MINISTERSTWO   KULTURY   I   SZTUKI
I MINISTERSTWO ODBUDOWY KRAJU

 

WARSZAWA OSKARŻA

 

PRZEWODNIK PO WYSTAWIE
URZĄDZONEJ PRZEZ BIURO
ODBUDOWY STOLICY WESPÓŁ
Z MUZEUM NARODOWYM
W  WARSZAWIE

 

WARSZAWA / MAJ-CZERWIEC
1945

 

Drukarnia Narodowa M-01526

 

 

Wkraczający w nowootwarte progi Muzeum Narodowego w Warszawie, zwłaszcza, gdy jest rodowitym dzieckiem tego męczeńskiego miasta, wejdzie w nie, jak sądzimy, podwójnie poruszony i wzburzony. Bo już sam gmach instytucji, dźwigany w szybkim tempie z poniżenia i upadku, w które ją wtrąciła przemoc niemiecka, jest realną zapowiedzią nowej, piękniejszej Stolicy; cóż dopiero mówić o zakresie wystawy mającej zobrazować wstrząsające w swej wymowie żniwo niemieckie na polu polskiej kultury, której widome pomniki — zabytkowe budowle, archiwa i biblioteki, muzea i zbiory prywatne, legły w ogromnej większości pod metodyczną kośbą okupanta. W obronie tych duchowych wartości, stanowiących własność całego narodu, oddało życie wielu spośród najlepszych pracowników polskiej nauki.

Użyczając swych sal na cele wystawy, organizowanej przez Biuro Odbudowy Stolicy, Muzeum występuje nie tylko w charakterze gospodarza. Będąc centralnym muzeum Stolicy, narażone było ono na szczególnie gwałtowne agresje. Przez jego mury przesunęło się tysiące eksponatów, zwożonych przez okupanta przed dalszą wysyłką na zachód. Poniosło ono spośród wszystkich muzeów polskich nie tylko najdotkliwsze straty, lecz widziało przymusowo całą niemal martyrologię dawnej kultury Stolicy. Jest zatem nasze Muzeum również jednym z głównych uczestników tego dramatu, którego dzieje przewijają się przez jego sale. Jakże odmienny jest on w swej wymowie od zorganizowanej w r. 1938 wystawy o Warszawie przyszłości: "Warszawa wczoraj, dziś, jutro". Ale tak samo jak i tamta mówi o dniu wczorajszym i dzisiejszym tego miasta, silniej natomiast uprzytamnia naszemu pokoleniu ogrom nowych i piękniejszych zadań, oczekujących jego gospodarzy i jego mieszkańców.

Niespełna dwa lata służył nowy gmach Muzeum potrzebom kulturalnym najszerszych mas Warszawy. Przez jego 79 sal przewinęło się w roku 1938 blisko 1,000.000  zwiedzających. Cyfra ta świadczy dowodnie, że Muzeum stolicy dobrze i trafnie pełniło swą służbę społeczną. W ciągu 23 lat (1916—1939) gromadziły się tu wielkie zbiory narodowe; skromne pierwotnie zasoby Muzeum, utworzonego w r. 1862, dzięki ofiarności publicznej i wysiłkom instytucji urosły do rozmiarów o pierwszorzędnym naukowym znaczeniu.

Po 5-ciu z górą latach gospodarki niemieckiej, po tylu latach uporczywej walki w obronie powierzonych przez społeczeństwo skarbów ze stołecznego Muzeum Narodowego zostały tylko szczątki.

W całości przepadły zbiory numizmatyczne, obejmujące m. in. jedną z najpierwszych w świecie kolekcji monet i medali greckich, rzymskich i bizantyjskich. Nic prawie nie ocalało z działu Dawnej Warszawy, zawierającego ogromne materiały do przeszłości miasta oraz pamiątki po pisarzach i artystach polskich. Pokąd nie wyjaśni się los ostatnio wywiezionych transportów, nie-sposób jeszcze ocenić strat innych działów, strat, które nawet w najpomyślniejszym wypadku będą bardzo dotkliwe.

Takie były losy Muzeum Narodowego, lecz takie również były i dzieje ostatnie wszystkich innych ocalałych zbiorów i bibliotek warszawskich. Jesteśmy świadkami osobliwej, urzekającej w swym patosie, wspólnoty męczeństwa żywych ludzi polskich i martwych przedmiotów, materialnych wykładników polskiej kultury. Wyrośnie nowe pokolenie, odrodzą się z gruzów mury Starej Warszawy, zapełnią się na nowo muzea i biblioteki. Nie kto inny, lecz niemcy właśnie zapłacą za wszystko z n a -wiązką. Nim zapełnią  się   sale   wystawy   dziełami sztuki, odebranymi z Niemiec, niechże dzisiejsi jej goście zobaczą prawdę o furii germańskiej, niech   uciszą  niemal sześć lat nurtującą serca troskę o los najszacowniej- szych pomników ojczystej przeszłości. Do wizji Treblinki, Majdanka i Oświęcimia przybywa nowy, grottgerowski cykl wizji o ruinie Stolicy, o męczeństwie i tułaczce rzeczy polskich,   będących   wytworem   polskiej   myśli,   nauki i sztuki.

