako „nowe rynki” dla generujących nadprodukcję spółek międzynarodowych. Z drugiej zaś, muszą zmniejszać popyt wewnętrzny poprzez minimalizację kosztów robocizny i redukcję zatrudnienia. Co więcej, w tym systemie ekspansja eksportu kraju biednego jest także uwarunkowana redukcją popytu wewnętrznego. W konsekwencji kraje biedne są coraz bardziej zadłużone, rośnie tam straszliwie nędza, małe i średnie firmy są skazane na bankructwo lub produkcję dla globalnego dystrybutora, państwowe firmy prywatyzowane lub zamykane, ziemię i własność państwową przejmuje zagraniczny kapitał, a rolnictwo upada. To po tych owocach, których gorzki smak w Polsce aż nazbyt dobrze znamy, możemy teraz rozpoznać fałszywą ideologię państwową.
13 lat temu w liście opublikowanym w „Związkowcu” (25.02.1990) pisałem, że jeśli wbrew woli społeczeństwa dojdzie do „nieodwracalnej zmiany stosunków własnościowych i przekształcenia Polski w neokolonię”, to „za kilkanaście lat czeka nas nowa walka narodowowyzwoleńcza”. Z obecnej perspektywy ostrzeżenie to trudno uznać za przesadzone. Tę moją polityczną postawę najwidoczniej dobrze sobie zapamiętano: w roku 2001, po wieloletnim zaszczuwaniu, pozbawiono mnie pracy w AR w Krakowie, skazując w istocie rzeczy na wygnanie.
Nie łudźmy się, iż nasza sławetna „klasa polityczna”, i to bez żadnej fizycznej podniety ze strony narodu, rzuci się teraz do wyprowadzania nas z tego bagna, w które nas tak cynicznie wepchnęła. Nawet dojrzalsze od naszej „demokracje” znajdują się w stanie głębokiego kryzysu. Jak pisze Chossudovsky, demokracja w krajach rozwiniętych także stała się rytuałem, wypluwa na stanowiska rządowe najbardziej bezdusznych biurokratów i nie oferuje elektoratowi żadnej politycznej alternatywy. Jego konkluzja jest miażdżąca i warta zapamiętania: „Podobnie jak w państwie jednopartyjnym, wyniki wyborów nie mają właściwie żadnego wpływu na prowadzenie polityki społeczno-gospodarczej państwa.”
Ta ciągle jeszcze szeroka podstawa tej naszej polskiej, z europejska wszakże coraz silniej stratyfikowanej, piramidy społecznej, ta jedna czwarta krańcowo spauperyzowanych i nie tylko symbolicznie skazanych na wymarcie, zdaje sobie chyba sprawę, że właściwie to żyje w obozie koncentracyjnym. Myśl ta nasuwa się nie tylko mnie. Można ją dostrzec w pracach artysty Zbigniewa Libery (np. „Mieszkańcy”, 2002). Niedwuznaczne ostrzeżenie przed rzeczywistością tego rodzaju można też znaleźć w książce Primo Levi’ego (The Drowned and the Saved. Abacus, London 1989), byłego więźnia obozu oświęcimskiego. Czytajcie tę książkę z obrazem wspołczesnej Polski w oczach, a przekonacie się, że mam rację.
Globalizacja celowo, medotycznie i nieubłaganie nasila nie tylko sprzeczność między „poszerzaniem nowych rynków” a ich malejącą siłą nabywczą, ale także między minimalizacją kosztów robocizny a rosnącą niebotycznie rozpiętością dochodów. W rezultacie tej cynicznej polityki zarówno w skali międzynarodowej, jak i wewnątrz społeczeństw zróżnicowanie dochodów nieustannie wzrasta. Umacnia to egoizm i solidarność bogatych narodów, klas, grup społecznych i jednostek, pogłębiając równocześnie izolację i apatię jednostek, grup społecznych, klas i narodów degradowanych, skazanych na upodlenie i wymarcie.
