Ojczyzna.pl
Alina
Przenieście premiera na Barską .... lub do Piaseczna!
Niech poczuje na własnej skórze efekty reformy służby zdrowia
Los okazał się ironicznie złośliwy również w stosunku do pana premiera Leszka Millera. Bo tuż przed katastrofą rządowego helikoptera oglądaliśmy w publicznej telewizji reportaż właśnie z Piaseczna o tym, jak 75-letnia kobieta zmarła, bo pogotowie ratunkowe przyjechało do niej już po godzinie (Piaseczno pod Warszawą!), ale za to bez lekarza. Druga karetka już z lekarzem odwiozła chorą do szpitala neurologicznego, gdzie ją z grubsza przebadano i odesłano do szpitala w Piasecznie, gdzie kobieta zmarła.
Tymczasem do ratowania ofiar katastrofy przyjechały chyba wszystkie warszawskie karetki.
Co by było gdyby obywatel RP Leszek Miller nie był premierem, tylko ciężko pracującym za 5zl/godz. budowlańcem, który jechał z pracy swoim maluchem i pod Piasecznem uległ wypadkowi. Byłby pewnie bardziej połamany. Załóżmy, że ma złamaną kość udową, a wypadek zdarzył się w czwartek (czwartkowe przypadki trafiają do szpitala na ul. Barską).
Najprawdopodobniej karetka nie przyjechałaby do złamania, bo ze złamaniem ofiara ma dojechać sama.
Jak już dojedzie, to po 3-4 godzinach może zostać zakwalifikowana do pozostania w szpitalu. Wtedy może trafić do jednej z 4-8 osobowych sal, o ile będą miejsca.
Więc jeśli L. Miller uniknąłby leżenia na korytarzu (strasznie długim i hałaśliwym), to mogłoby mu przypaść miejsce w jakiejś sali tuż przy drzwiach – przeważnie otwartych.
Pacjent ze złamaną kością udową wymaga leżenia na wyciągu, bez majtek, slipek, bokserek, i gdy leży w drzwiach, jego niczym nieosłonięte, zwisające swobodnie przyrodzenie stanowi niewątpliwą atrakcję dla wszystkich chodzących po korytarzu pań i panów. I zapewniam wszystkich to czytających – to nie są teoretyczne rozważania! Każdy kto bywa na Barskiej mógł to sam zobaczyć.
(Wtedy to nie jest ani śmieszne ani zabawne – wielkie współczucie dla pacjenta miesza się z równie wielkim oburzeniem wobec personelu medycznego z ordynatorem na czele!).
Ten szpital w środku Warszawy, stolicy Polski, dzięki gospodarczym cudom PRL i reformom po 1989 roku jest dokładnie taki jaki był w latach 60-tych XX wieku. Nie wiem czy jeszcze gdzieś w Polsce jest taki zabytek średniowiecza (PRL-owskiego). Za cud można uznać, że są tam toalety z wodą i łazienki (po jednej na 50 pacjentów). Glazura i terrakota to też szczyt nowoczesności sprzed 50 lat.
Każdy kto stamtąd wychodzi jest szczęśliwy – że wraca do siebie. Towarzyszy mu mocne postanowienie: nigdy więcej złamań!
Pomimo zupełnego braku szacunku do dokonań tej opcji politycznej (do zera trudno mieć szacunek!), cieszę się, że ta katastrofa nie skończyła się tragicznie.
Premier L. Miller zasługuje na dotrwanie do końca rządów (niekoniecznie kadencji!).
A przypowiastkę o szpitalu na Barskiej piszę ku rozwadze wszystkich, którzy z czasem stracą prawo do opieki medycznej w klinikach rządowych
***
Wypadek rządowego helikoptera pozwolił wygłuszyć żydowski (polityczny, dziennikarski, z kół żydowskich w kościele) klangor wokół księgarni „ANTYK”
Klangor rozległ się, żeby odwrócić naszą uwagę od naprawdę istotnych problemów jak:
- sprawa Rywina i łapówka 17,5 mln USD dla SLD za odpowiednie zapisy w ustawie o mediach
- strajk lekarzy rodzinnych oraz fiasko i kompromitacja rządowego programu ochrony zdrowia czyli NFZ
- coraz to większe afery kryminalne autorstwa SLD-owskich matołów
- konta zagraniczne polskich polityków – ta bardzo ciekawa inicjatywa Ligi Polskich Rodzin jest przykładnie zamilczana we wszystkich wiadomościach.
Mam cichą nadzieję, że znajdzie się wielu ludzi, którzy jeśli o tej księgarni jeszcze nie słyszeli, sami sprawdzą co tam można kupić.
Alina
Warszawa, 6.XII.2003