 

PRZYGOTOWANIE ZBRODNI

Już dawno — gdzieś — zapewne w mrocznych zakamarkach monachijskiej piwiarni zrodziło się marzenie o zbrodni. Dojrzewało potem w jaskini "führera", gdzie knuto plany gwałtów, mordów i podbojów, precyzowało się w himmlerowskich szkołach zwyrodnialców — wreszcie stanęło przed oczami świata w całej pełni jako zasada zniszczenia, przyjęta przez niemców za podstawową formę podboju narodów i świata w oparciu o stare krzyżackie metody panowania ogniem i mieczem. Metody te, znacznie ulepszono przez zastosowanie nowych środków technicznych oraz przez naukową premedytację w wyborze obiektów i w zakresie działania. Zniszczeniu podlegają przede wszystkim dzieła najcenniejsze dla kultury zabijanego narodu, więc karnie podejmują się pracy słynni uczeni niemieccy, dokonywują wyboru, współdziałają w kierowaniu zorganizowaną zbrodnią. Współdziałają w tym uczelnie i specjalnie powołane instytuty, które metodycznie przygotowują się, prowadząc studia nad kulturą polską i badając teren na wiele lat przed wojną.

 To współdziałanie nauki ze zbrodnią nie ustaje zarówno w tym okresie, gdy odbywa się podbój, jak i w okresie odwrotu, kiedy zbrodnie zniszczenia dosięgają szczytu. Świadomi, że  już nigdy nie wrócą na te ziemie, paląc i rujnując wszystko, niemcy zastosowali zasadę zupełnego zniszczenia do najcenniejszych zabytków kultury polskiej według wyboru, dokonanego przez fachowców. Jedynie pośpiechowi odwrotu zawdzięczamy ocalenie niektórych miast i obiektów.

Już w 1937 roku ujawniła się planowa robota wrocławskiego "Osteuropa-Institut", wysyłającego systematycznie swych przedstawicieli do Polski. Zadaniem ich było najdokładniejsze spenetrowanie zasobów muzealno-artystycznych Warszawy, pozornie do celów ściśle badawczych, w rzeczywistości — dla ustalenia nowego ich przeznaczenia, wywozu do Trzeciej Rzeszy, bądź też zniszczenia na miejscu. Role zostały rozdane, zdolni zaś aktorzy odegrali je precyzyjnie. "Atak" na Warszawę poprowadził prehistoryk, profesor królewiecki i mundurowy gestapowiec (SD) w jednej osobie, dr Petersen, i wybitny historyk sztuki prof. dr Dagobert Frey, jeden z głównych działaczy instytutu, znany z wielokrotnych wycieczek, jakie odbywał po całej Polsce. Po wyeksploatowaniu Warszawy — głównym ośrodkiem działalności Freya stał się Kraków, o którym zdążył zresztą wydać okazałą, odpowiednio spreparowaną monografię. Dewastacja krakowskich zbiorów, nie wyłączając szlachetnych wnętrz wawelskich, to również jego dzieło, dokonane pod patronatem dr Josepha Mühl-manna, szefa całej tej akcji w pierwszym okresie. Równolegle, północno-zachodnie ziemie Polski stały się widownią analogicznej działalności prof. Clasena z Królewca, godnego sekundanta freyowskiej roboty.

My jednak, tutaj w Warszawie, pamiętamy przede wszystkim warszawski okres spółki Frey-Mühlmann. Pamiętamy ów chmurny październikowy dzień   1939 r., w którym wrocławski uczony szedł prędkim krokiem przez sale muzealne w asyście funkcjonariuszy Gestapo, W mrocznym zakamarku, między spiętrzonymi zwałami pak, dał się słyszeć jego cichy, matowy głos, wyrażający radość z natrafienia na   skrzynie zamkowe z obrazami Canaletta, które  natychmiast  przeznaczył do  wywozu. Utrata tego cyklu dla Stolicy, cyklu   najpiękniejszych portretów jej ulicznego życia, mogła być tym, czym późniejsze spalenie archiwum Starej Warszawy. To też, po szczęśliwym odzyskaniu części tej kolekcji, z rozmysłem wysuwamy ją na czoło wystawy, jako świadectwo pierwszego aktu gwałtów niemieckich oraz przypomnienie tak drogiej naszym sercom urody warszawskiej architektury, o której pamięć stanie się jedną z wytycznych przy odbudowie Stolicy.

 

ETAPY ZNISZCZENIA

Dokonywały się one w kilku następujących po sobie falach. Porządek ich da się ustalić, jak następuje:

I. Oblężenie Warszawy
(wrzesień 1939).

Jest to jedyny okres, którego zniszczenia można pozornie przypisać działaniom wojennym. Przeczy jednak temu znany powszechnie fakt świadomego bombardowania przez niemców gmachów nie mających żadnego wojskowego znaczenia. Wśród takich obiektów znalazły się szkoły i szpitale, gmachy wyższych uczelni i zabytkowe pałace, muzea i domy mieszkalne. Szczególne nasilenie strat w dzielnicach zabytkowych świadczy zaś dowodnie, że dziełem zniszczenia kierowała świadoma myśl bynajmniej nie wojskowej natury. Ujawni się to w całej pełni zaraz po wkroczeniu niemców do Warszawy, gdy na przełomie roku 1939/40 architekci niemieccy na polecenie gubernatorstwa opracują plan nowej, niemieckiej Warszawy. W planie tym pozostawiono z dawnej Warszawy tylko — rzekomo niemieckie w charakterze — Stare Miasto w zarysie średniowiecznym, projektując poza nim twór, nie mający w układzie nic wspólnego z Warszawą. Realizacja tego planu wymagała zburzenia dotychczasowego miasta, i dzieło to zapoczątkowano już oblężeniem 1939 roku.