To jest ten diabelski system obozów koncentracyjnych bez drutów, w którym rozstrzygają się nasze losy. To jest ten system, przeciw któremu musimy się zbuntować, jeżeli chcemy przetrwać jako naród. „Naród, który nie ma woli lub siły, by powiedzieć łotrom, że łotry, niewart być Narodem!”. To A. Fredro, cytuję z pamięci. Nie traćmy ducha! Przeżyliśmy już kilka potopów. Nie wierzmy w obiecanki. Nie wchodźmy do Unii Europejskiej na kolanach, bo będziemy w niej lumpenproletariatem. Najpierw zróbmy porządek we własnym domu!
W obecnej dobie globalizacji nędzy, która Polskę tak powszechnie i boleśnie doświadcza, naszym pierwszym patriotycznym obowiązkiem jest wzajemne wspomaganie się w potrzebie. Ta wzajemność pomocy, ta sąsiedzka samopomoc, ta wymiana myśli, usług i rzeczy na równoprawnych, honorowych warunkach jest niesłychanie ważna. Nie traktujmy wykluczanych społecznie jak istoty niższego rzędu. Nie zbierajmy dla nich datków do kapelusza, jak to uczyniła owa fałszywie litościwa posłanka PiS wobec garstki protestujących bezrobotnych, aby ich spacyfikować, upokorzyć i tym prędzej nie tylko za drzwi Sejumu, ale i z partyjnej pamięci wyrzucić. Każdy jest zagrożony. Pożegnajmy się z wpajanym nam przez dziesięciolecia złudzeniem, że hierachie państwowe, społeczne i zawodowe są merytokratyczne, że wiedza, ucziwa praca i ciężki wysiłek są dostrzegane, doceniane i rzetelnie wynagradzane. Globalizm mit ten ostatecznie obalił, choć prawem paradoksu, jako fałszywa ideologia, z jeszcze większym wigorem niż poprzednie totalitaryzmy go głosi. To naszym zadaniem jest przywrócić zaufanie do tych wartości, odbudować człowieczeństwo oparte na prawdzie, miłości i czystości serca. Miejmy odwagę być ludźmi!
Spontaniczny, niezależny od władzy, szeroki ruch samopomocy sąsiedzkiej powinien integrować ludzi w środowiskach ich zamieszkania, a więc tam, gdzie kumulują się i bezpośrednio ujawniają negatywne skutki społeczne obecnej destruktywnej, niszczącej polityki państwa. Chodzi o odbudowanie więzi sąsiedzkich w małych społecznościach lokalnych, w których ludzie znają się lub mogą poznać bez trudu osobiście. Przykładowe zadania: rozenanie i monitorowanie najpilniejszych potrzeb indywidualnych; wsparcie moralne i doraźna pomoc materialna; pomoc lekarska i prawna; nieodpłatna wymiana usług (remonty, korepetycje, itp.) i rzeczy; wspólne przedsiewzięcia gospodarcze; podnoszenie poziomu wiedzy politycznej i akcje protestacyjne. Ponieważ chodzi tu o ideę ruchu spontanicznego i niezależnego, to na tym wypada poprzestać.
Na zakończenie dwa cytaty ze wspomnianej wyżej książki P. Levi’ego. „Nieludzki reżim rozsiewa i rozszerza swoją nieludzkość we wszystkich kierunkach, także i zwłaszcza w dół.” (s. 89) „Diableski reżim, jakim był narodowy socjalizm, ma straszliwą siłę korumpowania, przeciw której trudno się obronić. Degraduje on swoje ofiary i czyni podobnymi do siebie, ponieważ potrzebuje zarówno wielkich, jak i małych wspólników.” (s. 49). Chodzi tu o to, że niewinna ofiara (w globaliźmie: bezrobotny lub bezdomny) tak dalece utożsamia się z nieludzkim systemem, że pokornie akceptuje swoją karę.