Stare Miasto, najstarsza dzielnica Warszawy, otoczona ulicą Podwale i średniowiecznymi murami, ucierpiała od bombardowania 1939 r. stosunkowo niewiele. Zburzone zostały bombami kamienice: Dekerta na rogu Nowomiej-skiej i Wąskiego Dunaju, pochodząca z XVII wieku kamienica przy ul. Jezuickiej 6, dom zaś na Krzywym Kole 8 spalił się od samolotu niemieckiego, zestrzelonego przez artylerię polską. Ucierpiały przede wszystkim domy i kościoły w okolicach Zamku Królewskiego od pocisków przeznaczonych dla Zamku. Tak spalił się dach nad Katedrą oraz dachy kamienic na Piwnej.

Zniszczenie Zamku stanowi szczególnie drastyczny rozdział w działaniach 1939 roku i lat następnych. 17-go września 1939 r. Zamek został zasypany gradem pocisków zapalających, które wywołały pożar dachu oraz spaliły hełmy na wieży Władysławowskiej i Zegarowej (tego właśnie dnia Hitler osobiście kierował oblężeniem Warszawy, obserwując swe dzieło z wieży kościoła klasztornego na Gocławku). Po zajęciu Warszawy i stwierdzeniu, że Zamek jednak się ostał, że wnętrza jego pozostały nienaruszone, niemcy niezwłocznie przystąpili do planowego niszczenia, demontując je całkowicie. "Wywozili meble, wyłamywali kominki i boazerie, wypiłowywali i zawalali stropy. Jednocześnie odbywała się żmudna praca technicznych drużyn wojskowych, świdrujących w ścianach i filarach Zamku tysiące dziur dla założenia ładunków wybuchowych. Gdy polscy uczeni i konserwatorowie, wobec odrzucenia ich starań przez miejscowe organy administracji niemieckiej, zapowiedzieli interwencję w Berlinie, oświadczono im, że gmach ma ulec zagładzie na polecenie najwyższych czynników. Po cichu zaś wymieniono nazwisko Hitlera, który kazał zniszczyć Zamek Królewski jako symbol państwowości polskiej. W świetle tych oświadczeń rozumiemy, dlaczego to generalny gubernator, Frank za pierwszego pobytu w Warszawie dnia 10 października 1939 r. w Sali Tronowej 'Zamku własnoręcznie zrywał z baldachimu tronu srebrem Haftowane orły, zachęcając też do tego otaczających go dostojników. Ten prezes Instytutu Prawa Międzynarodowego i doktór honorowy włoskich uniwersytetów dał sygnał do grabieży, dokonywanej jawnie i bez skrupułów. Bo przecież w listopadzie i grudniu 1939 r. oficjalnie zezwolono urzędnikom gubernatorstwa i starostwa warszawskiego rabować mienie zamkowe na prywatny nawet użytek i pamiętamy, jak po demolowanych sałach Zamku i magazynach Państwowych Zbiorów Sztuki włóczyli się niemieccy   dyrektorzy,   naczelnicy,   radcowie   i   drobni urzędnicy, generałowie i żandarmi, wynosząc lub wywożąc samochodami paki skradzionych dzieł sztuki. I pamiętamy znów prof. Freya i dr Mühlmanna, jak w asyście gestapowców, z Theo Deislem na czele, snuli się po salach wskazując, które fragmenty architektoniczne, kominki, rzeźby, boazerie, wyrywać należy ze ścian, by je wywieźć, a które pozostawić na zniszczenie. Zespolili w dziele niszczenia Zamku Warszawskiego wysiłki swe niemieccy dostojnicy, architekci, uczeni, niemieccy generałowie i żołnierze; mamy więc chyba prawo za ten straszliwy akt barbarzyństwa obciążyć odpowiedzialnością cały naród niemiecki.

W styczniu 1940 r. rozpoczęto zakładanie pod Zamek dynamitu, niebawem jednak zaprzestano tego, podobno na skutek interwencji zagranicznej, i pozostawiono gmach w stanie zupełnego zniszczenia wewnętrznego. Przed zapowiedzianym wysadzeniem Zamku w r. 1940 udało się uratować sporo architektonicznych fragmentów, jak portale, kominki, boazerie, listwy, posadzki, drzwi itp. Część tych fragmentów przechowano w Muzeum Narodowym i przykłady umieszczono obecnie na wystawie.

Dzielnice, otaczające średniowieczny ośrodek Warszawy, przeznaczone w projektach niemieckich do przebudowy, doznały w 1939 r. dotkliwych strat. Prócz wielu charakterystycznych kamienic z XVII i XVIII w. na Krakowskim Przedmieściu i Senatorskiej spłonęło 10 typowych dla tej dzielnicy pałaców z wielkimi dziedzińcami o barokowym założeniu, jak Prymasowski, Błękitny przy ul. Senatorskiej, Biskupów krakowskich, Branickich, Ostrowskich i Paca przy ul. Miodowej, Raczyńskich i Kazimierzowski (Uniwersytet) na Krakowskim Przedmieściu. Zgorzały dwa domy bankowe z końca XVIII w.: t. zw. Pałac Teppera przy ul. Miodowej, oraz Roeslera na Krakowskim Przedmieściu. Poza tym było wiele kamienic i pałaców ciężko uszkodzonych (Pałac Potockich na Krakowskim Przedmieściu, Sapiehów na Zakroczymskiej).

Ze spaleniem się tylu pałaców XVII i XVIII w. ponieśliśmy już w 1939 r. olbrzymią stratę w zakresie wnętrz architektonicznych, typowych dla baroku i rokoka warszawskiego, szczególnie dotkliwą wobec zniszczenie przez niemców wnętrz zamkowych. Z epoki klasycyzmu Stanisławowskiego pozostały nam wówczas jeszcze Łazienki i zniekształcone wnętrza pałaców Potockich na Krakowskim Przedmieściu 15 i 32. Na peryferiach spalono wtedy Królikarnię — pałac z końca XVIII w., oraz pałacyk na Powązkach — pozostałość parkowego założenia z początku XIX w.

W zakresie budowli sakralnych XVIII w., największą stratą było spalenie wybitnego zabytku wczesnego klasycyzmu, zboru ewangelickiego z tak charakterystyczną dla sylwety Warszawy kopułą. Inne kościoły poniosły takie szkody, jak spalenie dachów, przebicie stropów i ścian, zachowały jednak przeważnie swe wnętrza i cenne wyposażenia.

Epoka klasycyzmu Królestwa Kongresowego, reprezentowana w Warszawie wielu monumentalnymi gmachami publicznymi, poniosła wówczas również ciężkie straty. Spłonął czołowy budynek tej epoki, wspaniały Teatr Wielki wraz z salami Redutowymi i Teatrem Narodowym. Spłonął też piękny zespół architektoniczny budynków Ministerstwa Skarbu na Placu Bankowym. Poza tym uległy zniszczeniu lub zostały ciężko uszkodzone zabytkowe budowle tego okresu, tworzące charakterystyczne wnętrza urbanistyczne ulic i placów, jak Nowy Świat lub Plac Grzybowski, oraz mnóstwo domów z początku XIX w., nadających właściwe dawnej Warszawie piętno klasycyzmu.

Na bilans czterotygodniowych walk, zaostrzonych w ostatniej dekadzie ogniem ciężkiej artylerii, złożyła się po naszej stronie nie tylko krew obrońców i cywilnej ludności. Poległych przykryły rumowiska walących się gmachów, mieszczących bezcenne dla naszej kultury zbiory muzealne i biblioteczne. Pastwą płomieni padło Muzeum i Biblioteka Zamoyskich, Biblioteka Przeżdzieckich, niemal całe zbiory Raczyńskich, zdewastowano w ogromnym procencie zbiory muzealne Krasińskich. Spłonęło doszczętnie Muzeum Rzemiosł i Sztuki Stosowanej, połączone z Instytutem, kształcącym nowe pokolenia rzemieślnicze, Muzeum Przemysłu i Rolnictwa z licznymi pracowniami naukowymi, największe w Polsce Muzeum Etnograficzne, celujące zwłaszcza kolekcją północno-azjatycką, rozwijające się z rozmachem Muzeum Przemysłu i Techniki, obrazujące dawność naszego wkładu w dorobek techniczny ludzkości, nie licząc innych muzeów pomniejszych lub zacieśnionych w swojej specjalności. Nie mniej dotkliwe straty poniosły kolekcje prywatne, zawierające skarby sztuki polskiej i obcej. Z archiwów spłonęło doszczętnie Archiwum Oświecenia, częściowo Archiwum Skarbowe; z bibliotek — wspaniała Centralna Biblioteka Wojskowa wraz z bezcennymi zbiorami Rapperswilskimi, obejmującymi druki emigracyjne z XIX wieku.

 

II. W okresie okupacji

poza zniszczeniem wnętrz Zamku Królewskiego, przeprowadzonym z całą premedytacją, występowały sporadyczne wypadki niszczenia zabytków, uzasadniane w różny sposób. Zburzono do reszty kamienicę Roeslera na Krakowskim Przedmieściu, Pałac Branickich   na Miodowej oraz klasycystyczne domki rogatek Wolskich i Jerozolimskich. Nie dopuszczając oczywiście do jakichkolwiek prac zabezpieczających przy uszkodzonych lub spalonych budynkach zabytkowych, skazywali je niemcy na zupełnę zagładę. Wreszcie w roku 1943 rozpoczęli zakrojone na wielką skalę burzenie miasta przez spalenie obszarów t. zw. Ghetta.

Padło przy tym wiele wysokiej wartości budynków zabytkowych, a więc kamienice XVIII i pocz.XIX w. przy ul. Bielańskiej, oraz domy klasycystyczne z pierwszej połowy XIX wieku, m. in. na ul. Przejazd. Dla archiwów, bibliotek i muzeów warszawskich okres okupacji otwiera działalność "zabezpieczająca" centralnej komisji niemieckiej, następnie zaś zespół niemieckich naukowców — komisarzy zaczyna metodycznie rozplanowane na kilka lat dzieło rabowania i dezorganizowania zbiorów oraz poszczególnych ośrodków kulturalnych.

Praca ekspropriatorów toczy się kilkoma torami. Na pierwszy ogień idą niedobitki zbiorów warszawskich, niestrawione przez ogień bądź uchowane chwilowo w bezpiecznym miejscu. W drugiej kolejności przepływają tranzytem przez Warszawę kolekcje muzealno-archiwalne, konfiskowane w gmachu Muzeum. Wśród nich znalazły się najpoważniejsze kolekcje o wieloletniej tradycji i europejskim rozgłosie. Największą przecież uwagę niemców skupiły ocalałe dotąd w 99 % zbiory Muzeum Narodowego oraz te liczne dzieła sztuki, które w okresie września i października 1939 r. kierownictwo Muzeum zabezpieczyło w swym gmachu z własnej inicjatywy, licząc na ochronę przepisów konwencji haskiej. Zwłaszcza drogocenne zbiory Zamku Królewskiego i Łazienek uratowane dosłownie pod kulami, tu — zdawało się — znalazły pewne schronienie.

Rzeczywistość zadała kłam przypuszczeniom opartym o przesłanki ogólno-europejskiego humanizmu. W okresie tym okupant zdążył wywieźć bądź zdewastować częściowo na miejscu:

1. Zbiory Zamku Warszawskiego.

2.     Zbiory Łazienek (w tym galeria obrazów Stanisława Augusta, meble, ceramika etc).

3.     Gabinet odlewów gipsowych Stanisława Augusta (pierwsze odlewy z oryginałów antycznych — ocalały drobne szczątki),

4.  Gabinet graficzny Stanisława Augusta — ogółem ok. 85.000 pozycyj,

5.     Zbiory Mennicy Państwowej.

6. Zbiory własne Muzeum Narodowego — ogółem ponad 240 skrzyń.

7.  Zbiory Muzeum Wojska.

8.     Większość zbiorów Muzeum w Gołuchowie zdeponowanych podczas wojny w Warszawie.

9.  Państwowe Muzeum Archeologiczne — całe niemal wyposażenie i archiwum naukowe oraz najcenniejsze kolekcje.

10.   Gabinet rysunków mistrzów obcych ze zbiorów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych.

11.   Większość zbiorów wilanowskich.

12.   Najcelniejsze pozycje z depozytów prywatnych w Muzeum Narodowym w tym kolekcje Raczyńskich, Potockich, Radziwiłłów i Branickich w Warszawie, Tarnowskich i Zamoyskich z Dukli i Suchej, nie licząc zespołów pomniejszych.

13.   Uchowane fragmenty strawionych przez ogień zbiorów Ordynacji Zamoyskich i Krasińskich.

14.   Celniejsze rękopisy iluminowane z Biblioteki Uniwersyteckiej, Narodowej, Krasińskich, Zamoyskich Wilanowskiej, Suskiej etc.

15. Całe Archiwum Wojskowe z Fortu Legionów.

16. Ok. 10 wagonów archiwaliów z Archiwum Głównego i Archiwum Akt Nowych.

Lista ta nie jest pełna. Przykładowo tylko ilustruje przebieg zakrojonej szeroko akcji. Znamienne przytem, że w ten sposób całe polskie średniowiecze, którego wielkie bogactwa ujawniły ostatnie lata wytężonych badań — zabrano jako "urdeutsche Kunst im Weichselraum".

Resztę — potężny zrąb najcenniejszych zasobów trzech największych bibliotek warszawskich wyrosły z Biblioteki Załuskich, jednej z największych bibliotek publicznych XVIII w.: 60.000 rękopisów, 45.000 starodruków (w tym 2.000 inkunabułów), wraz z muzykaliami, kartografią i zbiorami graficznymi — stłoczono w na wpół zburzonym, zaciekającym gmachu Biblioteki Ordynacji Krasińskich, przygotowując w ten sposób następne ich zniszczenie. Dewastacja zbiorów odbywała się nie tylko tymi niejako "oficjalnymi" drogami. Przy wywozie zbioru numizmatycznego funkcjonariusze niemieccy rozkradli część monet i medali złotych, oficerowie i gestapowcy kradli dla siebie zabytkową broń ozdobną, prywatnym zainteresowaniem urzędników cieszyły się zwłaszcza gobeliny i dywany zabytkowe oraz meble. A potem zaczęły zajeżdżać przed Muzeum Narodowe samochody ciężarowe, na które ładowano meble, dywany, obrazy i rzeźby dla kasyn oficerskich, gestapowych i urzędniczych, dla biur niemieckich, a niejednokrotnie i mieszkań dostojników. Jakże często później zrabowane przedmioty pojawiały się na rynku antykwarskim w Warszawie i Krakowie! Przypomnijmy jeszcze upominki, jakie składali sobie nawzajem dostojnicy niemieccy z racji odznaczeń, uroczystości rodzinnych, obejmowania i przekazywania stanowisk.   Generalny   gubernator   był   znów   pierwszą osobą, w ten obdarowaną sposób: w listopadzie 1939 r. warszawskie gestapo ofiarowało mu "portret młodzieńca" Rembrandta ze zbiorów pałacu łazienkowskiego, prze-chowywany wówczas w Muzeum Narodowym. Ten portret, którego nie zdążył wywieźć nowy posiadacz, odnaleziony w piwnicach Wawelu, zdobi obecnie wystawę. Później niejednokrotnie "zaszczycał" Muzeum swymi odwiedzinami gubernator warszawski Fischer i starosta miejski Leist lub ich przedstawiciele, unosząc zawsze ze sobą obrazy lub wyroby przemysłu artystycznego, przeznaczone na prezenty dla przyjaciół. Tak "zabezpieczali" zbiory niemiecy okupanci, bo tylko o zabezpieczaniu mówiły zarządzenia o zgłaszaniu dzieł sztuki ze zbiorów prywatnych, będące podstawą akcji ekspropriacyjnej.

 

III. Powstanie warszawskie sierpień — wrzesień 1944.

Zburzenie ghetta było wielkim krokiem w drodze ku realizacji trzymanych w tajemnicy planów całkowitego przekształcenia miasta po likwidacji wszystkich ważniejszych dzieł architektury stanowiących pomniki polskiej sztuki i polskiej kultury.

Zniszczenie Warszawy, dokonane przez niemców w okresie powstania i po jego upadku, zmieniło ten ogólny plan o tyle, że miasto miało ulec zupełnej zagładzie.

I tu natrafiamy znowu na niezmiernie charakterystyczną okoliczność, że w opracowaniu planów zniszczenia współdziałali fachowcy, którzy doskonale wiedzieli, co w mieście najcenniejsze, co należy nie tylko spalić, lecz zburzyć całkowicie, by pozbawić miasto najistotniejszych cech jego oblicza. W wyniku tej pracy widzimy wśród osmalonych, lecz jeszcze stojących ścian domów mieszkalnych kupy gruzów, które były do niedawna budowlami, zdobiącymi stolicę, stanowiącymi o jej sylwecie i obrazie. W swej perfidnej robocie niemcy wyszli z racjonalnego założenia, że szeregi domów mieszkalnych nie są jeszcze miastem, nic nie mówią o tym, że miasto to było Warszawą.

Powstanie stało się dla niemców sygnałem do wykonania od dawna przygotowanych planów. Nastąpiło systematyczne wypalanie przedmieść, w których powstanie się nie utrzymało, oraz intensywne bombardowanie dzielnic bronionych. I tu, wśród straszliwych zniszczeń, które dotknęły całe bloki i dzielnice, można stwierdzić szczególną zawziętość wobec budowli cenniejszych. Wystarczy wspomnieć zburzenie Starego Miasta, daleko przekraczające cele wojskowe, lub zniszczenie kościoła św. Aleksandra trzema celnymi bombami z niskiego lotu. Powstanie Warszawskie otwiera też nowy rozdział martyrologii polskiego bibliotekarstwa, muzealnictwa i archiwistyki. To, co nie legło w gruzy w czasie szturmów ulicznych, bombardowań powietrznych i działowego ognia — zostało pedantycznie podpalone przez specjalne drużyny SS. już po kapituacji. Warszawa przeżywa apogeum swego męczeństwa. Lista tych nowych strat jest wręcz przerażająca. Pastwą nowego zniszczenia padają nikłe, ukryte dotąd resztki magnackich kolekcji (np. Raczyńskich), przede wszystkim jednak giną zbiory prywatne — pozostałości kolekcji, zrośniętych z dziejami miasta, oraz nowo uformowane za okupacji zbiory, gromadzone z serdeczną myślą o konieczności zapełnienia na nowo muzeów publicznych. Do przeszłości należą już świetne kolekcje ocalałe jeszcze po zniszczeniach z r. 1939 i późniejszych grabieżach i te liczne zbiory przewiezione przez właścicieli z prowincji właśnie do Warszawy, by zabezpieczyć je tu lepiej przed niebezpieczeństwami wojny — jak np. cenne zbiory z Jabłonny. Już po kapitulacji Starego Miasta, we wrześniu 1944, spalono doszczętnie kamienicę Baryczków z jej bezcennymi zbiorami Varsavianów. W tym samym mniej więcej czasie obok setek archiwów i bibliotek warszawskich uległo zagładzie Archiwum Główne, Archiwum Akt Dawnych, oraz Archiwum Skarbowe. Z ich śmiercią naród polski został pozbawiony najcenniejszych dokumentów historycznych, legitymujących jego dawną i szlachetną przynależność do wielkiej rodziny narodów o starej kulturze europejskiej, o wiekowej państwowości.

Ale specjalną znów wymowę mają losy Muzeum Narodowego. W ciągu dwóch miesięcy systematycznie grabione i bezczeszczone przez czterokrotnie zmieniające się oddziały niemieckie w sile około batalionu, po kapitulacji przedstawiało obraz najstraszliwszego zniszczenia stając się świadectwem tego, czym naprawdę jest kultura niemiecka. Obrazy pocięte bagnetami i podziurawione strzałami z rewolwerów oraz zabytkowych kusz i łuków, rzeźby postrzelane i potłuczone, porozrywane mumie i połamane sarkofagi egipskie, renesansowe emalie limo-zyjskie używane do jedzenia, a po uszkodzeniu wyrzucane za okna, pocięte gobeliny, używane jako koce, porozbijane zabytkowe szkła i ceramika, a w licznych salach zamienionych w latryny, odchody wśród dzieł sztuki i zabytków przeszłości. Niektóre przykłady tego niesamowitego barbarzyństwa przedstawione są na obecnej wystawie. Obrazu niech dopełnią setki paczek wysyłanych przez oficerów i żołnierzy pocztą polową, w których szły do Niemiec rozkradane zbiory muzealne, oficerowie w wolnych chwilach przechadzający się z zabytkowymi szablami, rapierami i buławami, żołnierze przebierający się w zabytkowe kostiumy. A w podziemiach — kilkakrotnie tędy przepędzane tysiące głodnych kobiet, dzieci i starców, z palonych wokół Muzeum domów, śpiących na betonowych podłogach.

IV. Metodyczna, staranna, planowa robota, kierowana przez generała SS i policji Geibla, rozpoczęła się jednak na dobre już po upadku powstania. Ujawniła się już w starannym numerowaniu bloków i paleniu ich według jakiegoś klucza kolejności. W końcu listopada zjawiły się na niektórych zabytkach, m. in. na pomniku Poniatowskiego, tablice z napisem "nicht sprengen" (nie wysadzać). Niedługo potem, w początkach grudnia wysadzono Zamek Królewski. Wykorzystując przygotowania z zimy 1939/40, osiągnięto zupełną dokładność zniszczenia. Z Zamku pozostał wzgórek gruzu z żelbetonowymi wiązaniami dachu na wierzchu. Jedynie fragment muru ze śladami złoceń po Gabineciku Konferencyjnym sterczy wśród bezkształtnego rumowiska.

W tym samym czasie zaminowano i wysadzono w powietrze Katedrę, z której pozostały szczątki ścian nawy południowej i część ściany prezbiterium. Pod gruzami Katedry zginęły bezcenne pomniki XVI, XVII i XVIII wieku, wśród nich nagrobki książąt Mazowieckich, braci Wolskich, Drewny i wiele innych.

Jednocześnie z Katedrą wysadzono późno-renesansowy kościół Jezuitów z tak charakterystyczną dla sylwety Starego Miasta kopułą nad prezbiterium i z wieżą o pięknym hełmie. I tu pod gruzami filarów, ścian i sklepień zginęły cenne obrazy i pomniki, wśród nich pierwszorzędny pomnik Tarły, którego ułamki sterczą jeszcze wśród gruzów. Zniszczenie sześciu pozostałych kościołów w dzielnicy staromiejskiej doprowadziło do starcia sylwety miasta.

Od 11 grudnia starannie ,,oborowano" pałac Ossolińskich  (późniejszy Brühla — Ministerstwo Spraw Zagranicznych) przy ul. Wierzbowej oraz sąsiedni Pałac Saski (Sztab Główny). Pierwszy z nich wysadzono 18 grudnia, drugi 27—29 tegoż miesiąca. Piękna monumentalna kolumnada pałacu, oddzielająca plac od Ogrodu Saskiego nie od razu runęła. Ostały się dwie środkowe kolumny ponad Grobem Nieznanego Żołnierza. Wysadzono je oddzielnie dnia następnego. Zaciekłość niszczenia posunięto tak daleko, że osobno wysadzano nawet bramy Pałacu Ossolińskich, ozdobione rokokowymi rzeźbami. Przy wysadzaniu tego właśnie pałacu ujawnił się najwyraźniej świadomy i fachowy stosunek do niszczonych obiektów. Pośród bowiem budowli pałacowych z XVII i XVIII wieku znajdował się budynek nowy, pozbawiony wartości artystycznej — narożnik od ul. Wierzbowej i Fredry. Otóż ten właśnie budynek pozostał nienaruszony. Tak przeprowadzić zniszczenia mógł tylko archi-tekt lub historyk sztuki, zdolny wybrać i ocenić istotnie wartościowe elementy budowli.

W końcu grudnia spalono Pałac w Łazienkach, padły ofiarą ognia piękne plafony pędzla Bacciarellego, obrazy na ścianach sal oraz bezcenne stiuki i brązy. Lecz i tu samo spalenie nie zadowoliło niemców. Ściany pałacu starannie poświdrowano w celu zupełnego zniszczenia. Uratowała je jedynie nagłość ucieczki niemców. Tak samo "oborowano" Pałac Belwederski, którego po prostu nie zdążono wysadzić. Rozpoczęto wiercenie dziur w filarach spalonego w 1939 r. Teatru Wielkiego. Zaminowano Pałac pod Blachą oraz ocalałe kościoły Bernardynów, Karmelitów i Wizytek na Krakowskim Przedmieściu.

Już w ostatniej chwili wysadzono część spalonego w październiku 1944 Hotelu Europejskiego, pięknej budowli z połowy XIX wieku. 16 stycznia wysadzono również prezbiterium kościoła św. Karola Boromeusza przy ul. Chłodnej.

Świadoma, systematyczna akcja nie ominęła oczywiście pomników. W okresie okupacji rozbito pomnik Chopina w Al. Ujazdowskich oraz Peowiaka na Placu Małachowskiego. Długi czas miasto wykupywało od zniszczenia inne pomniki, przeznaczone do przetopienia na metal. W czasie powstania padła od pocisków kolumna Zygmunta III, którego figura, pozbawiona krzyża i miecza, cudem ocalała w gruzach Placu Zamkowego, patronuje dziś naszej wystawie. W powstaniu również padł pomnik Kopernika dłuta Thorwaldsena, rozstrzelany przez działa tych, którzy namiętnie walczyli o rzekomo niemieckie pochodzenie astronoma. Szczątków figury na razie nie znaleziono; być może już są przetopione.

Po powstaniu pierwsze padło x6 grudnia arcydzieło Thorwaldsena — pomnik Ks. Józefa na Placu Saskim, ten właśnie, na którym był napis "nie wysadzać". Szczątki pomnika świadczą dobitnie o sposobie jego likwidacji przez wysadzenie. Między 27 grudnia a 1 stycznia zniszczono pomniki Mickiewicza, Bogusławskiego, Lotnika i Saperów. Jedne przez rozwalenie i demontaż, inne przez wysadzenie, jak wskazują pozostałe, zgromadzone na wystawie, ułamki.

Dziesiątki i setki większych i mniejszych zbiorów wszelkiego typu staje się teraz łupem żołdactwa, bądź pada ofiarą roboty zespołu drużyn podpalaczy. Jedna po drugiej płoną biblioteki prywatne, jedna po drugiej znika z powierzchni Warszawy kolekcja, zapisana już nieraz przez właściciela naszemu Muzeum. Oto ważniejsze daty:

W połowie października starannie spalono od piwnic piętro po piętrze gmach Biblioteki Krasińskich, a w nim starodruki i największy w Polsce zbiór rękopisów, stanowiący główną podstawę źródłową historii polskiej.

31 października spalono Archiwum Miejskie, pomieszczone w dawnym Arsenale Warszawskim, pięknym zabytku architektury połowy XVII w.

4 listopada spalono Archiwum Akt Nowych — świadectwa 20 lat odrodzonej państwowości.

7 listopada zamierzano podpalić Bibliotekę Narodową.

27 listopada Geibel zapowiedział wysadzenie gmachu Muzeum Narodowego.

16 stycznia spalono Bibliotekę Publiczną, Instytucję niezwykłych zasług w udostępnianiu książki masom Stolicy.

W październiku wyjechały w nieznanym kierunku 22 samochody ze zbiorami własnymi i depozytami Muzeum Narodowego. Bezcenne dzieła sztuki polskiej i obcej, obrazy Matejki, Siemiradzkiego, Gierymskich, Chełmońskiego i tylu innych wybitnych artystów polskich i obcych rzucano bez opakowania na otwarte samochody ciężarowe, nawet bez względu na deszczową porę. Wyboru dokonywał porucznik SS Arnhardt, rzekomo architekt z Monachium, przy pomocy 10 żołnierzy SS. Zdyskwalifikowane dzieła sztuki, zrzucane na stosy pośrodku sal, później deptał oficer i jego żołnierze. W okresie listopada i grudnia 1944 i stycznia 1945 niemcy wywieźli na Śląsk 7 wagonów zbiorów Muzeum Narodowego, w tym dotąd cudem ocalały w ukryciu wielki zbiór rogaliński malarstwa polskiego i obcego, a 21/2 wagona z Państwowego Muzeum Archeologicznego.

"Ewakuacją" bibliotek warszawskich jednocześnie kierował dyrektor berlińskiej Staatsbibliothek prof. dr Gustaw Abb, którego prywatne zainteresowania stale ciągnęły do zapasów magazynu kancelaryjnych materiałów;  w archiwach najsmutniejsze  wspomnienia   zostawił szef archiwistyki gubernatorstwa dr Branig.

Oto zasadnicze linie życia i śmierci warszawskich archiwów, bibliotek i muzeów za okupacji niemieckiej. Eksponaty, skupione w Muzeum, obrazują te dzieje w sposób milczący a przecież wstrząsający. Sposób ich plastycznego podania usuwa potrzebę szczegółowszych objaśnień i opisów. Jeżeli co było konieczne — to tylko to krótkie przypomnienie kilku kart najnowszej historii Warszawy.

Celem wystawy nie było stać się jeszcze jednym pokazem cierpiętnictwa narodowego, panopticum okropności utrwalającym to, co miasto jako organizm żywy od trzech miesięcy regeneruje, oczyszczając i gojąc rany. Zadaniem naszym jest obiektywizacja przeżyć, ukazanie w chaosie ruin sensu katastrofy, ujawnienie intencji wroga.

Zniszczenie symbolów państwowego bytu naszego narodu, wymazanie tych widomych składników naszej kultury, które stanowiły o jej odrębności i o jej splendorze — jak stołeczne oblicze miasta okresu niepodległości XVII i XVIII w. lub klasycystyczne tło rewolucji 1830 i 1863 — takie wyjałowienie organizmu miejskiego z żywotnych narodowo elementów miało umożliwić wprowadzenie akcentów architektonicznych obcych nam — germanizację krajobrazu miasta, która wraz ze zburzeniem warsztatów naukowych i wychowawczych miała nam przynieść śmierć kulturalną, śmierć narodową. Słowem, udoskonalony przez humanistykę niemiecką gigantyczny Oświęcim dla całego narodu, arcydzieło narodowo-socjalistycznej nauki, genialniejsze niż mit o nordyckości Niemiec.

Stąd pierwszy wniosek praktyczny z wystawy: trzeba odbudować żywe symbole, bez których naród państwowy nie może egzystować; przywrócić do życia plastycznego całe epoki, które chciano wymazać z naszej" kultury. Do pracy tej stanie nauka nasza, która właśnie na gruncie stolicy zdołała ustrzec przez ostatnie 6 lat niezbędne do tego materiały.

Zniszczenie Warszawy nie było dziełem wyłącznie mafii partyjnej czy policyjnej, ale całego narodu niemieckiego, z przodującą kulturalnie warstwą uczonych na czele. Była typową niemiecką zdyscyplinowaną robotą zespołową. Stąd drugi wniosek: Kultura niemiecka jest winna bezprzykładnej zbrodni, cały naród niemiecki musi ponieść ciężką karę. Kara daje uczuciową tylko satysfakcję; to nam nie wystarczy. Musi nastąpić zadośćuczynienie. Prócz wiernej odbudowy elementów nieruchomych naszej kultury musi nastąpić odtworzenie naszych zbiorów jako warsztatów naukowych i wychowawczych. Musimy otrzymać odszkodowanie w skarbach muzealnych, które na niemieckim gruncie okazały się moralnie bezpłodne. Nie tylko skarbów wywiezionych teraz czy dawniej z Polski, bo tych jest za mało, ale też skarbów kultury powszechnej. Wystawa daje dowody niezbite, że niemcy nie mają moralnego prawa do dalszego strzeżenia ich. Oto dlatego wystawą tą Warszawa nie żali się, nie skarży się, ale przed trybunałem narodów

 

WARSZAWA OSKARŻA